wtorek, 20 listopada 2018

Sebastian Cybulski - Jan Machulski: żeby zostać aktorem, trzeba walczyć mimo wszystko


To już 10 lat... 10 lat temu, pamiętam pewne pochmurne listopadowe przedpołudnie kiedy kondukt żałobny odprowadzał po raz ostatni Pana Jana Machulskiego na warszawskich Powązkach. Tłum ludzi. Ludzi, którzy chcieli być tego dnia, aby podziękować za spotkanie z Panem Janem. W tym ja... a znalazłem się w tym zacnym gronie przyjaciół teatru, KMT, Pana Jana przez przypadek.

Moje pierwsze spotkanie z „Machulem”, którego było mi dane poznać parę lat później od zupełnie innej strony, nie pamiętam gdzie miało miejsce; pamiętam, że jako dzieciak stałem w grupie ludzi i czekałem przed jakimś wejście (teatru? kina?), ale stałem i czekałem. Nagle wszyscy zaczęli się ekscytować. Ktoś krzyknął: „Jest. To on!” Pojawił się jakiś Pan, który z szarmanckim uśmiechem przywitał się, pozdrowił grupę ludzi, którzy wyciągali w jego stronę jakieś kartki i zdjęcia po autograf. Pomyślałem: „Ale gość. Taki z klasą, charyzmą. Gwiazda, jakby człowiek z innego świata”. Po chwili i ja trzymałem w rękach kartkę z podpisem Jana Machulskiego. Popatrzyłem, ucieszyłem się, bo przecież trzymałem w rękach autograf Jana Machulskiego... chociaż wtedy zupełnie jeszcze nie wiedziałem, kto to jest i co takiego zrobił. Tamto spotkanie sprowokowało, że w naturalny sposób zacząłem nadrabiać zaległości filmowe z Janem w rolach głównych i w tych mniejszych. Najbardziej przypadł mi do gustu „Vabank”.
Parę lat później, kiedy Jan Machulski przyszedł po raz pierwszy na takie spotkanie rozpoznawczo towarzyskie w ramach zajęć, zdębiałem. Totalnie byłem w szoku. W parę chwil zobaczyłem, jak Pan Jan z gwiazdy polskiego kina, zszedł z piedestału wzniesionego przez publiczność, która go tam wstawia i zamienił się w Machula, człowieka, który jak tylko mógł, tak pomagał. Stał się zwykły, przez co potrafił zdobyć nasze zaufanie w pracy, na scenie – w mig. Nie traktował nas z góry, bo on – wielki Aktor, a my – dzieciaki, które nic nie wiedzą, nic nie umieją, ale Machul ze swoją umiejętnością podchodzenia do wszelkich problemów z dystansem i uśmiechem – może czasami nawet takim kpiącym, ale uśmiechem, cofał się do naszego poziomu, żeby sobie przypomnieć jak to było z nim, kiedy on sam miał podobne zagwozdki na początku i starał się podpowiedzieć co zrobić. Dzięki temu można było z Machulem porozmawiać w każdej kwestii i zapytać o wszystko, bo „nie ma głupich pytań...”.
I w ten sposób, przypomina mi się moje trzecie ważne spotkanie z Machulem. Była to końcówka drugiego roku Szkoły Państwa Machulskich. Początek gorącego czerwca. Szał przygotowań do egzaminów wstępnych do szkół państwowych. Ja w amoku, bo sesja na karku i egzaminy wstępne właśnie przede mną. Podchodzę do Jana, bo mam obawy czy jest sens zdawać do Łodzi, a w warszawskiej AT już dostałem po łapach. Profesor popatrzył na mnie i z pełną łagodnością i uśmiechem na twarzy, powiedział: - Kochanieńki, daj sobie spokój. Takich jak Ty będzie 10-ciu, z czego dwóch będzie miało to coś na zębach (bo wtedy nosiłem aparat ortodontyczny, taki stalowy, srebrny) i na pewno nie będą wybierali z waszej dwójki.” Pamiętam te słowa do dziś. Wtedy – zabolały jak jasna cholera, utkwiły w pamięci. Ale się nie poddałem, pojechałem... i się dostałem do Filmówki. Potem, kiedyś, spotkałem na korytarzu na Targowej w Łodzi Profesora, stanąłem na wprost i powiedziałem: „A jednak mi się udało”, na to Profesor potargał mnie po głowie i powiedział tylko, że właśnie o to chodziło; bo żeby zostać aktorem, trzeba walczyć mimo wszystko, na przekór słowom – bo wtedy się wie, czego się chce od życia. Zdębiałem nie po raz pierwszy po spotkaniu z Janem Machulskim.
Dlatego też i ja napiszę przewrotnie, że cieszę się bardzo, że 10 lat temu mogłem być w tym tłumie żegnającym Pana Jana Machulskiego, Profesora, Machula.

