piątek, 1 kwietnia 2022

Amelia Judziewicz-Kalinowska - PANI HALINA

Amelia Judziewicz-Kalinowska i Halina Machulska
piękna rozmowa, ważne spotkanie i ogniskowy film
fot. Anna Kozłowska, 2014

Odpalam facebooka i sprawdzam wspomnienie na dziś. Tego dnia 8 lat temu zostało zrobione właśnie to, uśmiechnięte zdjęcie pani Haliny Machulskiej. Wszystko wróciło. 

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie można odnaleźć bardzo bezpieczne schronienie. Nie ma konkretnej siedziby, ale gdy się je odnajdzie towarzyszy przez całe życie. Dla mnie, w pierwszym rozdziale mojej przygody z Ogniskiem, to miejsce znajdowało się w salach i na korytarzach Centrum Astronomicznego przy ul. Bartyckiej, w pałacu w Jadwisinie czy Teresinie. To tam zaczęłam odkrywać ten świat. W drugiej części dołączył Pęcław i Serock. Tam podejmowałam próbę kreowania tego świata dla innych. Obecnie dryfuję gdzieś w oddali, ale doświadczenia zdobyte w Ognisku towarzyszą mi nieustannie i pomagają w życiu codziennym i zawodowym. Wiara w swoje umiejętności, obieranie nowych celów i uparte dążenie do ich osiągnięcia. Nie poddawanie się. Umiejętność pracy w zespole i szanowanie roli każdej osoby w grupie. Korzystanie z improwizacji, w każdej nawet najbardziej niezręcznej i trudnej sytuacji, ale także w tych zwykłych i codziennych. Swoje pierwsze kroki w nauczaniu stawiałam właśnie jako instruktor w Ognisku i tam zdobywałam szlify, które teraz wykorzystuje w pracy akademickiej. Poprowadzenie zajęć, warsztatów? Nie ma sprawy. Czuję wtedy powrót do ogniskowych korzeni, gdzie z grupą młodych ludzi można wykreować coś nowego, ciekawego. 

Nie byłoby tego świata gdyby nie założycielka Ogniska - pani Halina Machulska. Wychowała dziesiątki młodych ludzi bezpośrednio i pośrednio, poprzez innych ludzi i sztukę. Także mnie. 

Jest rok 2013. Wraz z ówczesną grupą ogniskową Studio podążyłyśmy (skład grupy realizacyjnej był w 100% kobiecy) za życiorysem Haliny Machulskiej. Odwiedziłyśmy Łódź, z której pochodzi pani Halina. Ale nie ta wyprawa był największym przeżyciem. Dzięki Annie Kozłowskiej miałyśmy możliwość spotkania, porozmawiania i zarejestrowania rozmowy z panią Haliną. Udało nam się spędzić kilka niezwykłych godzin, które zapamiętamy do końca życia. Choć po tylu latach może szczegóły umykają, ale ta niesamowita atmosfera dobroci, radości, pogody ducha i zaciekawienia światem przekazana przez panią Halinę jest we mnie nadal obecna. A słowa i pytania sformułowane wtedy powracają w trudnych życiowych momentach. Wskazówką mogą być etyczne i moralne ścieżki, które wytyczała pani Halina. Dobroć, umiejętność wybaczania, przyjmowanie z pogodą ducha wyzwań codzienności. Jestem z pokolenia Ogniskowiczów, które nie miały już bezpośredniego kontaktu z panią Haliną poprzez zajęcia w Ognisku. Towarzyszyła nam już tylko w trakcie rozpoczęcia i zakończenia ogniskowego roku. Teraz, kontakt z panią Haliną w ten sposób nie jest już możliwy. 8 minut i 34 sekundy stworzonego przez nas wtedy materiału, są naszym wewnętrznym zapisem i próbą utrwalenia tego ważnego dla nas świata.

