niedziela, 27 czerwca 2021

ABSOLWENCI: z Magdalena Stużyńską rozmawia Patrycja Feliszek




Jak wyglądało Ognisko oczami czternastoletniej Magdaleny Stużyńskiej ?

Było wejściem do innego świata, wtajemniczeniem. Miejscem, w którym chciało się znaleźć i którego chciało się być częścią. Pierwszy krok do spełnienia marzenia, by zbliżyć się do teatru. Niezwykłe miejsce dla osoby, która fascynowała się teatrem, sceną, i która marzyła o byciu aktorką. Ognisko znajdowało się w jego sercu. Mogliśmy przebywać w świątyni sztuki. Widzieliśmy kulisy sceny i kulisy pracy, uczestniczyliśmy w próbach, spotykaliśmy aktorów na schodach i korytarzu. Bardzo ekscytujące.

Takie wejście do Narnii.  

Tak

My do tej pory się śmiejemy, że Ognisko jest taką małą sektą.

Tak (śmiech), jest sektą, ale w sensie wyznawania podobnych idei. Sekta wiąże się z podporządkowaniem i rodzajem zależności. W Ognisku oczywiście były zasady, ale była też wolność. Instruktorzy przywiązywali bardzo dużą wagę do tego, żeby szanować zdanie innych. Tak, aby każdy miał odwagę w wypowiadaniu tego co myśli w pełnym poczuciu bezpieczeństwa. Każdy miał prawo powiedzieć, że Słowacki mu się nie podoba (śmiech). Ognisko było rodzajem Hydeparku. Można było mówić wszystko, o ile się nie raniło się czyichś uczuć. To było fantastyczne, ponieważ dawało nam odwagę w poszukiwaniu i określaniu siebie. I co najważniejsze byliśmy tam wszyscy dobrowolnie (śmiech).

Tak. Myślę, że instruktorzy, którzy byli kiedyś w Ognisku i Ci którzy nadal uczą, dawali i dają nam do tej pory olbrzymią możliwość rozwoju, przez to, że jesteśmy z nimi tak blisko. Nie czujemy takiego dystansu jak w szkolnej relacji uczeń nauczyciel.

Tak, tak to prawda. Instruktorzy prowokowali nas do samodzielnego myślenia, co było bardzo rozwijające i zupełnie inne od naszych szkolnych doświadczeń. Uczono nas tego, żeby nie przyjmować gotowych wniosków. Mieliśmy je samodzielnie wyciągać, dzięki temu poszerzaliśmy nasze horyzonty o punkt widzenia innych. Co dodatkowo otwierało nam umysł i sprawiało, że nie myśleliśmy o wszystkim 0:1. Na zajęciach z dramy uczyliśmy się empatii i uważności, dostrzegania innych i szanowania ich zdania.

Co czuło się przebywając z Panią Haliną?  

Przede wszystkim niesamowitą energię Pani Haliny. Była jak wróżka, jak profesor McGonagell z Harrego Pottera (śmiech). Zawsze miała rozwiane włosy, nosiła długie, kolorowe spódnice, a jej szyję ozdabiał zegarek na łańcuszku. W czasach Ogniskowej aktywności była niezwykle energiczną osobą. Miała sto pomysłów na minutę i wszystkie je przeprowadzała. Niczego się nie bała, była bardzo silną osobowością. Kiedy chodziłam do Ogniska wyjazdy za granicę nie były czymś oczywistym. Pani Halina jeździła po całym świecie, organizowała nam warsztaty i wymiany w Anglii i w Niemczech, była na Kubie i regularnie jeździła do Anglii na warsztaty z dramy. Ciągle się rozwijała i tym nas zarażała i mobilizowała. Co się czuło przebywając z Panią Haliną? Przypływ energii i poczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Była postacią, za którą chciało się podążać. Kochała nas, rozumiała, otwierała i inspirowała a jednocześnie wpajała zasady i była w tym bardzo konsekwentna. Nie mogliśmy pić i palić. Za każdy taki wybryk bez przebaczenia wylatywało się z obozu. Za bardzo ją szanowaliśmy, żeby się przeciwstawiać. Oczywiście skłamałabym gdybym powiedziała, że nikt nie palił. Ale raczej nie w teatrze tylko gdzieś dalej, w bezpiecznej odległości (śmiech).

Czy Pani Halina i Pan Jan mieli jakieś zwyczaje?

Lubili i potrafili rozmawiać, prowokowali do mądrej dyskusji, do zadawania sobie pytań. Dialog, który prowadzili między sobą i z innymi ludźmi był bardzo inspirujący. Większość spektakli w Teatrze Ochoty kończyło się niejednoznacznie albo tak, że widz zostawał w zawieszeniu z pytaniem co by było, gdyby bohater postąpił inaczej. To pytanie zadawali na końcu zaczynając dyskusje. Byli w wiecznym dialogu ze światem. Właśnie taka uważna rozmowa i poszukiwanie odpowiedzi było czymś, co ich oboje bardzo charakteryzowało.

Jak wspomina Pani prace na planie Rodzinki.pl i Przyjaciółek?

W „Rodzince” pracowaliśmy w hali, co było pod niektórymi względami dużym komfortem. Praca była w jednym miejscu, nie było tylu ustawień  kamer. Na pewno dla aktora była wygodniejsza, zwłaszcza, że zawsze było ciepło. (śmiech). Poza tym jest to gatunek, który daje dużo radości i widzom i twórcom. Bawiliśmy się świetnie napisanym scenariuszem, którego dialogi były bystre, prawdziwe, śmieszne, a jednocześnie czułe. Kolejną zaletą byli świetni aktorzy, których miałam szczęście spotkać. Moja postać dawała mi ogromne pole manewru. Była zwariowana i szalona, mogłam sobie pozwolić na bardzo wiele. W „Rodzince” nie oddawaliśmy życia 1:1 przedstawialiśmy obraz z filtrem, który trzeba było założyć grając. Ten filtr pozwalał nam na trochę inne środki niż w serialu obyczajowym jakim są  „Przyjaciółki”, które różnią się też ilością wątków i miejsc akcji. Na pewno grając w „Przyjaciółkach” potrzebna jest bardzo duża dyscyplina. Trzeba się trzymać pewnych założeń, żeby postać, którą się gra była wiarygodna i konsekwentna. Grając zwariowaną Violę w „Rodzince” mogłam sobie pozwolić na wiele więcej niż wcielając się w zrównoważoną Ankę. W „Przyjaciółkach” natomiast jest więcej zaskoczeń, więcej zmian, więcej wątków. To inna praca, ale także bardzo ciekawa.

Które z powiedzeń Pani Haliny i Pana Jana najbardziej do Pani przemówiło ?

„Każdy sukces jest początkiem klęski, a każda klęska początkiem sukcesu” - oboje często je powtarzali. Przypominam sobie to zdanie wielokrotnie, zwłaszcza pracując w tym zawodzie. Myślę, że jest mottem naszego Ogniska. Pomaga nam w gorszych momentach i przestrzega przed pychą.  

Podnosi nas na duchu w trudnych chwilach jak i nie pozwala osiąść na laurach. Czy pamięta Pani jeszcze jakieś powiedzenia?