PS. Sytuacja z autografem mogła ulec lekkiemu podkoloryzowaniu całego zajścia i małym konfabulacjami, ale to było tak dawno, że daję się czasami ponieść własnym fantazjom, bo dzieckiem trzeba być…

Załączone zdjęcie pochodzi z wyjazdowego spektaklu „Niemcy” Leona Kruczkowskiego na festiwalu teatralnym w Zamościu (rok 2002)

sobota, 10 listopada 2018

Agnieszka Dygant o Janie Machulskim: Był gwiazdą, która magnetyzuje

O Janie Machulskim z Agnieszką Dygant, absolwentką Ogniska i wydziału aktorskiego łódzkiej Filmówki 
rozmawia Anna Kozłowska, dyrektor Ogniska Teatralnego „U Machulskich”





Zacznijmy od spraw zawodowych. Jaki wpływ Jan Machulski miał na Twoje aktorstwo?
Totalny (i piękny uśmiech pojawia się na twarzy Agnieszki). Jan Machulski miał ogromny wpływ na to, kim i gdzie dzisiaj jestem. Zaczynając chociażby od tego, że kończyłam Ognisko Teatralne Machulskich. Pan Jan przy wejściu do teatru witał nas i naszych rodziców, którzy mieli poczucie, że przychodzimy do miejsca, gdzie jesteśmy bezpieczni. Jako nastolatka grywałam w teatrze i również w spektaklu plenerowym w Łazienkach. To był „Sen Nocy Letniej” (tam poznałam Czarka Pazurę i się w nim zakochałam, ale to zupełnie inna opowieść (śmiech J ). Jan Machulski był reżyserem tego spektaklu i bardzo się mną opiekował. Bo wobec dzieciaków z Ogniska zawsze był bardzo opiekuńczy. Mieszkałam wówczas w Jankach i dojazdy z Łazienek były bardzo skomplikowane, więc czasami odwoził mnie do domu. Bardzo mnie to deprymowało, bo ja się wstydziłam, więc całą drogę milczeliśmy. I chociaż mnie zagadywał, to chyba nie byłam najlepszą partnerką do rozmowy. Ale najważniejsze, że potem gdy znalazłam się w łódzkiej szkole filmowej, to też Jego zasługa. Po egzaminach byłam pod kreską i choć nie podsłuchiwałam pod sekretariatem, gdy mieli naradę kogo przyjąć spod tej kreski, to mam wrażenie, że miało znaczenie, że mnie znał, wiedział jak pracuję, co mogę osiągnąć. U mnie był problem ze zgryzem, kwestia założenia aparatu i pracy nad dykcją. Dziś wymowa już nie ma takiego znaczenia, ale wtedy to była podstawowa sprawa. Jeśli wstawił się za mną, to tak jakby „wpłacił kaucję” wykazując wobec mnie ogromne zaufanie, że ta dziewczynka z warkoczykami wszystko wypracuje. Czy tak było? Nie wiem, ale tak przeczuwam. Skończyłam szkołę i dzięki temu jestem dziś w tym miejscu.
A jakim był profesorem?
Szybkim. Przyjeżdżał raz w tygodniu, bo był bardzo zajęty. Pracował jako aktor, prowadził teatr, reżyserował, miał mnóstwo spraw w Warszawie.
Imponowało wam, że był czynny zawodowo?
