niedziela, 6 września 2026

Absolwenci: Tadeusz Kabicz - Dziecku trudniej sprzedać ściemę

Odtwórca roli Króla Maciusia, Tymon Bitkowski z reżyserem spektaklu Tadeuszem Kabiczem, fot. Karolina Jóźwiak.


7 września w Teatrze Telewizji premierę będzie miał spektakl ,,Król Maciuś Pierwszy” w Twojej reżyserii. Wywodzisz się z Ogniska, w którym Korczakowskie idee były niezwykle cenione przez Panią Halinę Machulską. Czym dzisiaj są dla Ciebie te poglądy na młodego człowieka?

Za sprawą Ogniska Korczak był obecny w moim życiu właściwie od dzieciństwa, a jego nazwisko zawsze było dla nas ważnym punktem odniesienia. Jego idee i sposób patrzenia na młodego człowieka mocno mnie ukształtowały, również dzięki temu, jak pani Halina i pan Jan przełożyli je na ogniskową codzienność. Sięgając teraz po tę książkę, już jako dorosły człowiek, z uśmiechem przypominałem sobie różne powiedzenia pani Haliny, które często były parafrazami myśli Korczaka. Ten powrót do niego był więc dla mnie bardzo cenny, bo mogłem wrócić do idei, w których sam byłem wychowany i skonfrontować je ze swoim doświadczeniem dorosłego człowieka.

Czym różni się sposób traktowania młodego człowieka w Ognisku, a w szkole?

Korczak był niezwykle nowatorski i, niestety, po ponad stu latach w wielu kwestiach wciąż taki pozostaje. Nadal przecież funkcjonuje powiedzenie: „dzieci i ryby głosu nie mają”. Oczywiście nie każda szkoła tak działa, ale sam system edukacji często stawia młodego człowieka w pozycji petenta, czyni go elementem szarej masy, którą trzeba odpowiednio ukształtować i ocenić. Masz się słuchać, dobrze zdać egzamin i dostajesz szóstkę albo pałę. W Ognisku młodzi ludzie są raczej partnerami w rozmowie. Nie piętnuje się ich za popełnione błędy, tylko uczy brania za nie odpowiedzialności. Korczak wprowadzał u swoich podopiecznych dyżury, gazetkę, sąd koleżeński – budował poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności. Podobnie jest w Ognisku: Ogniskowicze nie są tylko klientami tego miejsca, ale naprawdę je współtworzą. 

Dlaczego teatr jest ważny dla młodego człowieka, zarówno w kontekście bycia widzem, jak i czynnym uczestnikiem?

W teatrze można bardzo dużo dowiedzieć się o świecie, skonfrontować się z różnymi poglądami i poszerzyć swoje horyzonty. Teatr rozwija wyobraźnię, uczy zarówno kreatywnego, jak i krytycznego myślenia. Pozwala też młodym ludziom doświadczyć rzeczywistości umownej, wyjść poza to, co dosłowne i materialne. Bardzo lubię tworzyć teatr dla młodego widza, bo nie uważam, żeby była to sztuka mniej ważna czy w jakikolwiek sposób gorsza. Powiedziałbym nawet, że pod pewnymi względami jest bardziej wymagająca. Młodemu odbiorcy trudniej sprzedać ściemę.

Jakie wartości wyniesione z Ogniska przyświecają Ci w pracy reżyserskiej?

Przede wszystkim Ognisko nauczyło mnie szacunku do drugiego człowieka. I tego, że życie jest grą zespołową. Kiedy widzi się wspólny cel, wszystkim pracuje się łatwiej. Nie trzeba bez przerwy czegoś sobie ani innym udowadniać.

Niedawno wyreżyserowałeś również spektakl Teatru Telewizji „Pełna powaga. Komedia dla ludzi bez poczucia humoru”, gdzie zagrała Helena Urbańska, kiedyś Ogniskowiczka, a obecnie instruktorka. Jak współpracuje się z Ogniskowiczami w dorosłym życiu, czym są dla Ciebie takie spotkania?

Ostatnio kilka razy pracowałem również z Oskarem Jarzombkiem, który też chodził do Ogniska.

Takie spotkania są zawsze miłe, bo ma się wspólne doświadczenia, wartości, jakiś background. Jest w nich coś rodzinnego.


Rozmawiali: Lena Wróblewska i Szymon Karbowy

sobota, 15 sierpnia 2026

Oliwia Hołozubiec - Powrót do korzeni

 


Według słownika PWN-u “Korzenie - rodowód, pochodzenie”.

Samochód zatrzymuje się na dobrze znanym mi parkingu. Wyglądam przez okno, wszystko wygląda dokładnie tak jak to zapamiętałam, jak gdyby czas w Wildze się zatrzymał. Stawiam pierwszy krok w drzwiach ośrodka.

Biorę wdech.

Słyszę szelest kartek scenariusza, przewracanych na zimnej posadzce Kosmosu, śmiech z pokoju numer 11 tłumiony przez górę kostiumów i rekwizytów, spływającą łzę po warsztacie, który poruszył najcieńsze struny, nierówny chóralny śpiew w porannym słońcu i powolne kapanie wosku dziesiątek świec.

Tu zapuściłam korzenie.

Dopiero teraz naprawdę umiem to dostrzec, usłyszeć i poczuć. Wyznaję wartości, które wypiłam razem z litrami kawy z nazbyt łaskawego ekspresu, a potem podpisałam się pod nimi na pożółkłym papierze. Kończę studia aktorskie, na które nie trafiłabym gdyby rosnące dookoła drzewa, nie wyszeptały mi swoich tajemnic. Mam wokół ludzi, których nie byłoby, gdybym nie nauczyła się rozpalać ognia, który ktoś kiedyś rozpalił we mnie właśnie w tym miejscu.

Teraz moja kolej.

Mogę przekazać ten ogień. Po kolei zapalać każdą małą i większą zapałkę. Oddać to co dostałam i jeszcze więcej.

Robię wydech.

Nazywam się Oliwia Hołozubiec, mam 23 lata i byłam Ogniskowiczką. Teraz dalej nią jestem, ale jestem również instruktorką. To był mój pierwszy obóz w tej roli. I po tych dwóch tygodniach wiem, że nie ostatni. Korzenie, które kiedyś tu zapuściłam wciąż rosną i mają się dobrze. W trakcie obozu zasadziłam jednak nowe drzewo. Jego póki co małe korzonki są utkane z zachwytów nad tymi, którzy przyszli po mnie, z iskier ich cichych rozmów zasłyszanych nocą na korytarzu, z ich głośnej odwagi w stawianiu pierwszych kroków na scenie z trawy, kamienia i piachu i ze snów które razem nam się przyśniły.


 „Myślę, że śnimy i marzymy wspólnie” - W. Shakespeare, „Sen Nocy Letniej”


Filip Pardyak - Rozumiesz?

 


Poprzedni sezon teatralny pożegnałem z ulgą, ponieważ czułem, że teatr mnie zmęczył, a twórcy nie zaskakują, lecz raczej nużą, a im bliżej było końca, tym znudzenie rosło. Wakacje postanowiłem spędzić na rozwijaniu wszystkich innych pasji, bez teatru, a jedynym wyjątkiem był obóz z Ogniskiem, gdyż dwa tygodnie w Wildze są doświadczeniem bardziej ludzkim niż czysto artystycznym, jednak codziennie od rana do nocy robimy tam teatr. 


