wtorek, 21 lutego 2023

Inga Mielnik - Odkrywanie odkrytej pasji

 

 

W Ognisku przychodzi taki moment kiedy wiesz, że to czas pobawić się w reżysera i wystawić pierwszy warsztat, pomimo wahań i poczucia, że może nie jest się jeszcze gotowym. Chcę dziś opowiedzieć o tym, czego nauczyłam się podczas robienia pierwszego warsztatu, o całym procesie tworzenia sztuki oraz być może zainspirować tych bojących się robienia warsztatu do działań. Podjęcie decyzji, o czym warsztat miałby być czy na podstawie tekstu, czy jednak nie, a w ogóle, co chce się przekazać widowni jest pierwszym trudnym krokiem. Bo to od tego zależy dalsza praca, podczas której później niełatwo będzie zmienić tor rozważań i cały koncept warsztatu. Zdecydowałam się na optymalną adaptację jednej z moich ulubionych książek, bo zawsze było moim marzeniem, by ją wystawić. Napisanie na jej podstawie scenariusza było wyzwaniem, ponieważ widownia bez wcześniejszej znajomości tekstu i przy wielu ukróceniach fabularnych musiała zrozumieć co i dlaczego się dzieje na scenie. W dodatku zawarcie musicalowych elementów na scenie w Ognisku TEATRALNYM i spotkanie się z pozytywnymi reakcjami pokazało mi, że bez obaw mogę wyrażać wszystkie swoje pasje w Ognisku. W teatrze przy przedstawieniu pracuje mnóstwo osób - każdy zna się na czymś innym, dzięki czemu da się osiągnąć upragniony przez reżysera efekt łącząc ich pracę w jedno. Przy robieniu ogniskowego warsztatu pracowałam sama i zdałam sobie sprawę, jak wiele jest do zrobienia, zorganizowania, uzgodnienia. Światło, muzyka, ruch sceniczny, kostiumy, dobranie obsady i miejsca wystawienia, zrobienie plakatu czy już ogólna organizacja prób to elementy zdane na reżysera i tworzące presję. Dlatego tak ważne jest zabranie się za cały proces na tyle wcześnie, by nie robić warsztatu kilka dni przed wystawieniem i nie stresować się efektem. Jednym z ważniejszych elementów jest dobranie obsady. Bo ważne są ich umiejętności, predyspozycje, ich „stan czasowy” na zimowisku oraz to, czy będzie się z nimi odpowiednio pracowało na poziomie reżyser-aktor. Jedną rzeczą, której nie wiedziałam, że umiem zrobić, to wydobycie z aktora nowej odsłony postaci oraz danie mu pojęcia o tym, co może grać i że jego umiejętności nie mają granic. Wspomnienia z każdej z prób, ale i samego momentu wystawienia zostaną ze mną na zawsze, bo w większości to właśnie obsada mi je zapewniła. Pracowanie z Amelie, Karolem i Guciem było bardzo budujące i zdecydowanie zachęciło mnie do myślenia nad kolejnymi warsztatami również ze względu na pracę z ludźmi. Bo to ludzie tworzą przedstawienie, a relacje z nimi i ich zaangażowanie w twój projekt dopiero nadają mu tak wielkiej ważności emocjonalnej. Lecz praca z aktorami nie zawsze jest prosta, ważne są jednoczesne wymagania od obsady, konstruktywna krytyka i zachęcanie do dalszej pracy, niełatwe do zbalansowania. Dostanie nagrody za najlepszy debiut warsztatowy na zimowisku było jeszcze większym umocnieniem mnie w przekonaniu, że dopracowanie szczegółów, intensywna praca, a przede wszystkim wiara we własne pomysły są kluczami do każdego sukcesu 🙂

poniedziałek, 20 lutego 2023

Stanisław Malicki - Wolę z wami układać puzzle

 