Oczywiście! Nie zawsze świetny aktor jest świetnym profesorem, a bywa że na odwrót. W tym przypadku, to był i doskonały profesor, i przyjaciel młodzieży, i znakomity aktor, i kultowa postać polskiego kina. Nauczył nas minimalizmu. Mam nadzieję, że na naszym wydziale w Filmówce nadal wisi tablica z napisem „Mniej znaczy więcej” – słynna sentencja Jana Machulskiego. Hołdował tej zasadzie grając i ucząc. Pamiętam też, że kiedyś powiedział nam, że trzeba bardzo uważać, żeby temperament talentu nie zabił. I że kamera wymaga innych środków niż teatr. I żeby okiełznać ciało, które jest instrumentem aktora i dobierać skromniejszych środków. Wtedy było to bardzo istotne, bo w teatrze grało się zupełnie inaczej niż dziś. I dość rewolucyjne, ponieważ w szkole pracowało się nad tym, żeby środki wyrazu były mocne, widowiskowe. A On przychodził i opowiadał nam o amerykańskich aktorach. Po kolei łapał nas na korytarzu i każdemu coś mówił. Mojemu koledze z roku powiedział: „Słuchaj, ty jesteś taki Forrest Gump.” Bardzo zwracał uwagę na to, jakie my mamy warunki zewnętrzne. Miał niezwykłego czuja w tych spostrzeżeniach. Powtarzał nam, że to bardzo ważne, co mamy na zewnątrz, bo to już wnosimy i nie musimy tego grać, tylko grać intencje, czyli „co”, a nie „jak”. Mi powiedział, że jestem podobna do Sandry Bullock, że mam ten rodzaj temperamentu i ekspresji. Każdemu z nas dawał tego typu niezwykłe uwagi: „Ty jesteś jak Tom Hanks w Foreście Gumpie!”
To nie był ani komplement ani zarzut?
Absolutnie nie. Tak jakby chciał powiedzieć: „Popatrzcie sobie na nich, jak oni to robią. Przypatrz się tej twarzy, bo masz podobne środki u siebie. Zobacz jak to działa, co ci się podoba w ich grze. Każdy w was jest oczywiście inny, ale zobacz jak można na skupieniu, na minimalistycznych ruchach uzyskać tak wiele.” Bezcenne uwagi dla studentów. A poza tym był wysoki mega przystojny i po prostu niezależnie od płci drżało nam serce gdy do nas podchodził i chciał pogadać.
A jakim był człowiekiem?
Moim zdaniem trochę tajemniczym, tak fajnie tajemniczym. Był szarmanckim dżentelmenem i bardzo podobał się kobietom. Pamiętam, że zrobił ogromne wrażenie na mojej mamie.
Nie tylko Twojej J Wszystkie nasze mamy były pod wrażeniem.
Bo wyglądał jak z amerykańskiego westernu, więc nic dziwnego. Miał coś czego mi dziś brakuje w ludziach, jakiś taki rodzaj tajemnicy… a może to po prostu to była klasa? Taki „step back”, krok do tyłu. Z jednej strony był bardzo otwarty, nie stwarzał dystansu, bo chciał rozmawiać z każdym, zawsze chętny do rozmów zwłaszcza o kinie amerykańskim, ale z drugiej strony nie zwierzał się, nie opowiadał o sobie. Był kimś kto jest nieodgadniony do końca, kto zostawia sobie margines, gdzie nikt nie ma wstępu. A miał w sobie coś silnego, był gwiazdą, która magnetyzuje.

