Czas wspomnień, czas pożegnań... Tym razem dotknął nas
boleśnie, wręcz namacalnie... Dwukrotnie w październiku, w ciągu zaledwie
tygodnia, spadły na nas wieści dotyczące dwóch wychowanków Ogniska z lat
80-tych...
TADEUSZ GÓRALSKI... Wspominany był tu już, ale przede wszystkim
jako instruktor i wychowawca. Ja wspominam Go jako swojego pierwszego w życiu
Przyjaciela, kumpla z roku i obozowych kwater, partnera ze scen ogniskowych
pokazów i przedstawień Teatru Ochoty. Razem pracowaliśmy nad jednym z
pierwszych warsztatów naszego roku – Jego monodramem. Razem też pierwszy raz w
życiu trafiliśmy na plan filmowy...
Obaj szukaliśmy swojego miejsca, ale to miejsce musiało się
znaleźć pomiędzy ludźmi, których chciało się poznać i zaufać im w absolutnej
pełni. W którymś momencie wiedzieliśmy, że nasze dwa miejsca sąsiadują ze sobą
i że możemy sobie ufać, po raz pierwszy w naszym młodym życiu.
Dołączył do nas dopiero w drugim semestrze. Pamiętam, jak
wszedł do głównej sali teatralnej, jak się przedstawił... naprawdę to pamiętam,
mimo minionych trzydziestu siedmiu lat. I pamiętam, że od początku miał w sobie
taką nieporównywalną z niczym pasję, ekspresję, której czasem aż nie umiał
okiełznać na scenie. Ten pęd, ta energia
- zawsze Mu towarzyszyły. Pomimo, iż znaliśmy się tyle lat, nie byłem
nigdy w stanie do końca dociec, co gonił albo przed czym uciekał... Może po
prostu chciał jak najwięcej zrobić i nie sposób odegnać myśli, że w końcu
przyszło Mu spłacić za to dług.
Wychowankowie pamiętają, że wymagał. Owszem, ale też w
pierwszej kolejności od siebie. A już za tych naszych młodych lat był pracowity
i bardzo zorganizowany. Mieszkając ok. 60 km od Warszawy potrafił godzić
szkołę, Ognisko, a przecież nierzadko dochodziły jeszcze próby do
repertuarowych spektakli, i wreszcie – cóż – każdy z nas toczył wtedy swoje
wielkie i małe boje z życiem uczuciowym, emocjami... On jakoś na to wszystko
znajdował siły i czas, a wieczorem łapał ostatni pociąg, w drodze przygotowywał
się do szkoły... dzień w dzień...
Zanim jako ukształtowany, dorosły człowiek powrócił do Ogniska,
by pomóc je przeprowadzić przez kilka paskudnych kryzysów, był również
współzałożycielem, razem m.in. z Witkiem Bielińskim i niżej podpisanym, grupy
mającej zgrupować wychowanków Ogniska w dalszych wspólnych działaniach teatralnych,
która potem przekształciła się w Studio Teatralne ,,Hyde-Park”, działające
kilkanaście lat najpierw przy klubie ,,Park”, a potem w Ośrodku Kultury Ochoty.
Był też ,,TAST – Teatr Aplikacyjny”, gdzie również niedawni Ogniskowicze mogli
wspólnie działać. Jednocześnie był w Studiu przy Teatrze Żydowskim, studiował,
zaczynał przygodę z wielkim i małym biznesem...
...ale przy wszystkim, co zrobił, bez względu na to jak i czy
na pewno właściwie, to brakuje mi Tadzia z obozowych domków w Zegrzu, z naszego noclegowego, piwnicznego ,,bunkra'' we
Fromborku, wspólnych wyjazdów do Krakowa, Zamościa, a nade wszystko z tego
momentu, gdy pewnego dnia w trakcie zajęć w sali teatralnej otworzyły się
drzwi...
...które właśnie ostatecznie się zatrzasnęły...
PIOTR KANIEWSKI...Piotr był Bratem. Po prostu. Są ludzie, o
których to się najzwyczajniej wie. I nie tylko dlatego, że jeden jest starszy
od drugiego o całe dwa dni...
Poznaliśmy się jeszcze jako dzieciaki, na długo przed
spotkaniem w Ognisku. Razem chodziliśmy na kurs angielskiego. Musieliśmy mieć
wtedy ok.10-11 lat. Można powiedzieć – złe miłego początki... Piotr
niespecjalnie mnie wtedy lubił, a na tyle ile pamiętam, to chyba nawet Mu się
nie dziwię... ot, nadpobudliwcy. A po kilku latach spotkaliśmy się na jednym
roku Ogniska...
Ile razem dróg przebytych... spektakle, warsztaty, dwa obozy
w Zegrzu, dwa w Książu, Frombork, Giżycko. Niezapomniany przez nas Londyn,
pierwsza wyprawa na Zachód w czasach komuny... Prawie zawsze w jednym pokoju,
grupie...
Człowiek wielu talentów i zawodów. Każda nowo odkryta pasja
pchała Go na nowe tory, oddawał jej serce i swoją niebanalną wrażliwość – czy
to jako fantastyczny fotograf, czy jako głos z radia dzielący się ze słuchaczami miłością do muzyki filmowej, czy wreszcie
jako aktor, a pod nieoczekiwany koniec swej wędrówki także jako nauczyciel.
Ludzie, którzy z Nim mieli szczęście pracować, mogli zawsze liczyć na Jego
absolutną uczciwość, szczerość aż do bólu, wizję, chęć ulepszania wspólnego
kawałka świata. Dbał o te kawałki, chciał je zawsze ulepszać, miał swoje zdanie,
jak to robić i potrafił tego zdania zawsze bronić, ale był też otwarty na to,
co powiedzą inni.
Człowiek zasad. Białe jest białe, czarne jest czarne. Niby
banał i oczywistość, ale w dzisiejszych czasach coraz trudniej o tak uczciwych
i wyrazistych ludzi. A Piotr potrafił taki być już za młodu. Zawsze był
interesującym i ważnym głosem każdej istotnej dyskusji w sprawach Ogniska. Zawsze
był słuchany i zawsze słuchał. Zależało Mu.
Jedną z Jego pasji był Tolkien, stąd też przydomek – Ring. Ja
osobiście postrzegałem Go w tym świecie jako Krasnoluda - o złotym wielkim i szczerym sercu, ostrym
języku, charakterze pełnym zdrowego uporu, pracowitości. Przez około
czterdzieści lat tej znajomości nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Bywały oczywiście przerwy w naszych wzajemnych kontaktach,
ale ścieżki czasem się po prostu rozchodzą, a powroty kompletnie zacierały
upływ czasu – mogliśmy po kilku latach rozmawiać tak, jakbyśmy wczoraj
przerwali. Gdy po latach zaczęliśmy także razem działać na radiowej antenie,
momentalnie wrócił ten błysk, rozumienie się bez zbędnych słów, wspólna zabawa
i radość pracy.
W radiu, jak się okazało, widzieliśmy się ostatni raz. Kto
mógł wiedzieć... Ba, nikt by wiedzieć nie chciał. Nikt nie chce dopuścić myśli
o tym, że tak jak za naszych młodych czasów królowały powitania, tak dopadł nas
czas pożegnań. One zawsze bolą, ale gdy jeszcze odchodzi ktoś, kto przecież był
zawsze...Trudne to. Bardzo.
Życie to teatr, aktorzy schodzą ze sceny. Szukamy ich cieni
na kurtynie, by choć tyle móc ponieść dalej.