środa, 12 sierpnia 2026

Sonia Wagner - Wszyscy jesteście nieuchwytni

 


Nie wiem jak to jest być zapomnianą. Nie wyobrażam sobie jakie uczucie towarzyszy byciu ścieranym z kartki. Mimo to, coś dużego kończy się w moim życiu - a ja już widzę puste szuflady. Mogę wojować swoimi dziennikami, obsesyjnie spisywać sny i słowa, ale wciąż jestem świadoma, że nie pamiętam większości cudowności czasu. Nie złapię Was wszystkich do zeszytu. Nie przypieczętuję. I mogę płakać godzinami z rozpaczy, drapiąc ściany i wygryzając dziury w poduszkach. Wy dalej będziecie powoli wymazywać się z mojej głowy. 

Miałam te myśli w tylnej kieszeni spódnicy przekraczając próg Wilgi. Cieszyłam się niezmiernie i bawiłam się świetnie. Nie w moim domniemanym niezadowoleniu tkwi problem. A w dziwności tego wszystkiego. Każdy mój krok uznawałam za symboliczny, każdą czynność postrzegałam jako okazję na zrobienie czegoś po raz ostatni. Czułam wewnętrznie, że przesadzam, że szukam patosu, który zupełnie nie istnieje. Ale z drugiej strony - znajdowałam go na każdym rogu. Zgaduję, że dlatego codziennie zakładałam na siebie nową, ogromną porcję zadziwiającego wstydu. Apelowe słońce wbijało mi się boleśnie w oczy, kiedy słyszałam śpiewne „Czy ktoś się dziś zakochał?” Pani Ani. Głupio było mi wyjść na środek. Nie miałam pojęcia od czego zacząć. 

Tak. Tak, śmiem twierdzić, że całe dwa tygodnie spędziłam w szalejącym, boleśnie wiercącym mój organizm stanie zakochania. Patrzyłam wszędzie wokół, łapiąc najmniejsze szczegóły - bo każda mikroskopijna głupota wprawiała mnie w niemiłosierne wzruszenie. Uśmiechy wywołane nuconą Szymborską, tostowa czekolada w kącikach ust. Poranny walc do wieczornego Różewicza. Tradycja poetycka sama w sobie byłaby w stanie wpędzić mnie do grobu. My byliśmy tam otoczeni tak bezpretensjonalnie donośnym pięknem. Dziurawy sweter niosący na nitkach salwy listów miłosnych. Krojenie pomidorów i chichot zmieszany z zapachem pościeli. Wojna na prędkość, nie zważająca na wiek. Szept tłumiący największe możliwe emocje, głaszczący znajomy odgłos chrapania. Słońce wymieszane z firanami, kruchość po-inwencyjnych ciastek i słodki szum wiatru w akwarium. Wzruszenia. Obserwowanie jak moim przyjaciołom rozwija się empatia i wrażliwość. Ci ludzie rosną wokół mnie, zupełnie nowi, chociaż zdecydowanie wciąż ci sami. Jestem tak ogromnie dumna z każdego z osobna. Parę osób powiedziało mi, że wiele ich nauczyłam ale Nie! Nie nie nie, nie…To Wy bezustannie uczyliście i uczycie mnie. Bez Was bym tego wszystkiego nie widziała. Beztroskie dzielenie ubrań, dziecięca radość z sukcesu. Delikatne przywitania w środku dnia i cisza niezamykających drzwi klamek. Chaos wypowiedzi wywołany przez najszczerszy, najcieplejszy zachwyt. Czyjaś głowa na moim brzuchu albo moja głowa na czyimś ramieniu. A to wszystko w moich ukochanych obcasach. Serce chciało bez przerwy ze mnie wyskoczyć, bo wiedziałam co się zbliża. Odczuwam tak mocno. A za tydzień zobojętnieje. I to mnie przerażało. 

Czwartek, przedostatni dzień obozu. Około dwudziestej trzeciej. Siedziałam na samiutkiej górze czerwonych schodów i zupełnie nie potrafiłam uspokoić oddechu. Stan moich oczu pozostawiam domysłom. Z dołu słyszałam krzyki. Radosne krzyki. Śmiechy, oklaski, stukot butów i inne symfonie dobrej zabawy. Ostatnia wilżańska impreza. Nie poszłam tam z wyboru, chciałam się przetestować. Wtedy zobaczyłam, że beze mnie naprawdę wszyscy dadzą sobie radę, a moje naiwne tęsknienie i wkładanie we wszystko całego serca boli tylko i wyłącznie mnie, nikogo innego.


