sobota, 15 sierpnia 2026

Oliwia Hołozubiec - Powrót do korzeni

 


Według słownika PWN-u “Korzenie - rodowód, pochodzenie”.

Samochód zatrzymuje się na dobrze znanym mi parkingu. Wyglądam przez okno, wszystko wygląda dokładnie tak jak to zapamiętałam, jak gdyby czas w Wildze się zatrzymał. Stawiam pierwszy krok w drzwiach ośrodka.

Biorę wdech.

Słyszę szelest kartek scenariusza, przewracanych na zimnej posadzce Kosmosu, śmiech z pokoju numer 11 tłumiony przez górę kostiumów i rekwizytów, spływającą łzę po warsztacie, który poruszył najcieńsze struny, nierówny chóralny śpiew w porannym słońcu i powolne kapanie wosku dziesiątek świec.

Tu zapuściłam korzenie.

Dopiero teraz naprawdę umiem to dostrzec, usłyszeć i poczuć. Wyznaję wartości, które wypiłam razem z litrami kawy z nazbyt łaskawego ekspresu, a potem podpisałam się pod nimi na pożółkłym papierze. Kończę studia aktorskie, na które nie trafiłabym gdyby rosnące dookoła drzewa, nie wyszeptały mi swoich tajemnic. Mam wokół ludzi, których nie byłoby, gdybym nie nauczyła się rozpalać ognia, który ktoś kiedyś rozpalił we mnie właśnie w tym miejscu.

Teraz moja kolej.

Mogę przekazać ten ogień. Po kolei zapalać każdą małą i większą zapałkę. Oddać to co dostałam i jeszcze więcej.

Robię wydech.

Nazywam się Oliwia Hołozubiec, mam 23 lata i byłam Ogniskowiczką. Teraz dalej nią jestem, ale jestem również instruktorką. To był mój pierwszy obóz w tej roli. I po tych dwóch tygodniach wiem, że nie ostatni. Korzenie, które kiedyś tu zapuściłam wciąż rosną i mają się dobrze. W trakcie obozu zasadziłam jednak nowe drzewo. Jego póki co małe korzonki są utkane z zachwytów nad tymi, którzy przyszli po mnie, z iskier ich cichych rozmów zasłyszanych nocą na korytarzu, z ich głośnej odwagi w stawianiu pierwszych kroków na scenie z trawy, kamienia i piachu i ze snów które razem nam się przyśniły.


 „Myślę, że śnimy i marzymy wspólnie” - W. Shakespeare, „Sen Nocy Letniej”


Filip Pardyak - Rozumiesz?

 


Poprzedni sezon teatralny pożegnałem z ulgą, ponieważ czułem, że teatr mnie zmęczył, a twórcy nie zaskakują, lecz raczej nużą, a im bliżej było końca, tym znudzenie rosło. Wakacje postanowiłem spędzić na rozwijaniu wszystkich innych pasji, bez teatru, a jedynym wyjątkiem był obóz z Ogniskiem, gdyż dwa tygodnie w Wildze są doświadczeniem bardziej ludzkim niż czysto artystycznym, jednak codziennie od rana do nocy robimy tam teatr. 


Ludzie w Ognisku są odważni, brawurowi i ciekawi, a każdy uczestnik nosi w sobie bezgraniczną wyobraźnię. Dlatego właśnie tegoroczne warsztaty były dla mnie wręcz rewolucyjne, bo nagle się okazało, że teatr dalej może mnie zaskoczyć. W ostatnim czasie dużo zastanawiałem się nad rozumieniem sztuki. Denerwuje mnie, gdy ktoś jest w stanie oceniać obejrzaną rzecz wyłącznie w kategoriach rozumiem lub nie rozumiem oraz podoba mi się lub nie podoba mi się. Przecież nie ma jednej odpowiedzi i można to zrozumieć tak, jak chce się to rozumieć, co niestety wynika z wychowania w systemie szkolnym, który sam najlepiej wie, jak coś należy interpretować. Ale przecież z innego rozumienia może wyniknąć dobra rozmowa. Do tego też zachęcałem Ogniskowiczów podczas prowadzonych przeze mnie omówień po warsztatach czy niespodziankach, abyśmy zaczynali od swojego odbioru, a dopiero potem zajmowali się całą resztą, przez co dochodzimy wtedy do ciekawych, czasem zadziwiających wniosków. Nagle się okazuje, że dla mnie obejrzany warsztat był w pełni o czymś, jednak osoba reżyserująca myślała o czymś zupełnie innym. Wtedy należy się zastanowić, jak to zmienić, abyśmy wszyscy myśleli podobnie i byli po stronie twórców.