poniedziałek, 22 października 2018

Michał Piaskowski - Odpowiedź na pytanie





Gdy przez ostatnie 3 lata ktoś z moich znajomych pytał mnie, czym właściwie jest  Ognisko Teatralne „U Machulskich”, miałem problem, aby w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie. Gdy po kilku lub kilkunastu minutach opowiadania o tym, jak wyglądają obozy, co robimy na zajęciach, czym jest inwencja, o próbach do warsztatów, przegadanych nocach i szukaniu przedłużaczy zadający pytanie, próbując ukryć, że nie ma bladego pojęcia, o czym mówię, uśmiechał się nerwowo i zazwyczaj odpowiadał “to fajnie tam macie”. Odbierając w tym roku dyplom, sam zadałem sobie pytanie “Czym właściwie dla mnie jest Ognisko?”. Każdy obóz i zimowisko, w którym brałem udział miało swoje hasło przewodnie, dlatego spróbuję odpowiedzieć na to pytanie właśnie tymi hasłami.
“To czego nie wiem”- wiem, że nie wiem jeszcze mnóstwa rzeczy! Jesteśmy w takim wieku, gdy stajemy przed ważnymi wyborami, które będą miały wpływ na resztę naszego życia. Nie mam pojęcia, kim będę w przyszłości, nie wiem nawet kim chciałbym być. Mam wrażenie, że dzisiejszy świat oczekuje od nas natychmiastowych odpowiedzi, każdy musi być w jakiś sposób określony. Wiem jednak, że życie potrafi nas zaskakiwać. Ognisko wyposaża ludzi w mnóstwo cech, dzięki którym są w stanie sobie poradzić w trudnych sytuacjach. Doświadczenie, które uzyskaliśmy przy przygotowywaniu warsztatów i robieniu sztuk na obozach, niejednokrotnie okazywało się zbawienne w codziennym życiu.
Podejmowanie ryzyka wiąże się z porażkami. Te 3 lata nauczyły mnie, że porażki i niepowodzenia nie są wcale przeciwieństwem sukcesu. Mam nawet wrażenie, że stały się dla mnie bardziej cenne, gdyż “uczymy się na błędach”. Zrozumiałem, że to dzięki nim nabieramy doświadczenia i stajemy się coraz lepszymi ludźmi. Ważne, żeby nie poddawać się, dążyć do celu i “grać w zielone” :)
Hasłem mojego ostatniego obozu było “mniej znaczy więcej”. Mam wrażenie, że sens tych słów, odczytuję dopiero teraz. Myślę, że tożsamość każdego Ogniskowicza budują z pozoru błahe i nic nieznaczące czynności. Patrząc z perspektywy czasu, to właśnie szczere rozmowy do późnych godzin, wspólne spotkania, czy zwykły wpis do książki okazują się kluczowe w tym jak wszyscy odbieramy to miejsce. Pokazy i warsztaty to wspaniałe rzeczy, które możemy razem tworzyć. Jednak czym byłyby one bez tych zdarzeń, które czasami trwają kilka sekund, a jednak zostają w naszej pamięci na całe życie.
Przedostatni akapit chciałbym poświęcić najważniejszemu, jak dla mnie, aspektowi Ogniska, którym są ludzie, którzy je tworzą. To właśnie tu w końcu mogłem poznać osoby z szaloną pasją do tworzenia wspaniałych rzeczy. Mogłem pracować z ludźmi, którzy pochodzili z różnych środowisk, byli w różnym wieku, mieli inne poglądy, jednak mimo różnic stawaliśmy się jedną grupą, która była nie do pokonania. W końcu, mogłem tu poznać moich przyjaciół, którzy przez te wszystkie lata stali się dla mnie największym wsparciem i motywacją do działania. Jeżeli teraz miałbym odpowiedzieć na pytanie z zimowiska “Jak żyć?” odpowiedziałbym: żyć, otaczając się właśnie takimi ludźmi.
Stojąc w piątek na scenie i odbierając dyplom, wyławiałem wzrokiem twarze wszystkich osób, które towarzyszyły mi w mojej ogniskowej drodze. Przez głowę przeleciały mi wszystkie momenty, które stworzyły moje najcudowniejsze 3 lata życia: fuksówka, pierwszy dzień zajęć, rozmowy w pokoju nr.9, wymiana uśmiechów na korytarzu, śpiewanie hymnu… Teraz jestem przekonany, że moje ogniskowe doświadczenie “nie uleci”. Nie będę już chodził na zajęcia i jeździł  na obozy, ale nigdy w życiu nie wyjdę z Ogniska. Schodząc po schodach śpiewam sobie w myślach “I did it my way”.