Wróciłam do Warszawy dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Zobojętniałam. Nie widzę tych ładnych codziennych rzeczy, nie myślę już o nich tak pięknie, a patos zakopałam gdzieś pod huśtawkami. Powidokami stały się zamazane wspomnienia, do których po ludzku tęsknię. 

Tak, Ognisko dało mi wiele zakochań. Może i nawet nauczyło mnie kochać w ogóle. Ja chyba po prostu kocham nad wyraz. I nie narzekam. Kocham kochać, kocham Was kochać, kocham wenę jaką daje mi miłość, i w życiu nie wyzbyła bym się tego kochania. Kocham Was pamiętać. 

Z takim też nastawieniem postanowiłam dokończyć czytanie „Panien z Wilka”. Pomysł skrajnie idiotyczny. Zostawiam cytat. 

„Wszystko, co czuł teraz, było jednak tęsknotą za miłością, która mu się przelała jak woda między palcami” 

 

Zdjęcia: Sonia Wagner

czwartek, 22 stycznia 2026

Babcia i dziadek


Lubimy pisać! Na warsztatach literackich pod opieką Anny Kozłowskiej stworzyliśmy portrety naszych babć i dziadków. Zatrzymajcie się na chwilę. Przeczytajcie.


Lena Wróblewska:

Babcia Marysia ma zabiegane ręce i konturowe oczy. Pachnie poskładaną zawieruchą. Na lichych włosach zapina grubą klamrę. Wychodząc za próg, sprawdza licznik kroków. Mam po niej drugie imię.

 

Szymon Karbowy:

Moja babcia była okrągła i otulająca. Pachniała mieszaniną kadzidła z resztką dostojnych nauczycielskich perfum. Na nosie, para porysowanych, grubaśnych szkieł, których wymiany od zawsze sobie odmawiała. Do pokoju wchodziła przechylając się to w lewo, to w prawo, balansując na granicy upadku. Nic jej w życiu nie położyło.

 

Antonina Niedziałkowska:

Babcia Mysia przypomina przekwitłą różę. Jej zadbane, jasne dłonie poplamione są starością. Pachną kwiatami, gliną i pracą. Znają i pamiętają każdy materiał, którego dotknęły. Drogą głowę ozdabia odmechacony beret, czerwony Nigdy nie wyszłaby z domu w dresie. Na powitanie całuje mnie w policzek, dłońmi przeprasowuje moją koszulę a potem zaprasza mnie na herbatę. Ona mówi, a ja słucham.

 

Róża Dworak:

Moja babcia była energiczna i pokazowa. Pachniała farbą do włosów i kościelną ciszą. Błyszczała oczami, na których nosiła niebieski cień. Rozmawiając, z miłości przeobrażała się w dziecko. Jednak to kłótnia zdawała się budzić ją do życia.

 

Julia Dąbrowska:

Potężny, ale łagodny. Pachniał wodą kolońską i skórzanym płaszczem. Nosił zadziorny kaszkiet i torbę pełną kanapek babci. Uwielbiał łapać mnie za ucho, żebym się zdenerwowała. Jego dłonie potrafiły naprawić wszystko.

 

Ida Romaszkan:

Moja babcia jest pomocna i serdeczna. Jej zapach przywodzi na myśl dom rodzinny i ciepłe naleśniki z dżemem jabłkowym. Zazwyczaj ma na sobie swój znoszony wełniany sweter, który cerowała już więcej razy niż mogę zliczyć. Telewizor w jej domu jest zawsze włączony nie po to by pokazywać wiadomości, ale żeby zagłuszyć ciszę zalegającą w każdym kąciku jej mieszkania. Babciu, chciałabym abyś została z nami na zawsze.