„Słowa są tylko pretekstem”. Dopiero gdy zostałam aktorką zrozumiałam, co tak naprawdę znaczy to zdanie. Nie powinniśmy grać słów, tylko to, co się pod nimi kryje. Słowa na scenie czy na ekranie czasami nie powinny znaczyć tego, co jest w samym zapisie. Mogą mieć wiele różnych znaczeń w zależność od tego jak je zinterpretujemy. Musimy się nimi świadomie posługiwać. Trudno jest zrozumieć ten cytat zanim się nie stanie na scenie czy przed kamerą. Sądzę, że jest jednym z ważniejszych nauk dla aktora i reżysera. Drugie zdanie, które często powtarzała Jolanta Hanisz, kiedy czytaliśmy wiersze. „Musimy tyle razy przeczytać wiersz i tak bardzo się w niego wejść, żeby poczuć bicie serca poety, a w tekście teatralnym autora”. Przez długi czas tego nie rozumiałam. W pewnym momencie to się po prostu zdarzyło. Mówiąc tekst czułam, że poeta przemawia przeze mnie. Brzmi to trochę szamańsko. (śmiech)

Jak osiągnąć taki efekt ?

Na to składa się wiele rzeczy. Przede wszystkim nasze życiowe doświadczenia. Jeżeli jesteśmy dobrymi obserwatorami i zachowujemy w naszej pamięci sytuacje, które zaobserwowaliśmy możemy je później wykorzystać na potrzeby postaci. Bardzo ważna jest też praca nad tekstem, doszukiwanie się sensów. Musimy znaleźć spójność i zgodę z autorem. W momencie, kiedy nie rozumiemy tekstu, kiedy nie staje się nam bliski, nie mamy takiej siły. Jest to bardzo podobne do grania nut. Jeżeli mamy umiejętność techniczną grania, to jesteśmy w stanie odtworzyć to, co jest w nich napisane. Gdy wiem do tego w jakim okresie historycznym pisał autor albo na jakim etapie życia wtedy był, możemy wzbogacić tę melodię o nową jakość, głębię. Zawsze gdy ktoś mnie pyta jak pracuje nad rolą, odpowiadam, że przede wszystkim czytam scenariusz. Im więcej razy to zrobię, tym więcej sensu do mnie dociera. Potem o nim myślę, noszę go w sobie, zderzam ze wszystkim, co mam w pamięci. Przychodzi moment, kiedy jesteśmy głosem poety albo autora dodając tekstowi nową jakość przez bagaż swoich doświadczeń i swoich przemyśleń czyli interpretację. Wszystko zmierza do tego, żeby nie kłamać na scenie czy przed kamerą. Proces prób stolikowych, w którym bez wymyślania zewnętrznych atrybutów, wczytujemy się w tekst, jest strasznie ważny. W tej chwili takich prób jest bardzo mało.

Nie ma czasu na laboratoryjną pracę.

Tak, nie ma czasu na konstruowanie sobie w głowie postaci i świata, który będziemy pokazywać. W tej chwili są na przykład trzy prób stolikowe i już idziemy na scenę, z tekstem w ręku, ale wstajemy i próbujemy. Kiedyś było ich o wiele więcej, trwały tygodniami. Dzięki czemu mieliśmy czas na pracę z tekstem. Na zrozumienie poezji, w której często trzeba łamać kody, bo operuje językiem obrazów i metafor też trzeba mieć czas. Tego właśnie uczyła nas Pani Jolanta Hanisz. Praca z nią była naprawdę bardzo twórcza i rozwijająca.

Czy może Pani rozwinąć temat pracy nad interpretacją poezji z Panią Jolantą Hanisz ?

Na pierwszych zajęciach każdy z nas mówił wiersz z egzaminu wstępnego. Potem omawialiśmy swoje odczucia i skojarzenia. Następnie demokratycznie wybieraliśmy ten, nad którym będziemy pracować. Wybraliśmy „Pokolenie” Krzysztofa Baczyńskiego pierwsze zdanie brzmiało: „wiatr drzewa spienia”. Analizowaliśmy to zdanie, dlaczego autor użył akurat słowa spienia, dlaczego nie wzrusza, nie porusza? Myśleliśmy nad tym z czym kojarzy nam się piana i jakie mamy w związku z tym emocje, czy są pozytywne czy negatywne. Szukaliśmy uczuć, które mogły towarzyszyć poecie gdy opisywał świat w ten sposób. Odnajdowaliśmy masę sensów. Na tym polegała ta praca, szukaliśmy emocji, skojarzeń. Na tej wiedzy budowaliśmy naszą interpretację. To było  trudne, ale strasznie ważne. Naprawdę świetnie się pracowało z Panią Hanisz.

Czy przyjaźnie z Ogniska różniły się od tych szkolnych ?

W Ognisku spotykali się ludzie o podobnych zainteresowaniach i podobnej wrażliwości. Skupiało osoby, które chcą się rozwijać. W czasie nastoletnim najbardziej i najintensywniej się kształtujemy. To, co w tym czasie zdobędziemy i uzyskamy, potem determinuje nasze dalsze życie. Sposób Pani Haliny wychowania młodzieży przez sztukę dodatkowo nas sformatował i zbliżył do siebie. Ognisko to miłość do teatru, do sztuki .Wszystkie obozy, na które wyjeżdżaliśmy, były dla nas nieprawdopodobnym przeżyciem. Połączeniem Akademii Pana Kleksa i Hogwartu. Jeździliśmy do zamku w Książu, zajęcia odbywały się w ogrodach i salach zamkowych. Codziennie mieliśmy zajęcia z instruktorami. Po obiedzie chętni pracowali nad swoimi warsztatami, mieliśmy czas do 22.00. Przedstawialiśmy je wieczorami w trakcie spotkań kominkowych. Codziennie przez pięć dni pracowaliśmy tak, żeby przez sobotę i niedzielę wystąpić przed  zwiedzającymi zamek. Graliśmy „Romeo i Julię” albo „Śluby Panieńskie” w autentycznych wnętrzach zamku. Kiedy po latach czytałam „Harry’ego Pottera, miałam nieustanne skojarzenia z naszymi obozami. Wtedy miałam takie poczucie, że byliśmy w „Akademii Pana Kleksa”. To był czad. To są takie wspomnienia, takie chwile, które zostaną ze mną do końca życia. Praca była intensywna i nasze wspólnie wspomnienia bardzo nas połączyły. Nie jesteśmy w ciągłym kontakcie, choć niektórzy tak. Ale wystarczy hasło, a wszyscy się mobilizujemy i spotykamy. Nie straciliśmy ze sobą kontaktu i języka porozumienia, nadal jesteśmy sobie bliscy. Każde takie spotkanie Ogniska jest euforią, cofamy się w czasie i czujemy, jak wiele nas łączy.

Łączą Państwa wspólne przeżycia.

Tak, ale też bliskość, która się wytworzyła. Poczucie bezpieczeństwa, akceptacja. Ognisko było miejscem dla wszystkich, zawsze byliśmy akceptowani grubi, chudzi, wysocy, niscy i nawet mniej i bardziej zdolni. To nie miało żadnego znaczenia. W Ognisku nie było oceniania, rywalizacji, zawodów i popisów. Tylko twórcza zespołowa praca i wzajemne wsparcie i szacunek, co było najwyższą jego wartością.

Czy traktowała Pani Ognisko jak drugi dom ?

