.jpg)
Obserwuję
ostatnio pewne zjawisko. Piszę jednak o tym, jak objawia się u mnie, gdyż nie
chce wkładać słów w niczyje usta. Może jednak ktoś czytający zidentyfikuje u
siebie podobne do mojego rozleniwienie? W ostatnim czasie zaobserwowałam u
siebie coś, co pozwolę sobie roboczo nazwać lenistwem twórczym. Zaczyna się
ono, przynajmniej w moim przypadku, od zmęczenia ciągłym robieniem czegoś.
Kiedy powiedzmy jestem w toku wymyślania, myśli przychodzą do mnie nagle,
niezapowiedziane, swoim natłokiem zwalają się w najbardziej niechcianym
momencie. Staję wtedy przed wyborem: kontynuować to, cokolwiek to było, czym
zajmowałam się wcześniej, czy ugiąć się chęci tworzenia. Ugięta - bądź co bądź
- pozytywną motywacją tworząc często w najbardziej niedostosowanych do tego,
nieodpowiednich momentach, męczę się. Przez to zmęczenie mój dylemat z czasem
się zmienia. Wygląda teraz tak: zostać pod wpływem moich nieokiełznanych myśli
i pomysłów czy poddać się potrzebie odpoczynku. Może jest to moja osobista
cecha, ale niezdolna jestem do tworzenia w momentach z góry ustalonych, jeżeli
na przykład powiem sobie: to jest ta pora, przez tą godzinę będę pisać -
skazuję się na bezwarunkową porażkę, nie napiszę nic. Tworzenie spontaniczne
jest więc jedyną formą tworzenia jaka mi pozostaje. Mój wybór wygląda więc
teraz tak: tworzyć, czy nie tworzyć. Kiedyś jednak nadchodzi moment, że moje
ciało, lenistwo, chęć zabawy, chęć odpoczynku, rozluźnienia, frustracja, tymi
ciągłymi napływami weny, mimowolnie wybiera opcję drugą. Pomysł (jeden z)
pozostaje niewykorzystany, niezapisany i choćbym sobie nie wiem jak długo
obiecywała, że go zapamiętam, niezapamiętany. Jakaś część mojego pomysłu, mojej
weny twórczej, jakaś część tego co mogłabym kiedyś spełnić, stworzyć, część
czegoś może nawet genialnego? Może to część tej nawet najlepszej rzeczy jaką
kiedykolwiek wymyślę lub jak dotąd wymyśliłam? I ta właśnie część w tym
momencie odeszła w niepamięć, zmarnowała się, uczyniła mnie z miejsca trochę
gorszą i głupszą. Zapętlam się więc w tę fiksację zmarnowanego potencjału i
strachu przed ogłupieniem się, tak, że w istocie się ogłupiam. Moje myśli,
pomysły stają się nieznośnie, każdy kolejny przypomina mi o moim lęku, żadnego
nie wykorzystuję. Staję się niezdolna do spontanicznego tworzenia, a więc
niezdolna do tworzenia w ogóle. Z czasem pomysły przestają przychodzić. Trochę
alarmuje mnie ich brak, ale nie mam czasu ich szukać, uwagę moją zajmują teraz
szkoła, nauka, egzaminy, spotkania towarzyskie, zaległe sprawy do zrobienia,
spacery z psem, sen; robię wszystko, żeby nie wrócić do tego początkowego wiru,
bo ani nie czuję się na siłach, ani nie mam na to czasu, bo jak tylko wrócę do
domu to będę musiała się uczyć, wyjść z psem, zjeść kolację, pójść się umyć,
spać. Zastanawiam się, jaka część tego to tylko wymówki, a jaka: prawdziwe
życie, prawdziwy świat i moja przyszłość, która przecież powinna być dla mnie
priorytetem. Boję się więc tych myśli i żyję w lęku, lęku, że nie dam rady
zrobić wszystkich rzeczy, które mam do zrobienia, ale też, że nigdy już nie
będę mogła tworzyć, że po prostu zrobiłam się głupia. Permanentnie. Nie
rozumiem już sztuki, nie potrafię wycisnąć z siebie żadnej sensownej myśli, nie
dostrzegam u siebie żadnego śladu zrozumienia. Potrzebuję jakiegoś bodźca
zewnętrznego, czegoś silnego, zdecydowanego, co wzbudzi we mnie motywację, chęć
i odpędzi ten lęk przed myśleniem. I koniec. Dotarłam już do tego momentu, że
zwyczajnie mi się nie chce, że czuję wręcz fizyczny wstręt do myślenia i do
tworzenia. Leniwa, spędzam całe dnie na nie robieniu niczego znaczącego. Po
powrocie ze szkoły - uczę się; jak nie ma nauki, to choćby przeszło mi przez
myśl, żeby wykorzystać ten czas - nie chce mi się. Zauważyłam, że kiedy kończy
się rok szkolny, zaczynają się wakacje lub ferie, ja znajduję się zazwyczaj
właśnie w samym centrum takiego zacofania. Z tyłu głowy pojawia się zbliżający
się wielkimi krokami obóz ogniska oraz… warsztat, który powinnam już zacząć
pisać. Ale jak tu zrobić warsztat, kiedy straciło się całą swoją inteligencję
teatralną i motywację? Myślę, że w tym, że co roku mi się udaje jest jakaś
niepojęta dla mnie samodyscyplina, z całkowicie niezrozumiałym jej źródłem
gdzieś w środku mnie. Możliwe, że podskórnie rozumiem, co dla mnie ważne.
