poniedziałek, 4 lutego 2019

Benedykt Chromiński - Ogniskowicz razy kilka




Siedząc w domu, zastanawiam się co zrobić, co napisać i o czym opowiedzieć. Najłatwiej byłoby powiedzieć o sobie. Osobie, która kilka razy stawała się Ogniskowiczem. Czyli dlaczego również przestawała nim być?
Jak sami widzicie nie umiem zbyt dobrze ułożyć słów w zdanie, lecz właśnie dlatego powinienem o tym napisać. W Ognisku poznałem wiele osób, które mają swoje priorytety, pasje i zainteresowania. W takim kręgu łatwo się poczuć doceniony. Nie zawsze tak jednak jest. Trzeba uczyć się na błędach.
 W czasie moich porażek życiowych będąc zmęczony (czasem poirytowany), słyszałem jak to wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi. Ja wtedy nie byłem Ogniskowiczem. Nie byłem uśmiechnięty, przeciwnie - czułem zazdrość i bezsilność. Moje powiedzenie ,,smutek w raju”, które zdarza mi się stosować jest najgorszą rzeczą jaką można zrobić. Jest to moment kiedy balansujesz na granicy. Granicy bycia w społeczeństwie. O tej granicy były dwa warsztaty, które mną wstrząsnęły. Uciekanie przed tym, co się kocha nad życie jest popełnieniem samobójstwa na swojej świadomości i uczuciach. Tak, uważam że człowiek kilka razy popełnia samobójstwa, niszcząc w sobie coś ważnego, miłość, szczęście, wiele innych wartości. Najważniejszą z nich jest nadzieja - życie.
Moją nadzieją jest Ognisko, które kocham teraz jak rodzinę. Staram się z niej brać jak najwięcej energii i radości, więc kiedy będę mógł ją wykorzystać - jestem w stanie zatańczyć. Tylko tańczę gdy ktoś mnie do tego zmusi albo gdy jestem w Ognisku.  Ognisko kilka razy przywróciło mnie do świata żywych - moich wartości (wiem, brzmi to jak scenariusz ,,Inside out 2”), ale nadal każdy człowiek będzie popełniał błędy. Ja na przykład lubię przepraszać za błahe sytuacje, za co Was wszystkich bardzo przepraszam.

niedziela, 3 lutego 2019

Natalia Zalega - Zaczarowana





Czy to jest możliwe? Czy to możliwe, że po tygodniu spędzonym w murach Pęcławskiego clubu 35+, wracam absolutnie zakochana? Stan zachwytu, uniesienie połączone z utratą poczucia rzeczywistości. Ekstaza. Euforia. Eksplozja szczęścia. Fascynacja. Błogostan. Czuję się przepełniona miłością. Straciłam głowę dla prób trwających do czwartej nad ranem, przekąsek w postaci zupek chińskich robionych w krótkiej przerwie o drugiej, uśmiechów, wzruszeń, mądrości i pięknych twarzy pięknych ludzi. Zachwycających swoim kwiecistym wnętrzem, a każdy ogród zupełnie inny, równie ciekawy i zaskakujący. Istoty niby ludzkie, a jednak bajkowe. Po prostu czarujące. Mnie zaczarowały.
Przyjazd pierwszego dnia i pierwsza próba do warsztatu. Nic mi nie wychodziło, szło mi naprawdę źle. Pan reżyser zaczął od drobnych sugestii. Mocniej, bardziej, spróbuj inaczej. Byłam załamana. Tego nie zrobię, tego nie potrafię, nie dam rady. Było mi ciężko, bo wiedziałam, że będę musiała wyjść ze strefy komfortu, a to nie jest takie proste. Pierwsza rozmowa po warsztacie. Bardzo nie chciałam zawieść, czułam problem. Kuba wziął  mnie na bok, przytulił, a przy tym powiedział słowa niby banalnie proste, a jednak tak bardzo ważne dla mnie. Poczułam wsparcie i szczerą wiarę, a przy okazji dostałam szybki kurs kobiecego chodzenia. Potem rozmawiał ze mną jeszcze jeden z aktorów i znowu wymiana zdań, która mnie wzmocniła, zbudowała. Kolejnego dnia na próbie wszyscy ćwiczyli ze mną, poczułam się bezpiecznie, prawdziwe ognisko ciepło. Dzień później problemu już nie było. Przełamałam się, a może to właśnie oni mnie przełamali. Dzięki tym ludziom i ich wsparciu udało mi się zrobić coś czego wcześniej tak bardzo się bałam. Zostałam zaczarowana i chcę być czarowna jak najdłużej. Może któregoś dnia i ja kogoś zaczaruję.