https://www.youtube.com/watch?v=xyjo6xWVV94&t=164s

W 2014 zrealizowałam drugą część rozmowy z panią Haliną. Towarzyszyłam pani Halinie przez kilka dni w różnych sytuacjach. Emocje towarzyszące tym chwilom nie znikają do dziś. Choć codzienność zamazuje i zaciera wspomnienia. Teraz gdy odpalam te materiały po kilku latach, odnajduję w słowach pani Haliny ponadczasowość, prawdę i uniwersalność.

https://www.youtube.com/watch?v=dGFMbY7_l4w

Niezwykłe, niesamowite, poruszające. To wspaniałe słowa, ale co one konkretnie oznaczają? Które chwile, słowa pani Haliny towarzyszą mi do dzisiaj? Oto kilka najważniejszych:

- „Czy zyskując tracę, czy tracąc zyskuje?”. Ten cytat najczęściej we mnie odżywa i skłania do refleksji. W momencie poczucia porażki, ale także sukcesu.

- „Sukces jest początkiem porażki, a porażka początkiem sukcesu”. W tych słowach odnajduję przestrogę, ale i nadzieję w pozornie beznadziejnej sytuacji.

- Należy cieszyć się ze ścieżek, którymi możemy podążać. Dążenie do realizacji obranego celu, czasem do celu nie doprowadza, ale pomaga trafić na odpowiednią i satysfakcjonującą drogę.

- Kształtowanie siebie i środowiska poprzez sztukę to taki „ogniskowy lifestyle”. Tego chyba Ogniskowiczom nie muszę tłumaczyć :) Słyszy swój czas, umie zapytać i wie kogo. 

 

Halina Machulska jak zawsze uśmiechnięta do człowieka, a nie aparatu, fot. Anna Kozłowska, 2014

niedziela, 12 grudnia 2021

Aleksy Jakubiec - Mafia Ogniskowa

 



 

Czas leci bardzo szybko. Zanim się obejrzałem, z przestraszonego trzynastolatka stałem się dorosłym i pewnym siebie dziewiętnastolatkiem. Pięć lat w Ognisku zmieniło moje spojrzenie na teatr, sztukę oraz na świat. Nie jestem osobą, która wzrusza się na różnych uroczystościach, jednak podczas rozdania tegorocznych dyplomów w środku czułem, że tracę część swojego nastoletniego życia. Ognisko nie było ani łatwym, ani jednocześnie trudnym przeżyciem i nikt z nas tego nigdy nie ukrywał. Zbigniew Herbert wysłał kiedyś list do studentów IV roku aktorstwa Akademii Teatralnej, w którym napisał: „Życzę wam trudnego życia, bo tylko takie jest godne artysty[…]”. Życzę sobie i wszystkim tegorocznym absolwentom trudnego życia. Nic nigdy nie przychodzi łatwo i tylko dzięki ciężkiej pracy jesteśmy w tym, a nie innym miejscu. Zaczynamy nowy etap życia bogatsi o doświadczenia z najpiękniejszego miejsca na świecie, bogatsi o nowe emocje i spostrzeżenia oraz, co najważniejsze, nowe znajomości. Na rozdaniu dyplomów myśleliśmy gdzie będziemy za 20 lat, ale jedna rzecz w naszej wizji przyszłości nie uległa zmianie - będziemy o sobie pamiętali nawzajem. To jest właśnie Mafia Ogniskowa. Rozejdziemy się w różne strony, obierzemy różne kierunki; jedni z nas pozostaną z teatrem do końca, inni tylko hobbystycznie, a jeszcze inni znajdą inne pasje i drogi życiowe. Najważniejszym jednak jest, że kiedy nagle spotkamy się po latach, gdzieś na ulicy, w pracy, w teatrze czy w sklepie i nadal, w dorosłych twarzach, będziemy szukać twarzy dzieci, które kiedyś tak zagubione, dziś są doświadczone przez życie. Spotkamy się i tak jak przed laty znowu rozpalimy ogień teatru w naszych sercach i umysłach. Dobrze jest mieć taką Ogniskową rodzinę. Taką naszą Ogniskową Mafię




piątek, 10 grudnia 2021

Konrad Czapski - Piszę z własnej i nieprzymuszonej woli



Piszę z własnej i nieprzymuszonej woli.