 „Melduje obóz w gotowości” – Pierwszy raz usłyszałem te słowa na obozie letnim w 2019 roku. Miałem wtedy z 15 lat. Nie pamiętam kto wtedy był komendantem ale pamiętam jakie wywarł na mnie wrażenie. Wydawał mi się być mistrzem Ogniskowiczów, który ma wszystko pod kontrolą. Wywoływał reprezentantów grup, rozmawiał z instruktorami, zapisywał punktację za inwencje i niespodzianki. Jakiż on musiał być odpowiedzialny! Onieśmielała mnie ta jego pewność siebie. Zastanawiałem się skąd on ją czerpie. W ogóle dużo ludzi na tym obozie zachowywało się tak jak komendant. Każdy rozmawiał z każdym, każdy chętnie pomagał, każdy miał jakiś pomysł. Nie wiedziałem wcześniej, że tak się da. Nagle jakiś dwóch panów na porannym apelu puszcza swoją autorską audycję radiową, w której nawiązują do inside joke-ów, których nie znam. Nagle przyjeżdża jakiś typ, o którym nonszalancko mówią, że gra w serialu, co dla mnie było wtedy największym marzeniem. To wszystko było dla mnie ogromnym szokiem. Po jakimś czasie powoli zacząłem się dostosowywać. Czułem się jakbym odkrył nowy magiczny kraj i teraz próbuje zaprzyjaźnić się z jego tubylcami. Zacząłem poznawać ich imiona i ich tradycję. Czasami nawet pomagałem im w niektórych rzeczach, a oni uczyli mnie swojego języka. Opowiadali mi śmieszne historie z ich przeszłości. Byłem trochę spłoszony, ale podobało mi się to. Bardzo długo patrzyłem na nich jak na moich mentorów, bogów artystycznych, tytanów kreatywności. Sądziłem, że nie dorastam im do pięt (haha) i że nigdy nie będę tacy jak oni, a co dopiero jak pan komendant. „Melduje obóz w gotowości” – Pierwszy raz wypowiedziałem te słowa w 2023 roku na zimowisku. Miałem wtedy 18 lat, byłem po maturze i na studiach prawniczych. Zaczynał się mój ostatni rok w Ognisku. Tubylcy zniknęli, a raczej ja stałem się tubylcem. Nim się obejrzałem, a już mieszkałem w tym kraju, a ich kultura i zwyczaje stały się moją kulturą i moimi zwyczajami. Teraz ja uczyłem nowych przybyszów i wcale nie czułem się mistrzem, bogiem ani żadnym tytanem. Byłem sobą. Cały czas tym onieśmielonym chłopakiem, którym razem z Frankiem Mikulskim i resztą pokoju zrobił tę samą inwencję 3 razy, bo myśleliśmy, że instruktorzy się nie połapią. Mimo to stałem tam gdzie wcześniej stał komendant i zrozumiałem, skąd brała się ta jego pewność siebie. Opiera się ona na zaufaniu. Na poczuciu bezpieczeństwa, na traktowaniu Ogniska jak rodziny. W 2019 roku bałem się porozmawiać z instruktorkami i traktowałem je jak nauczycielki, a teraz mógłbym z nimi pogadać nawet o hot plotach, bo traktuję je jak przyjaciółki. Czuję się w Ognisku wolny, i na początku mnie ta wolność przerażała. Zrozumiałe. Wiem też, że będąc komendantem daję innym jakiś wzór do naśladowania. Przeraża mnie to, ale mam nadzieję, że dobrze mi idzie. Jeśli natomiast miałbym przekazać jedną myśl innym Ogniskowiczom, to chciałbym żeby brzmiała ona tak: Do bogów układa się modlitwy. Ja natomiast wolę z wami układać puzzle.





niedziela, 19 lutego 2023

Karolina Niewiadomska - O rozumieniu słów kilka

 


Proces rozumienia rzeczy jest niesamowitym zjawiskiem. Abstrahując już od złożoności jego przebiegu, najprzyjemniejszym jest chyba uczucie rozumienia czegoś. Wilgo, och Wilgo, Ty jak zawsze swoje… Znowu pokonuję 62 kilometry, w samochodzie czytając jednocześnie dwa scenariusze i książkę. Przejeżdżam przez tę leśną drogę i wiem, według jakich reguł działa świat. Ale potem, przez tydzień, jak zawsze przypominam sobie, że tak naprawdę bardzo mało jeszcze wiem o świecie i, niestety bardzo mało rozumiem. Jak na ironię, po pierwszym szoku, to też bardzo przyjemne uczucie: zorientować się, że człowiek cały czas był w błędzie, ale został z niego wyprowadzony w najbezpieczniejszych i najbardziej komfortowych warunkach: na ogniskowym zimowisku. Jak każdy człowiek, mam swój konkretny sposób pracy, który został ukształtowany przez moje wcześniejsze doświadczenia. I uważam, że jest coś czysto pięknego w jego nieustannym przekształcaniu, w ciągłych zmianach. Ja bardzo boję się zmian, ale Ognisko kultywuje heraklitejskie rozumienie egzystencji (w tym żarcie chodzi o to, że wszystko płynie), dzięki czemu ja mogę przekraczać swoje granice, mogę się zmieniać, rozumieć więcej, bardziej dojrzewać. Wyjazdy z Ogniskiem zawsze są dla mnie momentem ogromnej zmiany, przełomu, trochę tak, jak gdybym w Wildze po prostu lepiej rozumiała świat. Zrozumiałam na przykład, że odpuszczanie nie zawsze jest nie ogniskowe; bardzo przeżywałam to, że z pewnych względów nie zrobię warsztatu, ciągle dudniło mi w głowie pytanie „I co ja teraz zrobię?”. A odpowiedź, jak zawsze, okazała się banalnie prosta: spróbuję zrobić go następnym razem. A jak następnym razem nie wyjdzie? To spróbuję jeszcze raz, i jeszcze raz. I jeszcze raz. Bo, jak pięknie powiedziała Pani Ania, „w sztuce nie chodzi o zdobywanie nagród ani o bycie najlepszym”. Czysty akt twórczy ma odnosić się do czegoś znacznie ważniejszego; do realizacji siebie albo do przekazania drugiemu człowiekowi jakiejś idei. W każdym razie, chodzi o coś ponad robienie rzeczy dla wyróżnienia. To właśnie też miał na celu film, który zrealizowałyśmy z Kasią – pokazać, że tworzenie to wszechogarniające doświadczenie, które wyrasta z różnych potrzeb, ale sprowadza się do wyrażania. Bardzo ciężko mi nazwać uczucie, którym darzę Ognisko, w tym wpisie zdecyduję się więc na „afirmację”. Pięknie mi się do wszystkich uśmiecha, ja naprawdę kocham tych wszystkich ludzi; tak dobrze mi się patrzy na młodego człowieka, który jak ja patrzy na świat na swój sposób, a co więcej, chce się tym sposobem patrzenia na świat podzielić między innymi ze mną. Bo pomijając już warsztaty, niespodzianki, dni porządkowe i co nie tylko; to najbardziej twórcze są chyba rozmowy. Słuchanie Ogniskowicza kojarzy mi się zawsze z czytaniem książki filozoficznej. Próba zrozumienia autora daje człowiekowi poczucie sprawczości, czyni go wrażliwszym na świat i poszerza mu horyzonty. I nie chodzi mi tylko o rozumienie Wittgensteina czy „Końcówek” Becketta, ale również „człowieka samego w sobie” – przyczyn jego zachowań, sposobu działania i decyzji, które podejmuje. Bo wbrew pozorom, czasami trudno nam zrozumieć drugiego człowieka, spojrzeć na świat z jego perspektywy, dużo łatwiej jest po prostu ocenić, nadać mu konkretne cechy; prawda potrafi być jednak dużo bardziej skomplikowana. Chciałabym zakończyć ten wpis jakimś przełomowym wnioskiem, błyskotliwą myślą, ale wydaje mi się, że dużo bardziej adekwatne będą tu podziękowania: dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna za to, że wnieśliście do mojego życia nowe perspektywy, że się otworzyliście, a ja mogłam was poznać. Niech żyje metateatr i zobaczenia wkrótce!