 

Kajetan Fabisiak:

Dziadek Maciek wygląda ani sensownie, ani odpowiedzialnie. Pachnie więc papierosowym rajem. Nasi białe koszule, by móc je widocznie ubrudzić. Wchodząc do Garażu, od razu kieruje się do kuchni. Odebraliśmy obiad i wyszliśmy. (PS. dziadek mieszka w domu, który składa się w dużej mierze z garażu, kuchni i jadalni, dlatego tak ten dom nazywamy Garażem.)

 

Łucja Herda:

Babcia była ułożona i z pozoru surowa. Pachniała lakierem do włosów lub gotowanym obiadem. Po powrocie zmieniała ubranie na „domowe”. Nieustannie narzekała na bałagan w naszym mieszkaniu. Chciała dla nas jak najlepiej.

 

Sonia Wagner:

Jest uparcie zdystansowana Pachniała borówkami kupionymi specjalnie dla jednej jedynej wnuczki. Nosiła starannie dopięte palto i beżowy beret, wyciągnięte w pośpiechu z zagraconej szafy. Wychodząc z domu szeptała „Gdzie są klucze?” Nie rozmawiamy od lat.

 

Konstanty Stępniewski:

Moja babcia- przerdzewiała i ścisła. Pachniała majem swojego ogrodu. Na polikach zawsze miała ślad nierozmytej szminki. Potykając się, z tarasu biegła na ziemię; uczulona na ciepło, sama nim zarażając.


wtorek, 26 sierpnia 2025

Róża Dworak - Lenistwo twórcze

 