Traktowałam je jak Akademię Pana Kleksa, jako bramę do innego rodzaju doświadczeń i miejsce, w którym mogłam swobodnie myśleć. Było zupełną odskocznią od sieczki, którą mieliśmy w szkole. Jeżeli możemy porównać Ognisko w jakiś sposób do domu to na pewno poczucie bezpieczeństwa i przynależności, które dało nam siłę na przyszłość. Wszystko odbywało się bez przymusów, w swobodny sposób. Nikt nas nie sprawdzał, nie oceniał i nie krytykował, tylko dawał możliwość samodzielnego poznawania świata. To wszystko później procentuje w życiu. Mogliśmy doświadczyć zdrowej rywalizacji i wspólnego planowania. To są rzeczy, które się potem bardzo przydają w pracy. W Ognisku każdy poznaje siebie, inni pokazują mu jego dobre cechy. Dzięki temu mamy możliwość weryfikacji, myślimy sobie „no dobra, ja nie potrafię tak dobrze tańczyć jak ona/on, ale za to jestem dobra w tym czy w tamtym”. Czujesz wtedy, że to jest Twoja mocna strona, jakaś kompetencja, która cię wyróżnia i daje poczucie wartości.

Jakie emocje towarzyszą Pani w trakcie spotkań na planie filmowym albo w teatrze z osobami, które kiedyś chodziły do Ogniska ?

Zaczynamy piszczeć (śmiech). Cofamy się w czasie do wieku czternastu, piętnastu lat i jak nastolatki zaczynamy piszczeć. To jest pierwsza reakcja. Rzucamy się sobie na szyję, a po jakimś czasie pada: „a pamiętasz?” (śmiech). Zaczynamy przypominać sobie wzajemnie rożne sytuacje, których doświadczyliśmy i to jest super.

Na pewno są to bardzo miłe spotkania. Czy praca z dawnymi Ogniskowiczmi rożni się w jakiś sposób od pracy z osobami, które nie chodziły z Panią wcześniej do Ogniska ?

Od początku czujemy się ze sobą bezpiecznie, jesteśmy pozbawieni ograniczeń typu skrępowanie, czy lekka trema albo jakiś niepokój, ponieważ bardzo dobrze się znamy. Początek takiej pracy na pewno jest łatwiejszy, z osobami, z którymi kiedyś było się blisko.  

Na koniec jeszcze zapytam co powiedziałaby Pani osobom, które kończą Ognisko albo już skończyły i chcą rozpocząć studia w dziedzinie teatru lub filmu ?

Jeżeli miałabym coś przekazać to radę, którą sama wyniosłam z Ogniska. Żeby nie bać się spełniania swoich marzeń i mieć pełną wiary odwagę w dążeniu do swoich celów. Sprawdziłam na własnym przykładzie. Gdy zdawałam do szkoły teatralnej, na miejsce była jakaś zawrotna liczba kandydatów, a przyjmowano tylko dwanaście osób. Bardzo się bałam, że się nie dostanę. Wahałam się czy pójść na egzamin, ale wiedziałam, że jeśli nie pójdę, to tym bardziej nie zdam (śmiech) i to marzenie się nigdy nie spełni. Stwierdziłam, że jeśli chcę być aktorką, to muszę rozprawić się ze strachem i niewiarą w siebie. Pomyślałam sobie dlaczego miałabym się nie dostać? Ognisko dało mi narzędzia i nauczyło świadomej pracy nad tekstem. Poszłam na egzamin i marzenia się spełniły. Myślę, że gdybym wcześniej nie chodziła do Ogniska i nie miała takiego wsparcia, to bym się nie zdecydowała zdawać na wydział aktorski. Uznałabym, że i tak się nie dostanę. Ale nie można się bać, trzeba wierzyć w siebie i nie stawiać sobie ograniczeń.

  

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Absolwenci: Łukasz Czapski w rozmowie z Barbarą Kurzejewską

 

Łukasz Czapski na letnich warsztatach dramaturgiczno-teatralnych w Osuchowie
podtrzymywany przez Kamila Gębskiego i Adama Biernackiego, fot. Anna Kozłowska

Z Łukaszem Czapskim, dramaturgiem i scenarzystą, uczestnikiem warsztatów konkursu "Szukamy Polskiego Szekspira" oraz współscenarzystą filmu "PRIME TIME" zakwalifikowanego na prestiżowy festiwal SUNDANCE w USA (premiera wkrótce na Netliksie!) rozmawiała Barbara Kurzejewska


Gdybyś miał być instrumentem muzycznym to jakim?
Myślę, że puzonem. Chociaż nigdy na nim nie grałem. Jest bardzo… długi, a ja jestem wysoki i to zawsze był jakiś temat. Ale przede wszystkim myślę, że nie jest łatwo trafić w odpowiednie dźwięki, trzeba odpowiednio skoordynować ruchy, a wydobywanie z niego dźwięku nie polega tylko na naciskaniu odpowiednich klawiszy. Trochę jak ze skrzypcami, trzeba się nauczyć ten dźwięk znajdować. Myślę, że to odpowiada mojej osobie, nie jestem łatwy w obsłudze.

Kiedy zaczęła się twoja przygoda z pisaniem?

Zawsze byłem dużo mówiącą osobą, werbalnie aktywną i wygadaną, opowiadającą liczne historie z dygresjami. Tak naprawdę jestem w sumie dosyć skryty, czego akurat nikt by na pierwszy rzut oka pewnie o mnie nie powiedział. Myślę, że dlatego pisanie zawsze było mi bliskie. Z jednej strony polega na używaniu języka, w czym dobrze się czuję. Z drugiej jest też szukaniem czegoś ukrytego między słowami. Pewnie jak wiele młodych osób, najpierw zacząłem pisać sam dla siebie, do szuflady. To było takie drugie, wewnętrzne życie i szukanie swojego głosu. Zawsze chciałem być osobą, która będzie pisała regularnie dziennik, czy pamiętnik, ale nigdy mi się nie udało. Na początku podstawówki zorientowałem się, że pisanie nie musi się ograniczać jedynie do wypracowań na lekcje polskiego. Chociaż wtedy jeszcze nie przybrało to żadnej konkretnej formy. Potem były jakieś pierwsze teatralne doświadczenia. Zaczynałem jak większość młodych ludzi, od aktorskich doświadczeń i dopiero dzięki nim wrócił tekst i język. Zatoczyłem koło. Dosyć szybko zacząłem pisać teksty z dialogami. Najpierw bliżej teatru i myślenia o sztukach teatralnych. Potem w liceum ze znajomymi ze szkoły zaczęliśmy coś kombinować z kamerą i pisać do tego pierwsze “scenariusze”.  

Jak zaczęła się twoja Ogniskowa przygoda?

Nie jestem z Warszawy i do Ogniska trafiłem przez letnie obozy. Dla Ogniskowiczów naturalne jest wielkie pragnienie pojechania na obóz, dla mnie było pierwszym doświadczeniem. Zaczęło się to od tego, że do Garwolina, z okolic którego pochodzę, do domu kultury zaczęła przyjeżdżać Ela Socha, która prowadziła z nami grupę teatralną “Smykałka”. Mieliśmy regularnie zajęcia i w ten sposób trafiłem na obozy. Kolejną przygodą były zajęcia z Panią Wiesią Klatą, która jest pedagożką, uczy dramy i współpracowała z Assitejem. Na mój pierwszy obóz pojechałem chyba w siódmej klasie, do Osuchowa. To doświadczenie pochłonęło mnie absolutnie i już nie było planowania następnych wakacji bez uwzględniania wyjazdu na obóz. 