Ludzie w Ognisku są odważni, brawurowi i ciekawi, a każdy uczestnik nosi w sobie bezgraniczną wyobraźnię. Dlatego właśnie tegoroczne warsztaty były dla mnie wręcz rewolucyjne, bo nagle się okazało, że teatr dalej może mnie zaskoczyć. W ostatnim czasie dużo zastanawiałem się nad rozumieniem sztuki. Denerwuje mnie, gdy ktoś jest w stanie oceniać obejrzaną rzecz wyłącznie w kategoriach rozumiem lub nie rozumiem oraz podoba mi się lub nie podoba mi się. Przecież nie ma jednej odpowiedzi i można to zrozumieć tak, jak chce się to rozumieć, co niestety wynika z wychowania w systemie szkolnym, który sam najlepiej wie, jak coś należy interpretować. Ale przecież z innego rozumienia może wyniknąć dobra rozmowa. Do tego też zachęcałem Ogniskowiczów podczas prowadzonych przeze mnie omówień po warsztatach czy niespodziankach, abyśmy zaczynali od swojego odbioru, a dopiero potem zajmowali się całą resztą, przez co dochodzimy wtedy do ciekawych, czasem zadziwiających wniosków. Nagle się okazuje, że dla mnie obejrzany warsztat był w pełni o czymś, jednak osoba reżyserująca myślała o czymś zupełnie innym. Wtedy należy się zastanowić, jak to zmienić, abyśmy wszyscy myśleli podobnie i byli po stronie twórców.

Tutaj dzieje się coś ciekawego, ponieważ młodych artystów z Ogniska nie interesuje myślenie o tym, co inni sobie pomyślą. Oni najpierw mają myśl w głowie, a potem wymyślają na to środki i wypełnienie swojej myśli. Sam proces pracy jest czymś arcydobrym. Gdy ktoś coś zauważył, odebrał, wymyślił lub znalazł, a scena zaczyna działać i wybuchać od idei. Gdy wszystko już jest ułożone, to przychodzi widownia, ponieważ ktoś chce się podzielić ze światem swoją eureką. Ale nagle się okazuje, że widz tam nie zawsze był potrzebny, bo chodziło o to wszystko, co się wydarzyło wcześniej. Oglądający mają teraz doświadczyć tej eureki i być może jej nie zrozumieją, ale za to jak zacne było to, co wydarzyło się przed premierą.


Uważam, że jest to kluczowy moment w rozwoju twórcy, który najpierw staje się świadomy siebie, swoich wartości, komunikatów oraz elementów. Gdy wytworzy coś, co wychodzi z jego serca i głowy, dopiero potem uczy się, jak komunikować to światu. Obozy są po to, żeby tworzyć siebie oraz swoje środowisko, a dzieje się to właśnie poprzez sztukę. Przez dwa tygodnie w Wildze byłem świadkiem wielu debiutów, odważnych i pierwszych kroków, niepewności, prób, awansów, zmian i przemian. Myślę, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na tej ziemi, gdy mogę swoją poradą lub nauką doprowadzać tych młodych gniewnych do momentu, gdy świat będzie chciał zobaczyć ich pełnych i świadomych. Ognisko udowodniło mi, że aby rozumieć teatr, należy najpierw zrozumieć siebie, żeby potem wszyscy inni mogli zrozumieć nas. Nudnemu teatrowi profesjonalnemu życzę, aby szukał więcej niezrozumienia, a wam, Ogniskowicze, życzę odwagi, by próbować i chcieć rozumieć to, co wokół nas. 



czwartek, 13 sierpnia 2026

Antoni Gogółka - Więcej niż obóz

 


Właśnie wróciłem z mojego pierwszego dwutygodniowego obozu Ogniska Teatralnego Machulskich. I chciałbym podzielić się z wami moimi przemyśleniami. Cały wyjazd jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to wspaniałe miejsce. Poznałem tam wiele miłych i zdolnych osób, które kochają to, co robią. I właśnie to jest dla mnie piękne w tym miejscu. Każdy był, kim chciał, i nie musiał nikogo udawać. Jest to wspaniała społeczność, która wspiera cię i motywuje na każdym kroku. Miałem okazję poznać głębiej ludzi, z którymi co sobotę mijam się na korytarzu, i nie żałuję tego. Zaskoczyło mnie, jak bardzo wszyscy tam ci pomogą w trudnych sytuacjach. Odniosłem pozytywne wrażenie, że całe Ognisko to jedna wielka rodzina, która nie zostawi cię na pożarcie światu, tylko przygarnie, nauczy i pokieruje, abyś zrobił swój pierwszy krok.



Wiele się też nauczyłem, za co jestem ogromnie wdzięczny instruktorom, kolegom i koleżankom. Przez cały ten czas praca była intensywna, ale zdarzały się momenty, gdzie mieliśmy czas na odpoczynek, na przykład po obiedzie. Czasem mieliśmy ciężko, głównie ze względu na pogodę. Słońce świeciło okropnie mocno, dlatego czas spędzaliśmy w większości w środku, ale kiedy temperatura spadała, wychodziliśmy na dwór. I tam robiliśmy próby do spektakli i warsztatów. Byliśmy też bardzo zadbani pod każdym względem, ale moją uwagę przykuło pyszne jedzenie, które kuchnia dzień w dzień przygotowywała. Cieszyłem się, gdy codziennie szedłem na obiad zjeść coś dobrego. Ośrodek też był świetnej jakości, a pokoje miło mnie zaskoczyły, z zewnątrz miejsce to było nienagannie czyste. Boisko do siatkówki i drzewa wokół tylko dodawały uroku tej placówce. Sam wyjazd był świetny i chętnie pojadę na niego jeszcze raz. Uważam, że obóz z Ogniskiem bardzo rozwija, ale też uczy samodzielności, wytrwałości, empatii i dążenia do własnych celów, nie samemu, ale w grupie, współpracując z innymi jako jedność.





środa, 12 sierpnia 2026

Sonia Wagner - Wszyscy jesteście nieuchwytni

 


Nie wiem jak to jest być zapomnianą. Nie wyobrażam sobie jakie uczucie towarzyszy byciu ścieranym z kartki. Mimo to, coś dużego kończy się w moim życiu - a ja już widzę puste szuflady. Mogę wojować swoimi dziennikami, obsesyjnie spisywać sny i słowa, ale wciąż jestem świadoma, że nie pamiętam większości cudowności czasu. Nie złapię Was wszystkich do zeszytu. Nie przypieczętuję. I mogę płakać godzinami z rozpaczy, drapiąc ściany i wygryzając dziury w poduszkach. Wy dalej będziecie powoli wymazywać się z mojej głowy. 