Obserwuję ostatnio pewne zjawisko. Piszę jednak o tym, jak objawia się u mnie, gdyż nie chce wkładać słów w niczyje usta. Może jednak ktoś czytający zidentyfikuje u siebie podobne do mojego rozleniwienie? W ostatnim czasie zaobserwowałam u siebie coś, co pozwolę sobie roboczo nazwać lenistwem twórczym. Zaczyna się ono, przynajmniej w moim przypadku, od zmęczenia ciągłym robieniem czegoś. Kiedy powiedzmy jestem w toku wymyślania, myśli przychodzą do mnie nagle, niezapowiedziane, swoim natłokiem zwalają się w najbardziej niechcianym momencie. Staję wtedy przed wyborem: kontynuować to, cokolwiek to było, czym zajmowałam się wcześniej, czy ugiąć się chęci tworzenia. Ugięta - bądź co bądź - pozytywną motywacją tworząc często w najbardziej niedostosowanych do tego, nieodpowiednich momentach, męczę się. Przez to zmęczenie mój dylemat z czasem się zmienia. Wygląda teraz tak: zostać pod wpływem moich nieokiełznanych myśli i pomysłów czy poddać się potrzebie odpoczynku. Może jest to moja osobista cecha, ale niezdolna jestem do tworzenia w momentach z góry ustalonych, jeżeli na przykład powiem sobie: to jest ta pora, przez tą godzinę będę pisać - skazuję się na bezwarunkową porażkę, nie napiszę nic. Tworzenie spontaniczne jest więc jedyną formą tworzenia jaka mi pozostaje. Mój wybór wygląda więc teraz tak: tworzyć, czy nie tworzyć. Kiedyś jednak nadchodzi moment, że moje ciało, lenistwo, chęć zabawy, chęć odpoczynku, rozluźnienia, frustracja, tymi ciągłymi napływami weny, mimowolnie wybiera opcję drugą. Pomysł (jeden z) pozostaje niewykorzystany, niezapisany i choćbym sobie nie wiem jak długo obiecywała, że go zapamiętam, niezapamiętany. Jakaś część mojego pomysłu, mojej weny twórczej, jakaś część tego co mogłabym kiedyś spełnić, stworzyć, część czegoś może nawet genialnego? Może to część tej nawet najlepszej rzeczy jaką kiedykolwiek wymyślę lub jak dotąd wymyśliłam? I ta właśnie część w tym momencie odeszła w niepamięć, zmarnowała się, uczyniła mnie z miejsca trochę gorszą i głupszą. Zapętlam się więc w tę fiksację zmarnowanego potencjału i strachu przed ogłupieniem się, tak, że w istocie się ogłupiam. Moje myśli, pomysły stają się nieznośnie, każdy kolejny przypomina mi o moim lęku, żadnego nie wykorzystuję. Staję się niezdolna do spontanicznego tworzenia, a więc niezdolna do tworzenia w ogóle. Z czasem pomysły przestają przychodzić. Trochę alarmuje mnie ich brak, ale nie mam czasu ich szukać, uwagę moją zajmują teraz szkoła, nauka, egzaminy, spotkania towarzyskie, zaległe sprawy do zrobienia, spacery z psem, sen; robię wszystko, żeby nie wrócić do tego początkowego wiru, bo ani nie czuję się na siłach, ani nie mam na to czasu, bo jak tylko wrócę do domu to będę musiała się uczyć, wyjść z psem, zjeść kolację, pójść się umyć, spać. Zastanawiam się, jaka część tego to tylko wymówki, a jaka: prawdziwe życie, prawdziwy świat i moja przyszłość, która przecież powinna być dla mnie priorytetem. Boję się więc tych myśli i żyję w lęku, lęku, że nie dam rady zrobić wszystkich rzeczy, które mam do zrobienia, ale też, że nigdy już nie będę mogła tworzyć, że po prostu zrobiłam się głupia. Permanentnie. Nie rozumiem już sztuki, nie potrafię wycisnąć z siebie żadnej sensownej myśli, nie dostrzegam u siebie żadnego śladu zrozumienia. Potrzebuję jakiegoś bodźca zewnętrznego, czegoś silnego, zdecydowanego, co wzbudzi we mnie motywację, chęć i odpędzi ten lęk przed myśleniem. I koniec. Dotarłam już do tego momentu, że zwyczajnie mi się nie chce, że czuję wręcz fizyczny wstręt do myślenia i do tworzenia. Leniwa, spędzam całe dnie na nie robieniu niczego znaczącego. Po powrocie ze szkoły - uczę się; jak nie ma nauki, to choćby przeszło mi przez myśl, żeby wykorzystać ten czas - nie chce mi się. Zauważyłam, że kiedy kończy się rok szkolny, zaczynają się wakacje lub ferie, ja znajduję się zazwyczaj właśnie w samym centrum takiego zacofania. Z tyłu głowy pojawia się zbliżający się wielkimi krokami obóz ogniska oraz… warsztat, który powinnam już zacząć pisać. Ale jak tu zrobić warsztat, kiedy straciło się całą swoją inteligencję teatralną i motywację? Myślę, że w tym, że co roku mi się udaje jest jakaś niepojęta dla mnie samodyscyplina, z całkowicie niezrozumiałym jej źródłem gdzieś w środku mnie. Możliwe, że podskórnie rozumiem, co dla mnie ważne. Możliwe, że wyznaczyłam sobie kiedyś (lub sam się wyznaczył we mnie) jakiś taki drogowskaz, który mówi TO JEST WAŻNE. Postanawiam: zrobię warsztat. I robię. I nie wiem skąd przychodzi do mnie pomysł, skąd przychodzi tekst, scenografia i wszystkie inne rzeczy, które są jakby nieodłączną częścią tworzenia warsztatu, z pewnością nie są one jednak wynikiem jakiegoś nagłego napływu weny. Są raczej resztkami tego, co zostało we mnie po poprzednim roku i jakimś dziwnym pomysłem, dla którego zrozumienia nie mam. Jednak idę w to. Jaką mam alternatywę? Tworzę coś, co wydaje mi się kompletnie dziwne i niezrozumiałe. Staram się nie kwestionować mojej wizji, ponieważ wszystko w niej wydaje mi się kwestionowalne. Musiałabym się wtedy, gdybym zaczęła ją kwestionować,!!!! poddać się, niezdolna do wyciśnięcia z siebie ani zdania, które bym zrozumiała i w którym widziałabym sens i jakieś powiedzmy wątpliwe piękno, na którym szczególnie mi zależy. Tak, bardzo zależy mi na pięknie, ale kiedy jestem w takim życiowym amoku nie jestem zdolna go zauważyć. Dopiero jak przyjeżdżam na obóz mój mózg powoli się otwiera. Każdego roku jest tak samo: przez pierwsze kilka dni jestem przerażona tym, że oczekuje się ode mnie, że będę aktywnie myślała, miała jakiś własny punkt widzenia, a co gorsze wypowiadała się. A ja kompletnie nic jeszcze nie rozumiem. Po pierwszych wystawieniach nigdy nie wiem co mam myśleć. Po prostu mój umysł nie jest w stanie zinterpretować w żaden sposób tego, co widzi. Nawet najprostsze, oczywiste wręcz tematy pozostają dla mnie nie do zauważenia. To, że orientuję się, że inni je dostrzegają wydaje mi się jakieś w ogóle kosmiczne, a te wszystkie rzeczy takie trudne. Z czasem jednak, jak natężam i natężam mój umysł coraz bardziej zauważam, że coś powoli się otwiera. Pod koniec obozu rozumiem w pełni; rozumiem i mój nowo powstały warsztat i w ogóle to, co tworzę i mam jakieś swoje zrozumienie dla tego co tworzą inni. Jestem w stanie formułować wnioski i opinie nie na podstawie tego, co mi się wydaje, tylko na podstawie tego co wiem, w co szczerze wierzę, że wiem i co jest dla mnie prawdziwe. Mam swój sposób (tak jak każdy!) odbierania sztuki i rozumiem go. Jestem w stanie pojąć, co właściwie mam na myśli i potrafię to wyrazić, staję się też pewna mojej myśli. To dobrze, bo uważam, że niepewność jest największym mordercą sztuki, która opiera się na własnym, odważnym rozumieniu. Pozbyłam się więc niepewności i zauważyłam piękno. Chociażby przez te dwa czy trzy tygodnie po powrocie z Wilgi jestem bogatsza o coś prawdziwego, co cały czas jest i było we mnie. Później lenistwo twórcze dopadnie mnie i będę hibernować swoje szare komórki aż do ogniskowego zimowiska.


