niedziela, 23 lipca 2023

Maja Minor - Druga rodzina

  


Do Ogniska dołączyłam pod koniec kwietnia tego roku, czyli całkiem niedawno. Właściwie już na pierwszych zajęciach poczułam, że to moje miejsce. Gdy dowiedziałam się o możliwości wspólnego wyjazdu na obóz koniecznie chciałam wziąć w nim udział. Miałam w sobie ogromną ciekawość, radość, ekscytację, ale też przychodził stres i niepewność, czy dam radę, bo przecież jeszcze nie zdążyłam poznać całej swojej grupy warsztatowej, tradycji ogniskowych i obozowych.

Czekałam...

Gdy nadszedł dzień wyjazdu z pozytywnym nastawieniem ruszyłam do Wilgi. Na miejscu zobaczyłam mnóstwo nowych twarzy, ale też kilka już mi znanych z zajęć. Jakikolwiek stres, który ze mną przyjechał, rozpłynął się.

A potem już się działo...

Podział na grupy w różnych konfiguracjach, wymyślanie nazwy i jej prezentacja, pokłady kreatywności wybuchające z każdej strony, mnóstwo śmiechu i dobrej zabawy.

Pierwszy dzień, a ja już czułam się jak członek rodziny. Każdy kolejny to nowe wyzwania, zaskakujące zwroty akcji, poznawanie innych Ogniskowiczów z wielu stron i przede wszystkim siebie samej. Tutaj nie trzeba być idealnym. Liczą się pomysły, bycie sobą, chęć współpracy i pozytywne nastawienie. Dla mnie ogromną wartością było poczucie bezpieczeństwa i bycie ważną częścią społeczności, właśnie tak, jak ma to miejsce wśród najbliższych, w rodzinie.

Mnóstwo przeprowadzonych rozmów bardzo zbliżało nas do siebie.

Było wiele słów wsparcia, konstruktywnej krytyki, śmiechu. To wszystko bez nadęcia, uszczypliwości i bez prób ustawiania kogokolwiek w szeregu. Każdy był tu ważny, doceniany, zachęcany i oklaskiwany. Ja również.

Te dwa tygodnie w Wildze, to tworzenie się  bliskich relacji nie tylko z uczestnikami, ale też z instruktorami.

 

W dniu wyjazdu było ogromne wzruszenie, łzy szczęścia i już tęsknoty za ludźmi i klimatem obozu.  Na szczęście świadomość, że od września znów będziemy wspólnie tworzyć, robić burze mózgów, wciągać siebie nawzajem w swoje światy, a potem nadejdzie czas intensywnej i szalonej pracy na zimowisku i obozie, daje siłę i ogromną radość.

 

Ognisko u Machulskich (w tym spotkania pomiędzy zajęciami i wyjazdy wakacyjne), to miejsce, w którym tworzą się niesamowite więzi.

Bardzo potrzebowałam takiego „swojego kąta”, dlatego jestem wdzięczna Pani Ani, instruktorom, których do tej pory poznałam, że mimo bycia wiekiem już „na wylocie” mogłam jeszcze dołączyć do Ogniskowiczów i czerpać pełnymi garściami z tego cudnego miejsca.

 

 

 

 

sobota, 22 kwietnia 2023

Ola Kabala - Pragnąc więcej

 


Jest tak wiele wartości, które Ognisko we mnie zaszczepiło, tak wiele doświadczeń, scen, haseł pamiętam, które są ze mną do dzisiaj i które w ogromnej mierze mnie ukształtowały.

Chciałam napisać, że moja przygoda z Ogniskiem zakończyła się kilkanaście lat temu, żeby nadać pewien kontekst temu tekstowi. Jednak jak to przeczytałam, zdałam sobie sprawę, że takie stwierdzenie byłoby jedną z największych bzdur. Prawdą jest, że kilkanaście lat temu zakończył się mój udział w zajęciach w Ognisku, ale nie przygoda z Ogniskiem, bo tej nigdy się nie kończy. Nawet jeśli nie uczestniczy się aktywnie w Ogniskowym życiu, oddala się od jego centrum, zaczynają pochłaniać Cię zupełnie inne tematy, odnajdujesz nowe pasje, zajmuje Cię już coś zupełnie nowego, to wciąż masz tę niezwykle wibrującą cząsteczkę Ogniska w sobie. Ona zostaje w człowieku już na zawsze. 