niedziela, 21 października 2018

Jakub Lebiedziński - Autorytet




Hanna Krall - polska dziennikarka i pisarka.
Tak właśnie wygląda krótki opis autorki na Wikipedii. Dla mnie to powód do smutku, ponieważ ten sam, a nawet bogatszy opis ma Pani Beata Pawlikowska. Żyjemy w epoce internetu, który nakierowuje powoli nasz światopogląd, to w jaki sposób widzimy wiele spraw. Dlatego trzeba otworzyć oczy i w jakiś sposób podtrzymywać autorytety, mówić o nich. I co najważniejsze pamiętać.
Moje pierwsze skojarzenie z Hanną Krall, to pokój, w którym siedzę z babcią i rozmawiam o życiu, książkach, polityce. Moja babunia opowiadała mi i nawet pokazywała kim właściwie jest mistrzyni reportażu. Również w moim domu temat trudnej historii Żydów był zawsze omawiany, a z biegiem czasu moi rodzice edukowali mnie przez porządek wartości, którymi kierowali się Pan Marek Edelman, Pan Władysław Bartoszewski.  W domu mogłem dowiedzieć się o takiej książce, która niebawem będzie moją lekturą – „Zdążyć przed Panem Bogiem’’.
Dlatego niech nikogo nie dziwi, że w ostatni czwartkowy wieczór udałem się do kina Atlantic, gdzie odbyło się spotkanie w sprawie nowej książki Pani Krall ,,Pola i inne rzeczy teatralne’’. Aktorzy czytali fragmenty książki, gdzie między innymi znalazł się fragment tekstu jednego z najlepszych (według mnie) przedstawień Pana Warlikowskiego ,,(A)polonia’’.
Mistrzyni w rozmowie otwartej dla widowni nawiązywała do Nowego Teatru, wojny… Ale ja zapamiętam jedną radę, przydatną dla całego Ogniska. Od dziś nie używamy słowa: jakby, wrażliwy, oraz dziwny. Dla Pani Krall słowo „dziwne” jest słowem nic nie znaczącym.
Po spotkaniu miałem przyjemność otrzymać autograf. Książka będzie prezentem świątecznym dla mojej babci, bo to dzięki Niej autorytet Hanny Krall będzie w moich przemyśleniach na zawsze.




sobota, 20 października 2018

Małgorzata Czerwień - Bąbelki pękają




 fot. Rafał Dziorek


„OkToPa” w tej frazie zaklęłam kiedyś poczucie niedopasowania, wszystkie frustracje i wkradającą się apatię; owijałam się tymi słowami, jak folią bąbelkową. Obserwując otaczającą mnie rzeczywistość z takiej kryjówki, widziałam ją tak zdeformowaną, że nie zachęcała do wychodzenia, a kolejne warstwy plastiku z powietrzem zaczynały krępować ruchy... Na szczęście w tym zdezorientowaniu i nieporadnych próbach wykonania kroku wpadłam na pewną osobę, która zauważyła, że w środku coś może się chować, a potem wrzuciła mnie w twórczy wir Ogniska, za co jestem ogromnie wdzięczna.

Intensywność obozowych wrażeń, prowokowanie do podjęcia dyskusji i nieustające stymulowanie potrzeby poszukiwania... Ta zaskakująca siła, której zupełnie się wtedy nie spodziewałam, gwałtownie zaczęła rozbijać gromadzone wcześniej bąbelki. Ten proces się w Ognisku nie kończy. Po pierwszym szoku zapragnęłam zostać w tym miejscu na zawsze. Praca z instruktorami, pokazy, niespodzianki, przygotowanie sztuk i nocne próby do warsztatów zrywają kolejne warstwy, a jeszcze istotniejsze jest tutaj spotkanie z drugim człowiekiem,  wspólne pokonywanie przeszkód, które staramy się kochać i wszystko to, co wydarza się „przy okazji”. Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy stawiali przede mną kolejne wyzwania, dodawali otuchy, gdy przychodziły wątpliwości i tworzyli powody do radości, impresji i refleksji.

Dwa lata temu z podziwem,  wzruszeniem i pewnego rodzaju zazdrością obserwowałam absolwentów, nie wierząc, że też kiedyś stanę w tym samym miejscu trzymając swój dyplom. Wtedy pierwszy raz wchodziłam na tę scenę, żeby razem z niezwykłymi ludźmi zawołać „OkToPa”, które przekornie okazało się być moim przywitaniem z Ogniskiem.

„OkToPa” - teraz trzymając dyplom, nie mogę tak powiedzieć, bo chciałabym dalej przyjeżdżać po nowe wyzwania i wydobywać z siebie dla innych jeszcze więcej. Z resztą chyba nie da się Ogniska opuścić zupełnie. Ten dzień nie jest dla mnie pożegnaniem, a raczej niezwykłą motywacją; przepełnia go pragnienie podejmowania kolejnych twórczych działań. Mam w sobie poczucie pewności, że te rozbudzone przez Ognisko potrzeby, nie zanikną i w chwilach zwątpienia przypomną, że warto próbować ze wszystkich sił. Esencja tego miejsca kryje się właśnie rozbudzaniu, wprawianiu w drżenie, tworzeniu warunków do odkrywania w sobie odwagi, samodzielności, refleksji, wyczulaniu na świat i ludzi wokół. Teraz nie chcę się już chować, ale wpływać na rzeczywistość, bo Ognisko nie tylko rozbija bąbelki, ale przede wszystkim uczy, jak samodzielnie zrywać z siebie warstwy folii, jak znaleźć w sobie potrzebę, by robić to nieustannie i jak dostrzegać, że ktoś potrzebuje, by pomóc mu z jego folią.