Zuzanna Tymczenko - Uderzająca nie spektakularność prostoty



                                                                                                                                                                      fot. Anna Kozłowska


Jadąc do Pęcławia zdałam sobie sprawę jak wielkie miałam oczekiwania, zastanawiałam się, co będzie się działo pod zaśnieżonymi palmami, co zobaczę i z czym wyjadę. Początki nie były łatwe, nocne próby, brak czasu i wątpliwości: czy dobrze to gram, czy rozumiem, czy nie zawiodę towarzyszyły mi aż do pokazów warsztatów. Jednak w tym czasie działo się tak wiele. Dla tych co nie wiedzą proces twórczy na zimowisku zachodzi 24/7, nawet odsypiając Ogniskowicze kreują najpiękniejsze sny. To niesamowite ile wyników tego tworzenia codziennie widziałam. Zaczynając od  etiud inwencji czy grup specjalnych, a kończąc na zapierających dech w piersiach warsztatach.
Będąc już jakiś czas w Ognisku, wiele razy widziałam jak twórcy, stawiając przed sobą poprzeczkę „arcydzieło”, gubią się w środkach wyrazu, formie i tekście, ba sama popełniałam ten błąd. Natomiast w Pęcławiu warsztaty wcale nie krzyczały, nie miały fajerwerków, ani grama patosu. I ta właśnie nie spektakularność najbardziej dotykała, doprowadzając czasami do śmiechu, a czasami do łez. Taka oszczędność może kojarzyć się z łatwizną lub niską poprzeczką, brakiem ryzyka. Ale to zimowisko pokazało, że ta prostota pozwala widzowi współprzeżywać. Bo jeżeli to wszystko jest takie ciche i proste, to ja jako odbiorca chcę krzyczeć.
Po powrocie do domu zadano mi pytanie: „A co wy tam właściwie robiliście?”. Każdy z czytających Ogniskowiczów, pewnie uśmiecha się teraz do siebie, bo wie tak samo jak ja, że na coś takiego nie da się odpowiedzieć. Bo jak miałam zawrzeć w kilku zdaniach to na jakie emocje sobie wreszcie pozwoliłam, jak blisko byłam z pięknymi ludźmi,  jakie wspaniałe rozmowy odbyłam i wreszcie to, że dopiero wróciłam a tak bardzo tęsknię? Ktoś trafnie podpowiedział mi: „już nigdy nie będzie takiego lata w środku zimy”, jednak mimo to uśmiecham się pisząc, bo wiem, że to wszystko z czym wyjeżdżam, już na zawsze mam przy sobie.

czwartek, 10 stycznia 2019

Anna Kozłowska - Hasztag duma

Zuzanna Falkowska i Anna Kozłowska po koncercie "Święta w prezencie"
6 stycznia 2019, Filharmonia Narodowa w Warszawie, foto: Paweł Rybałtowski