Od odebrania dyplomu minął niespełna miesiąc, a od ostatnich zajęć coś koło dwóch lat. Napisać więc muszę. Ale napisać nie jest łatwo.

Usiadłem przed laptopem bez przygotowania. Pusta głowa, pusty dokument word – nie mam pojęcia, co chcę przekazać. Wiem za to, że moim planem jest zupełny brak planu. Liczę na oryginalną wizję, niewymuszone wspomnienie, zgrabną gawędę pojawiającą się niespodzianie, czyli słowem na coś szczerego, lekkiego, odkrywczego i jak przystało na specyfikę blogów ogniskowych – z morałem! Piękne byłoby to pożegnanie!

Tymczasem jednak siedzę.

Dalej siedzę. Nieskrępowanie. A miałem pisać.

Toteż włączam @OTUMogęwszystko i odpalam po kolei klisze pamięci. Przy odrobinie szczęścia stanę się ofiarą napadowych ataków wzruszenia i nostalgii (w granicach możliwości - łzawej), a wtedy wystarczy tylko spisywać to, co mi w puszce mózgowej zakołacze.

Zaduch nagrzanego Akwarium, echo w Basenowej, zapaszki klatki schodowej na Lubelskiej, miękkotwarda wykładzina z Lustrzanej, foyer w Dramatycznym w „Pekinie”, próby w Dramatycznym na Woli, bufet w Słowackim, skąpany w ultrafiolecie klub 35+, śliskie schody przed wejściem do ośrodka w Pęcławiu…

Coś tam się ruszyło. Powoli wpadam w pętlę analizowania każdego wspomnienia po kolei – efekt uboczny żonglowania kliszami. Muszę to szybko uciąć, bo inaczej niczego nie napiszę, posiedzę przed laptopem jeszcze godzinkę, a potem kawa straci swą moc i po prostu zasnę jak ostatnie bydlę. Trudno jednak walczyć z kliszami.

Wracam po dłuższej przerwie. Kawa przestała działać, ja zaś, żeby nie zasnąć, musiałem snuć się po domu czytając książki ze starymi wpisami. Trochę ludzi mi się przez te kilka lat w Ognisku przewinęło, ba, kilkoro przewija się cały czas. Wspomnienie bierne motywuje do wspominania czynnego – muszę odkurzyć niektórych znajomych. Po napisaniu paru treściwych wiadomości typu „ej w sumie dawaj jakaś zbita” poczułem się nieco raźniej. A na pewno żywiej. Na głośnikach Jacek Kaczmarski z wyczuciem chwili przełącza się na następny utwór. W pokoju roznosi się ochrypłe „marszem przez dżunglę jest nocne pisanie”…

Pora na kontrolny zapis pliku. Oczywiście mam już folder przeznaczony dla Ogniska, a w nim folderek wydzielony na blogi. Ręka sama odpala poprzednie teksty. Teraz żałuję, że nie pisałem ich więcej. Może z tego ulepić morał? Coś o docenianiu Ogniska, wykorzystywaniu szans, pisaniu na bloga… Bez sensu. Znaczy z sensem, ale po prostu zbytnia łopata, a to przecież Ognisko człowieka całe te lata uczuło, że jak mam wybór między łopatą i jakimkolwiek innym, subtelniejszym narzędziem przekazywania myśli, wybór powinien być prosty, oczywisty i, o ironio, łopatologiczny. Ale coś człowieka kusi i gniecie. Może by tak powspominać warsztaty i zawrzeć trochę rozgrzewających i protekcjonalnych rad dla młodszych Ogniskowiczów…

Mógłbym, jak inni, gąszcz pociąć maczetą,
Szlak turystyczny odsprzedać gazetom,
Zastrzec, że pierwszy tu byłem, a przeto
Mnie się zaszczyty należą.
Ale jest większą zasługą i siłą
Tam dotrzeć, gdzie się nikomu nie śniło,
Nie pokrzywdziwszy niczego, co żyło

Wtrąca się Jacek. Bardzo ryzykownie zresztą, bo prawie ukuł tymi siedmioma wersami jakiś morał. Wtedy to cały koncept mojego wpisu zapadłby się pod własną nieudolnością i musiałbym zaczynać od początku. Druga w nocy. Zaczynanie od początku więc odpada.