Tę wibrującą Ogniskową cząsteczkę można porównać do nowej komórki, która na stale zapisuje się w ciele każdego Ogniskowicza. Ma bardzo wiele barw i nosi w sobie różny ładunek w zależności od tego, w czyim ciele się zapisała. Trochę tak jak jesteśmy różni jako ludzie, tak też każdy otrzymuje i bierze z Ogniska coś innego, coś wyjątkowego i potrzebnego tylko dla siebie.

Wydaje mi się, że to, co jest uniwersalne i mocno wybrzmiewa w tej Ogniskowej cząsteczce zapisanej w nas na zawsze, to niezgoda na przeciętność, mierność, nijakość, bylejakość, lichotę, banalność, płytkość, bezbarwność, średniactwo, nieciekawość, mizerność, bezwartościowość. Bo przecież wiemy, że „bez tej miłości można żyć, mieć serce puste jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić”, tylko po co?! I ta niezgoda ma swój unikalny wydźwięk praktycznie w każdym obszarze życia, zarówno w sposobie spędzania wolnego czasu, jak również w relacjach, wyborze książki, filmu, sztuki teatralnej czy nawet swojej ścieżki zawodowej.

Jestem niezwykle wdzięczna, że również ja posiadam tę cząsteczkę a wraz z nią potrzebę szukania, a gdy wciąż czegoś brakuje, to nie poddawania się i jeszcze raz szukania i jak trzeba to dalej szukania. Towarzyszy mi nieustający brak akceptacji na tzw. półśrodki. Jak to w życiu, czasem muszą się pojawić, ale staram się, by nie trwały zbyt długo. Szukanie, szukanie, aż wreszcie po wielu trudach dochodzi do poczucia spełnienia i można krzyczeć wokół całemu światu, że „mam to”! Nareszcie mam to!

Ludzie wokół mają dziwną tendencję podcinania skrzydeł, mówią po co Ci to? I co z tego będziesz mieć? Raczej to dziwne, zdarza im się wyśmiewać pewne pomysły i decyzje, bo nie rozumieją. Pytają, skąd masz energię, żeby jeszcze po pracy i to takiej naprawdę wymagającej, odpowiedzialnej i stresującej jeździć na studia, na kolejne kursy i warsztaty zupełnie niezwiązane z tym, co wykonujesz na co dzień zawodowo. A Ty niejednokrotnie nie masz energii, miewasz momenty zwątpienia, czasem Ci się nie chce, musisz rezygnować z wielu przyjemności, czasem masz też po prostu dosyć, ale wiesz, że najzwyczajniej w świecie potrzebujesz czegoś więcej, bo inaczej uschniesz.

I tak właśnie w wieku 33 lat odnalazłam swoją własną rozwojową i pomocową ścieżkę pracy somatycznej, czyli pogłębiania świadomości ciała m.in. przez pracę z oddechem, improwizację ruchową, relaksację, taniec intuicyjny i kreatywny, ucieleśnianie, ergonomię ruchu. Teraz tą radością, którą można czerpać z ruchu i tańca dzielę się wokoło. Ciało często wie wcześniej niż umysł. Warto nauczyć się go słuchać i być bogatszym o informacje i odczucia czerpane z sygnałów płynących prosto z ciała.