Czy bez uczestniczenia w regularnych zajęciach Ogniska łatwo było Ci się odnaleźć na obozie?

Bardzo łatwo. Wspólna pasja nas połączyła. Już wtedy byłem dosyć rozgimnastykowany przez pracę z Elą. To był czas, kiedy Ognisko nie było jeszcze reaktywowane. Na obozach wtedy były różne dzieciaki - uczestnicy obozu, byli dramaturdzy - też dzieciaki i studenci Szkoły Aktorskiej Machulskich. Ja byłem w grupie młodych dramaturgów. Mieszaliśmy się. Część zajęć mieliśmy osobno, ale byliśmy też oczywiście podzieleni na grupy, robiliśmy wieczorne niespodzianki, całą oprawę dnia i tak dalej. Bardzo szybko poznałem ludzi, z którymi się zaprzyjaźniłem. Później te znajomości wyszły też poza obozy. Z częścią z nich przyjaźnię się do dziś.

 Z którym instruktorem najlepiej się dogadywało i żartowało?

Trudne pytanie, bo miałem same dobre doświadczenia z instruktorami. Od każdego czegoś się nauczyłem. Mam oczywiście do dzisiaj wielką słabość i ogromną wdzięczność do Eli Sochy. To na jej zajęciach odkryłem magię teatru i to ona całą tę drogę przede mną otworzyła. Wiele rzeczy we mnie zobaczyła i dzięki temu wiele rzeczy mi umożliwiła. Dawała to, co daje instruktor, wiarę w siebie i w swój potencjał. Pokazała siłę wyobraźni, ale i nauczyła zespołowej pracy i wspólnej odpowiedzialności za efekt końcowy. Ela zawsze była wymagająca wobec nas, ale to zawsze przynosiło mnóstwo satysfakcji. 

Na obozie strasznie lubiłem zajęcia z Panem Maciejem Wojtyszko. Profesjonalny dramaturg i jednocześnie bardzo fajny pedagog, bardzo dużo się od niego nauczyłem. Stawiał nam różne wyzwania i pierwszy raz, dzięki niemu, zacząłem się gimnastykować z pisaniem. Stało się to materią, którą można ćwiczyć, w której można się rozwijać, można odnaleźć dla siebie jakieś drogi wyrazu. Dzięki niemu zobaczyłem pisanie jako pewnego rodzaju rzemiosło, w najlepszym tego słowa znaczeniu. 

Na obozach było wielu świetnych ludzi. Doskonale pamiętam Anię Kozłowską z jej wielką erudycją. Zarażała nas pasją do kultury i była zawsze fascynującą partnerką do rozmowy. Właśnie to, że traktowała nas po partnersku było bardzo cenne. Podrzucała nam tytuły książek, filmów, mówiła o spektaklach, sztuce i zawsze była gotowa do rozmowy na ich temat.

Ale też przetoczyło się parę osób, które były z nami tylko przez chwilę, na przykład zajęcia z Marysią Wojtyszko, która już wtedy pisała. Była oczywiście ode mnie starsza, ale już wtedy fajnie było widzieć kogoś, kto jest wciąż bardzo młody, ale już zdecydowany, żeby pisać i może przekazać nam swoją wiedzę. Poznałem też Anetę Wróbel. Pamiętam ją jako tę dramaturżkę, której dramaty czytałem w książce “Szukamy Młodego Szekspira”. Napisała autorski tekst i wygrała nagrodę. Obozy to była bardzo twórcza wymiana.

Czy pamiętasz swój pierwszy samodzielnie napisany scenariusz?

 Po moim pierwszym doświadczeniu obozowym wróciłem do domu i myślałem, że napiszę porządny dramat. Trzy akty, oczywiście najlepiej od razu wydane w „Dialogu”. Typowe dla tego wieku myślenie. Oczywiście dramat zakończył się na rozbabranym pierwszym akcie i jakimś kawałku drugiego. Zazdrościłem niektórym kolegom i koleżankom z obozu, że oni tak trzaskali teksty po prostu. Trzy dramaty rocznie, jeden za drugim. Ja tak nie potrafiłem. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, czy pisanie będzie część mojego życia zawodowego, ale czułem, że jest to potrzeba, która już na zawsze ze mną zostanie. Mam zresztą cały czas ten tekst, który zacząłem wtedy pisać po Osuchowie. I nadal widzę potencjał w samym pomyśle. Oczywiście jak zaczynam czytać sceny, to myślę: “Co ja wtedy miałem w głowie? Jakie miałem wyobrażenie na temat relacji międzyludzkich?!”. Rzeczy na pewno zdawały się bardziej czarno-białe. Teraz bardzo skrzętnie buduję całą konstrukcję, żeby bohater mógł powiedzieć, co czuje i co się z nim dzieje od strony emocjonalnej. Wtedy dawałem sobie prawo, żeby napisać coś wprost o emocjach. W ogóle nie czułem ograniczeń. Wierzyłem w siłę wyobraźni. Myślę, że obozy dają takie przekonanie – że wyobraźnia jest nieograniczona. Dzisiaj sam siebie częściej ograniczam, ale koniec końców nadal wierzę, że wyobraźnia jest polem absolutnej wolności. Każdą historię można opowiedzieć na tysiące sposobów. Szczególnie, kiedy połączy się odpowiednią grupę ludzi. Suma tych wyobraźni daje nieograniczone możliwości. 

 Czy masz swój ulubiony tryb/styl pracy?

 Myślę, że obozy, całe to środowisko, doświadczenie pracy w teatrze na studiach, to wszystko dało mi przekonanie, że pisanie nie musi być samotniczym doświadczeniem. 

Pisarze są bardzo introwertycznymi osobami, które lubią spędzać czas same ze sobą i ze swoimi myślami. Często z tego powodu w ogóle zajęły się pisaniem. A ja lubię też tę część pisania, która opiera się na otwieraniu na inne osoby. Kiedy sam tekst, bez udziału innych osób, jest tylko pre-tekstem, nie jest spełniony do końca. Dlatego piszę teraz scenariusze filmowe. Wszystko zaczęło się od miłości do teatru i dramatu. Ale dramaty można czytać i interpretować jak literaturę, a scenariusze w tym sensie są tylko pre-tekstem. Według mnie muszą się spełnić w realizacji. Lubię ten moment, kiedy tekst zaczyna żyć pomiędzy ludźmi i oni dokładają do tego siebie. On się wtedy wypełnia, poszerza, uzyskuje dodatkowe konteksty. Na obozach często tworzyliśmy coś wszyscy razem i tak naprawdę nie wiadomo było, do kogo należało autorstwo. Pamiętam ten rodzaj zbiorowej gorączki, że robimy coś na szybko, tu coś zamącimy, powstanie jakaś forma scenariusza, wszyscy robią razem scenografię, kostiumy, muzykę i potem razem to prezentują. Po raz pierwszy doświadczyłem tego właśnie na obozie.

 Czy mógłbyś zdradzić nam o czym będzie film “Prime Time”, do którego stworzyłeś scenariusz?

