niedziela, 29 listopada 2020

Michał Staszczak - To było nasze magiczne miejsce

O Ognisku, o Halinie i Janie Machulskich, filmie "Korczak", łódzkiej Filmówce i technikach aktorskich z absolwentem Ogniska Michałem Staszczakiem rozmawiała Patrycja Feliszek


obsada spektaklu "Emil i detektywi", reż. Halina Machulska, 1991
obsada spektaklu "Emil i detektywi", reż. Halina Machulska, 1991
 

Skąd wziął się teatr w Pana życiu ?

Nie mam w rodzinie żadnych genów artystycznych, ale jako sześciolatek oświadczyłem rodzicom, że muszę iść do teatru, bo moje życie to jest teatr. Byli trochę zdziwieni, ja chyba zresztą też (śmiech). Jako sześcioletni chłopiec po prostu musiałem recytować i grać wilka w Czerwonym Kapturku. Grałem w zespole teatralnym, w którym były same starsze dziewczyny i ja najmłodszy. Jedna rola męska, czyli wilk. Trafiłem na warsztaty do Teatru Ochoty i potem do Ogniska. I tam poznałem Państwa Machulskich. Ten teatr różnił się od innych. Był malutki, rodzinny, chociaż̇ miał normalny zespół i codziennie odbywały się̨ spektakle. Szwendaliśmy się̨ po jego zakamarkach, graliśmy w przedstawieniach. To było nasze magiczne miejsce.

Pamięta Pan swoje przesłuchania do Ogniska ?

Moja mama mi opowiadała, że w pewnym momencie egzaminu panie profesorki, które nas przesłuchiwały wyszły zapłakane. Zagrałem małego pieska, tak strasznie skamlałem i piszczałem, że one się wszystkie popłakały. Ale ja tego nie pamiętam (śmiech). Ale nie zapomnę panującej tam atmosfery. To, co robili Machulscy było niesamowite. Mnóstwo ludzi lgnęło do tego miejsca. Z mojej grupy nie każdy działa w teatrze i filmie. Zostali dziennikarzami, literatami. Ale Ognisko zawsze będzie nasze. Każdy ma w życiu przewodników. Dla nas była nim Pani Halina. Traktowała nas, jak dorosłych ludzi, chociaż byliśmy nastolatkami. Mieliśmy przekonanie, że już wszystko wiemy i znamy się na teatrze. Była dla nas ostra i często pokazywała nam nasze błędy. Miała swoje zdanie, nie przymilała się i nie prawiła komplementów. Późno zrozumiałem, na czym polegała jej siła. Dbała o człowieka, a nie o artystę̨, bo artystą się bywa tylko przez chwilę.

Można powiedzieć, że Pani Halina była pewnego rodzaju przewodnikiem dla Pana w tamtych czasach?

Tak, ale nie była to łatwa współpraca. Myśmy się buntowali, kłócili i dyskutowali dosyć zawzięcie. Pani Halina potrafiła stworzyć warunki dla tej naszej dyskusji i dlatego wszyscy zbiegaliśmy się do tego miejsca. Wykonała ogromną pracę, której nie da się zmierzyć ani zważyć. Powinna mieć swoją ulicę i pomnik. Właśnie za to.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z Panem Janem?

Pan Jan był gospodarzem tego miejsca. Zawsze stał na progu teatru, przy portierni i witał widzów przed przedstawieniem. Bez względu na to, czy grał tego dnia w spektaklu. To robiło ogromne wrażenie na ludziach, bo czuli się zaopiekowani. Dla nas był guru, ogromnym autorytetem. Każdy oglądał „Vabank” i każdy chciał dotknąć tego faceta. Janek to był gość! Najpierw spotkałem się z nim w Ognisku, potem ponownie po paru latach, kiedy dostałem się do Szkoły Filmowej, gdzie był dziekanem. Miałem dwa ważne życiowe spotkania z Jankiem Machulskim.

Jaki był Pan Jan?

Był bezpośredni, nie wytwarzał dystansu jako profesor i jako człowiek. Tańczył z nami na dyskotekach, wygłupiał się i nie wkładał nigdy „koturnów”. Wszyscy studenci z Warszawy zazdrościli nam takiego wykładowcy. Jan był typem dobrego mafiosy, potrafił szybko kogoś załatwić bardzo ciętą ripostą. Nie zdradzę też żadnej tajemnicy mówiąc, że uwielbiał piękne dziewczyny, a one uwielbiały jego, ale to już jest na inną opowieść (śmiech). Z perspektywy czasu widać, że niewielu zostało takich ludzi. Miałem tę przyjemność i byłem prodziekanem wtedy, kiedy dziekanem był Bronisław Wrocławski, który z kolei był prodziekanem przy Janku Machulskim, więc jego duch nadal jest obecny na wydziale aktorskim w naszej szkole w Łodzi. Nie sposób o nim nie mówić. 