Tutaj dzieje się coś ciekawego, ponieważ młodych artystów z Ogniska nie interesuje myślenie o tym, co inni sobie pomyślą. Oni najpierw mają myśl w głowie, a potem wymyślają na to środki i wypełnienie swojej myśli. Sam proces pracy jest czymś arcydobrym. Gdy ktoś coś zauważył, odebrał, wymyślił lub znalazł, a scena zaczyna działać i wybuchać od idei. Gdy wszystko już jest ułożone, to przychodzi widownia, ponieważ ktoś chce się podzielić ze światem swoją eureką. Ale nagle się okazuje, że widz tam nie zawsze był potrzebny, bo chodziło o to wszystko, co się wydarzyło wcześniej. Oglądający mają teraz doświadczyć tej eureki i być może jej nie zrozumieją, ale za to jak zacne było to, co wydarzyło się przed premierą.


Uważam, że jest to kluczowy moment w rozwoju twórcy, który najpierw staje się świadomy siebie, swoich wartości, komunikatów oraz elementów. Gdy wytworzy coś, co wychodzi z jego serca i głowy, dopiero potem uczy się, jak komunikować to światu. Obozy są po to, żeby tworzyć siebie oraz swoje środowisko, a dzieje się to właśnie poprzez sztukę. Przez dwa tygodnie w Wildze byłem świadkiem wielu debiutów, odważnych i pierwszych kroków, niepewności, prób, awansów, zmian i przemian. Myślę, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na tej ziemi, gdy mogę swoją poradą lub nauką doprowadzać tych młodych gniewnych do momentu, gdy świat będzie chciał zobaczyć ich pełnych i świadomych. Ognisko udowodniło mi, że aby rozumieć teatr, należy najpierw zrozumieć siebie, żeby potem wszyscy inni mogli zrozumieć nas. Nudnemu teatrowi profesjonalnemu życzę, aby szukał więcej niezrozumienia, a wam, Ogniskowicze, życzę odwagi, by próbować i chcieć rozumieć to, co wokół nas. 



czwartek, 13 sierpnia 2026

Antoni Gogółka - Więcej niż obóz

 


Właśnie wróciłem z mojego pierwszego dwutygodniowego obozu Ogniska Teatralnego Machulskich. I chciałbym podzielić się z wami moimi przemyśleniami. Cały wyjazd jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to wspaniałe miejsce. Poznałem tam wiele miłych i zdolnych osób, które kochają to, co robią. I właśnie to jest dla mnie piękne w tym miejscu. Każdy był, kim chciał, i nie musiał nikogo udawać. Jest to wspaniała społeczność, która wspiera cię i motywuje na każdym kroku. Miałem okazję poznać głębiej ludzi, z którymi co sobotę mijam się na korytarzu, i nie żałuję tego. Zaskoczyło mnie, jak bardzo wszyscy tam ci pomogą w trudnych sytuacjach. Odniosłem pozytywne wrażenie, że całe Ognisko to jedna wielka rodzina, która nie zostawi cię na pożarcie światu, tylko przygarnie, nauczy i pokieruje, abyś zrobił swój pierwszy krok.



Wiele się też nauczyłem, za co jestem ogromnie wdzięczny instruktorom, kolegom i koleżankom. Przez cały ten czas praca była intensywna, ale zdarzały się momenty, gdzie mieliśmy czas na odpoczynek, na przykład po obiedzie. Czasem mieliśmy ciężko, głównie ze względu na pogodę. Słońce świeciło okropnie mocno, dlatego czas spędzaliśmy w większości w środku, ale kiedy temperatura spadała, wychodziliśmy na dwór. I tam robiliśmy próby do spektakli i warsztatów. Byliśmy też bardzo zadbani pod każdym względem, ale moją uwagę przykuło pyszne jedzenie, które kuchnia dzień w dzień przygotowywała. Cieszyłem się, gdy codziennie szedłem na obiad zjeść coś dobrego. Ośrodek też był świetnej jakości, a pokoje miło mnie zaskoczyły, z zewnątrz miejsce to było nienagannie czyste. Boisko do siatkówki i drzewa wokół tylko dodawały uroku tej placówce. Sam wyjazd był świetny i chętnie pojadę na niego jeszcze raz. Uważam, że obóz z Ogniskiem bardzo rozwija, ale też uczy samodzielności, wytrwałości, empatii i dążenia do własnych celów, nie samemu, ale w grupie, współpracując z innymi jako jedność.