Najciekawsze jest to, że mam takie poczucie, że w spirali mojego życia zatoczył się właśnie jeden z niedomkniętych pięknych kręgów, który wędruje wyżej i wyżej odsłaniając nowe drogi i kolejne zawiłości. Kończę już teraz studia z somatyki w tańcu i terapii na Akademii Muzycznej w Łodzi, ale w ciągu tych dwóch lat niejednokrotnie przypominały mi się zajęcia w Ognisku z niesamowitą Zosią Dowjat, w których miałam niepowtarzalną okazję uczestniczyć. Pamiętam szalone rozgrzewki, gdy poruszał się dosłownie każdy milimetr ciała jednocześnie, oddawanie ciężaru, zabawy ruchowe na kreatywność i zaufanie, pierwsze moje ćwiczenia relaksacyjne, improwizacje ruchowe, w których nie było pojmowania, że coś jest lepsze czy gorsze, wszystko było genialne, bo było własne, autorskie, ciekawe, niepowtarzalne. I te szczere rozmowy i śmiech i luz. Cudowne!

Historie Ogniskowiczów są bardzo różne, wybieramy bardzo różne ścieżki zawodowe, ale w mniejszym lub większym stopniu pozostajemy w kontakcie ze sztuką. I to jest piękne. Miłość do sztuki czy to teatralnej, filmowej, malarskiej, muzycznej, tanecznej pozostaje. Pozostaje radość z czerpania z piękna, brzydoty, kreatywności i szeroko rozumianej kultury. A doświadczenia z improwizacji niejednokrotnie przydają się w codziennym życiu.

            Ściskam wszystkich z mojej dawnej grupy Wieczór Trzech Króli i grup, z którymi spotykaliśmy się na korytarzu i mieliśmy wspólne wydarzenia: Burza, Jak Wam się podoba i Sen nocy letniej oraz wszystkich instruktorów. Wszystkiego dobrego! Przyjemnie było napisać tekst na ogniskowego bloga!



środa, 8 marca 2023

Jan Wojciechowski - Ważne jest kilka tych chwil, które razem spędzamy

 


Zima to dla mnie czas samotności. Mało wychodzę z domu, zdarza mi się zachorować, mniej mi się chce, poza tym czas zabiera mi przygotowanie do styczniowych egzaminów. Czas mi się dłuży i już chcę do wiosny- do ciepła, spacerów i częstszych spotkań. Ale czekam, nie mam przecież wyboru. Wreszcie następuje luty, a z nim odrodzenie - jedziemy na zimowisko. Dla mnie ten wyjazd to otulenie nadzieją, że niedługo znowu będzie lepiej, radośniej, cieplej- fizycznie i metaforycznie. Jak zwykle przyjeżdżam zmęczony życiem i czekam na nowe wrażenia. A czekać nie trzeba długo - już od progu otulają mnie głośne powitania, pytania, gdzie kto mieszka, i ogólny chaos związany z przyjazdem prawie czterdziestu nastolatków do ośrodka wypoczynkowego. Kolejny tydzień, jak zwykle, miał w sobie coś niesamowitego. Przeżycia artystyczne i edukacja (bo przecież jesteśmy na wyjeździe edukacyjnym!) to jedno, ale drugie, i dla mnie o wiele ważniejsze, to ludzie. Trudno opisać wszystko, ale jest w tej Wildze coś, co sprawia, że otwieramy się na drugiego człowieka. Wspólna praca nad moim trzecim warsztatem napełniła mnie masą przemyśleń o człowieku, a jeszcze więcej dały mi rozmowy z moimi aktorkami tuż przed. Rozważania na temat granych postaci przeplatały się z odniesieniami do własnych doświadczeń i plotkami o sąsiadach z pokoju obok. Cudowna jest ta wolność w poruszanych tematach, bo właśnie stąd w najbardziej niespodziewanych momentach wyskakuje inspiracja. Z resztą tu nie ma tak, że jedne osoby są bardziej albo mniej wartościowe- omówienia warsztatów, rady na temat wystawienia niespodzianki, wspomnienia z dzieciństwa przywoływane zdecydowanie zbyt późno w nocy- z każdej wyciągamy coś o drugiej osobie. Bo tu, w pokoju numer 3 i okolicach, język jest jakiś bardziej giętki (nie tylko dzięki rozgrzewkom Marty) i łatwiej mu powiedzieć, co pomyśli głowa. Mam skłonność do analizowania i mogę szukać godzinami, dlaczego tak właśnie jest, ale pierwsza odpowiedź w tym przypadku wydaje się najlepsza. Chodzi o zaufanie - o to, jak bycie w Ognisku "magicznie" nas łączy. Szkoda, że o znalezieniu ludzi dla nas właściwych mówi się "magia", ale taki mamy klimat. Dobrze, że przynajmniej w tym klimacie mamy wilżańskie ciepło i siebie nawzajem.