Pamięta Pan jakąś ważną sytuacje z Panem Janem?

Na pewno miał bardzo cięte riposty. Bronek Wrocławski opowiadał jak poszli razem do urzędu zdobyć pieniądze dla studentów. Urzędnik, który ich przyjął, zachowywał się delikatnie mówiąc nie w porządku, był arogancki. Janek w pewnym momencie przerwał tok temu Panu i powiedział: Przepraszam najmocniej, czy mógłbym Pana prosić ze sobą na chwilę? Tamten bardzo skonsternowany podszedł do drzwi, na których wisiała plakietka z imieniem i nazwiskiem urzędnika. I wtedy Janek powiedział: Proszę Pana, a jak Pan myśl, czy ta wizytówka się odkręca czy nie ? Podobno to ustawiło tego faceta do pionu, ponieważ dosyć szybko zrozumiał aluzję (śmiech). Jan miał też wiele trafnych powiedzeń. Gdy się komuś nie powiodło powtarzał: Ty jesteś jak latarnia, Ty świecisz, świecisz swoim światłem. Podejdzie jakiś piesek naszczeka, obsika cię, pójdzie dalej. A Ty zostajesz i świecisz dalej, pamiętaj o tym!

Czego się Pan nauczył od Pana Jana ?

Jan był niecierpliwy, bardzo szybko kazał grać i nie lubił długich dyskusji o monologu. Był chodzącym teatrem, nie przeszedł spokojnie z pokoju do pokoju, żeby nie odegrać w przedpokoju jakiejś krótkiej etiudy. Przemawiał do klamki, do papieru toaletowego albo do kranu. W szkole na wydziale aktorskim testował przechodzenie przez drzwi. Przechodził przez nie kilka razy mrucząc coś pod nosem. Zawsze się z tego śmialiśmy, dzisiaj wiem, że po prostu coś sobie sprawdzał i ćwiczył. Miał nosa, potrafił rozpoznać aktora dosyć szybko, mówię o takim prawdziwym aktorze, bo nie każdy, kto występuje jest aktorem. Miał to swoje powiedzenie „Bądź orłem nie zniżaj lotów”, które nauczyło mnie odwagi, apetytu na granie, optymizmu oraz utwierdziło mnie w przekonaniu, że to co robimy ma sens. Szkoła Filmowa dwadzieścia lat temu wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Kiedyś była środowiskiem filmowców, którzy na aktorów patrzyli z przymrużeniem oka. Jan Machulski był jedynym aktorem, który był przez nich akceptowany. Wzbudzał ogólny szacunek. Po premierze „Vabanku” do końca życia taksówkarze w Łodzi wozili Pana Kwinto za darmo. Zawsze podkreślał, że jest chłopakiem z HollyŁódź i był tu aktorem kultowym i niezwykle poważanym.

Czy praca, którą Pan włożył w zdobywanie wiedzy oraz rozwijanie się pod skrzydłami Pana Jana ma wpływ na Pana teraźniejszą działalność w świecie teatru?  

Na pewno. Takie świecące latarnie spotyka się raz na jakiś czas, potem je mijamy i idziemy dalej, Janek taką latarnią na pewno był. Gdyby nie Jan i Halina Machulscy to na pewno nie byłoby mnie dzisiaj takiego jakim jestem. Nie chcę używać wygórowanych sformułowań ale na pewno Ognisko, a potem szkoła były ważnymi spotkaniami w moim życiu.

Czy ma Pan jakieś wskazówki dla młodych ludzi, którzy chcieliby w przyszłości związać się z filmem lub teatrem ?

Przez kilkanaście lat przyjmuję nowych uczniów do szkoły filmowej w Łodzi. Patrząc na nich sądzę, że bez moich wskazówek radzą sobie bardzo dobrze. W ludziach, którzy do nas przyjeżdżają i chcą być aktorami widać tak ogromną pasję, siłę i determinację, że nie ma co im dawać wskazówek. Muszą jedynie pamiętać, żeby byli sobą. Wiedzieli, co mówią, kiedy uczą się tekstu na pamięć i aby próbowali swoich sił nie korzystając z porad, które narzucą im bardziej doświadczeni. Komisja przyjmująca zwykle nie patrzy na to, czy ktoś jest efektownie przygotowany, tylko na to jakim jesteś człowiekiem, co kryje się pod spodem. Sprawdzają czy się do tego nadajesz. Takie są moje rady, być sobą. A reszta jest w rękach opatrzności.

W bardzo młodym wieku zagrał Pan w filmie „Korczak” Andrzeja Wajdy jak Pan wspomina ten czas ?