środa, 12 sierpnia 2026

Sonia Wagner - Wszyscy jesteście nieuchwytni

 


Nie wiem jak to jest być zapomnianą. Nie wyobrażam sobie jakie uczucie towarzyszy byciu ścieranym z kartki. Mimo to, coś dużego kończy się w moim życiu - a ja już widzę puste szuflady. Mogę wojować swoimi dziennikami, obsesyjnie spisywać sny i słowa, ale wciąż jestem świadoma, że nie pamiętam większości cudowności czasu. Nie złapię Was wszystkich do zeszytu. Nie przypieczętuję. I mogę płakać godzinami z rozpaczy, drapiąc ściany i wygryzając dziury w poduszkach. Wy dalej będziecie powoli wymazywać się z mojej głowy. 

Miałam te myśli w tylnej kieszeni spódnicy przekraczając próg Wilgi. Cieszyłam się niezmiernie i bawiłam się świetnie. Nie w moim domniemanym niezadowoleniu tkwi problem. A w dziwności tego wszystkiego. Każdy mój krok uznawałam za symboliczny, każdą czynność postrzegałam jako okazję na zrobienie czegoś po raz ostatni. Czułam wewnętrznie, że przesadzam, że szukam patosu, który zupełnie nie istnieje. Ale z drugiej strony - znajdowałam go na każdym rogu. Zgaduję, że dlatego codziennie zakładałam na siebie nową, ogromną porcję zadziwiającego wstydu. Apelowe słońce wbijało mi się boleśnie w oczy, kiedy słyszałam śpiewne „Czy ktoś się dziś zakochał?” Pani Ani. Głupio było mi wyjść na środek. Nie miałam pojęcia od czego zacząć. 

Tak. Tak, śmiem twierdzić, że całe dwa tygodnie spędziłam w szalejącym, boleśnie wiercącym mój organizm stanie zakochania. Patrzyłam wszędzie wokół, łapiąc najmniejsze szczegóły - bo każda mikroskopijna głupota wprawiała mnie w niemiłosierne wzruszenie. Uśmiechy wywołane nuconą Szymborską, tostowa czekolada w kącikach ust. Poranny walc do wieczornego Różewicza. Tradycja poetycka sama w sobie byłaby w stanie wpędzić mnie do grobu. My byliśmy tam otoczeni tak bezpretensjonalnie donośnym pięknem. Dziurawy sweter niosący na nitkach salwy listów miłosnych. Krojenie pomidorów i chichot zmieszany z zapachem pościeli. Wojna na prędkość, nie zważająca na wiek. Szept tłumiący największe możliwe emocje, głaszczący znajomy odgłos chrapania. Słońce wymieszane z firanami, kruchość po-inwencyjnych ciastek i słodki szum wiatru w akwarium. Wzruszenia. Obserwowanie jak moim przyjaciołom rozwija się empatia i wrażliwość. Ci ludzie rosną wokół mnie, zupełnie nowi, chociaż zdecydowanie wciąż ci sami. Jestem tak ogromnie dumna z każdego z osobna. Parę osób powiedziało mi, że wiele ich nauczyłam ale Nie! Nie nie nie, nie…To Wy bezustannie uczyliście i uczycie mnie. Bez Was bym tego wszystkiego nie widziała. Beztroskie dzielenie ubrań, dziecięca radość z sukcesu. Delikatne przywitania w środku dnia i cisza niezamykających drzwi klamek. Chaos wypowiedzi wywołany przez najszczerszy, najcieplejszy zachwyt. Czyjaś głowa na moim brzuchu albo moja głowa na czyimś ramieniu. A to wszystko w moich ukochanych obcasach. Serce chciało bez przerwy ze mnie wyskoczyć, bo wiedziałam co się zbliża. Odczuwam tak mocno. A za tydzień zobojętnieje. I to mnie przerażało. 