czwartek, 23 lutego 2023

Szymon Karbowy - Nigdy nie przestanę

 


Pierwsze godziny po powrocie z Wilgi są jak gwałtowne przebudzenie ze snu. Krótka chwila, w której znajdujesz się między imaginacją a jawą. Siedzę na łóżku przecierając oczy, a w głębi duszy liczę, że znajomy głos zawoła: Za dwie minuty śniadaanie. Bębniąca w uszach cisza nie jest satysfakcjonującą odpowiedzią. Mijają sekundy, bezczynność staje się coraz bardziej męcząca. Chciałbym, żeby okazało się, że to tylko sen, pojawiła się grupa porządkowa i wyrwała mnie z jego objęć. Po przebudzeniu moim oczom ukazałyby się pomarańczowe firanki pokoju drugiego, w którym spędziłem już dziewięć tygodni swojego życia. Z rozmyślań wyrywa mnie przeczucie, że to gdybanie jest jedynie usprawiedliwieniem braku produktywności. Przecież wyobraźnia nie została zamknięta za bramą przy ulicy Saperów. Wręcz przeciwnie, pobyt w Wildze dał mi szanse na eksponowanie jej w najbezpieczniejszym środowisku. W niepowtarzalnej atmosferze zaufania, która pozwoliła mi pogłębić więź z otoczeniem, jak i z samym sobą. Po tym tygodniu w Wildze czuję, że znów rozwinąłem swoje wewnętrzne skrzydła. Tym bardziej nie chcę teraz popaść w apatię. Myślę o chmurze kreatywności unoszącej się nad pokojami podczas tworzenia inwencji, o panice na krótko przed wystawieniem warsztatu zwieńczonej wyjściem na scenę. Potrzebuję substytutu, czegoś co da mi chociaż namiastkę tego stanu. Tego niewymuszonego momentu kreatywności pośród ludzi, którzy są mi tak bliscy. I chociaż nie ma ich teraz przy mnie, wiem, że nie zmieniło się jedno: chcę dalej przez sztukę kształtować siebie i swoje środowisko. Napiszę o tym na bloga – myślę sobie.

Zrywam się z materaca i dopadam do komputera. Włączam muzykę, zaczynam pisać. Liczę na poczucie charakterystycznego zaciśnięcia klatki piersiowej. Oddaje się melancholii w nadziei, że pokieruje moimi palcami wystukującymi na klawiszach myśli. Chciałbym przelać całą moją wdzięczność na pusty dokument.

Rozpoczynam zdanie. Zaraz kasuję i zaczynam od nowa. Nie chcę wypychać chaotycznych przemyśleń na światło dzienne. Daję sobie czas.

Pamiętam dobrze mój pierwszy dzień w Wildze. Trzynastoletniego mnie stojącego po raz pierwszy przed bramą ośrodka. Uczucie lekkiego oszołomienia, jakby wszystko nagle przyspieszyło. To było nowe, ale bardzo intrygujące uczucie. Pierwsza inwencja, pierwsze dwa wykrzykniki. Pierwsza rola w warsztacie. Pierwsze przyjacielskie rozmowy ze starszymi ludźmi (co dla trzynastoletniego mnie było wcześniej nie do pomyślenia).