Wspaniałe przeżycie, każdemu bym życzył czegoś takiego doświadczyć. Nie był to mój pierwszy film. W tamtych czasach nie było agencji aktorskich. Do Ogniska przyjeżdżali reżyserzy obsad w poszukiwaniu nowych twarzy. Zaprosili mnie na zdjęcia próbne i tak się znalazłem na planie „Korczaka”. Miałem czternaście lat i traktowałem to jako fajną przygodę. Na pewno było to wspaniałe doświadczenie i wielkie przeżycie spotkać kogoś takiego jak Pan Wojtek Pszoniak. Potem trudno funkcjonować z taką przeszłością. Człowiek jest dorosły i sobie uświadamia, że najważniejszą rolę zagrał mając lat czternaście? Niemożliwe przecież (śmiech). Pomijając moje wspomnienia myślę, że jest to udany film z wielką kreacją Wojtka Pszoniaka.

"Korczak", reż. Andrzej Wajda, 1990


Jakie techniki według Pana są najważniejsze ?

Myślę, że wszystkie techniki są dobre, ale one mogą jedynie pomóc w zbudowaniu postaci, natomiast nie zbudują jej za nas. Aktorstwo jest zawodem polegającym głównie na instynkcie. Zawsze kieruję się skojarzeniami, muszę się dowiedzieć, co jest do załatwienia na scenie, a potem spróbować to załatwić. Techniki mogą w tym jedynie pomóc. Scena jest pewnego rodzaju umownością. Paradoks polega na tym, że z jednej strony jest umownością a z drugiej  trzeba grać tak serio, żeby odbiorcy w to uwierzyli. To co mówię jest bardzo niepopularne. Miałem dwie ciekawe sytuacje związane z technikami aktorskimi. Jedną z nich przeżył mój kolega, który zrobił przedstawienie w Stanach Zjednoczonych. Nie mógł się nadziwić pytaniom ze strony Amerykanów według jakiej książki lub metody zrobił spektakl. Odpowiadał, że według żadnej. Natomiast wszyscy oczekiwali konkretnej nazwy podręcznika. Drugiej sytuacji doświadczyłem jako młody wykładowca. Pojechałem ze studentami na festiwal do Czech ze „Świętoszkiem” Moliera, spektaklem dyplomowym, który wyreżyserowałem. Następnego dnia prowadziłem warsztaty dla Niemców, Czechów, Rosjan i Bułgarów. Wybuchła ogromna awantura, ponieważ żądali, abyśmy powiedzieli, jaką metodą pracujemy. Po chwili ciszy stwierdziliśmy, że chyba żadną, spotkaliśmy się, opracowaliśmy tekst, zanalizowaliśmy go, potem się nauczyliśmy i poszliśmy na scenę. Doszło do dużej konsternacji, bo wszyscy myśleli, że ukrywamy tę naszą metodę. Prawda jest taka, że jedyną metodą, którą znam jest prawda. Nawet jeśli robisz bardzo abstrakcyjną rzecz np. udajesz kurę. Każdy widzi, że to ty nią jesteś. Numer polega na tym, żeby chociaż na chwilę wszystkich nabrać.   


piątek, 20 listopada 2020

Cezary Pazura o Janie Machulskim - „Był dla mnie jak drugi ojciec”

 „Był dla mnie jak drugi ojciec”

z Cezarym Pazurą o Janie Machulskim rozmawiał Jakub Lebiedziński

Cezary Pazura, Małgorzata Bogdańska i Jan Machulski w spektaklu "KACZO",
reż. Bogusław Semiotiuk, Teatr Ochoty, 1989


Dlaczego powiedział Pan, że Jan Machulski był dla Pana drugim ojcem?

Na studiach byliśmy jak wielka rodzina, traktowaliśmy się bardzo uczuciowo. Był dla mnie jak drugi ojciec, bo wielokrotnie pomógł mi również w życiu osobistym. Dostałem się do szkoły w 1982 roku, Pan Jan Machulski był wtedy dziekanem i opiekunem naszego roku. Na egzaminach bardzo skrupulatnie dobierał swoich studentów. A ja na pierwszy etap przyjechałem trochę zachrypnięty.

Po słynnym meczu w 1982? Polska-Belgia: 3-0 dla Polski...

Tak i Pan Jan również był zachrypnięty. Myślałem, że mnie nie dopuści już na pierwszym etapie, ale chciał mi się przyjrzeć. Lubił przyglądać się ludziom, nie skreślał ich od razu. W tamtych czasach na wydziale aktorskim w Łodzi był jedynym znanym aktorem, reszty aktorów nie znaliśmy. Nami zajął się gwiazdor i my studenci czuliśmy wobec Niego duży respekt. Potrafił zaskarbić sobie nasze zaufanie. Zawsze pytał, co słychać, czy może w jakiś sposób pomóc. Gdy w odwiedziny do szkoły przyjechali moi rodzice, to poczęstował ich kawką, herbatką, długo z nimi posiedział mówiąc, że mają zdolnego syna. Potrafił doskonale motywować. Nie był urzędnikiem. Był nauczycielem z prawdziwego zdarzenia, który myśli o swoich studentach. Chodził z nami na imprezy. Na jednej z nich powiedział: „Mam siwe włosy i jestem dużo starszy od was, ale w środku jestem w waszym wieku - mam 27 lat”. Wtedy się śmialiśmy, nie mogliśmy tego zrozumieć, myśleliśmy, że mówił tak kurtuazyjnie, żeby nam było miło. Teraz jestem prawie w tym wieku, w którym Pan Jan przyjmował mnie do szkoły. I dziś już rozumiem, że w środku się nie starzejemy. Czas tylko sprawia, że nasze komórki obumierają, ale duch cały czas jest młody. Jan Machulski był właśnie takim młodym duchem.