Czwartek, przedostatni dzień obozu. Około dwudziestej trzeciej. Siedziałam na samiutkiej górze czerwonych schodów i zupełnie nie potrafiłam uspokoić oddechu. Stan moich oczu pozostawiam domysłom. Z dołu słyszałam krzyki. Radosne krzyki. Śmiechy, oklaski, stukot butów i inne symfonie dobrej zabawy. Ostatnia wilżańska impreza. Nie poszłam tam z wyboru, chciałam się przetestować. Wtedy zobaczyłam, że beze mnie naprawdę wszyscy dadzą sobie radę, a moje naiwne tęsknienie i wkładanie we wszystko całego serca boli tylko i wyłącznie mnie, nikogo innego.


Wróciłam do Warszawy dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Zobojętniałam. Nie widzę tych ładnych codziennych rzeczy, nie myślę już o nich tak pięknie, a patos zakopałam gdzieś pod huśtawkami. Powidokami stały się zamazane wspomnienia, do których po ludzku tęsknię. 

Tak, Ognisko dało mi wiele zakochań. Może i nawet nauczyło mnie kochać w ogóle. Ja chyba po prostu kocham nad wyraz. I nie narzekam. Kocham kochać, kocham Was kochać, kocham wenę jaką daje mi miłość, i w życiu nie wyzbyła bym się tego kochania. Kocham Was pamiętać. 

Z takim też nastawieniem postanowiłam dokończyć czytanie „Panien z Wilka”. Pomysł skrajnie idiotyczny. Zostawiam cytat. 

„Wszystko, co czuł teraz, było jednak tęsknotą za miłością, która mu się przelała jak woda między palcami” 

 

Zdjęcia: Sonia Wagner

czwartek, 22 stycznia 2026

Babcia i dziadek


Lubimy pisać! Na warsztatach literackich pod opieką Anny Kozłowskiej stworzyliśmy portrety naszych babć i dziadków. Zatrzymajcie się na chwilę. Przeczytajcie.


Lena Wróblewska:

Babcia Marysia ma zabiegane ręce i konturowe oczy. Pachnie poskładaną zawieruchą. Na lichych włosach zapina grubą klamrę. Wychodząc za próg, sprawdza licznik kroków. Mam po niej drugie imię.

 

Szymon Karbowy:

Moja babcia była okrągła i otulająca. Pachniała mieszaniną kadzidła z resztką dostojnych nauczycielskich perfum. Na nosie, para porysowanych, grubaśnych szkieł, których wymiany od zawsze sobie odmawiała. Do pokoju wchodziła przechylając się to w lewo, to w prawo, balansując na granicy upadku. Nic jej w życiu nie położyło.

 

Antonina Niedziałkowska:

Babcia Mysia przypomina przekwitłą różę. Jej zadbane, jasne dłonie poplamione są starością. Pachną kwiatami, gliną i pracą. Znają i pamiętają każdy materiał, którego dotknęły. Drogą głowę ozdabia odmechacony beret, czerwony Nigdy nie wyszłaby z domu w dresie. Na powitanie całuje mnie w policzek, dłońmi przeprasowuje moją koszulę a potem zaprasza mnie na herbatę. Ona mówi, a ja słucham.

 

Róża Dworak:

Moja babcia była energiczna i pokazowa. Pachniała farbą do włosów i kościelną ciszą. Błyszczała oczami, na których nosiła niebieski cień. Rozmawiając, z miłości przeobrażała się w dziecko. Jednak to kłótnia zdawała się budzić ją do życia.

 

Julia Dąbrowska:

Potężny, ale łagodny. Pachniał wodą kolońską i skórzanym płaszczem. Nosił zadziorny kaszkiet i torbę pełną kanapek babci. Uwielbiał łapać mnie za ucho, żebym się zdenerwowała. Jego dłonie potrafiły naprawić wszystko.