Miałam te myśli w tylnej kieszeni spódnicy przekraczając próg Wilgi. Cieszyłam się niezmiernie i bawiłam się świetnie. Nie w moim domniemanym niezadowoleniu tkwi problem. A w dziwności tego wszystkiego. Każdy mój krok uznawałam za symboliczny, każdą czynność postrzegałam jako okazję na zrobienie czegoś po raz ostatni. Czułam wewnętrznie, że przesadzam, że szukam patosu, który zupełnie nie istnieje. Ale z drugiej strony - znajdowałam go na każdym rogu. Zgaduję, że dlatego codziennie zakładałam na siebie nową, ogromną porcję zadziwiającego wstydu. Apelowe słońce wbijało mi się boleśnie w oczy, kiedy słyszałam śpiewne „Czy ktoś się dziś zakochał?” Pani Ani. Głupio było mi wyjść na środek. Nie miałam pojęcia od czego zacząć. 

Tak. Tak, śmiem twierdzić, że całe dwa tygodnie spędziłam w szalejącym, boleśnie wiercącym mój organizm stanie zakochania. Patrzyłam wszędzie wokół, łapiąc najmniejsze szczegóły - bo każda mikroskopijna głupota wprawiała mnie w niemiłosierne wzruszenie. Uśmiechy wywołane nuconą Szymborską, tostowa czekolada w kącikach ust. Poranny walc do wieczornego Różewicza. Tradycja poetycka sama w sobie byłaby w stanie wpędzić mnie do grobu. My byliśmy tam otoczeni tak bezpretensjonalnie donośnym pięknem. Dziurawy sweter niosący na nitkach salwy listów miłosnych. Krojenie pomidorów i chichot zmieszany z zapachem pościeli. Wojna na prędkość, nie zważająca na wiek. Szept tłumiący największe możliwe emocje, głaszczący znajomy odgłos chrapania. Słońce wymieszane z firanami, kruchość po-inwencyjnych ciastek i słodki szum wiatru w akwarium. Wzruszenia. Obserwowanie jak moim przyjaciołom rozwija się empatia i wrażliwość. Ci ludzie rosną wokół mnie, zupełnie nowi, chociaż zdecydowanie wciąż ci sami. Jestem tak ogromnie dumna z każdego z osobna. Parę osób powiedziało mi, że wiele ich nauczyłam ale Nie! Nie nie nie, nie…To Wy bezustannie uczyliście i uczycie mnie. Bez Was bym tego wszystkiego nie widziała. Beztroskie dzielenie ubrań, dziecięca radość z sukcesu. Delikatne przywitania w środku dnia i cisza niezamykających drzwi klamek. Chaos wypowiedzi wywołany przez najszczerszy, najcieplejszy zachwyt. Czyjaś głowa na moim brzuchu albo moja głowa na czyimś ramieniu. A to wszystko w moich ukochanych obcasach. Serce chciało bez przerwy ze mnie wyskoczyć, bo wiedziałam co się zbliża. Odczuwam tak mocno. A za tydzień zobojętnieje. I to mnie przerażało. 

Czwartek, przedostatni dzień obozu. Około dwudziestej trzeciej. Siedziałam na samiutkiej górze czerwonych schodów i zupełnie nie potrafiłam uspokoić oddechu. Stan moich oczu pozostawiam domysłom. Z dołu słyszałam krzyki. Radosne krzyki. Śmiechy, oklaski, stukot butów i inne symfonie dobrej zabawy. Ostatnia wilżańska impreza. Nie poszłam tam z wyboru, chciałam się przetestować. Wtedy zobaczyłam, że beze mnie naprawdę wszyscy dadzą sobie radę, a moje naiwne tęsknienie i wkładanie we wszystko całego serca boli tylko i wyłącznie mnie, nikogo innego.


Wróciłam do Warszawy dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Zobojętniałam. Nie widzę tych ładnych codziennych rzeczy, nie myślę już o nich tak pięknie, a patos zakopałam gdzieś pod huśtawkami. Powidokami stały się zamazane wspomnienia, do których po ludzku tęsknię. 

Tak, Ognisko dało mi wiele zakochań. Może i nawet nauczyło mnie kochać w ogóle. Ja chyba po prostu kocham nad wyraz. I nie narzekam. Kocham kochać, kocham Was kochać, kocham wenę jaką daje mi miłość, i w życiu nie wyzbyła bym się tego kochania. Kocham Was pamiętać. 

Z takim też nastawieniem postanowiłam dokończyć czytanie „Panien z Wilka”. Pomysł skrajnie idiotyczny. Zostawiam cytat. 

„Wszystko, co czuł teraz, było jednak tęsknotą za miłością, która mu się przelała jak woda między palcami” 

 

Zdjęcia: Sonia Wagner

czwartek, 22 stycznia 2026

Babcia i dziadek


Lubimy pisać! Na warsztatach literackich pod opieką Anny Kozłowskiej stworzyliśmy portrety naszych babć i dziadków. Zatrzymajcie się na chwilę. Przeczytajcie.


Lena Wróblewska:

Babcia Marysia ma zabiegane ręce i konturowe oczy. Pachnie poskładaną zawieruchą. Na lichych włosach zapina grubą klamrę. Wychodząc za próg, sprawdza licznik kroków. Mam po niej drugie imię.

 

Szymon Karbowy:

Moja babcia była okrągła i otulająca. Pachniała mieszaniną kadzidła z resztką dostojnych nauczycielskich perfum. Na nosie, para porysowanych, grubaśnych szkieł, których wymiany od zawsze sobie odmawiała. Do pokoju wchodziła przechylając się to w lewo, to w prawo, balansując na granicy upadku. Nic jej w życiu nie położyło.

 

Antonina Niedziałkowska:

Babcia Mysia przypomina przekwitłą różę. Jej zadbane, jasne dłonie poplamione są starością. Pachną kwiatami, gliną i pracą. Znają i pamiętają każdy materiał, którego dotknęły. Drogą głowę ozdabia odmechacony beret, czerwony Nigdy nie wyszłaby z domu w dresie. Na powitanie całuje mnie w policzek, dłońmi przeprasowuje moją koszulę a potem zaprasza mnie na herbatę. Ona mówi, a ja słucham.

 

Róża Dworak:

Moja babcia była energiczna i pokazowa. Pachniała farbą do włosów i kościelną ciszą. Błyszczała oczami, na których nosiła niebieski cień. Rozmawiając, z miłości przeobrażała się w dziecko. Jednak to kłótnia zdawała się budzić ją do życia.

 

Julia Dąbrowska:

Potężny, ale łagodny. Pachniał wodą kolońską i skórzanym płaszczem. Nosił zadziorny kaszkiet i torbę pełną kanapek babci. Uwielbiał łapać mnie za ucho, żebym się zdenerwowała. Jego dłonie potrafiły naprawić wszystko.

 

Ida Romaszkan:

Moja babcia jest pomocna i serdeczna. Jej zapach przywodzi na myśl dom rodzinny i ciepłe naleśniki z dżemem jabłkowym. Zazwyczaj ma na sobie swój znoszony wełniany sweter, który cerowała już więcej razy niż mogę zliczyć. Telewizor w jej domu jest zawsze włączony nie po to by pokazywać wiadomości, ale żeby zagłuszyć ciszę zalegającą w każdym kąciku jej mieszkania. Babciu, chciałabym abyś została z nami na zawsze.