Jak trafił Pan do Teatru Ochoty?

Po skończeniu studiów zostałem bez etatu. Wtedy Jan Machulski wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Powiedział: Mam już zespół w teatrze, ale ciebie przyjmę, ponieważ ty jesteś moim bardzo zdolnym studentem i nie możemy cię stracić. Próbował pomóc załatwić mi mieszkanie, co wówczas się nie udało. Ale razem chodziliśmy po urzędach dzielnicowych i do burmistrzów. Zajął się mną jak tata.

Jak wspomina Pan pracę w tamtym teatrze ?

Jeszcze w czasie studiów statystowaliśmy lub dostawaliśmy mniejsze role w przedstawieniach szekspirowskich w Zamojskim Lecie Teatralnym, które Pan Jan stworzył. Sami budowaliśmy scenę, nauczyłem się spawać, wiązać drutem, kopać łopatą, kombinować skąd wziąć jakieś elementy do zadaszenia, żeby postawić profesjonalną scenę. Jak się zbuduje scenę od zera i potem się na nią wejdzie i zobaczy kilkaset osób na widowni, to odpowiedzialność za słowo i za gest jest o wiele większa. Graliśmy dla różnej widowni, czasami było kilka osób, a czasami kilka tysięcy, ja to wszystko przećwiczyłem z Janem Machulskim. Uczył nas poszanowania widza i tego, że trzeba godnie wyjść na scenę, bo to wyjątkowe miejsce. Kiedyś zaspałem na próbę popołudniową na 14.00. Rynek w Zamościu był pełen, ponieważ ludzie przychodzili podglądać próby. Wyszedłem na scenę spóźniony i Pan Jan przez mikrofon powiedział: „Pazura spóźniłeś się”. Odpowiedziałem: „Przepraszam, Panie dziekanie, ale zdrzemnąłem się i zaspałem”. „To może, synku, witaminki zacznij jeść?” - rozbrzmiało na całym rynku. Pan Jan dostał brawa za ten tekst i usłyszałem rechot tłumu. Tak mi to poszło w pięty, że już nigdy się nie spóźniłem. To są dobre lekcje, które potem w życiu procentują.

Czy ma Pan o ulubioną rolę Jana Machulskiego?

Byłem dzieciakiem ze wsi, nie potrafiłem wymienić Jego ról filmowych. Dopiero wyszukałem w encyklopedii. Do dużej encyklopedii wszyscy się załapali, a do małej nie. Pan Jan Machulski był w jednej i drugiej (śmiech). Ale jak Julek wyreżyserował film, to wszyscy pokochaliśmy „Vabank”. Pierwszą ważną rolę świetnie zagrał w Ostatnim dniu lata”. Film, który poznał cały świat, nie tylko Polska. Wizytówka Polskiej Szkoły Filmowej. Chyba miał potem wewnętrzny żal, że rozpoczął bardzo ważny etap polskiego kina, a potem to kino potraktowało Go po macoszemu. Rozumiem rozgoryczenie, bo też się z tym spotkałem. Na początku biorą cię do wszystkiego, wyciskają jak cytrynę, pomagasz zrobić jakąś nową jakość w filmie i potem cię wypluwają.

Jakie ważne wskazówki aktorskie otrzymał Pan od Jana Machulskiego?

Na pierwszym roku robiło się podstawowe zadania aktorskie, wprawki, jakieś udawanie. A nasz dziekan kazał nam robić duże role! Byliśmy niezdarni, nieudolni, ale jednak podejmowaliśmy się tego przedsięwzięcia. Widzieliśmy jak Jemu na nas zależy.