Tak wiele się wydarzyło przez tamte dwa tygodnie, ale przez cały czas czułem się poprowadzony i bezpieczny. Nie było wywyższania się, dokuczania, kolonijnego wrzasku, jazgotu. Była sztuka i ludzie, którzy chcieli ją tworzyć. Wtedy poczułem po raz pierwszy, że właśnie odnalazłem swoje miejsce i do dzisiaj utwierdzam się w tym przekonaniu. Czas mijał, a Ognisko wciąż było w moim życiu. Dawało przestrzeń na rozwój, kształtowało umiejętność odnalezienia koloru pośród wszechobecnej nijakości.  Kolejne wyjazdy, kolejne doświadczenia. Wszystko to budowało mój charakter. Takiego miejsca bardzo w tamtym czasie potrzebowałem.

Zerkam na książki z wpisami. Zawsze i obowiązkowo na widoku. Gdy mój wzrok się na nich zatrzymuje wracają do mnie wszystkie wieczory spędzone na wymyślaniu niespodzianek, euforia po zdobyciu pierwszych czterech wykrzykników, rozmowy, te ważne i te zupełnie błahe. Krytyka, zawsze konstruktywna. Ludzie, to przede wszystkim. Bo Ognisko zaczyna się i kończy na ludziach. Tutaj nasuwa mi się puenta. Taka sama jak niemal rok temu w moim pierwszym wpisie.

Jestem wdzięczny za to, że mogę się od nich uczyć.

I nigdy nie przestanę być.

 

 

środa, 22 lutego 2023

Filip Pardyak - Wdzięczność za szczęście





 


W swoich nierozpakowanych jeszcze bagażach z Zimowiska mam scenariusze warsztatów, dwa razy więcej książek, niż ze sobą zabrałem, czy rozrzucone elementy scenografii z własnego warsztatu. Za szybko nie zabiorę się za wyjęcie tych akcesoriów z walizek. Teraz zajmę się rozpakowywaniem przeżyć i doznań z tego wilżańskiego tygodnia. Ognisko stało się dla mnie miejscem jedynym tak wyjątkowym na świecie. Jadąc tu, pomimo stresu związanego z przygotowaniem do warsztatu, wiedziałem, na co mogę czekać. Na tak dużą ilość wsparcia, dobrego słowa oraz twórczego działania. Dostaję artystyczną wiedzę, siłę do rozwoju i pracy. To niezwykle budujące mieć przy sobie ludzi, z którymi mogę się kształcić, żartować, tworzyć, ale i rozmyślać o życiu. Słowem, które może to opisać jest WDZIĘCZNOŚĆ - za wszystko, co dostaję, i mam nadzieję oddaje innym. Istnieje jeszcze miejsce, gdzie docenia się indywidualność, pracowitość i ambitne podejście do życia. A może nawet nie miejsce, ale ludzie, którzy to miejsce tworzą. Jestem wdzięczny za rozmowy, poważne i trochę mniej, bo to one pozwalają mi dostrzegać inny obraz świata i życia. Czy istnieją słowa, którymi mogę opisać stan swojego takiego rozwoju w ciągu tygodnia? Postaram się je znaleźć, aby upamiętnić te wyjątkowe na przyszłość momenty. Najbardziej jestem wdzięczny za mój warsztat - za taką obsadę, która nie przychodziła na próby ze znudzeniem, czy niechęcią. Gdy się spotykaliśmy, wiedziałem, że razem możemy stworzyć teatr o jakim marzę. To ci ludzie przetworzyli moje niekonwencjonalne i dziwne idee w całość, która tak pięknie się skomponowała w prawdziwy spektakl teatralny. Bo Moi Kochani, to nie był warsztat, a prawdziwy spektakl. I to wszystko dzięki waszemu zapałowi, współdziałaniu i odczuwaniu. Czuję, że wspólnie uczyliśmy się od siebie, a efekty zostają z nami. Każdy z trzech warsztatów, w których zagrałem dały mi sporo lekcji życia. Lekcje pokory, otwarcia, współpracy i tworzenia pod presją czasu. Kreatywna przygoda z ludźmi z pasją, obcowanie z ich wrażliwością i ,,wchodzenie im do głowy” - czego chcieć więcej? Uwielbiam momenty, gdy ktoś opowiada o swojej wizji artystycznej, o tym, po co coś stworzyć oraz co nam to daje. I w każdym z tych projektów to dostałem. Mogę przekazać moją wdzięczność za tych ludzi, za ich piękne umysły i za ich chęć pracy. A szczególnie przekazuję moją wdzięczność za Ognisko gdzie mogę być każdym. Bo według Witkacego: „Och! Co za szczęście! Co za rozkosz! Nie wiedzieć, kim się jest – być wszystkim!!!”