          Siedzę w 6 rzędzie sali koncertowej warszawskiej Filharmonii i przyglądam się osobie w welurowej zielonej sukience z gracją dyrygującej orkiestrą i chórem młodych ludzi. To Zuzia. Zuzanna Falkowska… I natychmiast moje myśli odpływają do krainy szczęśliwości, do pierwszego w historii ogniskowego zimowiska. Dokładnie 15 lat temu. Miałam pomysł, żeby w czasie zimowych ferii z najstarszymi i najbardziej zaawansowanymi Ogniskowiczami wyjechać do jakiegoś przytulnego miejsca, by mogli zrobić własne warsztaty. Las Woda nazwana przez nas LasWodas. Mnóstwo śmiechu i twórczości. Taniec z paprotkami, Amar z monologiem Kordiana, mleczarz na schodkach, Ania z Zielonego Wzgórza, Alicja w Krainie Czarów, niespodzianki, konkursy, warsztaty… tylko utalentowana Zuzia o pięknym uśmiechu wciąż marudziła, że ona jednak nie zrobi swojego warsztatu, nie da rady, to się nie uda, tyle problemów, nie ogarnie. Pół ostatniej nocy razem z Dorotą Wolską spędziłyśmy na przekonywaniu, żeby spróbowała. A Zuzia wymyślała kolejne argumenty na nie. Po błyskawicznej naradzie natychmiast zbijałyśmy te wydumane przeszkody. I tak godzinami… W pewnym momencie coś pękło i wszyscy poszliśmy spać z nadzieją na poranny spektakl. Rano spadł świeży śnieg (przynajmniej tak to pamiętam) i wyszło słońce (mam pewność, poza tym są zdjęcia na dowód) i Zuzia pokazała urokliwy spektakl „Pan Kuleczka”.  I pamiętam, że bardzo byłam szczęśliwa, że nie odpuściłam, że swoim uporem doprowadziłam do powstania tamtego warsztatu. Nie naciskałabym tak mocno, gdybym nie miała pewności, że Zuzia doskonale sobie poradzi. Brakowało wyłącznie wiary w samą siebie. Wystarczyło skutecznie (choć żmudnie i męcząco – skąd obie z Dorotą miałyśmy tyle siły?!) przekonywać, pokazywać światełko w tunelu, przeciągać na jasną stronę, zarażać naszym entuzjazmem, roztaczać piękne widoki w przyszłości, projektować sukces itp. I choć przy kolejnym warsztacie Zuzi można się było spodziewać piętrowych zwątpień, ale wyzbywała się argumentów. Aż w końcu ich zabrakło! Zuzia otrzymała dyplom z nr 1, po maturze skończyła Akademię Muzyczną, w międzyczasie zaczęła uczyć w Ognisku, wyfrunęła w muzyczno-teatralny świat, robiła projekty w Akademii, Teatrze Wielkim, dyrygowała, komponowała. Rozkwitła. I zachowała swój przepiękny uśmiech. Dziś nie jest już nastoletnim kłębkiem wątpliwości tylko szefem ogromnego przedsięwzięcia. Lokomotywą! A w tym pociągu tłumy dorosłych Ogniskowiczów. Na scenie w aktorskich rolach Julia, Kasia, Paulina, Asia i Mateusz, w chórze Emilka, Zosia i Hania oraz młodsza siostra Maja, scenografię ogarnęła Zuzia, Jakub i Łukasz to dwaj z Trzech Króli, zdjęcia robi Paweł, reportaż filmuje Tamara, teksty piosenek napisał Kamil… Iście halinistyczny pociąg i jedzie w dobrej sprawie, bo to szósta edycja akcji charytatywnej „Święta w prezencie” (nie przegapcie w przyszłym roku!).

          Przed wydarzeniem kręcę się w kulisach. Adrenalina rośnie. Trema. Ale nie ta nastolatkowa, ogniskowo-ekstatyczna przed niespodzianką, gdzie nic nie jest dopięte i trzeba ratować się improwizacją. To już trema profesjonalistów. Oddech, uśmiech, kopniecie w tyłek i na scenę. Oni na scenę, a ja ukradkiem wciskam się na wyciemnioną już widownię w lawinie oklasków witających artystów. Pełna sala. Robi wrażenie.

          Ten uroczy wieczór po raz kolejny udowodnił, że warto młodym ludziom wysoko stawiać poprzeczki, ale wspierać i asekurować. I mocno wierzyć, że przeskoczą. Bo dzięki nam dorosłym przeskoczą. Dla nich takie skoki są niezbędną szansą, by uwierzyć we własne możliwości i osiągać cele, nawet jeśli są zdobyte z ogromnym wysiłkiem, okupione stresem, potknięciami i upadkami. Nastoletnie „krew, pot i łzy” w trakcie powstawania artystycznych projektów uczą, że łatwo nie jest, ale warto. Bo satysfakcja wybornie smakuje. A potem można doszkalać, jak osiągać cele w lepszym stylu, mniejszym kosztem. Ale i tak najważniejsza wiedza wyniesiona z takiego doświadczenia to: „Wiem, umiem, potrafię”.