 

Kajetan Fabisiak:

Dziadek Maciek wygląda ani sensownie, ani odpowiedzialnie. Pachnie więc papierosowym rajem. Nasi białe koszule, by móc je widocznie ubrudzić. Wchodząc do Garażu, od razu kieruje się do kuchni. Odebraliśmy obiad i wyszliśmy. (PS. dziadek mieszka w domu, który składa się w dużej mierze z garażu, kuchni i jadalni, dlatego tak ten dom nazywamy Garażem.)

 

Łucja Herda:

Babcia była ułożona i z pozoru surowa. Pachniała lakierem do włosów lub gotowanym obiadem. Po powrocie zmieniała ubranie na „domowe”. Nieustannie narzekała na bałagan w naszym mieszkaniu. Chciała dla nas jak najlepiej.

 

Sonia Wagner:

Jest uparcie zdystansowana Pachniała borówkami kupionymi specjalnie dla jednej jedynej wnuczki. Nosiła starannie dopięte palto i beżowy beret, wyciągnięte w pośpiechu z zagraconej szafy. Wychodząc z domu szeptała „Gdzie są klucze?” Nie rozmawiamy od lat.

 

Konstanty Stępniewski:

Moja babcia- przerdzewiała i ścisła. Pachniała majem swojego ogrodu. Na polikach zawsze miała ślad nierozmytej szminki. Potykając się, z tarasu biegła na ziemię; uczulona na ciepło, sama nim zarażając.


wtorek, 26 sierpnia 2025

Róża Dworak - Lenistwo twórcze

 

Obserwuję ostatnio pewne zjawisko. Piszę jednak o tym, jak objawia się u mnie, gdyż nie chce wkładać słów w niczyje usta. Może jednak ktoś czytający zidentyfikuje u siebie podobne do mojego rozleniwienie? W ostatnim czasie zaobserwowałam u siebie coś, co pozwolę sobie roboczo nazwać lenistwem twórczym. Zaczyna się ono, przynajmniej w moim przypadku, od zmęczenia ciągłym robieniem czegoś. Kiedy powiedzmy jestem w toku wymyślania, myśli przychodzą do mnie nagle, niezapowiedziane, swoim natłokiem zwalają się w najbardziej niechcianym momencie. Staję wtedy przed wyborem: kontynuować to, cokolwiek to było, czym zajmowałam się wcześniej, czy ugiąć się chęci tworzenia. Ugięta - bądź co bądź - pozytywną motywacją tworząc często w najbardziej niedostosowanych do tego, nieodpowiednich momentach, męczę się. Przez to zmęczenie mój dylemat z czasem się zmienia. Wygląda teraz tak: zostać pod wpływem moich nieokiełznanych myśli i pomysłów czy poddać się potrzebie odpoczynku. Może jest to moja osobista cecha, ale niezdolna jestem do tworzenia w momentach z góry ustalonych, jeżeli na przykład powiem sobie: to jest ta pora, przez tą godzinę będę pisać - skazuję się na bezwarunkową porażkę, nie napiszę nic. Tworzenie spontaniczne jest więc jedyną formą tworzenia jaka mi pozostaje. Mój wybór wygląda więc teraz tak: tworzyć, czy nie tworzyć. Kiedyś jednak nadchodzi moment, że moje ciało, lenistwo, chęć zabawy, chęć odpoczynku, rozluźnienia, frustracja, tymi ciągłymi napływami weny, mimowolnie wybiera opcję drugą. Pomysł (jeden z) pozostaje niewykorzystany, niezapisany i choćbym sobie nie wiem jak długo obiecywała, że go zapamiętam, niezapamiętany. Jakaś część mojego pomysłu, mojej weny twórczej, jakaś część tego co mogłabym kiedyś spełnić, stworzyć, część czegoś może nawet genialnego? Może to część tej nawet najlepszej rzeczy jaką kiedykolwiek wymyślę lub jak dotąd wymyśliłam? I ta właśnie część w tym momencie odeszła w niepamięć, zmarnowała się, uczyniła mnie z miejsca trochę gorszą i głupszą. Zapętlam się więc w tę fiksację zmarnowanego potencjału i strachu przed ogłupieniem się, tak, że w istocie się ogłupiam. Moje myśli, pomysły stają się nieznośnie, każdy kolejny przypomina mi o moim lęku, żadnego nie wykorzystuję. Staję się niezdolna do spontanicznego tworzenia, a więc niezdolna do tworzenia w ogóle. Z czasem pomysły przestają przychodzić. Trochę alarmuje mnie ich brak, ale nie mam czasu ich szukać, uwagę moją zajmują teraz szkoła, nauka, egzaminy, spotkania towarzyskie, zaległe sprawy do zrobienia, spacery z psem, sen; robię wszystko, żeby nie wrócić do tego początkowego wiru, bo ani nie czuję się na siłach, ani nie mam na to czasu, bo jak tylko wrócę do domu to będę musiała się uczyć, wyjść z psem, zjeść kolację, pójść się umyć, spać. Zastanawiam się, jaka część tego to tylko wymówki, a jaka: prawdziwe życie, prawdziwy świat i moja przyszłość, która przecież powinna być dla mnie priorytetem. Boję się więc tych myśli i żyję w lęku, lęku, że nie dam rady zrobić wszystkich rzeczy, które mam do zrobienia, ale też, że nigdy już nie będę mogła tworzyć, że po prostu zrobiłam się głupia. Permanentnie. Nie rozumiem już sztuki, nie potrafię wycisnąć z siebie żadnej sensownej myśli, nie dostrzegam u siebie żadnego śladu zrozumienia. Potrzebuję jakiegoś bodźca zewnętrznego, czegoś silnego, zdecydowanego, co wzbudzi we mnie motywację, chęć i odpędzi ten lęk przed myśleniem. I koniec. Dotarłam już do tego momentu, że zwyczajnie mi się nie chce, że czuję wręcz fizyczny wstręt do myślenia i do tworzenia. Leniwa, spędzam całe dnie na nie robieniu niczego znaczącego. Po powrocie ze szkoły - uczę się; jak nie ma nauki, to choćby przeszło mi przez myśl, żeby wykorzystać ten czas - nie chce mi się. Zauważyłam, że kiedy kończy się rok szkolny, zaczynają się wakacje lub ferie, ja znajduję się zazwyczaj właśnie w samym centrum takiego zacofania. Z tyłu głowy pojawia się zbliżający się wielkimi krokami obóz ogniska oraz… warsztat, który powinnam już zacząć pisać. Ale jak tu zrobić warsztat, kiedy straciło się całą swoją inteligencję teatralną i motywację? Myślę, że w tym, że co roku mi się udaje jest jakaś niepojęta dla mnie samodyscyplina, z całkowicie niezrozumiałym jej źródłem gdzieś w środku mnie. Możliwe, że podskórnie rozumiem, co dla mnie ważne. Możliwe, że wyznaczyłam sobie kiedyś (lub sam się wyznaczył we mnie) jakiś taki drogowskaz, który mówi TO JEST WAŻNE. Postanawiam: zrobię warsztat. I robię. I nie wiem skąd przychodzi do mnie pomysł, skąd przychodzi tekst, scenografia i wszystkie inne rzeczy, które są jakby nieodłączną częścią tworzenia warsztatu, z pewnością nie są one jednak wynikiem jakiegoś nagłego napływu weny. Są raczej resztkami tego, co zostało we mnie po poprzednim roku i jakimś dziwnym pomysłem, dla którego zrozumienia nie mam. Jednak idę w to. Jaką mam alternatywę? Tworzę coś, co wydaje mi się kompletnie dziwne i niezrozumiałe. Staram się nie kwestionować mojej wizji, ponieważ wszystko w niej wydaje mi się kwestionowalne. Musiałabym się wtedy, gdybym zaczęła ją kwestionować,!!!! poddać się, niezdolna do wyciśnięcia z siebie ani zdania, które bym zrozumiała i w którym widziałabym sens i jakieś powiedzmy wątpliwe piękno, na którym szczególnie mi zależy. Tak, bardzo zależy mi na pięknie, ale kiedy jestem w takim życiowym amoku nie jestem zdolna go zauważyć. Dopiero jak przyjeżdżam na obóz mój mózg powoli się otwiera. Każdego roku jest tak samo: przez pierwsze kilka dni jestem przerażona tym, że oczekuje się ode mnie, że będę aktywnie myślała, miała jakiś własny punkt widzenia, a co gorsze wypowiadała się. A ja kompletnie nic jeszcze nie rozumiem. Po pierwszych wystawieniach nigdy nie wiem co mam myśleć. Po prostu mój umysł nie jest w stanie zinterpretować w żaden sposób tego, co widzi. Nawet najprostsze, oczywiste wręcz tematy pozostają dla mnie nie do zauważenia. To, że orientuję się, że inni je dostrzegają wydaje mi się jakieś w ogóle kosmiczne, a te wszystkie rzeczy takie trudne. Z czasem jednak, jak natężam i natężam mój umysł coraz bardziej zauważam, że coś powoli się otwiera. Pod koniec obozu rozumiem w pełni; rozumiem i mój nowo powstały warsztat i w ogóle to, co tworzę i mam jakieś swoje zrozumienie dla tego co tworzą inni. Jestem w stanie formułować wnioski i opinie nie na podstawie tego, co mi się wydaje, tylko na podstawie tego co wiem, w co szczerze wierzę, że wiem i co jest dla mnie prawdziwe. Mam swój sposób (tak jak każdy!) odbierania sztuki i rozumiem go. Jestem w stanie pojąć, co właściwie mam na myśli i potrafię to wyrazić, staję się też pewna mojej myśli. To dobrze, bo uważam, że niepewność jest największym mordercą sztuki, która opiera się na własnym, odważnym rozumieniu. Pozbyłam się więc niepewności i zauważyłam piękno. Chociażby przez te dwa czy trzy tygodnie po powrocie z Wilgi jestem bogatsza o coś prawdziwego, co cały czas jest i było we mnie. Później lenistwo twórcze dopadnie mnie i będę hibernować swoje szare komórki aż do ogniskowego zimowiska.