wtorek, 21 lutego 2023

Inga Mielnik - Odkrywanie odkrytej pasji

 

 

W Ognisku przychodzi taki moment kiedy wiesz, że to czas pobawić się w reżysera i wystawić pierwszy warsztat, pomimo wahań i poczucia, że może nie jest się jeszcze gotowym. Chcę dziś opowiedzieć o tym, czego nauczyłam się podczas robienia pierwszego warsztatu, o całym procesie tworzenia sztuki oraz być może zainspirować tych bojących się robienia warsztatu do działań. Podjęcie decyzji, o czym warsztat miałby być czy na podstawie tekstu, czy jednak nie, a w ogóle, co chce się przekazać widowni jest pierwszym trudnym krokiem. Bo to od tego zależy dalsza praca, podczas której później niełatwo będzie zmienić tor rozważań i cały koncept warsztatu. Zdecydowałam się na optymalną adaptację jednej z moich ulubionych książek, bo zawsze było moim marzeniem, by ją wystawić. Napisanie na jej podstawie scenariusza było wyzwaniem, ponieważ widownia bez wcześniejszej znajomości tekstu i przy wielu ukróceniach fabularnych musiała zrozumieć co i dlaczego się dzieje na scenie. W dodatku zawarcie musicalowych elementów na scenie w Ognisku TEATRALNYM i spotkanie się z pozytywnymi reakcjami pokazało mi, że bez obaw mogę wyrażać wszystkie swoje pasje w Ognisku. W teatrze przy przedstawieniu pracuje mnóstwo osób - każdy zna się na czymś innym, dzięki czemu da się osiągnąć upragniony przez reżysera efekt łącząc ich pracę w jedno. Przy robieniu ogniskowego warsztatu pracowałam sama i zdałam sobie sprawę, jak wiele jest do zrobienia, zorganizowania, uzgodnienia. Światło, muzyka, ruch sceniczny, kostiumy, dobranie obsady i miejsca wystawienia, zrobienie plakatu czy już ogólna organizacja prób to elementy zdane na reżysera i tworzące presję. Dlatego tak ważne jest zabranie się za cały proces na tyle wcześnie, by nie robić warsztatu kilka dni przed wystawieniem i nie stresować się efektem. Jednym z ważniejszych elementów jest dobranie obsady. Bo ważne są ich umiejętności, predyspozycje, ich „stan czasowy” na zimowisku oraz to, czy będzie się z nimi odpowiednio pracowało na poziomie reżyser-aktor. Jedną rzeczą, której nie wiedziałam, że umiem zrobić, to wydobycie z aktora nowej odsłony postaci oraz danie mu pojęcia o tym, co może grać i że jego umiejętności nie mają granic. Wspomnienia z każdej z prób, ale i samego momentu wystawienia zostaną ze mną na zawsze, bo w większości to właśnie obsada mi je zapewniła. Pracowanie z Amelie, Karolem i Guciem było bardzo budujące i zdecydowanie zachęciło mnie do myślenia nad kolejnymi warsztatami również ze względu na pracę z ludźmi. Bo to ludzie tworzą przedstawienie, a relacje z nimi i ich zaangażowanie w twój projekt dopiero nadają mu tak wielkiej ważności emocjonalnej. Lecz praca z aktorami nie zawsze jest prosta, ważne są jednoczesne wymagania od obsady, konstruktywna krytyka i zachęcanie do dalszej pracy, niełatwe do zbalansowania. Dostanie nagrody za najlepszy debiut warsztatowy na zimowisku było jeszcze większym umocnieniem mnie w przekonaniu, że dopracowanie szczegółów, intensywna praca, a przede wszystkim wiara we własne pomysły są kluczami do każdego sukcesu 🙂

poniedziałek, 20 lutego 2023

Stanisław Malicki - Wolę z wami układać puzzle

 