          Gdy pod koniec koncertu rozbawieni widzowie nakładają sobie czerwone nosy patrzę z ogromnym wzruszeniem. Bo dokonała tego tamta dziewczynka, która wówczas tylko wątpiła i bała się rozwinąć skrzydła, nie mogąc uwierzyć, że je ma. Dzisiaj na moich oczach w pięknym stylu pofrunęła. Hasztag DUMA.



czwartek, 3 stycznia 2019

Julia Brodowska (z domu Mieczkowska) - Święta w prezencie




Po raz szósty już przyjdzie mi lada chwila wcielić się w postać Renifera w spektaklu muzycznym „Święta w prezencie”. Na jeden dzień moje włosy (przy małej pomocy kilku opakowań lakieru, kilkuset centymetrów drutu i kilkudziesięciu małych gumeczek) zamienią się w poroże, mój mąż postara się przekonać naszego 4-miesięcznego synka, że są już gotowi, aby spędzić wspólnie męski dzień, a moi przyjaciele po raz kolejny kupią bilety dla siebie, swoich znajomych, dzieci swoich znajomych, swoich rodziców i będą po raz kolejny oglądać te same sceny i słuchać tych samych piosenek. Jak co roku.
Dlaczego wszyscy nie odpuścimy? Bo nie da się nie wsiąknąć w ten projekt.


29 listopada 2012 roku dostałam od Zuzi Falkowskiej maila z pytaniem, kto ma ochotę stworzyć   No oczywiście, że ja! Z ludźmi z Ogniska "U Machulskich" – zawsze. Sprawa była pilna, koniec końców w błyskawicznym tempie zebrała się nas piątka – ja, Zuzia, Paulina Kardas, Asia Kudelska i Mateusz Olszewski. Wymyśliliśmy scenariusz, mieliśmy kilka porządnych prób. Czułam się, jakbyśmy wspólnie przygotowywali kolejną obozową niespodziankę. Znów pojawiła się ta ogniskowa energia, za którą – jak się okazało – ogromnie tęskniłam. Całość wydawała nam się ciepłą i zabawną opowieścią o Bożym Narodzeniu. 20 grudnia premiera: W kulisach słyszymy już uwerturę, po niej wparowujemy na scenę opakowani w wielki świąteczny prezent, a kiedy po minucie w końcu z niego wyskakujemy, aby nawiązać kontakt z publicznością, na widowni wita nas garstka osób. Pomyślałam: „Trudno, gramy na 100% – dla nich i dla siebie!”. Kiedy graliśmy „Święta w prezencie” po raz kolejny, na sali UMFC zabrakło już miejsc.  Kilka lat później zagraliśmy w Studiu koncertowym S1 Polskiego Radia, za to w 2019 roku tę całą radość i energię postara się pomieścić Filharmonia Narodowa w Warszawie, a w projekcie weźmie udział około 250 osób!
kilka ciekawych scenek, będących częścią organizowanego przez nią świątecznego koncertu na Uniwersytecie Muzycznym.


„Święta w prezencie” to coś więcej niż spektakl/koncert. To magiczna energia, którą wypełnione są wszystkie zakątki sal, w których gramy. To wzruszająca, świąteczna aura, której czasem tak bardzo nam brakuje. To dobry uczynek. Efekt ciężkiej pracy wielu ludzi, którzy mają pasję. To przyjaźń, śmiech i zaufanie. Dla mnie osobiście to także dalszy ciąg pięknej podróży, jaką było ognisko teatralne. Podróży pełnej nowych przyjaźni, przekroczonych barier, wewnętrznych sukcesów i ważnych słów – usłyszanych, wypowiedzianych, zapamiętanych. Pełnej artystów, z którymi mogę wciąż tworzyć kolejne projekty, bo dzięki temu ta podróż nigdy się nie skończy!