środa, 20 sierpnia 2025

Maria Gregosiewicz - Możliwości


Odkąd pamiętam, marzyłam o zaistnieniu w świecie artystycznym. Chodziłam na różne zajęcia aktorskie i na castingi, jednak czuję, że decyzja z ferii ubiegłego roku, pokolorowała ten proces. Postanowiłam wtedy dołączyć do Ogniska. Nie miałam wielkich oczekiwań i sądziłam, że będzie to tylko przejściowy krok w zdobyciu szczytów. Jednak teraz po byciu na dwóch obozach i spędzeniu dwóch lat ogniskowych, myślę, że ten krok zostanie ze mną na zawsze. Poznałam ludzi o takich samych zainteresowaniach i marzeniach. Dostałam możliwość spędzania z nimi czasu i tworzenia. Przez ten czas udało mi się stworzyć dwa filmy krótkometrażowe i wystawić dwa warsztaty. Przebywanie z tak utalentowanymi ogniskowiczami, otworzyło mnie kreatywnie. Zawsze po powrocie z zajęć mam w sobie masę pozytywnej energii, dzięki której jestem w stanie przeżyć następny tydzień szkolny. A obóz letni, z którego niedawno wróciłam, pozostawił we mnie ogrom wiedzy i zapału do dalszego tworzenia. Intensywność, czyli główna cecha obozu, pokazała mi jak dużo jestem w stanie zrobić i na jak wiele mnie stać. Czułam się jakby to był cudowny przedsmak mojego zawodowego życia. Oglądanie warsztatów, sztuk, niespodzianek i etiud, zainspirowało mnie do patrzenia, do zauważania i do bycia tu i teraz. Zabawa kostiumami, makijażem, scenografią i tekstem, obudziła małą mnie. Dzięki Ognisku wiem, że jest ze mnie dumna za to, że spełniam jej marzenie. Niesamowite jest to jak jedna spontaniczna decyzja, jest w stanie nakierować dalsze życie. Jest to tak naprawdę dopiero początek mojej drogi, jednak dzięki Ognisku mam możliwość podążania dalej z plecakiem wiedzy i doświadczenia.



wtorek, 19 sierpnia 2025

Filip Pardyak - MY DOJRZEWAMY, WY DOJRZEWACIE, ONI DOJRZEWAJĄ


Po łącznie czterech tygodniach spędzonych na obozie myślę, że najbardziej wartościową rzeczą, jaką daje Ognisko, jest wzrastanie i przemiana. Z żyznej ziemi wyrasta żyzny kwiat. Ale potrzebuje do tego nawodnienia, słońca i dobrych warunków wokół. Tym kwiatem są uczestnicy - ich wrażliwość, pomysły, energia. A wszystko wokół to cały obóz i wszystko to, co on ze sobą niesie. Bo gdzie są lepsze warunki do dojrzewania niż na obozie? 


Przyjeżdżają na obóz pierwszy raz, może drugi. Czasem ósmy albo czterdziesty. I każdy z nich przez dwa tygodnie dowiaduje się, że umie, potrafi, wie. Że jest w stanie przełamać siebie albo wyjść ze strefy komfortu. Zrobi pierwszy warsztat, który go ośmieli; zagra rolę w niespodziance, gdzie zrobi coś, czego nigdy nie robił; usłyszy słowa, których właśnie w tym momencie potrzebował. To wszystko - te małe kroki, które robimy -  prowadzi nas do pewnego rodzaju spełnienia. A za tym idzie kolejny krok, kolejna próba, kolejna odmiana. Skoro raz mi się coś udało, to czemu nie spróbować jeszcze raz? Zrobię następny warsztat, napiszę tekst, ośmielę się zrobić coś, czego zawsze bardzo chciałem.

Można powiedzieć: „Co w tym dziwnego? Przecież przez dwa tygodnie każdy się czegoś nauczy.”

Ale niektórzy potrzebują na swój tzw. krok zmiany tygodnia, inni roku. Są też ludzie, którzy przez całe życie pozostają tacy sami. Dojrzewamy do różnych rzeczy w różnym tempie. Przykładowo: czym innym będzie zrozumienie, czym jest puenta, a czym innym pokochanie siebie. Obie rzeczy mogą być trudne. Oba przykłady miałem okazję obserwować na obozach. I do obu prowadziła inna droga. 