 Scenariusz napisałem razem z moim przyjacielem, reżyserem Jakubem Piątkiem. To nasz wspólny debiut, on debiutuje jako współscenarzysta i reżyser, ja jako scenarzysta. Jest to film o młodym chłopaku, który w noc sylwestrową 1999/2000 wchodzi do studia telewizji z bronią w ręku, bierze zakładników i żąda wejścia na żywo na antenę, ponieważ ma ważny przekaz, który chce skierować do ludzi. 

Tu się zaczyna cała historia i więcej nie zdradzę. Film jest dramatem psychologicznym, w którym wykorzystujemy elementy thrillera i hostage movie. Skupiamy się na głównym bohaterze i na tym jak jego działania wpływają na pozostałych bohaterów. Całość dzieje się w jedności czasu i miejsca.

 Czy inspirowałeś się kimś, lub czymś pisząc scenariusz?

 Tak, znaleźliśmy historię, która wydarzyła się w latach 90. w Stanach Zjednoczonych, gdzie trzech chłopaków weszło do budynku telewizji i zażądało wejścia na wizję. Potem trafiliśmy na podobną historię z Holandii, w Ameryce Południowej i w Polsce. Fascynowało nas, że ktoś w pojedynkę robi coś takiego. Dlaczego? Czy to pewnego rodzaju desperacja? Co popycha kogoś do takiego czynu, skoro na co dzień jest zwykłym człowiekiem, nie przestępcą? Fascynowała nas też figura buntownika. Rozmawialiśmy o tęsknocie za postacią romantycznego buntownika, samotnika, pojedynczą postacią, która dokonuje jakiegoś gestu i ludzie za tym idą, z nadzieją, że coś się odmieni.

Film dzieje się w 1999 roku, w czasach, kiedy obaj z Kubą byliśmy nastolatkami. Jest więc też rodzaj sentymentu i powrotu do młodszej wersji siebie, myślącego bardziej radykalnie i z wiarą, że jesteśmy w stanie wszystko zmienić. Zależało nam też, żeby cofnąć film do czasów kiedy nie było jeszcze mediów społecznościowych i Internetu na taką skalę. Wtedy telewizja była najważniejszym medium, to ona kreowała rzeczywistość. Najważniejszych rzeczy ludzie dowiadywali się z telewizji i z gazet. Wszystko, co się pojawiało na ekranie, miało jakieś znaczenie. Teraz przy mediach społecznościowych czy YouTube „wejście na żywo”, „live” znaczy zupełnie co innego niż wtedy.

 Film powstawał w trudnym dla wszystkich roku, czy praca na planie różniła się od tej w “normalnych” czasach?

 Zdecydowanie trudniejsza, chociaż podczas kręcenia mieliśmy dużo szczęścia. Fakt, że film dzieje się w jedności miejsca i czasu pomógł zorganizować produkcję z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa. Produkcja dosyć szybko znalazła studio telewizyjne w Krakowie, które okazało się idealną scenografią. Cały plan został zorganizowany wokół tego studia. Ekipa mieszkała w jednym miejscu, parę kroków od studia. Powstała więc taka bańka Covidowa, w której ekipa „zamknęła się” na czas zdjęć do filmu. To sprzyjało też pracy bez rozproszenia. Ponieważ wszyscy byli prawie przez cały czas na miejscu. Trochę jak w teatrze. Dzięki temu, że aktorzy byli na miejscu, mieliśmy też dużo prób jeszcze przed zdjęciami. Dla mnie było to bardzo cenne doświadczenie. Zazwyczaj scenarzysta nie jest obecny na planie. Może czasem przyjeżdża w odwiedziny. A my próbowaliśmy już w scenografii, z aktorami. Dzięki temu skroiliśmy ten scenariusz na miarę. Dla mnie, jako scenarzysty, to było świetne przeżycie.  Zobaczyć jak aktorzy i inni współtwórcy dokładają się do tego tekst u, jak z nimi rezonuje i jak się zaczyna materializować. Ten covidowy roller coster zamknęła symbolicznie wiadomość, że nasz film dostał się na festiwal w Sundance. Więc pełen strachu i niepewności rok 2020 zakończył się dla nas bardzo optymistycznie. 

 Czy masz swój ulubiony moment podczas tworzenia filmu?

 Nie ma takiego etapu, którego nie lubię. Jest coś magicznego w pisaniu pierwszej wersji scenariusza. Pierwszy raz się to wszystko materializuje, bohaterowie zyskują swój język, tekst zaczyna mieć swój rytm. Oczywiście wiele rzeczy się w nim nie zgadza, sporo brakuje, dramaturgia nie działa tu i tam, struktura nie taka… Ale pierwsza wersja jest też dla mnie zawsze zapisem emocji autora, kiedy tekst się faktycznie narodził. Prawie zawsze jest do kosza, ale jest takim drogowskazem. Często potem, wiele wersji dalej, kiedy pojawia się problem, wracam do tej pierwszej wersji, żeby sobie przypomnieć te emocje.

Lubię też moment, kiedy pojawiają się po raz pierwszy aktorzy, gdy trwają castingi i widzisz jak różni ludzie robią z tekstem coś zupełnie innego. Bardzo ciekawe, kiedy ktoś zna tylko zarys historii, ale nie wie jak ten scenariusz wygląda w całości. To są fajne zaskoczenia.

Lubię też bardzo u Kuby, reżysera, to że chętnie pracuje na improwizacji. Odchodzi z aktorami od dialogów, które są napisane. Kiedy się potem ogląda zapis tego, można wyłapać naturalny rytm sceny, wrócić do tekstu i go przepisać pod tym kątem.

Ostateczny etap też jest bardzo ciekawy. Montaż filmu to znowu powrót do dramaturgii, rytmu. Oglądanie układek montażowych to dla scenarzysty też często lekcja, co zadziałało a co nie. Świetne uczucie zobaczyć gotowy film! Oczywiście byłem na planie, widziałem co się działo, znałem tekst jak własną kieszeń, ale to jest zawsze zaskoczenie, kiedy stajesz się widzem i podążasz za bohaterami. Przyjemne uczucie. Nie analizujesz co się udało, co się nie udało, tylko idziesz za historią. I potem spotkanie z widzami. Kolejny szczególny moment, nie do przecenienia, kiedy widzisz jak film działa na innych. Po Sundance okazało się, że pomimo że „Prime Time” dzieje się w Polsce, w konkretnym czasie i jest zakorzeniony w konkretnym społecznym krajobrazie, to porusza ludzi na całym świecie. Te emocje w widzach, to jest najlepsza nagroda dla twórcy.

 Czy masz jakieś rady dla początkujących pisarzy?

 W momentach zwątpienia zawsze warto wracać do wewnętrznej potrzeby, do poczucia skąd się bierze we mnie ta pasja, ten „przymus” pisania. Nie można zapominać też o radości. Bez względu na to, jak trudno jest po drodze, warto pielęgnować tę radość, którą daje nam pisanie. Gdy pojawiają się problemy, pojawia się też rodzaj pewnej ekscytacji, takiego mrowienia w palcach. Nie będę nic koloryzował, pisanie to kawał ciężkiej pracy i warto czasem siebie za to docenić. Zachęcam wszystkich do brania udziału w warsztatach, do niechowania się z pisaniem. Wiem, że czasem pokazanie swojego tekstu jest bardzo trudne, ale warto się dzielić i odbijać się od opinii różnych ludzi. Zawsze warto rozmawiać o pisaniu, dyskutować. Znaleźć grupę osób z podobną pasją. Skorzystać z warsztatów, konsultacji i wzajemnie pomagać sobie w rozwijaniu się. Czasem wystarczy też jedna zaufana osoba. Jak zostaje się z tym zbyt długo samemu to potem trudno wyjść z tej “szafy”. Jak już mówiłem wcześniej, pisanie nie musi być samotniczym procesem.







sobota, 27 marca 2021

Czego nauczył mnie teatr?