środa, 20 sierpnia 2025

Maria Gregosiewicz - Możliwości


Odkąd pamiętam, marzyłam o zaistnieniu w świecie artystycznym. Chodziłam na różne zajęcia aktorskie i na castingi, jednak czuję, że decyzja z ferii ubiegłego roku, pokolorowała ten proces. Postanowiłam wtedy dołączyć do Ogniska. Nie miałam wielkich oczekiwań i sądziłam, że będzie to tylko przejściowy krok w zdobyciu szczytów. Jednak teraz po byciu na dwóch obozach i spędzeniu dwóch lat ogniskowych, myślę, że ten krok zostanie ze mną na zawsze. Poznałam ludzi o takich samych zainteresowaniach i marzeniach. Dostałam możliwość spędzania z nimi czasu i tworzenia. Przez ten czas udało mi się stworzyć dwa filmy krótkometrażowe i wystawić dwa warsztaty. Przebywanie z tak utalentowanymi ogniskowiczami, otworzyło mnie kreatywnie. Zawsze po powrocie z zajęć mam w sobie masę pozytywnej energii, dzięki której jestem w stanie przeżyć następny tydzień szkolny. A obóz letni, z którego niedawno wróciłam, pozostawił we mnie ogrom wiedzy i zapału do dalszego tworzenia. Intensywność, czyli główna cecha obozu, pokazała mi jak dużo jestem w stanie zrobić i na jak wiele mnie stać. Czułam się jakby to był cudowny przedsmak mojego zawodowego życia. Oglądanie warsztatów, sztuk, niespodzianek i etiud, zainspirowało mnie do patrzenia, do zauważania i do bycia tu i teraz. Zabawa kostiumami, makijażem, scenografią i tekstem, obudziła małą mnie. Dzięki Ognisku wiem, że jest ze mnie dumna za to, że spełniam jej marzenie. Niesamowite jest to jak jedna spontaniczna decyzja, jest w stanie nakierować dalsze życie. Jest to tak naprawdę dopiero początek mojej drogi, jednak dzięki Ognisku mam możliwość podążania dalej z plecakiem wiedzy i doświadczenia.



wtorek, 19 sierpnia 2025

Filip Pardyak - MY DOJRZEWAMY, WY DOJRZEWACIE, ONI DOJRZEWAJĄ


Po łącznie czterech tygodniach spędzonych na obozie myślę, że najbardziej wartościową rzeczą, jaką daje Ognisko, jest wzrastanie i przemiana. Z żyznej ziemi wyrasta żyzny kwiat. Ale potrzebuje do tego nawodnienia, słońca i dobrych warunków wokół. Tym kwiatem są uczestnicy - ich wrażliwość, pomysły, energia. A wszystko wokół to cały obóz i wszystko to, co on ze sobą niesie. Bo gdzie są lepsze warunki do dojrzewania niż na obozie? 