Zaczynam zajęcia, przychodzi grupa młodych ludzi. Niektórych znam, innych nie. Poznajemy się, docieramy. Uwrażliwiam ich, aby nastawili się na doświadczanie - bez tego nie dojdziemy daleko. Gdyby ktoś mi powiedział, że po tygodniu ci sami ludzie, których poznałem dadzą się namówić na śpiewanie na scenie, to nie wiem czy bym uwierzył. Ale to wszystko dlatego, że oni uwierzyli. W siebie, w doświadczenie i w to, że gdzieś ich to zaprowadzi. To krok do czegoś nowego.

Wiek, w którym jest się w Ognisku, to wiek szczególny. To wtedy człowiek uczy się, kim jest, czego chce od świata i od życia. Dojrzewa się nie tylko biologicznie, ale całościowo. Ale ile można się nauczyć, będąc na obozie już w innej roli!

Pomogłem innym dojrzeć do tego, by zobaczyli siebie w taki sposób, w jaki ja ich widzę. Dojrzeć do podjęcia decyzji, zmiany lub wyboru. A inni pomogli mi dojrzeć do tego samego. 

Wniosek? Dojrzewajmy, zmieniajmy się i dawajmy innym to, co nam pomogło postawić kolejny krok.

PS Ale już wiecie, czym jest puenta, prawda? 🙂



poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Mania Nikonowicz - Zmiana perspektywy



 

Ostatni apel, ostatnie odśpiewanie hymnu, ostatni dzień obozu. Od zawsze ten moment kojarzył mi się ze łzami i smutkiem. Droga do domu dłużyła się niemiłosiernie, a zapłakana ja czekałam na godzinę otwarcia poczty francuskiej jak na pierwszą gwiazdkę. W tym roku jednak coś się zmieniło. Ostatniego dnia nie czułam już smutku, nie płakałam, tylko powtarzałam sobie w głowie „chwilo trwaj, jesteś piękna”. W objęciach moich ukochanych ludzi zastanawiałam się: gdzie są te łzy? – i doszłam do wniosku, że ustąpiły miejsca innemu uczuciu – spokojowi. Spokojowi, że Ognisko jest w dobrych rękach, że istnieją jeszcze osoby, którym się chce; Spokojowi, że Oni jeszcze tu będą; Spokojowi, że najważniejsi dla mnie ludzie nie znikną w momencie, w którym opuszczę Ognisko; Spokojowi, że Ognisko we mnie pozostanie.

Polubiłam to, że Wilga znajduje się jakąś godzinę drogi od Warszawy – jest to idealny czas na zadumę. Tak jadę i myślę jak dobrze żyć TU i TERAZ. Jak dobrze się bać i przezwyciężać strach. Przypomina mi się mój pierwszy obóz,na którym patrzyłam z przerażeniem na „elitę starszaków” i instruktorów; moje pierwsze zimowisko, na którym bałam się reakcji innych na moją wrażliwość; mój pierwszy warsztat, o który bałam się, że nikt go nie zrozumie i pierwszy dzień mojego najpewniej ostatniego obozu ogniskowego w życiu, w którym obleciał mnie strach, że nie poradzę sobie jako komendantka. Po pierwszym dniu jednak przyszedł drugi, w którym przestałam się bać. Przestałam się bać o siebie, o swój III warsztat, o swoją grupę, bo zrozumiałam, że sztuka to nie wyścig szczurów, tylko możliwość rozwoju, a Ognisko jest bezpieczną przestrzenią twórczą. 



Ta nowa perspektywa dała mi siłę do dalszego działania. Spowodowała, że przez całą resztę obozu odczuwałam coś, co zdawało mi się pustką, jednak później uświadomiłam sobie, że to ten wspominany wcześniej spokój. Wzruszam się na myśl o tym ile przeżyłam w Ognisku i ile jeszcze inni w nim przeżyją. Czuję ogromną wdzięczność za te kilka lat pracy i za to właśnie, że przestałam się bać. Wszyscy ludzie, których tu spotkałam, niezależnie od tego, czy nadal są obecni w moim życiu, nauczyli mnie pewnych lekcji, które z dumą zabieram ze sobą dalszą artystyczną drogę.  




piątek, 15 sierpnia 2025

Hanna Kotowska - Codzienna wrażliwość



 

Wilga. Od tego zacznę. Położona pod Warszawą, 32 kilometry od Otwocka. Miejsce w Polsce, na mapie zaznaczone. Nie tylko mapie na Google czy imaps, ale takiej wewnętrznej mapie, która zawsze pokaże mi drogę. 

Jeśli kiedyś pogubię się w życiu, mam zawsze  punkt odniesienia, port, do którego mogę zawinąć i przypomnieć sobie jak to się robiło w Wildze. My tworzymy to miejsce, i setki przed nami je tworzyło i będzie tworzyć dalej. To z czym z niej wyjeżdżamy jest na wagę złota, a zabawne, że każdy wyjeżdża z czymś innym. W tym roku, po moim ostatnim obozie, który mogłabym nazwać dopełnieniem mojej podróży w Ognisku, wyjeżdżam z milionem wspomnień i nowych doświadczeń. Przede wszystkim jednak z jednym bardzo wyraźnym przemyśleniem. Moja przygoda dopiero się zaczyna. Dostałam już do ręki narzędzia, miałam okazję uczyć się ich używać. Dowiedziałam się, jak to się robi, ale napewno nie jak ja mam to robić. To wspaniale widzieć, że mam w sobie fundament twórczy i to ode mnie zależy co na nim wybuduję. Wyjeżdżam z energią do działania, z poczuciem, iż sztuka, szeroko pojęta, może być wszędzie i w każdym! Wcale nie trzeba tego zostawiać gdzieś w odmętach wspomnień, by żyć bardzo poważnym, dorosłym życiem. Może i nie trzeba też iść na artystyczne kierunki studiów, może nie trzeba, chodź nie wykluczone, przecież wszytko się może zdążyć. Narazie wiem, że to ja decyduję jaka będzie sztuka w moim życiu i że może być wszędzie. Nawet z pozoru głupie wyjście na koncert ulubionego artysty z przyjaciółmi to też może być przeżycie artystyczne. Nie szukajmy więc wymówek, szukajmy twórczości, działania i ludzi, którzy nam w tym będą towarzyszyć i z nami się zachwycać! Nie chcę, żeby to był jakiś przesadny apel, wielkiej natchnionej, ale tak po prostu, zwyczajnie od Ogniskowiczki do Ogniskowiczów, codziennie, po prostu. Pielęgnujmy w sobie tę wrażliwość na piękno, którą każdy z nas ma, w tym Halinistycznym duchu dużo lżej się żyje!


czwartek, 14 sierpnia 2025

Tymek Gliszczyński - Warsztaty pokazania siebie






Ogniskowe Warsztaty, czyli etiuda teatralna, w której każdy ogniskowicz, może wyrazić siebie przez sztukę. Fascynujące, że żaden warsztat nie jest taki sam, nawet jeśli wybrany tekst jest. Ponieważ interpretacje są różne, pogląd na temat utworu też i to jest piękne! Moc pokazania części siebie w kilku lub kilkudziesięciu minutach spektaklu! I nie zawsze musi wyjść. Nie zawsze musi być idealnie, niczym Szekspir. Bo w ognisku jest miejsce, na popełnianie błędów i próbowanie nowych rzeczy, stylów. Wyjście poza swoją strefę komfortu. Jak się nie uda, to nic. Nie będzie to tragedia na masową skalę. To jest fascynujące...