Dostaliśmy na egzaminie na pierwszym roku 5+ i zaczęła się afera. Inni Profesorowie uważali, że nie graliśmy na piątkę i nie należy stawiać piątek z plusem, bo to nas rozbestwi i nie jest motywujące. Ale On widząc, że ktoś robi więcej, idzie dalej i chce się rozwijać, to go nagradzał. Najlepszą nagrodą dla studenta jest dobra ocena. Profesorowie bywają bardzo surowi: „Proszę nie machać rękami, proszę nie ruszać głową, proszę stać w miejscu”. Nagle z fajnej, ruchliwej osoby wychodził cyborg. To po szkoła jest, żeby zabijać czy rozwijać? I był to Jego odwieczny problem, żeby szkoła rozwijała, a nie ograniczała. Całe pokolenie aktorów jest mu za to wdzięczne. Nauczył nas gotowości. Nikt nie będzie na was czekał w profesjonalnym życiu. Dostajesz zadanie i mówisz, że pójdziesz do domu, przemyślisz i jutro będziesz miał gotowe. Nie. Mówił, że jesteś tu i teraz, ściągasz marynarkę i grasz. Jeżeli ty nie zagrasz, to zrobi to ktoś za ciebie i zatrudnią jego. Przygotowywał nas, że w tym zawodzie jest wyścig. Jednym się uda, a innym nie. Jedni będą pierwsi, a inni nie będą grali. Na to nie ma rady i musicie na początku ten wyścig wygrać. Ale z drugiej strony pokazał, że ten zawód może być piękny. Każde wyjście na scenę i dzień przed kamerą mają być święte. Jeżeli jesteś aktorem, to zostałeś do tego powołany i musisz to w sobie rozwijać.

Czy na koniec rozmowy mógłbym poprosić o anegdotę związaną z Panem Janem Machulskim?

Opowiem o kredensie. Pan Jan wówczas mieszkał na Ochocie w wieżowcu chyba na dziewiątym piętrze. I pewnego razu kupił kredens i poprosił nas, żebyśmy pomogli go rozłożyć, wsadzić w częściach do windy i potem w mieszkaniu złożyć. Pojechaliśmy z Markiem Bieleckim, również aktorem z naszego teatru. Na miejscu okazało się, że to stary kredens, bardzo ciężki, nie rozkłada się, nie mieści do windy i trzeba go wnieść na dziewiąte piętro! Do dziś pamiętam z jakim mozołem taszczyliśmy ten mebel we trójkę krętą i ciasną klatką schodową w komunistycznym budownictwie. Syzyf się mniej narobił. Miałem wrażenie, że ręce tak mi się wyciągnęły, że mogę na stojąco podrapać się po kostkach. Byłem tak wycieńczony, że nie pamiętam jak tamtego wieczora zagrałem spektakl.

W imieniu Ogniska bardzo Panu dziękuję za rozmowę.

środa, 30 września 2020

Konrad Czapski - Ciężko wyznać

Spotkanie z Panem Wacławem Kornblumem, 16 września 2020 roku, ulica Próżna, Warszawa



Mam duży problem z napisaniem tego tekstu. Tak naprawdę dalej nie wiem, co chcę w nim zawrzeć, ale zmęczony bezpłodnym rozmyślaniem postanowiłem zdać się na łaskę Kalliope i zacząć pisać wbrew jałowemu węzłowisku myśli. Węzłowisko jest jednak jak najbardziej uzasadnione, ponieważ jak mam ująć w słowa relację ze spotkania z człowiekiem, który przeżył koszmar getta i tułaczki po okupowanej Polsce?   

*

Trzeba wam wiedzieć, że pan Kornblum pojawił się na pół godziny przed wyznaczonym czasem. Zaskoczenie dołączyło do uczucia onieśmielenia tworząc w mojej głowie osobliwy tygiel, który nie ułatwiał zadawania konstruktywnych pytań, mających być istotnym elementem naszej rozmowy z panem Kornblumem.  Pomimo uprzejmości pana Kornbluma, miałem wrażenie, że niezależnie od treści mojego pytania, wyjdę na młodziaka-ignoranta, który próbuje zagłębić się w tematykę ważką, ale odbija się od jej tafli, ponieważ ze względu na swój młody wiek i niewielki bagaż doświadczeń może się jedynie domyślać z maską zatroskania na twarzy, prawdziwej skali okropieństw wojny. Pan Kornblum jednak, niby przewidując moje obawy, stwierdził już na samym początku, że nie jesteśmy w stanie pojąć realiów i motywacji, które podczas wojny warunkowały postawy ludzkie. Było to wypowiedziane bez wyrzutu ani poczucia żalu. Właściwie, wszystkie odpowiedzi pana Kornbluma były pozbawione tych dwóch emocji. To mnie poruszyło najbardziej. Izaak Wacław Kornblum stracił podczas wojny rodziców, znosił męki getta, poza gettem musiał wyrzec się swojej tożsamości. Okres młodości spędził doświadczając przemocy, głodu i pogardy, a mimo to opowiadał o tym bez gniewu i żalu do świata. Tak oto wyzbycie się gniewu i żalu wyryło mi się w pamięci jako fundament rozrachunku z przeszłością.  