Przyjeżdżają na obóz pierwszy raz, może drugi. Czasem ósmy albo czterdziesty. I każdy z nich przez dwa tygodnie dowiaduje się, że umie, potrafi, wie. Że jest w stanie przełamać siebie albo wyjść ze strefy komfortu. Zrobi pierwszy warsztat, który go ośmieli; zagra rolę w niespodziance, gdzie zrobi coś, czego nigdy nie robił; usłyszy słowa, których właśnie w tym momencie potrzebował. To wszystko - te małe kroki, które robimy -  prowadzi nas do pewnego rodzaju spełnienia. A za tym idzie kolejny krok, kolejna próba, kolejna odmiana. Skoro raz mi się coś udało, to czemu nie spróbować jeszcze raz? Zrobię następny warsztat, napiszę tekst, ośmielę się zrobić coś, czego zawsze bardzo chciałem.

Można powiedzieć: „Co w tym dziwnego? Przecież przez dwa tygodnie każdy się czegoś nauczy.”

Ale niektórzy potrzebują na swój tzw. krok zmiany tygodnia, inni roku. Są też ludzie, którzy przez całe życie pozostają tacy sami. Dojrzewamy do różnych rzeczy w różnym tempie. Przykładowo: czym innym będzie zrozumienie, czym jest puenta, a czym innym pokochanie siebie. Obie rzeczy mogą być trudne. Oba przykłady miałem okazję obserwować na obozach. I do obu prowadziła inna droga. 

Zaczynam zajęcia, przychodzi grupa młodych ludzi. Niektórych znam, innych nie. Poznajemy się, docieramy. Uwrażliwiam ich, aby nastawili się na doświadczanie - bez tego nie dojdziemy daleko. Gdyby ktoś mi powiedział, że po tygodniu ci sami ludzie, których poznałem dadzą się namówić na śpiewanie na scenie, to nie wiem czy bym uwierzył. Ale to wszystko dlatego, że oni uwierzyli. W siebie, w doświadczenie i w to, że gdzieś ich to zaprowadzi. To krok do czegoś nowego.

Wiek, w którym jest się w Ognisku, to wiek szczególny. To wtedy człowiek uczy się, kim jest, czego chce od świata i od życia. Dojrzewa się nie tylko biologicznie, ale całościowo. Ale ile można się nauczyć, będąc na obozie już w innej roli!

Pomogłem innym dojrzeć do tego, by zobaczyli siebie w taki sposób, w jaki ja ich widzę. Dojrzeć do podjęcia decyzji, zmiany lub wyboru. A inni pomogli mi dojrzeć do tego samego. 

Wniosek? Dojrzewajmy, zmieniajmy się i dawajmy innym to, co nam pomogło postawić kolejny krok.

PS Ale już wiecie, czym jest puenta, prawda? 🙂



poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Mania Nikonowicz - Zmiana perspektywy



 

Ostatni apel, ostatnie odśpiewanie hymnu, ostatni dzień obozu. Od zawsze ten moment kojarzył mi się ze łzami i smutkiem. Droga do domu dłużyła się niemiłosiernie, a zapłakana ja czekałam na godzinę otwarcia poczty francuskiej jak na pierwszą gwiazdkę. W tym roku jednak coś się zmieniło. Ostatniego dnia nie czułam już smutku, nie płakałam, tylko powtarzałam sobie w głowie „chwilo trwaj, jesteś piękna”. W objęciach moich ukochanych ludzi zastanawiałam się: gdzie są te łzy? – i doszłam do wniosku, że ustąpiły miejsca innemu uczuciu – spokojowi. Spokojowi, że Ognisko jest w dobrych rękach, że istnieją jeszcze osoby, którym się chce; Spokojowi, że Oni jeszcze tu będą; Spokojowi, że najważniejsi dla mnie ludzie nie znikną w momencie, w którym opuszczę Ognisko; Spokojowi, że Ognisko we mnie pozostanie.