poniedziałek, 17 września 2018

Maria Wróbel - Ignis (po łacinie ognisko)





                           Gdy zagubiona dusza Twoja, szuka oparcia w dłoni zasięgu
                           Zatrzymaj się i dołącz do nas, przysiądź do magicznego kręgu
                           Słońce zachodzi szumią knieje, zatapiasz się w czerni, mrok już nastał
                           I w tej ciemności nieskończonej, ognisko drogę Ci rozjaśnia
                           Bije od niego aura ciepła, co raz iskierka gdzieś poleci
                           Ściskając skrzyżowane dłonie, siedzimy my - ogniska dzieci
                           Każdy z nas ma na plecach skrzydła, które z dnia na dzień coraz większe
                           A wszystkie twarze nam rozświetla, zwycięski płomień najpiękniejszy
                           Pewnego dnia, dość dawno temu, przyszła tu Hestia ze swym mężem
                           I rozpalili cudowny ogień, który wciąż płonie i płonąć będzie
                           Ogrzewa wszystkich, co tu przyszli, otula swoją aurą ciepła
                           I daje światu trochę światła, trochę nadziei, trochę piękna
                           Pewnie słyszałeś o nas kiedyś i zawsze byłeś tego ciekaw
                           Jest wolne miejsce w naszym kręgu, podaj nam dłonie - ognisko czeka






piątek, 14 września 2018

Marcin Zbyszyński - Warto marzyć, czyli tak właśnie działa Ognisko. Story Lab w Monachium i Birmingham


Pamiętam jak trzy lata temu w grupie kilkunastu osób usiedliśmy w sali żółtej, w dawnej siedzibie Ogniska. Mało kto ją jeszcze pamięta, ale dość powiedzieć, że jej kolor tylko w nieznacznym stopniu odwracał uwagę od mikroskopijnych wymiarów.

Był późny wieczór. Siedzieliśmy z Sebastianem i grupą najstarszych ogniskowiczów snując wizję... spektaklu? projektu? eksperymentu? Sami jeszcze nie wiedzieliśmy co się z tego urodzi. Powiedzieliśmy, że chcielibyśmy zrobić spektakl o latach 90-tych. Pomysł jest skomplikowany, nazywa się „Story Lab” i wymaga od nas wszystkich kilku tygodni ciężkiej pracy. Potem okazało się, że ta praca rozciągnie się na kilka lat.


Z tamtej grupy w spektaklu nie został prawie nikt. Przez 3 lata kolejne osoby dołączały do projektu, wymieniając się z doświadczonymi uczestnikami wiedzą, przemyślaniami i wrażliwością. Na koniec dzięki kilkuletniej pracy kilkudziesięciu osób pojechaliśmy z tym spektaklem z sali żółtej na festiwale do Monachium i Birmingham. Ale najważniejsze było to czego się przez ten czas nauczyliśmy i dowiedzieliśmy.



Tak właśnie działa Ognisko. Pozawala uczyć się od siebie, twórczo działać i marzyć, a na koniec przy odrobienie szczęścia wcielać te marzenia w życie. I takich chwil (małych i dużych) jest w Ognisku multum. I każdy kto Ogniska choć przez chwilę doświadczył z łatwością właśnie teraz je sobie przypomina... Ja np. teraz przypominam sobie taką:



Piszę o tym dzisiaj, bo za chwilę odbędą się przesłuchania do Ogniska. A ponieważ to my je tworzymy, to od nas zależy jak wiele nowych fantastycznych i twórczych osób zasili wkrótce nasze szeregi. Weźmy więc telefony w dłoń, zapraszajmy spotkanych znajomych, wrzućmy zdjęcia i posty gdzie trzeba i niech będzie nas jak najwięcej! Bo od tego zależy co sobie wymarzymy i co z tych marzeń w przyszłości wcielimy w życie. Do dzieła!