Kiedyś zapytałem pewną osobę.

- Dlaczego robisz 4 warsztat, przecież wystarczy zrobić 3, żeby dostać dyplom ukończenia ogniska!

- Robię 4, bo to świetna zabawa! 

Właśnie, zabawa! Tworzenie scenografii, scenariusza i przede wszystkim praca ze swoją obsadą, to wielka frajda. Szczególnie, kiedy powierza się rolę, komuś, kogo nie znamy. Dzięki temu, możemy odkryć ogromny potencjał kolejnego ogniskowicza! Czy to nie jest piękne? Taka praca, czasami ze starszymi ludźmi od siebie, a czasem z młodszymi. Wyciągnięcie z tego, nawet najmniejszej lekcji, jest już krokiem do przodu! Kolejna siła warsztatów.



Ale pojawiają się trudy, łzy. Pomimo tego, że właściwie nie jest nigdzie powiedziane, że stanie się coś strasznego, jeśli warsztat nie wyjdzie, to i tak wszystkim zależy. Każda osoba, chce pokazać się z jak najlepszej strony. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Taki ból, można by powiedzieć, porażki, bądź co bądź, też jest potrzebny. Zawsze się śmieję, że jak się inaczej uczyć, niż nie na błędach? Jest to cholernie wymagające. Jeśli wkłada się w coś tyle pracy, to dlaczego nie wychodzi? Załamania przychodzą i nie odchodzą, to my stajemy się silniejsi. Aby później wyciągnąć wnioski i nie powtórzyć tego samego błędu ❤️


środa, 13 sierpnia 2025

Lena Wróblewska - Nieprzewidywalna przewidywalność


 

Tego roku, spacerując po Wildze, czułam zadziwiającą pustkę. Było to jednak doznanie pozytywne, jakby brak wypełniał mnie od środka. Przecież wszystko było na swoim miejscu, obfitujące w uśmiech. Budziłam się wśród ukochanych osób, które poranne niepokoje zamieniały w radość. Zewsząd dochodził rytm muzyki, entuzjastyczne okrzyki i gwar rozmów. Każdy dzień odbywał się według ustalonego, międzypokoleniowego porządku, gdzie komedia goniła farsę, a tragedia wychylała się tylko na chwilę. Ja jednak uporczywie szukałam problemu, który powinien mnie dopaść i stresować, a tu, jak na przekór, wszystko przychodziło ze względnym spokojem. Odpuściłam więc poszukiwania i dałam się ponieść przyświecającemu obozowi haśle ,,tu i teraz”. Dopiero dzisiaj, gdy chlipam nad minionym wyjazdem, zdaję sobie sprawę, jakiego figla spłacili mi Ogniskowicze. W końcu zagadkowy ład nabrał dla mnie sensu. Wilga stała się dla mnie rutyną, pełną niezapisanych zasad i zaufanych ludzi. Nawet jeśli kogoś spotkałam po raz pierwszy, bo wiedziałam, że myślą i działają w ogniskowym duchu.

 



Nieprzewidywalna przewidywalność dnia, który, choć toczył się zgodnie z plakatem, miał pole do szaleństwa, niespodziewanych inwencji, niewinnych wypadków i najprostszej uciechy z bycia razem. Okazało się, że wszechobecne bezpieczeństwo w tworzeniu, przeżywaniu, rozmawianiu, interpretowaniu oraz każdej innej czynności, zajęło całą przestrzeń, jaką na co dzień męczy niepokój. Pewna mądra i bliska mi osoba, opisała w książce idealnie to zjawisko: ,,Dziś pani Ania mówiła o komforcie i poczuciu bezpieczeństwa wśród ludzi - przy tobie czuję, że nawet gdyby budynek zawalił mi się na głowę, byłabym spokojna.” Wychodząc szerzej, wyrażam poczucie, że w Ognisku zawsze jestem otulona wolnością, którą dają mi równie otwarci ludzie. Możnością wystawiania przed innymi siebie i swojej sztuki, odsłaniania lęków i pragnień, a w zamian otrzymywania klucza do serca innych. Śmiania się do rozpuku i płakania jak bóbr. Spadania tylko z wysokiego konia i latania tak wysoko, jak przystało na orły. Jednym słowem, Ognisko to sztuka próby, dawania szansy, która ważniejsza jest niż sukces.

Czasami tylko, gdy moja głowa próbowała uciec w mroczne zakątki, a uśmiech opadał, przypominałam sobie, gdzie jestem, z kim i co mnie jeszcze czeka. Wtedy szczęście samo dawało się we znaki.



czwartek, 14 listopada 2024

Lena Wróblewska - Patriotyzm przez sztukę

 


Jestem osobą wrażliwą, może nawet trochę nadwrażliwą. Wszystko, co do mnie dociera, odczuwam dogłębnie. Nawet jeśli to lekcja historii. Przyznaję, że zdarza mi się wzruszyć nad podręcznikiem, ale nie z powodu niemocy nauczenia się, tylko bezradności wobec opisanych zdarzeń. Taka wrażliwość dziejowa dopada mnie zwłaszcza wtedy, kiedy zbliżają się patriotyczne święta. Nachodzi mnie refleksja o genezie mojej empatii, więc środowisku, w którym się wychowałam. Oczywista duma z bycia Polką pochodzi z opowieści moich dziadków, ale bardziej zaciekawiający wydaje mi się ten współczesny patriotyzm, oparty na aktywnym udziale w życiu kraju. A moim przypadku jest to aspekt artystyczny i społeczny Polski. I kiedy myślę, skąd we mnie zainteresowanie sztuką i ludźmi, nasuwa mi się Ognisko. Miejsce, w którym dwie wyżej wymienione wartości zdają się najważniejsze.

Trafiłam tutaj jeszcze jako dziewczynka, która nie do końca wiedziała, jak wyrażać swoją wrażliwość. Ba, najpewniej nie była nawet świadoma jej istnienia. Przychodziłam więc i chłonęłam całą sobą. Cotygodniowa dawka wiedzy o polskiej sztuce, podawana angażująco i niekonwencjonalnie stała się podstawą mojej tożsamości narodowej. Instruktorzy, którzy z ogromną pasją i entuzjazmem opowiadali mi o rodakach-artystach, inspirowali mnie do bycia świadomą naszej historii. Przekazali nam tę werwę, a dla nas, Ogniskowiczów, zupełnie naturalnym tematem stało się dzielenie doświadczeń z poznawania kultury. Mamy nawet taką tradycję, że zajęcia zaczynamy od dzielenia się tym, ,,co kto widział, co kto słyszał”. I myślę, że idealnie poświadcza to o naszej chęci eksplorowania i dyskutowania o aktualnościach kraju. Kultywowania stworzonego dorobku, szerzenia jego wartości oraz potrzeby dalszej obecności. Tym samym odczuwam pewną powinność współtworzenia go dalej, bycia jego częścią. Chcę wiedzieć, co wystawia się teraz na deskach teatrów, o czym piszą polscy pisarze i co filmują nasi reżyserzy. Czuję ciągły obowiązek poszukiwania i dowiadywania się. I taką formę patriotyzmu zaszczepiło we mnie Ognisko. Bo przecież trudno mi sobie wyobrazić niedzielę, podczas której odpowiadam: ‚,Nic nie widziałam, nic nie słyszałam”.