Polubiłam to, że Wilga znajduje się jakąś godzinę drogi od Warszawy – jest to idealny czas na zadumę. Tak jadę i myślę jak dobrze żyć TU i TERAZ. Jak dobrze się bać i przezwyciężać strach. Przypomina mi się mój pierwszy obóz,na którym patrzyłam z przerażeniem na „elitę starszaków” i instruktorów; moje pierwsze zimowisko, na którym bałam się reakcji innych na moją wrażliwość; mój pierwszy warsztat, o który bałam się, że nikt go nie zrozumie i pierwszy dzień mojego najpewniej ostatniego obozu ogniskowego w życiu, w którym obleciał mnie strach, że nie poradzę sobie jako komendantka. Po pierwszym dniu jednak przyszedł drugi, w którym przestałam się bać. Przestałam się bać o siebie, o swój III warsztat, o swoją grupę, bo zrozumiałam, że sztuka to nie wyścig szczurów, tylko możliwość rozwoju, a Ognisko jest bezpieczną przestrzenią twórczą. 



Ta nowa perspektywa dała mi siłę do dalszego działania. Spowodowała, że przez całą resztę obozu odczuwałam coś, co zdawało mi się pustką, jednak później uświadomiłam sobie, że to ten wspominany wcześniej spokój. Wzruszam się na myśl o tym ile przeżyłam w Ognisku i ile jeszcze inni w nim przeżyją. Czuję ogromną wdzięczność za te kilka lat pracy i za to właśnie, że przestałam się bać. Wszyscy ludzie, których tu spotkałam, niezależnie od tego, czy nadal są obecni w moim życiu, nauczyli mnie pewnych lekcji, które z dumą zabieram ze sobą dalszą artystyczną drogę.  




piątek, 15 sierpnia 2025

Hanna Kotowska - Codzienna wrażliwość



 

Wilga. Od tego zacznę. Położona pod Warszawą, 32 kilometry od Otwocka. Miejsce w Polsce, na mapie zaznaczone. Nie tylko mapie na Google czy imaps, ale takiej wewnętrznej mapie, która zawsze pokaże mi drogę. 

Jeśli kiedyś pogubię się w życiu, mam zawsze  punkt odniesienia, port, do którego mogę zawinąć i przypomnieć sobie jak to się robiło w Wildze. My tworzymy to miejsce, i setki przed nami je tworzyło i będzie tworzyć dalej. To z czym z niej wyjeżdżamy jest na wagę złota, a zabawne, że każdy wyjeżdża z czymś innym. W tym roku, po moim ostatnim obozie, który mogłabym nazwać dopełnieniem mojej podróży w Ognisku, wyjeżdżam z milionem wspomnień i nowych doświadczeń. Przede wszystkim jednak z jednym bardzo wyraźnym przemyśleniem. Moja przygoda dopiero się zaczyna. Dostałam już do ręki narzędzia, miałam okazję uczyć się ich używać. Dowiedziałam się, jak to się robi, ale napewno nie jak ja mam to robić. To wspaniale widzieć, że mam w sobie fundament twórczy i to ode mnie zależy co na nim wybuduję. Wyjeżdżam z energią do działania, z poczuciem, iż sztuka, szeroko pojęta, może być wszędzie i w każdym! Wcale nie trzeba tego zostawiać gdzieś w odmętach wspomnień, by żyć bardzo poważnym, dorosłym życiem. Może i nie trzeba też iść na artystyczne kierunki studiów, może nie trzeba, chodź nie wykluczone, przecież wszytko się może zdążyć. Narazie wiem, że to ja decyduję jaka będzie sztuka w moim życiu i że może być wszędzie. Nawet z pozoru głupie wyjście na koncert ulubionego artysty z przyjaciółmi to też może być przeżycie artystyczne. Nie szukajmy więc wymówek, szukajmy twórczości, działania i ludzi, którzy nam w tym będą towarzyszyć i z nami się zachwycać! Nie chcę, żeby to był jakiś przesadny apel, wielkiej natchnionej, ale tak po prostu, zwyczajnie od Ogniskowiczki do Ogniskowiczów, codziennie, po prostu. Pielęgnujmy w sobie tę wrażliwość na piękno, którą każdy z nas ma, w tym Halinistycznym duchu dużo lżej się żyje!