Być może sami już o tym nie pamiętacie, ale wysłaliście dawno temu kartkę do Świętego Mikołaja. My przygotowaliśmy dla Was prezent – ten wymarzony, najważniejszy z Waszej listy! Przyjdźcie i rozpakujcie go 6 stycznia. Przekonajcie się, jak bliscy mogą się dla Was stać obcy ludzie i jaką siłę ma ten tłum zaangażowanych do szaleństwa twórców. My damy z siebie wszystko, byście cieszyli się tym prezentem jeszcze przez długi czas po opuszczeniu sali koncertowej.



wtorek, 20 listopada 2018

Sebastian Cybulski - Jan Machulski: żeby zostać aktorem, trzeba walczyć mimo wszystko


To już 10 lat... 10 lat temu, pamiętam pewne pochmurne listopadowe przedpołudnie kiedy kondukt żałobny odprowadzał po raz ostatni Pana Jana Machulskiego na warszawskich Powązkach. Tłum ludzi. Ludzi, którzy chcieli być tego dnia, aby podziękować za spotkanie z Panem Janem. W tym ja... a znalazłem się w tym zacnym gronie przyjaciół teatru, KMT, Pana Jana przez przypadek.

Moje pierwsze spotkanie z „Machulem”, którego było mi dane poznać parę lat później od zupełnie innej strony, nie pamiętam gdzie miało miejsce; pamiętam, że jako dzieciak stałem w grupie ludzi i czekałem przed jakimś wejście (teatru? kina?), ale stałem i czekałem. Nagle wszyscy zaczęli się ekscytować. Ktoś krzyknął: „Jest. To on!” Pojawił się jakiś Pan, który z szarmanckim uśmiechem przywitał się, pozdrowił grupę ludzi, którzy wyciągali w jego stronę jakieś kartki i zdjęcia po autograf. Pomyślałem: „Ale gość. Taki z klasą, charyzmą. Gwiazda, jakby człowiek z innego świata”. Po chwili i ja trzymałem w rękach kartkę z podpisem Jana Machulskiego. Popatrzyłem, ucieszyłem się, bo przecież trzymałem w rękach autograf Jana Machulskiego... chociaż wtedy zupełnie jeszcze nie wiedziałem, kto to jest i co takiego zrobił. Tamto spotkanie sprowokowało, że w naturalny sposób zacząłem nadrabiać zaległości filmowe z Janem w rolach głównych i w tych mniejszych. Najbardziej przypadł mi do gustu „Vabank”.
Parę lat później, kiedy Jan Machulski przyszedł po raz pierwszy na takie spotkanie rozpoznawczo towarzyskie w ramach zajęć, zdębiałem. Totalnie byłem w szoku. W parę chwil zobaczyłem, jak Pan Jan z gwiazdy polskiego kina, zszedł z piedestału wzniesionego przez publiczność, która go tam wstawia i zamienił się w Machula, człowieka, który jak tylko mógł, tak pomagał. Stał się zwykły, przez co potrafił zdobyć nasze zaufanie w pracy, na scenie – w mig. Nie traktował nas z góry, bo on – wielki Aktor, a my – dzieciaki, które nic nie wiedzą, nic nie umieją, ale Machul ze swoją umiejętnością podchodzenia do wszelkich problemów z dystansem i uśmiechem – może czasami nawet takim kpiącym, ale uśmiechem, cofał się do naszego poziomu, żeby sobie przypomnieć jak to było z nim, kiedy on sam miał podobne zagwozdki na początku i starał się podpowiedzieć co zrobić. Dzięki temu można było z Machulem porozmawiać w każdej kwestii i zapytać o wszystko, bo „nie ma głupich pytań...”.
I w ten sposób, przypomina mi się moje trzecie ważne spotkanie z Machulem. Była to końcówka drugiego roku Szkoły Państwa Machulskich. Początek gorącego czerwca. Szał przygotowań do egzaminów wstępnych do szkół państwowych. Ja w amoku, bo sesja na karku i egzaminy wstępne właśnie przede mną. Podchodzę do Jana, bo mam obawy czy jest sens zdawać do Łodzi, a w warszawskiej AT już dostałem po łapach. Profesor popatrzył na mnie i z pełną łagodnością i uśmiechem na twarzy, powiedział: - Kochanieńki, daj sobie spokój. Takich jak Ty będzie 10-ciu, z czego dwóch będzie miało to coś na zębach (bo wtedy nosiłem aparat ortodontyczny, taki stalowy, srebrny) i na pewno nie będą wybierali z waszej dwójki.” Pamiętam te słowa do dziś. Wtedy – zabolały jak jasna cholera, utkwiły w pamięci. Ale się nie poddałem, pojechałem... i się dostałem do Filmówki. Potem, kiedyś, spotkałem na korytarzu na Targowej w Łodzi Profesora, stanąłem na wprost i powiedziałem: „A jednak mi się udało”, na to Profesor potargał mnie po głowie i powiedział tylko, że właśnie o to chodziło; bo żeby zostać aktorem, trzeba walczyć mimo wszystko, na przekór słowom – bo wtedy się wie, czego się chce od życia. Zdębiałem nie po raz pierwszy po spotkaniu z Janem Machulskim.
Dlatego też i ja napiszę przewrotnie, że cieszę się bardzo, że 10 lat temu mogłem być w tym tłumie żegnającym Pana Jana Machulskiego, Profesora, Machula.