Możliwe, że wyznaczyłam sobie kiedyś (lub sam się wyznaczył we mnie) jakiś taki
drogowskaz, który mówi TO JEST WAŻNE. Postanawiam: zrobię warsztat. I robię. I
nie wiem skąd przychodzi do mnie pomysł, skąd przychodzi tekst, scenografia i
wszystkie inne rzeczy, które są jakby nieodłączną częścią tworzenia warsztatu,
z pewnością nie są one jednak wynikiem jakiegoś nagłego napływu weny. Są raczej
resztkami tego, co zostało we mnie po poprzednim roku i jakimś dziwnym
pomysłem, dla którego zrozumienia nie mam. Jednak idę w to. Jaką mam
alternatywę? Tworzę coś, co wydaje mi się kompletnie dziwne i niezrozumiałe.
Staram się nie kwestionować mojej wizji, ponieważ wszystko w niej wydaje mi się
kwestionowalne. Musiałabym się wtedy, gdybym zaczęła ją kwestionować,!!!!
poddać się, niezdolna do wyciśnięcia z siebie ani zdania, które bym zrozumiała
i w którym widziałabym sens i jakieś powiedzmy wątpliwe piękno, na którym
szczególnie mi zależy. Tak, bardzo zależy mi na pięknie, ale kiedy jestem w takim
życiowym amoku nie jestem zdolna go zauważyć. Dopiero jak przyjeżdżam na obóz
mój mózg powoli się otwiera. Każdego roku jest tak samo: przez pierwsze kilka
dni jestem przerażona tym, że oczekuje się ode mnie, że będę aktywnie myślała,
miała jakiś własny punkt widzenia, a co gorsze wypowiadała się. A ja kompletnie
nic jeszcze nie rozumiem. Po pierwszych wystawieniach nigdy nie wiem co mam
myśleć. Po prostu mój umysł nie jest w stanie zinterpretować w żaden sposób
tego, co widzi. Nawet najprostsze, oczywiste wręcz tematy pozostają dla mnie
nie do zauważenia. To, że orientuję się, że inni je dostrzegają wydaje mi się
jakieś w ogóle kosmiczne, a te wszystkie rzeczy takie trudne. Z czasem jednak,
jak natężam i natężam mój umysł coraz bardziej zauważam, że coś powoli się
otwiera. Pod koniec obozu rozumiem w pełni; rozumiem i mój nowo powstały
warsztat i w ogóle to, co tworzę i mam jakieś swoje zrozumienie dla tego co
tworzą inni. Jestem w stanie formułować wnioski i opinie nie na podstawie tego,
co mi się wydaje, tylko na podstawie tego co wiem, w co szczerze wierzę, że
wiem i co jest dla mnie prawdziwe. Mam swój sposób (tak jak każdy!) odbierania
sztuki i rozumiem go. Jestem w stanie pojąć, co właściwie mam na myśli i
potrafię to wyrazić, staję się też pewna mojej myśli. To dobrze, bo uważam, że
niepewność jest największym mordercą sztuki, która opiera się na własnym,
odważnym rozumieniu. Pozbyłam się więc niepewności i zauważyłam piękno.
Chociażby przez te dwa czy trzy tygodnie po powrocie z Wilgi jestem bogatsza o
coś prawdziwego, co cały czas jest i było we mnie. Później lenistwo twórcze
dopadnie mnie i będę hibernować swoje szare komórki aż do ogniskowego
zimowiska.