Chociaż, jak sobie przypominam, podczas obozów chodziło się spać jeszcze później, więc w zasadzie nie powinien to być problem, a raczej melancholijny symbol mojej ostatniej ogniskowej nocnej pracy, dla wzniosłości chwili powiedzmy – próby generalnej! Ale wzniosłość chwili to jedno, a uderzeniowe ilości melatoniny – drugie. Mój pokój nie posiada zdolności energetyzujących, jakimi charakteryzowały się przestrzenie w Wildze i Pęcławiu.

Marszem przez dżunglę jest nocne pisanie!

Powieki kleją się jak sok tropikalnego owocu. Może i wypada już kończyć… Muszę być wypoczęty, jutro przecież spotykam się z Jankiem i Beniem, mamy myśleć nad kolejnym scenariuszem.

Na wszelki wypadek klikam kilka razy ctrl+s. Naprawdę szkoda by było, gdyby mi to wszystko przepadło.

Blog ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Można spać z czystym sumieniem.

W pokoju już nie słychać klikania klawiatury, tylko Jacek Kaczmarski mi przez głośnik śpiewa do poduszki.

Szukam więc dalej i błądzę za sensem,
Własne poprawiam notatki zbyt gęste

(…)

Ale opłaca się trud eremity:
Wreszcie odkrywam skarb w dżungli ukryty

(…)

Patrzę na zdobycz człowieczych pokoleń
Czując, jak pot mi się rzęsi na czole,
Bo widzę po całonocnym mozole
Mapę kolejnej wyprawy.

Konrad M. B. Czapski (z gościnnym występem Jacka Kaczmarskiego)

 

 

 


wtorek, 2 listopada 2021

Paweł Ptaszkiewicz - Tadeusz i Piotr

 


Czas wspomnień, czas pożegnań... Tym razem dotknął nas boleśnie, wręcz namacalnie... Dwukrotnie w październiku, w ciągu zaledwie tygodnia, spadły na nas wieści dotyczące dwóch wychowanków Ogniska z lat 80-tych...

 

TADEUSZ GÓRALSKI... Wspominany był tu już, ale przede wszystkim jako instruktor i wychowawca. Ja wspominam Go jako swojego pierwszego w życiu Przyjaciela, kumpla z roku i obozowych kwater, partnera ze scen ogniskowych pokazów i przedstawień Teatru Ochoty. Razem pracowaliśmy nad jednym z pierwszych warsztatów naszego roku – Jego monodramem. Razem też pierwszy raz w życiu trafiliśmy na plan filmowy...

Obaj szukaliśmy swojego miejsca, ale to miejsce musiało się znaleźć pomiędzy ludźmi, których chciało się poznać i zaufać im w absolutnej pełni. W którymś momencie wiedzieliśmy, że nasze dwa miejsca sąsiadują ze sobą i że możemy sobie ufać, po raz pierwszy w naszym młodym życiu.

Dołączył do nas dopiero w drugim semestrze. Pamiętam, jak wszedł do głównej sali teatralnej, jak się przedstawił... naprawdę to pamiętam, mimo minionych trzydziestu siedmiu lat. I pamiętam, że od początku miał w sobie taką nieporównywalną z niczym pasję, ekspresję, której czasem aż nie umiał okiełznać na scenie. Ten pęd, ta energia  - zawsze Mu towarzyszyły. Pomimo, iż znaliśmy się tyle lat, nie byłem nigdy w stanie do końca dociec, co gonił albo przed czym uciekał... Może po prostu chciał jak najwięcej zrobić i nie sposób odegnać myśli, że w końcu przyszło Mu spłacić za to dług. 