 

Z okazji Dnia Teatru zadaliśmy sobie pytanie, czego nauczył nas teatr?
Oto kilka odpowiedzi uczestników naszych warsztatów literackich:

Marta Ziętek:

Za każdym razem, kiedy ktoś mnie pyta, “a od jak dawna chcesz zostać aktorką?”, odpowiadam, że od zawsze. Za wydarzenie, które zapoczątkowało moją przygodę z teatrem uznaję jasełka w przedszkolu. Już wtedy byłam bardzo “wczuwającym się w rolę” aniołkiem z marzeniem o graniu Maryi. Od tamtej pory teatr jest nieodzownym elementem mojego życia. Moim marzeniem, motywacją i jednocześnie wsparciem i przewodnikiem. Teatr na pewno nauczył mnie pokory i dużego dystansu do siebie i do świata. Doceniłam dzięki niemu uwagi, które dostaję od innych. Zaczęłam wyciągać wnioski z konstruktywnej krytyki i odróżniać ją od zwykłego hejtu. Stałam się o wiele bardziej cierpliwa, zobaczyłam, że mogę spełniać swoje marzenia. Upewniłam się, że granie na scenie to coś, co daje mi ogromną przyjemność. To bardzo “oklepane”, ale teatr, otworzył mi również oczy na rzeczywistość. Pokazał, że piękno, sztuka jest w każdej i w każdym z nas i że można dostrzec artyzm w dowolnym elemencie świata. To właśnie teatr i sztuka pomagają mi w najtrudniejszych chwilach w życiu. Oferują mi świat, do którego mogę uciec z rzeczywistości, w której sobie nie radzę, by odnaleźć na nowo siebie. Teatr to jeden z niewielu pewnych w moim przyszłym życiu kompanów. Mam nadzieję, że nic nas nie rozłączy nawet po mojej śmierci.

 

Kasia Kroszka:

Czego nauczył mnie teatr? Teatr nauczył mnie sztuki konwersacji. Rada “słuchaj, a nie tylko czekaj aby się odezwać” dotyczy każdego aspektu teatru: od oglądania sztuk, po wszystkie etapy tworzenia ich. Bez świadomego słuchania nie tylko nie zrozumiemy sztuki, ale nie będziemy również w stanie dogadać się co do pomysłu, przekazać sobie uwag i rad, stosować się do nich, a przede wszystkim razem cokolwiek stworzyć. Natomiast po słuchaniu następuje czas na refleksje, reakcję i odpowiedź. Zebranie myśli i skuteczne przekazanie ich drugiej stronie jest zazwyczaj trudniejsze niż się mogło wydawać na pierwszy rzut oka lub ucha. Na początku należy dostosować ton i język wypowiedzi, a nic, przynajmniej z mojego doświadczenia, nie uczy tak wyczuwania i poznawania drugiego człowieka jak teatr. Następnie przeszukujemy nasz bogaty zasób słów, żeby znaleźć te odpowiednie - jeżeli oczywiście zdecydowaliśmy się przekazać myśl za ich pomocą. Później jeszcze składnia, wymowa i język ciała, a to wszystko w zaledwie parę chwil. Ale spokojnie! We wszystkich tych etapach pomaga właśnie teatr: uczy wrażliwości, świadomości własnego ciała oraz wnosi do życia kulturę i sztukę. Nie ma teatru bez konwersacji, ale dzięki teatrowi każda konwersacja nabiera życia.

 

Ania Kondracka:

Czego nauczył mnie teatr? Nauczył mnie patrzeć na rzeczywistość w sposób niejednoznaczny. Nie tylko patrzeć, ale też dostrzegać i widzieć. Zauważać nieprzypadkowość i od niej zaczynać poszukiwania znaczeń. Pokazał mi motyle w brzuchu i ludzko-pozytywny stres. Udowodnił, że jak chcę coś przekazać innym to mam na to mnóstwo sposobów, dostępnych teraz i w każdej chwili. Wystarczy tylko zacząć po nie sięgać. Nauczył słyszeć, a nie tylko słuchać. Bycia uważną na słowa i sposób wypowiadania ich. Podkreślania, tego co najistotniejsze.

 

Lena Lipert:

Teatr nauczył mnie, że ciężka praca, motywacja i wszelki stres jest warty tego, co się wydarzy. Nie ważne czy jest to szkolne przedstawienie, czy występ na scenie. Ten strach, praca włożona we wszystko, wkuwanie roli, będzie się opłacało. Ten stres przerodzi się w dumę. W uczucie które zostaje z tobą na zawsze i motywuje do dalszego działania, gdyż po chwili brakuje nam tego wszystkiego.

 

Jan Wojciechowski:

Teatr zabrał mnie w niezwykłą przygodę. Rozwinął pomysłowość, dał nowe zainteresowania, wiedzę, był formą terapii. Jednak najbardziej cenię w teatrze to, jak pozwolił mi otworzyć się na innych. Od wspólnego siedzenia nad scenariuszem do pierwszej w nocy, przez wszystkie żarty podczas prób i wspólne powtarzanie kwestii przed wyjściem na scenę, aż do krzyków za kulisami po udanym występie- każdy moment uczestniczenia w zajęciach teatralnych był pełen interakcji. Nigdy mi to nie przeszkadzało, za to ile nauczyło! Jak spokojnie przyjąć krytykę, nie bać się pokazać siebie, być bardziej otwartym na pomysły, które na pierwszy rzut oka wydają się niezbyt trafne. Może to wszystko brzmi jak banały. Ale skoro tak, to pokazuje, że nie tylko na mnie teatr miał taki wpływ. Więc dziękuję wszystkim, którzy byli obok mnie przez całą moją przygodę z teatrem za niezmierzone wsparcie i naukę. Gdyby nie wy, na pewno w mojej pamięci nie znalazłoby się tyle niezwykłych wspomnień z ostatnich kilku lat.