 

Ida Romaszkan:

Moja babcia jest pomocna i serdeczna. Jej zapach przywodzi na myśl dom rodzinny i ciepłe naleśniki z dżemem jabłkowym. Zazwyczaj ma na sobie swój znoszony wełniany sweter, który cerowała już więcej razy niż mogę zliczyć. Telewizor w jej domu jest zawsze włączony nie po to by pokazywać wiadomości, ale żeby zagłuszyć ciszę zalegającą w każdym kąciku jej mieszkania. Babciu, chciałabym abyś została z nami na zawsze.

 

Kajetan Fabisiak:

Dziadek Maciek wygląda ani sensownie, ani odpowiedzialnie. Pachnie więc papierosowym rajem. Nasi białe koszule, by móc je widocznie ubrudzić. Wchodząc do Garażu, od razu kieruje się do kuchni. Odebraliśmy obiad i wyszliśmy. (PS. dziadek mieszka w domu, który składa się w dużej mierze z garażu, kuchni i jadalni, dlatego tak ten dom nazywamy Garażem.)

 

Łucja Herda:

Babcia była ułożona i z pozoru surowa. Pachniała lakierem do włosów lub gotowanym obiadem. Po powrocie zmieniała ubranie na „domowe”. Nieustannie narzekała na bałagan w naszym mieszkaniu. Chciała dla nas jak najlepiej.

 

Sonia Wagner:

Jest uparcie zdystansowana Pachniała borówkami kupionymi specjalnie dla jednej jedynej wnuczki. Nosiła starannie dopięte palto i beżowy beret, wyciągnięte w pośpiechu z zagraconej szafy. Wychodząc z domu szeptała „Gdzie są klucze?” Nie rozmawiamy od lat.

 

Konstanty Stępniewski:

Moja babcia- przerdzewiała i ścisła. Pachniała majem swojego ogrodu. Na polikach zawsze miała ślad nierozmytej szminki. Potykając się, z tarasu biegła na ziemię; uczulona na ciepło, sama nim zarażając.


wtorek, 26 sierpnia 2025

Róża Dworak - Lenistwo twórcze

 