Wychowankowie pamiętają, że wymagał. Owszem, ale też w pierwszej kolejności od siebie. A już za tych naszych młodych lat był pracowity i bardzo zorganizowany. Mieszkając ok. 60 km od Warszawy potrafił godzić szkołę, Ognisko, a przecież nierzadko dochodziły jeszcze próby do repertuarowych spektakli, i wreszcie – cóż – każdy z nas toczył wtedy swoje wielkie i małe boje z życiem uczuciowym, emocjami... On jakoś na to wszystko znajdował siły i czas, a wieczorem łapał ostatni pociąg, w drodze przygotowywał się do szkoły... dzień w dzień... 

Zanim jako ukształtowany, dorosły człowiek powrócił do Ogniska, by pomóc je przeprowadzić przez kilka paskudnych kryzysów, był również współzałożycielem, razem m.in. z Witkiem Bielińskim i niżej podpisanym, grupy mającej zgrupować wychowanków Ogniska w dalszych wspólnych działaniach teatralnych, która potem przekształciła się w Studio Teatralne ,,Hyde-Park”, działające kilkanaście lat najpierw przy klubie ,,Park”, a potem w Ośrodku Kultury Ochoty. Był też ,,TAST – Teatr Aplikacyjny”, gdzie również niedawni Ogniskowicze mogli wspólnie działać. Jednocześnie był w Studiu przy Teatrze Żydowskim, studiował, zaczynał przygodę z wielkim i małym biznesem... 

...ale przy wszystkim, co zrobił, bez względu na to jak i czy na pewno właściwie, to brakuje mi Tadzia z obozowych domków w Zegrzu, z  naszego noclegowego, piwnicznego ,,bunkra'' we Fromborku, wspólnych wyjazdów do Krakowa, Zamościa, a nade wszystko z tego momentu, gdy pewnego dnia w trakcie zajęć w sali teatralnej otworzyły się drzwi...

 ...które właśnie ostatecznie się zatrzasnęły...

  

PIOTR KANIEWSKI...Piotr był Bratem. Po prostu. Są ludzie, o których to się najzwyczajniej wie. I nie tylko dlatego, że jeden jest starszy od drugiego o całe dwa dni... 

Poznaliśmy się jeszcze jako dzieciaki, na długo przed spotkaniem w Ognisku. Razem chodziliśmy na kurs angielskiego. Musieliśmy mieć wtedy ok.10-11 lat. Można powiedzieć – złe miłego początki... Piotr niespecjalnie mnie wtedy lubił, a na tyle ile pamiętam, to chyba nawet Mu się nie dziwię... ot, nadpobudliwcy. A po kilku latach spotkaliśmy się na jednym roku Ogniska... 

Ile razem dróg przebytych... spektakle, warsztaty, dwa obozy w Zegrzu, dwa w Książu, Frombork, Giżycko. Niezapomniany przez nas Londyn, pierwsza wyprawa na Zachód w czasach komuny... Prawie zawsze w jednym pokoju, grupie... 

Człowiek wielu talentów i zawodów. Każda nowo odkryta pasja pchała Go na nowe tory, oddawał jej serce i swoją niebanalną wrażliwość – czy to jako fantastyczny fotograf, czy jako głos z radia dzielący się ze słuchaczami  miłością do muzyki filmowej, czy wreszcie jako aktor, a pod nieoczekiwany koniec swej wędrówki także jako nauczyciel. Ludzie, którzy z Nim mieli szczęście pracować, mogli zawsze liczyć na Jego absolutną uczciwość, szczerość aż do bólu, wizję, chęć ulepszania wspólnego kawałka świata. Dbał o te kawałki, chciał je zawsze ulepszać, miał swoje zdanie, jak to robić i potrafił tego zdania zawsze bronić, ale był też otwarty na to, co powiedzą inni. 