 

Patrycja Feliszek:

Teatr wspólna pasja, Teatr oaza dla spuszczonej z wodzy wyobraźni, teatr głos młodych ludzi. Sama ta nazwa składająca się z pięciu liter dla każdego z nas znaczy co innego. Dla jednych jest tajemniczym budynkiem w centrum miasta a dla drugich sensem życia. Po skończeniu czwartkowych zajęć Pani Ania Kozłowska zostawiła nas z pytaniem czego nauczyliśmy się w tym miejscu. W mojej głowie od razu wyświetliły się urywki rozmów, czarne ściany na Lubelskiej, wspólne chodzenie i patrzenie sobie w oczy na próbach przed spektaklem. Doszłam do wniosku, że przede wszystkim, teatr nauczył mnie wrażliwości, wagi spojrzeń, gestów i dostrzegania zjawisk obok, których wcześniej przechodziłam  obojętnie. W tym momencie budząca się do życia ulica Foksal nie jest dla mnie tylko przypadkowymi ludźmi, śpieszącymi się do pracy albo hałasującymi pracownikami kawiarni tylko jest  historią skąpanych w porannej mgle kamienic i ludźmi zamiatającymi z chodnika ostatnie wspomnienia ubiegłej nocy. Jest gotową sceną. Przesuwające się po niebie chmury nie są dla mnie zjawiskiem astronomicznym tylko zmieniającymi się jak w kalejdoskopie obrazami. Siedzenie na ławce nie jest jedynie przerwą w drodze, a pretekstem do obserwowania ruchów i zachowań przechodniów. Teatr to przede wszystkim ludzie, niezwykle inspirujące osoby, które łamią zakurzone już kanony. Samo przebywanie w tym otoczeniu nauczyło mnie wychodzenia poza swoją strefę komfortu i odwagi w sięganiu po nowe doświadczenia, wiecznego szukania głębi, rozwijania wiedzy i odkrywania w sobie i innych tej cząstki delikatności, która drzemie w każdym z nas.

 



 

 

 


poniedziałek, 22 marca 2021

Agnieszka Kudelska - Zooooo

 

Jadwisin 2006, codziennie rano znajdowaliśmy śpiącą Zosię z grającą pozytywką

Napiszesz coś o Zosi?

Ale, że ja?

Dlaczego ja? Przecież nie znałyśmy się aż tak dobrze. Nie zjadłyśmy beczki soli.

I siedzę… I nie wiem co by tu... Na moje jedno zdanie miałabyś pewnie już książkę pełną kolorowych historii. Ale myślę sobie, z Zosią było krótko, ale przecież tak intensywnie, że starczyłoby wspomnień na wielotetnią znajomość. I wiesz co Zosiu? Nikt mnie tak szybko, bez zbędnych pytań, nie przyjął do „bandy”. „Bandy” Ogniskowiczów. Przecież nie byłam z wami od dziecka, nie mogłam współodczuwać waszych doświadczeń, nie rozumiałam się z wami bez słów. Nie miało to dla ciebie żadnego znaczenia. Albo wsiadało się z tobą na rollercoaster albo nie. W tym swoim pędzie, wyciągałaś rękę i wciągałaś delikwenta w samym środku jazdy. I udało mi się na taką jazdę załapać. Pamiętam wszystkie te głupoty, które udało nam się zrealizować, wszystkie żarty, które mogłyśmy komuś wykręcić i rozmowy z wybuchami śmiechu co kilka sekund. To był dobry czas, Zosiu… Jadwisin 2006, to był dobry czas. Wszystko i wszyscy tam byli inspiracją. Poranek, pozytywka, stary lanos i my. Tak inny to był świat od tego, który mamy teraz. 





niedziela, 21 marca 2021

Maciej Antoniak - "Dzięki, Zosia"

 


4 marca dowiedziałem się, że kilka moich słów może się tu znaleźć.

Szybko licząc milion razy bardziej wolę mówić, niż pisać - najwyższa pora polubić pisanie.

Szybko licząc codziennie wracam do tego, o czym napisać i chyba polubiłem ten stan ciągłego odnajdywania wspomnień związanych z osobą absolutnie magiczną.

Szybko licząc trzysta tysięcy razy byłem w szoku, jak można mieć tyle pomysłów: jednocześnie skakać po ścianach, tarzać się po podłodze, eksplodować energią i jeszcze zarażać nią innych.

Byłem raczej szczypiorkiem, bo pierwszy ten niezapomniany show oglądałem gdzieś między Snem nocy letniej, a Rewizorem w sali czarnej, ale od pierwszych sekund byłem pewien, że to nie będą nudne zajęcia, a prowadząca jest z innej planety.

Jadwisin 2006 magicznym obozem był - wiem to bez szybkiego liczenia. Mentalnie spora grupa ostatnio do niego wróciła, jestem tam z Wami. Szykujcie się, bo na jutrzejszej inwencji w pokojach damy czadu.

Szybko licząc będziemy mieli wielkie szczęście, jeśli spotkamy w życiu choć jedną osobę, która po prostu będzie. Osobę, która potrafi całkowicie pominąć fazę zbędnego planowania między pomysłem, a działaniem. W momencie pojawienia się pomysłu jest od razu 200% realizacji i poświęcenia. To jest Zosia w mojej głowie. A w tle gra pozytywka.

Mam jedną córkę, policzyłem w pamięci. Codziennie zastanawiam się, w którą stronę zmierza świat, na którym stawia pierwsze kroki. Bardzo bym chciał, żeby trafiła do grona osób, które go kolorują i czynią lepszym dla siebie i innych. Zosiu, pięknie było patrzeć jak potrafisz go nam malować. Do zobaczenia! Dolar. 



piątek, 12 marca 2021

Anna Kozłowska - Zosiu, byłaś jak olśniewający fajerwerk

 


Zosiu,

Byłaś jak Myszka Miki. Wymarzona towarzyszka przygody. Urocza i rezolutna. Wesoła i beztroska. Zaradna i pomocna. Potrafiłaś swoimi ramionami otoczyć opieką każdego na kuli ziemskiej gdybyś tylko wyczuła, że jest w potrzebie. Zabawna i dowcipna. Cudownie ironiczna. Twoje poczucie humoru często zwalało z nóg. Wpadałaś jak burza i z zawadiacką miną zaczynałaś serię opowieści z niesamowitych wydarzeń. Niestworzone historie, czasem dramatyczne, często sensacyjne, ale zawsze z zaskakującym happy endem. Wszyscy wciąż słyszymy echo tego wspólnego śmiechu. Każdy chciał się z Tobą kumplować. Życie z Tobą było atrakcyjne. Gdziekolwiek się pojawiałaś natychmiast miałaś tłumy przyjaciół. Tak, przyjaciół, bo tak Cię wszyscy postrzegali. Przy każdym chciałaś się zatrzymać, wysłuchać, zapytać o ważne dla niego kwestie, dzielić troski i wynajdywać rozwiązania dla spraw najtrudniejszych. Od tego przecież są przyjaciele. Umiałaś słuchać. Ale sama zwierzałaś się rzadko i tylko nielicznym. Dla świata miałaś „poker face” i nieustanną wiadomość, że u Ciebie wszystko w porządku, a nawet jak coś się waliło, to swoje smutki przedstawiałaś w formie zabawnej anegdoty. By uwierzono, że tak naprawdę Twoje kłopoty są nawet lekko zabawne…

Zawsze myślałaś o innych. Obserwowałaś. Zauważałaś. Czujna na człowiecze emocje. Nie dzieliłaś ludzi. Pracowałaś z wykluczonymi z różnego powodu. Tak samo traktowałaś dyrektora teatru i staruszka na ulicy, któremu natychmiast biegłaś z pomocą. Dla wszystkich miałaś mnóstwo dobrej energii i konkretnych rozwiązań. Czułaś, że Twoim powołaniem jest pomoc innym ludziom. Stawałaś na rzęsach, by pomóc, wspomóc, zaradzić. Twoja pomysłowość była legendarna. Najgroźniejsza katastrofa nie miała szans przy Twojej kreatywności. Zosia na wszelkie kłopoty. Problemy były wyzwaniem. Stres codziennością. Niewielu zdawało sobie sprawę z kosztów, jakie ponosił Twój organizm. Pilnie strzegłaś tego sekretu.