Obserwuję ostatnio pewne zjawisko. Piszę jednak o tym, jak objawia się u mnie, gdyż nie chce wkładać słów w niczyje usta. Może jednak ktoś czytający zidentyfikuje u siebie podobne do mojego rozleniwienie? W ostatnim czasie zaobserwowałam u siebie coś, co pozwolę sobie roboczo nazwać lenistwem twórczym. Zaczyna się ono, przynajmniej w moim przypadku, od zmęczenia ciągłym robieniem czegoś. Kiedy powiedzmy jestem w toku wymyślania, myśli przychodzą do mnie nagle, niezapowiedziane, swoim natłokiem zwalają się w najbardziej niechcianym momencie. Staję wtedy przed wyborem: kontynuować to, cokolwiek to było, czym zajmowałam się wcześniej, czy ugiąć się chęci tworzenia. Ugięta - bądź co bądź - pozytywną motywacją tworząc często w najbardziej niedostosowanych do tego, nieodpowiednich momentach, męczę się. Przez to zmęczenie mój dylemat z czasem się zmienia. Wygląda teraz tak: zostać pod wpływem moich nieokiełznanych myśli i pomysłów czy poddać się potrzebie odpoczynku. Może jest to moja osobista cecha, ale niezdolna jestem do tworzenia w momentach z góry ustalonych, jeżeli na przykład powiem sobie: to jest ta pora, przez tą godzinę będę pisać - skazuję się na bezwarunkową porażkę, nie napiszę nic. Tworzenie spontaniczne jest więc jedyną formą tworzenia jaka mi pozostaje. Mój wybór wygląda więc teraz tak: tworzyć, czy nie tworzyć. Kiedyś jednak nadchodzi moment, że moje ciało, lenistwo, chęć zabawy, chęć odpoczynku, rozluźnienia, frustracja, tymi ciągłymi napływami weny, mimowolnie wybiera opcję drugą. Pomysł (jeden z) pozostaje niewykorzystany, niezapisany i choćbym sobie nie wiem jak długo obiecywała, że go zapamiętam, niezapamiętany. Jakaś część mojego pomysłu, mojej weny twórczej, jakaś część tego co mogłabym kiedyś spełnić, stworzyć, część czegoś może nawet genialnego? Może to część tej nawet najlepszej rzeczy jaką kiedykolwiek wymyślę lub jak dotąd wymyśliłam? I ta właśnie część w tym momencie odeszła w niepamięć, zmarnowała się, uczyniła mnie z miejsca trochę gorszą i głupszą. Zapętlam się więc w tę fiksację zmarnowanego potencjału i strachu przed ogłupieniem się, tak, że w istocie się ogłupiam. Moje myśli, pomysły stają się nieznośnie, każdy kolejny przypomina mi o moim lęku, żadnego nie wykorzystuję. Staję się niezdolna do spontanicznego tworzenia, a więc niezdolna do tworzenia w ogóle. Z czasem pomysły przestają przychodzić. Trochę alarmuje mnie ich brak, ale nie mam czasu ich szukać, uwagę moją zajmują teraz szkoła, nauka, egzaminy, spotkania towarzyskie, zaległe sprawy do zrobienia, spacery z psem, sen; robię wszystko, żeby nie wrócić do tego początkowego wiru, bo ani nie czuję się na siłach, ani nie mam na to czasu, bo jak tylko wrócę do domu to będę musiała się uczyć, wyjść z psem, zjeść kolację, pójść się umyć, spać. Zastanawiam się, jaka część tego to tylko wymówki, a jaka: prawdziwe życie, prawdziwy świat i moja przyszłość, która przecież powinna być dla mnie priorytetem. Boję się więc tych myśli i żyję w lęku, lęku, że nie dam rady zrobić wszystkich rzeczy, które mam do zrobienia, ale też, że nigdy już nie będę mogła tworzyć, że po prostu zrobiłam się głupia. Permanentnie. Nie rozumiem już sztuki, nie potrafię wycisnąć z siebie żadnej sensownej myśli, nie dostrzegam u siebie żadnego śladu zrozumienia. Potrzebuję jakiegoś bodźca zewnętrznego, czegoś silnego, zdecydowanego, co wzbudzi we mnie motywację, chęć i odpędzi ten lęk przed myśleniem. I koniec. Dotarłam już do tego momentu, że zwyczajnie mi się nie chce, że czuję wręcz fizyczny wstręt do myślenia i do tworzenia. Leniwa, spędzam całe dnie na nie robieniu niczego znaczącego. Po powrocie ze szkoły - uczę się; jak nie ma nauki, to choćby przeszło mi przez myśl, żeby wykorzystać ten czas - nie chce mi się. Zauważyłam, że kiedy kończy się rok szkolny, zaczynają się wakacje lub ferie, ja znajduję się zazwyczaj właśnie w samym centrum takiego zacofania. Z tyłu głowy pojawia się zbliżający się wielkimi krokami obóz ogniska oraz… warsztat, który powinnam już zacząć pisać. Ale jak tu zrobić warsztat, kiedy straciło się całą swoją inteligencję teatralną i motywację? Myślę, że w tym, że co roku mi się udaje jest jakaś niepojęta dla mnie samodyscyplina, z całkowicie niezrozumiałym jej źródłem gdzieś w środku mnie. Możliwe, że podskórnie rozumiem, co dla mnie ważne. Możliwe, że wyznaczyłam sobie kiedyś (lub sam się wyznaczył we mnie) jakiś taki drogowskaz, który mówi TO JEST WAŻNE. Postanawiam: zrobię warsztat. I robię. I nie wiem skąd przychodzi do mnie pomysł, skąd przychodzi tekst, scenografia i wszystkie inne rzeczy, które są jakby nieodłączną częścią tworzenia warsztatu, z pewnością nie są one jednak wynikiem jakiegoś nagłego napływu weny. Są raczej resztkami tego, co zostało we mnie po poprzednim roku i jakimś dziwnym pomysłem, dla którego zrozumienia nie mam. Jednak idę w to. Jaką mam alternatywę? Tworzę coś, co wydaje mi się kompletnie dziwne i niezrozumiałe. Staram się nie kwestionować mojej wizji, ponieważ wszystko w niej wydaje mi się kwestionowalne. Musiałabym się wtedy, gdybym zaczęła ją kwestionować,!!!! poddać się, niezdolna do wyciśnięcia z siebie ani zdania, które bym zrozumiała i w którym widziałabym sens i jakieś powiedzmy wątpliwe piękno, na którym szczególnie mi zależy. Tak, bardzo zależy mi na pięknie, ale kiedy jestem w takim życiowym amoku nie jestem zdolna go zauważyć. Dopiero jak przyjeżdżam na obóz mój mózg powoli się otwiera. Każdego roku jest tak samo: przez pierwsze kilka dni jestem przerażona tym, że oczekuje się ode mnie, że będę aktywnie myślała, miała jakiś własny punkt widzenia, a co gorsze wypowiadała się. A ja kompletnie nic jeszcze nie rozumiem. Po pierwszych wystawieniach nigdy nie wiem co mam myśleć. Po prostu mój umysł nie jest w stanie zinterpretować w żaden sposób tego, co widzi. Nawet najprostsze, oczywiste wręcz tematy pozostają dla mnie nie do zauważenia. To, że orientuję się, że inni je dostrzegają wydaje mi się jakieś w ogóle kosmiczne, a te wszystkie rzeczy takie trudne. Z czasem jednak, jak natężam i natężam mój umysł coraz bardziej zauważam, że coś powoli się otwiera. Pod koniec obozu rozumiem w pełni; rozumiem i mój nowo powstały warsztat i w ogóle to, co tworzę i mam jakieś swoje zrozumienie dla tego co tworzą inni. Jestem w stanie formułować wnioski i opinie nie na podstawie tego, co mi się wydaje, tylko na podstawie tego co wiem, w co szczerze wierzę, że wiem i co jest dla mnie prawdziwe. Mam swój sposób (tak jak każdy!) odbierania sztuki i rozumiem go. Jestem w stanie pojąć, co właściwie mam na myśli i potrafię to wyrazić, staję się też pewna mojej myśli. To dobrze, bo uważam, że niepewność jest największym mordercą sztuki, która opiera się na własnym, odważnym rozumieniu. Pozbyłam się więc niepewności i zauważyłam piękno. Chociażby przez te dwa czy trzy tygodnie po powrocie z Wilgi jestem bogatsza o coś prawdziwego, co cały czas jest i było we mnie. Później lenistwo twórcze dopadnie mnie i będę hibernować swoje szare komórki aż do ogniskowego zimowiska.