Człowiek zasad. Białe jest białe, czarne jest czarne. Niby banał i oczywistość, ale w dzisiejszych czasach coraz trudniej o tak uczciwych i wyrazistych ludzi. A Piotr potrafił taki być już za młodu. Zawsze był interesującym i ważnym głosem każdej istotnej dyskusji w sprawach Ogniska. Zawsze był słuchany i zawsze słuchał. Zależało Mu. 

Jedną z Jego pasji był Tolkien, stąd też przydomek – Ring. Ja osobiście postrzegałem Go w tym świecie jako Krasnoluda  - o złotym wielkim i szczerym sercu, ostrym języku, charakterze pełnym zdrowego uporu, pracowitości. Przez około czterdzieści lat tej znajomości nic się w tej kwestii nie zmieniło. 

Bywały oczywiście przerwy w naszych wzajemnych kontaktach, ale ścieżki czasem się po prostu rozchodzą, a powroty kompletnie zacierały upływ czasu – mogliśmy po kilku latach rozmawiać tak, jakbyśmy wczoraj przerwali. Gdy po latach zaczęliśmy także razem działać na radiowej antenie, momentalnie wrócił ten błysk, rozumienie się bez zbędnych słów, wspólna zabawa i radość pracy. 

W radiu, jak się okazało, widzieliśmy się ostatni raz. Kto mógł wiedzieć... Ba, nikt by wiedzieć nie chciał. Nikt nie chce dopuścić myśli o tym, że tak jak za naszych młodych czasów królowały powitania, tak dopadł nas czas pożegnań. One zawsze bolą, ale gdy jeszcze odchodzi ktoś, kto przecież był zawsze...Trudne to. Bardzo. 

Życie to teatr, aktorzy schodzą ze sceny. Szukamy ich cieni na kurtynie, by choć tyle móc ponieść dalej.

  


 

 

sobota, 23 października 2021

Julia Kucińska - Moja przystań

 


Ognisko pomogło mi się otworzyć, nabrać pewności siebie i łatwości w pracy w grupie. Doceniłam swoją wrażliwość. Pogłębiłam też swoją wiedzę o teatrze. Miałam okazję spróbować techniki teatru animacji i nauczyć się jak napisać dobry scenariusz. Przeszłam przez upragnioną fuksówkę, najlepszą, jaką mogłabym sobie wymarzyć. Poznałam wspaniałych ludzi. Zafascynowałam się ruchem scenicznym, co skłoniło mnie do zapisania się na taniec współczesny. Przełamałam się i w te wakacje wystawiłam trzy warsztaty. Chciałam je zrobić już od dawna, ale nie wierzyłam w swoje możliwości. Przede wszystkim bałam się wyjść do ludzi z czymś moim, pokazać coś dla mnie ważnego, co stworzyłam i nad czym ciężko pracowałam. Udało mi się pokonać ten lęk i zaakceptować to, że nie wszystko zawsze musi wyjść idealnie. Czasem trzeba zrobić coś złego, żeby potem zrobić coś lepszego. Teraz mam dyplom, o którym zamarzyłam już jako trzynastolatka na moim pierwszym rozpoczęciu roku w Teatrze Powszechnym. Ognisko było ze mną, kiedy dorastałam. Towarzyszyło mi w najlepszych i najgorszych chwilach. Chciałam tam chodzić niezależnie od momentu w życiu. Było moją przystanią, w której mogłam wyrażać siebie. Stałym elementem mojego życia. Nie wiem gdzie bym była teraz w życiu i kim bym była, gdybym nie trafiła do Ogniska.

czwartek, 21 października 2021

Maciej Bisiorek - Żeby to mogło się powtórzyć




 

Po tegorocznym letnisku czułem, że zamknął się jakiś etap mojego życia. Taki dziwny etap, bo trudno opowiedzieć o nim komuś spoza Ogniska. Bo trudno przełożyć to ogniskowe doświadczenie na jakiekolwiek inne. Nie da się wytłumaczyć tego, jak dobrze, jak na miejscu czułem się ostatniego dnia, kiedy wiedziałem, że to już koniec. Że jestem częścią tego niezwykle innego świata. Pożegnanie się z nim było w jakiś sposób bolesne, bo tak często jest z pożegnaniami.