PS. Sytuacja z autografem mogła ulec lekkiemu podkoloryzowaniu całego zajścia i małym konfabulacjami, ale to było tak dawno, że daję się czasami ponieść własnym fantazjom, bo dzieckiem trzeba być…

Załączone zdjęcie pochodzi z wyjazdowego spektaklu „Niemcy” Leona Kruczkowskiego na festiwalu teatralnym w Zamościu (rok 2002)

sobota, 10 listopada 2018

Agnieszka Dygant o Janie Machulskim: Był gwiazdą, która magnetyzuje

O Janie Machulskim z Agnieszką Dygant, absolwentką Ogniska i wydziału aktorskiego łódzkiej Filmówki 
rozmawia Anna Kozłowska, dyrektor Ogniska Teatralnego „U Machulskich”





Zacznijmy od spraw zawodowych. Jaki wpływ Jan Machulski miał na Twoje aktorstwo?
Totalny (i piękny uśmiech pojawia się na twarzy Agnieszki). Jan Machulski miał ogromny wpływ na to, kim i gdzie dzisiaj jestem. Zaczynając chociażby od tego, że kończyłam Ognisko Teatralne Machulskich. Pan Jan przy wejściu do teatru witał nas i naszych rodziców, którzy mieli poczucie, że przychodzimy do miejsca, gdzie jesteśmy bezpieczni. Jako nastolatka grywałam w teatrze i również w spektaklu plenerowym w Łazienkach. To był „Sen Nocy Letniej” (tam poznałam Czarka Pazurę i się w nim zakochałam, ale to zupełnie inna opowieść (śmiech J ). Jan Machulski był reżyserem tego spektaklu i bardzo się mną opiekował. Bo wobec dzieciaków z Ogniska zawsze był bardzo opiekuńczy. Mieszkałam wówczas w Jankach i dojazdy z Łazienek były bardzo skomplikowane, więc czasami odwoził mnie do domu. Bardzo mnie to deprymowało, bo ja się wstydziłam, więc całą drogę milczeliśmy. I chociaż mnie zagadywał, to chyba nie byłam najlepszą partnerką do rozmowy. Ale najważniejsze, że potem gdy znalazłam się w łódzkiej szkole filmowej, to też Jego zasługa. Po egzaminach byłam pod kreską i choć nie podsłuchiwałam pod sekretariatem, gdy mieli naradę kogo przyjąć spod tej kreski, to mam wrażenie, że miało znaczenie, że mnie znał, wiedział jak pracuję, co mogę osiągnąć. U mnie był problem ze zgryzem, kwestia założenia aparatu i pracy nad dykcją. Dziś wymowa już nie ma takiego znaczenia, ale wtedy to była podstawowa sprawa. Jeśli wstawił się za mną, to tak jakby „wpłacił kaucję” wykazując wobec mnie ogromne zaufanie, że ta dziewczynka z warkoczykami wszystko wypracuje. Czy tak było? Nie wiem, ale tak przeczuwam. Skończyłam szkołę i dzięki temu jestem dziś w tym miejscu.
A jakim był profesorem?
Szybkim. Przyjeżdżał raz w tygodniu, bo był bardzo zajęty. Pracował jako aktor, prowadził teatr, reżyserował, miał mnóstwo spraw w Warszawie.
Imponowało wam, że był czynny zawodowo?