środa, 20 sierpnia 2025

Maria Gregosiewicz - Możliwości


Odkąd pamiętam, marzyłam o zaistnieniu w świecie artystycznym. Chodziłam na różne zajęcia aktorskie i na castingi, jednak czuję, że decyzja z ferii ubiegłego roku, pokolorowała ten proces. Postanowiłam wtedy dołączyć do Ogniska. Nie miałam wielkich oczekiwań i sądziłam, że będzie to tylko przejściowy krok w zdobyciu szczytów. Jednak teraz po byciu na dwóch obozach i spędzeniu dwóch lat ogniskowych, myślę, że ten krok zostanie ze mną na zawsze. Poznałam ludzi o takich samych zainteresowaniach i marzeniach. Dostałam możliwość spędzania z nimi czasu i tworzenia. Przez ten czas udało mi się stworzyć dwa filmy krótkometrażowe i wystawić dwa warsztaty. Przebywanie z tak utalentowanymi ogniskowiczami, otworzyło mnie kreatywnie. Zawsze po powrocie z zajęć mam w sobie masę pozytywnej energii, dzięki której jestem w stanie przeżyć następny tydzień szkolny. A obóz letni, z którego niedawno wróciłam, pozostawił we mnie ogrom wiedzy i zapału do dalszego tworzenia. Intensywność, czyli główna cecha obozu, pokazała mi jak dużo jestem w stanie zrobić i na jak wiele mnie stać. Czułam się jakby to był cudowny przedsmak mojego zawodowego życia. Oglądanie warsztatów, sztuk, niespodzianek i etiud, zainspirowało mnie do patrzenia, do zauważania i do bycia tu i teraz. Zabawa kostiumami, makijażem, scenografią i tekstem, obudziła małą mnie. Dzięki Ognisku wiem, że jest ze mnie dumna za to, że spełniam jej marzenie. Niesamowite jest to jak jedna spontaniczna decyzja, jest w stanie nakierować dalsze życie. Jest to tak naprawdę dopiero początek mojej drogi, jednak dzięki Ognisku mam możliwość podążania dalej z plecakiem wiedzy i doświadczenia.