Po wręczeniu dyplomów czuję się inaczej. Rozpoczął się już nowy etap mojego życia, studia. Łapię się teraz na tym, że myślę o osobach, momentach, które zaprowadziły mnie tu, gdzie jestem. Bo to wszystko przecież takie małe cegiełki są. Cegiełki, dzięki którym wiem, że chcę tworzyć.

Nie podoba mi się porównanie z cegiełkami, ale zostawiam je, bo to taki żywy tekst będzie, taki nieocenzurowany.

Ognisko to taka cegła w tym wszystkim. Pojawiło się w momencie, kiedy inne cegiełki już stanowiły o silnej podstawie budynku, więc ta ciężka cegła, to ceglisko pomogło szybciej piąć się w górę, ale nie zawaliło reszty.

Że to taki ważny element, duży jest dla mnie.

Najbardziej wartościowe jest dla mnie to, że wiem, jak pięknie może być. Jaka cudowna atmosfera może tworzyć się między ludźmi, z jednej strony twórcza, a z drugiej taka domowa. Ale domowa w takim prawie archetypicznym sensie, nienaturalnie naturalnym, że coś tak ciepłego prawie nie powinno istnieć, a istnieje. Mam nadzieję, że to jasne.

Chodzę na studia z myślą, że może coś takiego przydarzy mi się znowu. To byłoby fajne.






 

środa, 20 października 2021

Anna Kozłowska - Unisono z Piotrem Kaniewskim

 


Ciepły, przytulny głos. Czułe spojrzenie. Jasna słoneczna pogoda. Piotruś. Pasjonat muzyki. Zwłaszcza filmowej. Nasze ostatnie spotkanie odbyło się właśnie z tego powodu. Zaprosiłeś mnie do swojej audycji radiowej, żebyśmy porozmawiali o Ennio Morricone. Byłeś ogromnie ciekaw moich spotkań z Maestro, wyszukałeś muzyczne smaczki i świetnie skomponowałeś program. Rozmawiało nam się jakbyśmy stale się tym zajmowali, zrozumienie w pół słowa. Dlatego oboje chcieliśmy, by był jakiś ciąg dalszy…

Przeglądam zdjęcia z czasów naszego Ogniska. Pamiętam nasz portret podwójny z wyjazdu do Anglii gdy wdrapaliśmy się na Big Ben. Jeszcze nastoletni, zalotni wobec życia, pełni wiary, że cały świat leży u naszych stóp. Przywilej młodości.


I natychmiast przypominam sobie osławiony szalony Sylwester nastolatkowy. Uff, dobrze, że nie ma zdjęć. Pamiętam, gdy już na początku imprezy rozmawiałeś ze swoją mamą przez telefon. Nagle cos gruchnęło. Stół? Lampa? Żyrandol? Wtedy spokojnym tonem nawet nie sprawdzając, co się stało, powiedziałeś do słuchawki: „Mamo, są już pierwsze straty.” Spokój i poczucie humoru.

 


Zegrze, Frombork, Giżycko, Książ. Spektakle „Toto” i „Pali się”. Tyle godzin w garderobie, na próbach, na scenie. Wygłupów, śmiechów, wzruszeń. Chwil w nastroju unisono. Łatwo mi było być z Tobą unisono, bo jakoś zawsze nadawaliśmy na podobnych falach. Zawsze miałeś wobec mnie tyle dobroci, troskliwości. Nie wierzę, że już Cię nie ma!

 

Trafne zdjęcie zrobiłeś Pani Halinie, bo fotografia była Twoją pasją