Abym teraz mogła odnajdywać się i angażować społecznie, musiałam nauczyć się najpierw żyć w mniejszej wspólnocie, jaką stało się dla mnie Ognisko. To tutaj otrzymałam wzór na współistnienie z innymi ludźmi, postawę pełną otwartości, tolerancji i zrozumienia. Napełniono mnie ciekawością wobec inności i umiejętnością łączenia się we wspólnym celu. Praca w grupie i ciągłe improwizowanie w kontaktach międzyludzkich nie byłoby dla mnie tak normalne, gdyby nie oswojenie mnie z tym w teatrze. Czuję, że tworząc w nim, w atmosferze empatii i wrażliwości, chcę przekładać to na inne grona. Staram się zarażać ogniskową energią ludzi spoza, bo to ona jest fundamentem mnie i moich przekonań. To miejsce stało się dla mnie jakąś wizją świata, według której chcę żyć, której nigdy nie chcę w sobie zatracić. Dało pole do wyrażania wartości w mój własny sposób, który jest prosty i codzienny, ale niesie dla mnie wiele znaczenia. Ognisko poprzez sztukę ukształtowało we mnie bycie dla Polski, aby ona była dla mnie i we mnie. I to nazywam patriotyzmem.



wtorek, 20 sierpnia 2024

Karol Żytkowicz - Szklane oczy

 


             Minął tydzień odkąd wróciłem z najbardziej kreatywnego miejsca na ziemi. Wilga od trzech lat jest dla mnie stolicą teatru, choć zapewne mieszkańcy nie mają pojęcia jak blisko są od ośrodka, w którym wydarzyło się tyle wspaniałych rzeczy. Jestem pewny, że niektóre inwencje, niespodzianki i warsztaty będę pamiętał do końca życia. Zawsze mocno płakałem kiedy musiałem wracać do domu. Ciche, pełne zieleni miejsce zamienić trzeba na głośną i brudną Warszawę. Jednak teraz było inaczej. Zastanawiałem się dlaczego teraz było inaczej. W końcu to był mój ostatni obóz (matura!). Z sentymentem patrzyłem na każdą rzecz jaką zrobiłem. Pokroju warsztatu jak i ostatniego przebrania na obiad więc dlaczego nie płakałem? Chyba w końcu dotarło do mnie, że to naprawdę chodzi o ludzi. Choć często było to powtarzane najwidoczniej ta myśl musiała we mnie dojrzeć. Zorientowałem się, że bardziej niż za inwencjami będę tęsknił za burzą myśli, która doprowadziła do jakiegoś śmiesznego, porannego tworu. Bardziej niż za niespodziankami będę tęsknił za siedzeniem wspólnie z grupą myśląc co chcemy przekazać i jak to zrobić. W procesie tworzenia warsztatów zawsze najbardziej kochałem próby. Mimo, że czasem stresujące, bo na przykład nie byłem w stanie dobrze pokazać strachu przed duchem. To jednak częściej były przepełnione śmiechem i poczuciem, że naprawdę robi się coś ciekawego. Miejsce do którego będę często wracał myślami tworzyli ludzie. Jak bardzo będę tęsknił za formą obozów to wiem, że bardziej będę tęsknił za Ogniskowiczami. Nie płacze, ponieważ wiem, że z tymi z którymi chcę utrzymywać kontakt będę utrzymywał kontakt. Przynajmniej będę robił wszystko, żeby znajomość wciąż była żywa. Pisząc to nie płaczę, ale mam szklane oczy wiedząc, że coś dużego się jednak kończy. Na twarzy uśmiech - wiedząc, że jeszcze się z tymi pozytywnie zakręconymi ludźmi zobaczę.

 





wtorek, 13 sierpnia 2024

Filip Pardyak - Dziękuję, że jeszcze tu będziecie

 

        


            Wróciliśmy. Nasz dwutygodniowy sen został przerwany przez dalej istniejącą rzeczywistość. Na warsztatach zapomniałem na chwilę o polityce, smutkach życia, szarej codzienności. Moje życie przez ostatni czas opierało się na tworzeniu, ważnych rozmowach, treningu samego siebie i rozwijaniu kreatywności. Po raz ostatni mogłem doświadczyć halinizmu w takim natężeniu. A to zostanie mi na zawsze. Życiowo jestem w momencie zmian - studia, zdany egzamin dojrzałości, decyzję co dalej. Wszyscy poczuliśmy się bardzo dorośli oraz odpowiedzialni za siebie. Podobnie mam w Ognisku, ponieważ poza byciem komendantem na obozie dostałem możliwość poprowadzenia swojej pierwszej grupy instruktorskiej. W obu sytuacjach mógłbym pomyśleć "Wow, jestem taki dojrzały i samowystarczalny". A to fałsz. Ułudne myślenie młodego umysłu, który myśli, że ma wszystko aby zdobywać świat. Bowiem nie ważne co i jak - zawsze najważniejsi są ludzie. Na obozie wydarzyło się dużo sytuacji, na które pomimo moich wielkich starań nie mogłem być przygotowany - jak to w życiu. Gdy sytuacja wydawała się nie do rozwiązania, a ja w moich oczach stawałem się potwornym komendantem i tragicznym instruktorem, na pomoc przychodzili ludzie. Najbardziej ogniskowa rzecz w życiu, czyli pomocna dłoń, współpraca, nie myślenie o sobie i swoim, ale o wspólnym dobru. I na te pomocne dłonie mogłem liczyć na każdym kroku, czy to od starszych bardziej doświadczonych pań instruktorek, które mnie przeprowadziły przez wszystko, co ważne w takiej pracy oraz od moich najlepszych przyjaciół, którzy się pojawiali zawsze gdy ich potrzebowałem. Moi kochani, co mogę zrobić poza napisaniem DZIĘKUJĘ. 

            Podziękowania to moja myśl przewodnia w tym wpisie, gdyż usłyszałem na tym obozie wiele takich słów. Czy to za moją pracę, czy za radę albo nawet za rzeczy, których nie jestem świadomy. W tym słowie ukryte jest wszystko, czyli wdzięczność, życzliwość i docenienie - wszystko, co ogniskowe. Najbardziej dziękuję każdej osobie, która chce przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko. Każdemu, który poprzez swoją wrażliwość sprawia, że życie jest lepsze. Dziękuję każdemu, który postanowił, że jeśli on jest w Ognisku to Ognisko jest w nim. Ten obóz pokazał mi, że bez ludzi obok siebie życie nie ma wartości ani sensu. I za to wam wszystkim DZIĘKUJĘ.