Twoim żywiołem był teatr. Jego magia i dzień powszedni. Spełniałaś się na próbach, między próbami, podczas spektakli, gdy nagle trzeba było ratować scenografię lub światła. Uwierało Cię biurko, męczyły papiery z pieczątkami. Chciałaś tworzyć, współtworzyć, działać. Mądrze edukować, podawać dłoń młodszym i słabszym. Twoim życiem byli ludzie, akcja i wir zdarzeń. Znakiem rozpoznawczym kolorowo radosne ubrania, zabawne oprawki okularów i oryginalne kolczyki. Poznałyśmy się w Ognisku jednocześnie debiutując, Ty jako Ogniskowiczka, ja jako instruktorka teatralna. Zastrzeliłaś mnie kiedyś, gdy przypomniałaś mi w co byłam ubrana na pierwszych zajęciach. Ach ta Twoja uważność. Potem, gdy reaktywowaliśmy Ognisko od początku bardzo chciałam, żebyś uczyła, jeździła na obozy. Młodzi ludzie uczą się przez przykład. A Ty miałaś tyle atutów, od pasji zaczynając na kręgosłupie moralnym kończąc. Ściągałam Cię nawet na kilka dni, na pojedyncze zajęcia i Ci, którzy mieli z Tobą ogniskowy kontakt wiedzą dlaczego było warto. Zasiałaś dużo dobrego przez sztukę kształtując swoje środowisko.

Żyłaś w ciągłym ruchu, w drodze, w pędzie. Spotykałyśmy się w locie, gdy zahaczałaś o Warszawę lub, rzadziej, gdy ja przylatywałam do Ciebie. Ale zawsze były to spotkania intensywne. Z lawiną zdarzeń. I wyrazistych wspomnień. Pamiętam gdy przywieziono do mnie zakupioną kanapę w formie dwóch gigantycznych paczek. Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone i natychmiast padła decyzja: Jak to my nie damy rady?! I cały wieczór chichrałyśmy się w dzikim szale rozprawiając się z deskami, gwoździami i sprężynami. Pewnie następnego dnia miałyśmy zakwasy, ale ze śmiechu. I pamiętam, jak przyjechałaś po mnie o świcie na lotnisko w Buenos Aires. Przecież nie musiałaś, a jednak nie mieściło Ci się w głowie, że mogłabyś nie przyjechać. I pamiętam jak wybierałyśmy sukienkę na Twoją kolejną premierę, tę białą w wielkie kropki. Cieszyłam się gdy Cię w niej potem widziałam na zdjęciach. I pamiętam, gdy w Hiszpanii w trakcie prób okazało się, że nie masz zegarka. Kupiłam Ci najzabawniejszy jaki był w dziwnym sklepie, w kropki. Jako niespodziankę. Byłaś tak wzruszona, że ktoś pomyślał o Tobie…

Wychodząc z domu na Twój pogrzeb zastanawiałam się, co usłyszę w radio, jaką piosenką dasz mi znak, gdy uruchomię samochód. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i poleciała melodia z Bonda. Sto procent napięcia i ostra jazda bez trzymanki. Z błyskotliwymi dialogami. Cała Ty.

Tylko tym razem nie było happy endu… Zosiu, dziękuję Ci za wszystkie dobre chwile: ważne, piękne i owocne. Byłaś jak olśniewający fajerwerk. Wybuchłaś z całą mocą, błyskawicznie oszałamiająco rozbłysłaś, zamigotałaś i znikłaś. Zbyt szybko. Za wcześnie. Ale zostawiłaś we mnie Twój Powidok. Na zawsze!


Zosia z iskrą w oku na ogniskowej Wigilii, z Anną Kozłowską i Haliną Machulską 

poniedziałek, 8 marca 2021

Mateusz Olszewski - O Zosi, czyli o Zauważaniu, Zarażaniu i Zasuwaniu

Zosia Dowjat w trakcie zajęć na letnich warsztatach w Jadwisinie, 2006, fot. Anna Kozłowska

To zdarzyło się piętnaście lat temu w Jadwisinie. Ostatni obóz teatralny podczas tamtych wakacji (tak – to ten, na którym co rano idąc na śniadanie znajdowaliśmy śpiącą Zosię z pozytywką w różnych okolicznościach przyrody), drugi tydzień turnusu. Moja grupa szykuje na następny dzień niespodziankę-wyzwanie. Osobistą. Dla części z nas bardzo osobistą – nie jesteśmy pewni czy damy radę, ale równocześnie mamy poczucie czegoś oryginalnego. Idziemy razem wieczorem na inną niespodziankę i… już w trakcie jej trwania łapię wzrok osób z mojej grupy, bo wiemy, że jest źle. Oglądamy coś opartego na zbliżonej formie, a nawet bardziej efektownej od tego, co planowaliśmy pokazać następnego dnia. Podobieństwo przypadkowe, ale stajemy wobec pytania: nie zmieniać planów i bronić się od zarzutów plagiatu, a może rzucić wszystko i zacząć od nowa. Tylko kiedy – skoro to już jutro popołudniu, czas wypełniony po brzegi, a sił na finiszu brak?!

I wtedy pojawia się Zosia. Nie pamiętam, czy to my ją zatrzymaliśmy, czy raczej ona przechodząc obok zauważyła, że „coś nie halo” u nas. Wysłuchała dokładnie naszych lamentów, pomogła wyrzucić precz naszego autocenzora, popchnęła w kierunku pogłębienia atutów naszego pomysłu i dodała wiary, że warto powalczyć. Podjęliśmy wyzwanie i, sądząc po późniejszych odczuciach, udało się! Było to dla mnie jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznej funkcji sztuki. Ważne nie ze względu na efekt, ale drogę. Wspólną drogę, która nie wiedzieliśmy dokąd prowadzi, ale którą wtedy, dzięki Zosi rozbrajającej obawy przed byciem ocenionym, przeszliśmy do końca.

To zdarzenie z perspektywy czasu może wydawać się dosyć błahe, ale dla mnie kumulują się w nim najpiękniejsze cechy Zosi: empatia, wrażliwość, zarażanie teatrem i humor, który niszczy strach. A dodatkowo umiejętność nie wpychania innych do własnych pomysłów, ale raczej zarażania swoją energią, pozostając otwartym na indywidualność każdego z nas. I to chyba najpiękniejsze – że potrafiła dotrzeć do tych, których inni (lub sami siebie) czasami już zaszufladkowali. Może to dlatego, że sama z właściwym sobie zadziorem, mówiła o sobie, jako o „czarnej owcy”? Wiem, że Zosia była, jest i pozostanie dla mnie jednym z niedoścignionych wzorów wprowadzania w świat teatru. W energii, pomysłowości, i zaangażowaniu bez granic, tu i teraz (bo przecież stąd wszystkie „śmiechawy”).

Czasem gdy w życiu dochodzi do przerastającej moje siły kumulacji różnych obowiązków, przypominam sobie, jak Zosia „odgrywała” różnicę pomiędzy tempem poruszania się po Akademii Teatralnej kolegów studentów, a tempem poruszania jej samej, łączącej równolegle WOT z zajęciami dla reżyserów. Widzę zasuwającą Zosię i… po prostu łatwiej już zasuwać razem!

Za tę autoironię, zarażanie energią i całe piękno, które dałaś – dziękuję Zosiu!