 „Melduje obóz w gotowości” – Pierwszy raz usłyszałem te słowa na obozie letnim w 2019 roku. Miałem wtedy z 15 lat. Nie pamiętam kto wtedy był komendantem ale pamiętam jakie wywarł na mnie wrażenie. Wydawał mi się być mistrzem Ogniskowiczów, który ma wszystko pod kontrolą. Wywoływał reprezentantów grup, rozmawiał z instruktorami, zapisywał punktację za inwencje i niespodzianki. Jakiż on musiał być odpowiedzialny! Onieśmielała mnie ta jego pewność siebie. Zastanawiałem się skąd on ją czerpie. W ogóle dużo ludzi na tym obozie zachowywało się tak jak komendant. Każdy rozmawiał z każdym, każdy chętnie pomagał, każdy miał jakiś pomysł. Nie wiedziałem wcześniej, że tak się da. Nagle jakiś dwóch panów na porannym apelu puszcza swoją autorską audycję radiową, w której nawiązują do inside joke-ów, których nie znam. Nagle przyjeżdża jakiś typ, o którym nonszalancko mówią, że gra w serialu, co dla mnie było wtedy największym marzeniem. To wszystko było dla mnie ogromnym szokiem. Po jakimś czasie powoli zacząłem się dostosowywać. Czułem się jakbym odkrył nowy magiczny kraj i teraz próbuje zaprzyjaźnić się z jego tubylcami. Zacząłem poznawać ich imiona i ich tradycję. Czasami nawet pomagałem im w niektórych rzeczach, a oni uczyli mnie swojego języka. Opowiadali mi śmieszne historie z ich przeszłości. Byłem trochę spłoszony, ale podobało mi się to. Bardzo długo patrzyłem na nich jak na moich mentorów, bogów artystycznych, tytanów kreatywności. Sądziłem, że nie dorastam im do pięt (haha) i że nigdy nie będę tacy jak oni, a co dopiero jak pan komendant. „Melduje obóz w gotowości” – Pierwszy raz wypowiedziałem te słowa w 2023 roku na zimowisku. Miałem wtedy 18 lat, byłem po maturze i na studiach prawniczych. Zaczynał się mój ostatni rok w Ognisku. Tubylcy zniknęli, a raczej ja stałem się tubylcem. Nim się obejrzałem, a już mieszkałem w tym kraju, a ich kultura i zwyczaje stały się moją kulturą i moimi zwyczajami. Teraz ja uczyłem nowych przybyszów i wcale nie czułem się mistrzem, bogiem ani żadnym tytanem. Byłem sobą. Cały czas tym onieśmielonym chłopakiem, którym razem z Frankiem Mikulskim i resztą pokoju zrobił tę samą inwencję 3 razy, bo myśleliśmy, że instruktorzy się nie połapią. Mimo to stałem tam gdzie wcześniej stał komendant i zrozumiałem, skąd brała się ta jego pewność siebie. Opiera się ona na zaufaniu. Na poczuciu bezpieczeństwa, na traktowaniu Ogniska jak rodziny. W 2019 roku bałem się porozmawiać z instruktorkami i traktowałem je jak nauczycielki, a teraz mógłbym z nimi pogadać nawet o hot plotach, bo traktuję je jak przyjaciółki. Czuję się w Ognisku wolny, i na początku mnie ta wolność przerażała. Zrozumiałe. Wiem też, że będąc komendantem daję innym jakiś wzór do naśladowania. Przeraża mnie to, ale mam nadzieję, że dobrze mi idzie. Jeśli natomiast miałbym przekazać jedną myśl innym Ogniskowiczom, to chciałbym żeby brzmiała ona tak: Do bogów układa się modlitwy. Ja natomiast wolę z wami układać puzzle.