Oczywiście! Nie zawsze świetny aktor jest świetnym profesorem, a bywa że na odwrót. W tym przypadku, to był i doskonały profesor, i przyjaciel młodzieży, i znakomity aktor, i kultowa postać polskiego kina. Nauczył nas minimalizmu. Mam nadzieję, że na naszym wydziale w Filmówce nadal wisi tablica z napisem „Mniej znaczy więcej” – słynna sentencja Jana Machulskiego. Hołdował tej zasadzie grając i ucząc. Pamiętam też, że kiedyś powiedział nam, że trzeba bardzo uważać, żeby temperament talentu nie zabił. I że kamera wymaga innych środków niż teatr. I żeby okiełznać ciało, które jest instrumentem aktora i dobierać skromniejszych środków. Wtedy było to bardzo istotne, bo w teatrze grało się zupełnie inaczej niż dziś. I dość rewolucyjne, ponieważ w szkole pracowało się nad tym, żeby środki wyrazu były mocne, widowiskowe. A On przychodził i opowiadał nam o amerykańskich aktorach. Po kolei łapał nas na korytarzu i każdemu coś mówił. Mojemu koledze z roku powiedział: „Słuchaj, ty jesteś taki Forrest Gump.” Bardzo zwracał uwagę na to, jakie my mamy warunki zewnętrzne. Miał niezwykłego czuja w tych spostrzeżeniach. Powtarzał nam, że to bardzo ważne, co mamy na zewnątrz, bo to już wnosimy i nie musimy tego grać, tylko grać intencje, czyli „co”, a nie „jak”. Mi powiedział, że jestem podobna do Sandry Bullock, że mam ten rodzaj temperamentu i ekspresji. Każdemu z nas dawał tego typu niezwykłe uwagi: „Ty jesteś jak Tom Hanks w Foreście Gumpie!”
To nie był ani komplement ani zarzut?
Absolutnie nie. Tak jakby chciał powiedzieć: „Popatrzcie sobie na nich, jak oni to robią. Przypatrz się tej twarzy, bo masz podobne środki u siebie. Zobacz jak to działa, co ci się podoba w ich grze. Każdy w was jest oczywiście inny, ale zobacz jak można na skupieniu, na minimalistycznych ruchach uzyskać tak wiele.” Bezcenne uwagi dla studentów. A poza tym był wysoki mega przystojny i po prostu niezależnie od płci drżało nam serce gdy do nas podchodził i chciał pogadać.
A jakim był człowiekiem?
Moim zdaniem trochę tajemniczym, tak fajnie tajemniczym. Był szarmanckim dżentelmenem i bardzo podobał się kobietom. Pamiętam, że zrobił ogromne wrażenie na mojej mamie.
Nie tylko Twojej J Wszystkie nasze mamy były pod wrażeniem.
Bo wyglądał jak z amerykańskiego westernu, więc nic dziwnego. Miał coś czego mi dziś brakuje w ludziach, jakiś taki rodzaj tajemnicy… a może to po prostu to była klasa? Taki „step back”, krok do tyłu. Z jednej strony był bardzo otwarty, nie stwarzał dystansu, bo chciał rozmawiać z każdym, zawsze chętny do rozmów zwłaszcza o kinie amerykańskim, ale z drugiej strony nie zwierzał się, nie opowiadał o sobie. Był kimś kto jest nieodgadniony do końca, kto zostawia sobie margines, gdzie nikt nie ma wstępu. A miał w sobie coś silnego, był gwiazdą, która magnetyzuje.