*

On

To miasto –

 Chór

Nie ma tego miasta
Zaszło pod ziemię

On

Świeci jeszcze

Chór

Jak próchno w lesie

On

Puste miejsce
lecz wciąż ponad nim drży powietrze
po tamtych głosach


Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną

Zbigniew Herbert, „Prolog”, fragment

*

Im dalej posuwam się w tekście, tym dobitniej dociera do mnie strach przed realizacją kolejnych akapitów. Bo też do czego miałbym się odnieść i czym tę osobliwą notkę spuentować? Boję się ucieczki w tanie moralizatorstwo, które przecież tak gładko zawsze układa się w ostatnich linijkach tekstów. Zamiast tego ponownie przytoczę postać pana Kornbluma. On podczas naszej rozmowy nie starał się szokować i wprowadzać słuchaczy w poczucie czarnej rozpaczy bądź palącej chęci zemsty. Pan Izaak opowiedział nam swoją historię taką, jaka ona była. Ze spokojem i wyrozumiałością.

 

 

 

czwartek, 24 września 2020

Julia Kucińska - Historia mojego miasta

 


Kiedy dostałam wiadomość zapraszającą mnie do wzięcia udziału w projekcie dotyczącym literatury związanej z gettem warszawskim, od razu wiedziałam, że to będzie ogromnym wyzwaniem i że się go podejmę. Projekt miał na celu pomóc młodzieży w poradzeniu sobie z zapoznaniem się z trzema pozycjami wchodzącymi w skład obowiązkowych lektur szkolnych. Zajmowaliśmy się reportażem autorstwa Hanny Krall pt. „Zdążyć przed Panem Bogiem”, „Rozmowami z Katem” Kazimierza Moczarskiego oraz wierszem Czesława Miłosza pt. „Campo di Fiori”. Inicjatywa wyszła od otwierającego się Muzeum Getta Warszawskiego. Zaangażowali byli jego twórcy, a wszystko reżyserował Paweł Passini. Już samo czytanie tekstów w ramach przygotowań do projektu wywoływało u mnie trudne emocje. Po otrzymaniu scenariusza nadeszła pora na nauczenie się kwestii. Wtedy wgłębiałam się w te słowa jeszcze mocniej, a uczucia stawały się silniejsze. Nie jest łatwo wyjść ze stanu, w który wchodzi się, gdy postawimy się na miejscu ofiary tak tragicznych zdarzeń. Kolejnym etapem, podczas którego moje wrażenia rosły było faktyczne wcielenie się w ludzi tamtych czasów i to w miejscach, gdzie rozegrała się ta historia. Apogeum było spotkanie z Wacławem Izaakiem Kornblumem –  człowiekiem, który był w getcie. Doświadczył na własnej skórze niepojętej rzeczywistości, którą próbowaliśmy pojąć. Mieliśmy tylko dwa dni nagrań i jeden na omówienie wszystkiego tydzień przed realizacją,  jednak w moim odczuciu ta przygoda trwała dłużej i ciągle jeszcze się nie skończyła. Od dawna miałam zakorzenioną w głowie świadomość historii mojego miasta, ale to przeżycie stopniowo ją we mnie budziło na nowo i poszerzało moją wiedzę. Uderzało we mnie z narastającą siłą, wywołując niekomfortowe uczucie, które trudno jest opisać. Mam wrażenie, że naprawdę przeniosłam się do innego świata, po którego szczątkach chodziłam przez całe życie.  W tej drugiej rzeczywistości trudno jest wytrzymać. Ja mogłam z niej wracać i nadal żyć moim życiem, jednak osoby, które naprawę żyły w tamtym świecie, nie miały z niego ucieczki. To była ich codzienność i to jest dla mnie najbardziej przerażające. 

 

niedziela, 6 września 2020

WALCZYMY O KINO ATLANTIC

 

zdjęcia z naszych występów w kinie Atlantic
zdjęcia z wielu naszych występów kinie Atlantic 

Szanowni Państwo,

 

  Jako młodzi dorośli wychowani w przekonaniu, że sztuka i kultura są kluczem do szczęśliwej i twórczej przyszłości, nie zgadzamy się, aby jedno z miejsc, które jest i było przestrzenią do obcowania z filmem i literaturą, zniknęło bezpowrotnie z mapy Warszawy.

  Kino Atlantic już dla pokolenia naszych pradziadków, było miejscem spotkań. W latach trzydziestych stanowiło tchnienie nowoczesności i podążania za nowinkami technicznymi i technologicznymi. Patrząc na współczesne multiplexy, wielosalowe kompleksy kinowe, ze łzą w oku myślimy o tym, że w latach trzydziestych dwudziestego wieku, Atlantic był najnowocześniejszym kinem w stolicy. Mimo wojny, powstania warszawskiego, trudów lat powojennych w zrujnowanym mieście, budynek przy Chmielnej 33 trwał na swoim miejscu, będąc ostoją dla zmęczonych codziennymi trudami mieszkańców Warszawy. Stanowił jasny punkt nawet w najciemniejszych czasach. We wspomnieniach naszych dziadków i rodziców przejawiają się seanse filmowe z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nasze mamy z rozrzewnieniem wspominają wagary spędzane na oglądaniu “Pretty Woman”, czy “Dirty Dancing”. Dziadkowie z ironicznym uśmiechem opowiadają o propagandowych radzieckich filmach, które były tylko tłem do trzymania naszych babć za rękę w ciemnej sali kinowej.

  Dla naszego pokolenia lśniący neon przy Chmielnej znaczy więcej niż kino. Atlantic to nie tylko miejsce, to także ludzie. Pasjonaci, zapaleńcy, miłośnicy sztuki. Dzięki nim wszystkim, możemy obcować ze sztuką przez wielkie S, spotykać się z pisarzami, scenarzystami, wielkimi reżyserami i aktorami. Wielokrotnie te stare mury gościły galę z okazji premier książkowych i filmowych, rozdania nagród i rocznic. Mieliśmy okazję czytać prozę i poezję na oczach autorów, jednocześnie czując się swobodnie i wiedząc, że otaczają nas przyjaciele i ludzie dzielący te same pasje, zainteresowania, a czasem zachwyty.

  Dlatego, Szanowni Państwo, nie ma w nas zgody na utracenie tak znaczącego punktu na kulturalnej mapie Warszawy. Nie możemy bez walki oddać naszego kina Atlantic, ani my, ani nasi rodzice, ani dziadkowie, ani duchy naszych pradziadków, nie pogodzą się z tym, że zamiast lśniącego neonu, chłodnego holu i przytulnej sali kinowej, na Chmielnej 33 stanie bezduszny wieżowiec pełen klimatyzowanych, identycznych sal i korytarzy. Nie pozwalamy zdeptać dziewięćdziesięciu lat historii! Jak to możliwe, aby po tylu latach, po przejściach wojny, pożarze, tylu zmianach władz w państwie i w stolicy, w 2020 roku miała by zwyciężyć bezduszna ekonomia.

  W związku z powyższym apelujemy o podjęcie skutecznych działań chroniących kino Atlantic.

 

Z poważaniem Barbara i Urszula Kurzejewskie

W imieniu Ogniskowiczów Ogniska Teatralnego „U Machulskich”

 

czwartek, 20 sierpnia 2020

Wiktoria Gawrońska - Jedna iskierka Ogniska nie czyni?

maluję obraz podczas mojego pierwszego warsztatu, w którym brałam udział 


Ognisko Teatralne "U Machulskich" jest miejscem wyjątkowym, choć dla wielu niewtajemniczonych zdaje się spełniać jedynie funkcje kształcenia u młodzieży zapału do aktorstwa. Nic dziwnego - sugeruje to nie tylko nazwa, ani fach jego założycieli, ale przede wszystkim sukces edukacyjny jakim jest wychowanie wielu dobrych i rozpoznawalnych aktorów. Tylko czy Ognisku naprawdę przyświeca tylko taki cel i co może na ten temat powiedzieć jego absolwentka, która nie ani zdobyła dyplomu, ani nie zdecydowała się na podążanie artystyczną ścieżką kariery, a na ogniskowych obozach była tylko dwóch?

          Według mnie czymś co czyni Ognisko tak wyjątkowym są przede wszystkim ludzie, którzy je tworzą. Zarówno prowadzący zajęcia jak i sami Ogniskowicze, każdy z osobna wnosi coś od siebie i kreuje Ducha Ogniska. Będąc nowym na zajęciach albo obozach dużo się słyszy o wpływie jaki wywrze na tobie halinizm lub pierwszy udział w czyimś warsztacie, a twój czas spędzony i ludzie na nich poznani znajdą specjalne, wielokrotnie odwiedzane miejsce we wspomnieniach. Było to dla mnie szczególnie zaskakujące, ponieważ będąc osobą wrażliwą na ocenę innych nie wydawało mi się bym mogła kiedykolwiek z grupą rówieśników poczuć się swobodnie, tym bardziej dzielić z nimi po latach cudowne wspomnienia. Tymczasem, w pierwszym dniu mojego pierwszego obozu, będąc wrzucona w grono dobrze znających się już Ogniskowiczów, nie tylko poczułam, że do nich pasuję, ale pomyślałam że mogę moimi umiejętnościami albo pomysłowością coś wartościowego im podarować. Najmniejsze gesty,  jak uśmiechy lub błyski w oczach, trudy wymyślania porannych pokojowych improwizacji, zmęczenie wielogodzinnymi próbami i burzami mózgów, stres przed występami, to nie tylko zbliżało do siebie ludzi, lecz także było doskonałym środkiem na zdobycie pewności siebie i swojej wartości w relacjach z innymi, często obcymi ludźmi.     

podczas promocji stanowiska Stacji Morskiej na Baltic Sail, informująca, że morświn to nie delfin, choć blisko spokrewniony

Do dziś głęboko w moim sercu przechowuję obrazy osób, które okazały się dla mnie niezwykle ważne i pomocne podczas drogi , którą musiałam przebyć by wypracować w sobie przekonanie że bycie SOBĄ pośród innych ludzi ani mnie nie skrzywdzi, ani nie spraw, że ktoś będzie mnie potępiać. Dziękuję im za każdym razem gdy przywołuję sytuacje z obozów lub zajęć: członkom grupy z mojego pierwszego i drugiego obozu, członkom kadry, tym wszystkim osobom które we mnie wierzyły wtedy gdy sama nie byłam w stanie. Dziękuję panu pilotowi, który zajmował się transportem egzotycznych owoców, dziękuję Charliemu Chaplinowi, z którym korespondowałam listownie, pierwszorocznej instruktorce, z którą oddychałam w lesie i przesiadywałam nad tekstem warsztatu, Pani od książek oraz spokojnej konwersacji o życiu. Niezapisany zbiór błysków od Was przyświeca w moich codziennych sytuacjach zupełnie nie związanych z aktorstwem. Jesteście iskierkami, dzięki którym odważyłam się powalczyć o dostanie się na wolontariat w helskim Fokarium, a co przerodziło się w moją, prawdopodobnie, życiową misję. Świeciliście gdy poznawałam pracowników Fokarium i Stacji Morskiej im. Profesora Skóry Instytutu Oceanografii w Helu, gdy brałam udział w organizowanych przez nich eventach o charakterze edukacyjnym, stawałam przed tłumem turystów podczas  treningu fok z fokaryjnego stada. Nie zapomniałam o świetle bijącym od Was podczas pierwszych zajęć na  mojej uczelni, stałam się dzięki Wam osobą umiejącą podejść do innego studenta weterynarii z własnego roku i sama z siebie zacząć z nim rozmowę. Choć wielu z Was nie mogłabym znaleźć w spisie numerów w moim telefonie, to jednak Wasze, czasami zupełnie nieświadome, dary dla mnie, te wszystkie pojedyncze iskierki rozbudziły ogień, którego obiecam strzec by nigdy nie zgasł. 

Kryniczek czyli focze szczenię, w którego akcji ratunkowej na plaży brałam udział po raz pierwszy

ja podczas treningu 

ja podczas treningu Fok szarych, dostaję całusa od samiczki Ewy

czwartek, 16 lipca 2020

Mieszko Świerzbiński - Dla tej podróży



Długo nie wiedziałem, dlaczego czytam książki, co sprawia, że uzależniają i co mi dają. Odpowiedź znalazłem dosyć niedawno, a i tak nie wiem czy jest poprawna. Jednak pewien jestem, że to, co mnie najbardziej fascynuje w literaturze, to wprowadzenie czytelnika w niepowstrzymany wir emocji. Czytanie to taka podróż do innego wymiaru i chyba dla tej podróży tak często sięgam po książki. Dlatego, przedstawiam krótką listę pozycji, które zapamiętałem jako te, które rozłupały mnie emocjonalnie.
Małe Zbrodnie Małżeńskie Éric-Emmanuel Schmitt – dramat o kochaniu i nienawidzeniu jednocześnie. Mimo tego że jest naprawdę krótki, to czytelnik jest w nim targany na wszystkie strony. Fabuła naszpikowana zwrotami akcji, to inspirująca opowieść o piętnastoletnim małżeństwie, które ma sobie wiele do wyjaśnienia. Czytając, wpadłem w trans nieopamiętanego pochłaniania coraz to kolejnych stron książki.
Poczwarka Dorota Terakowska – powieść opowiadająca o dziewczynce z Zespołem Downa. Odebrałem  „Poczwarkę” jako opowieść o inności, odmienności i o tym, że ta inność zawsze będzie z nami na tym świecie, że zawsze znajdzie się ktoś inny od reszty, na ten czy inny sposób.  Mało tego, ta różnorodność jest właśnie przepiękna i to właśnie ona nadaje koloru na świecie.
Heban Ryszard Kapuściński – cykl reportaży o Afryce. „Heban” to barwna, egzotyczna, nieznana, niedoceniona historia o losach Czarnego Lądu opowiedziana z perspektywy białego Europejczyka.  W czasie czytania książki uświadomiłem sobie, jak bardzo Afrykańczycy są od nas jednocześnie różni i podobni. Jednak najważniejszą kwestią, której nauczyła mnie ta pozycja to, to że te różnice nic nie znaczą, bo wszystkie granice możemy pokonać chęcią zrozumienia siebie nawzajem.
To już wszystko, napisałbym więcej, ale czuję, że wzywa mnie jeszcze ogromna rzesza nieprzeczytanych autorów, którzy czekają na to, żebym poznał ich dzieła.