piątek, 27 stycznia 2023

Jan Wojciechowski - Nadzieja matką dobrych

 



"Zadam wam jedno pytanie, jak nie dostanę odpowiedzi to wyjdę. Kim był Jan Karski?" Takie słowa usłyszeliśmy w zeszłą niedzielę od pani Ani. Zapadła po nich cisza. Na szczęście nie skutkowała ona wyjściem ani, co gorsza, pozostawieniem bez odpowiedzi. Więc czym? Wieczorem pełnym silnych emocji, elegancji, ważnych historii, ale przede wszystkim nadziei. Dostaliśmy zaproszenie na spektakl "Zapamiętaj. Świadectwo Jana Karskiego"- amerykański monodram wyjątkowo wystawiany w Teatrze Dramatycznym dzięki Fundacji Edukacyjnej Jana Karskiego. Kilkanaście osób, które wcześniej o Karskim słyszało dwa akapity pod koniec zajęć (chyba że ktoś poczytał sobie o nim dwa więcej na Wikipedii czy innej pierwszej lepszej stronie) miało nagle przeżyć 100 minut teatru poświęconego jego postaci. I w pewnym stopniu nasza niewiedza była atutem, bo mogliśmy poznać tę postać beż żadnych założeń, zwyczajnie zaufać reżyserom (Clark Young, Derek Goldman) i aktorowi (David Strathairn), że sprawnie przeprowadzą nas przez jego życiorys. Tak właśnie było. David wchodzi na scenę, rozgląda się po publiczności i zaczyna mówić o Karskim. Kończy wstęp, w tle pojawia się fragment wywiadu z samym Karskim a on już stoi przed nami w osobie Davida. Tu muszę pochwalić grę głosem aktora - drobne zmiany w akcencie, sposobie przeciągania głosek sprawiły, że od razu wiadomo było, czy mamy do czynienia z Polakiem, Francuzem czy prezydentem Stanów Zjednoczonych. Strathairn opowiedział nam ważną historię i choć był jedynym aktorem na scenie, to światło było jakoby drugim bohaterem spektaklu. Grało to latarkę, to więzienie, to karabin, to znowu było partnerem w dialogu, gdy oświetlało widownię albo specyficzny punkt na scenie. I w ten sposób człowiek i kilkanaście reflektorów opowiedzieli o osobie pełnej poczucia winy, niepewności, lecz również determinacji. O zapomnianym, zignorowanym, którego życiorys dopiero dekady potem mamy szansę poznać. Tuż po spektaklu mieliśmy okazję uczestniczyć w rozmowie z autorami i aktorem, bardzo ważnej z powodu tego, jak dużo dodała do wydźwięku całego wydarzenia. Po samym spektaklu miałem poczucie bezsensu, bo tyle przecież jest na świecie Rooseveltów i Churchillów. Rozmowa potem przypomniała mi o wszystkich Karskich. O tym, żeby iść w przyszłość z nadzieją, z dobrem i z przekonaniem o tym, że to, co robimy, jest ważne. Czas spędzony na bankiecie w foyer po spektaklu tym razem nie był tylko uprzyjemnieniem wieczoru i przypomnieniem o randze Teatru Dramatycznego. Rozmowy z innymi widzami utwierdziły mnie w przekonaniu o wartości teatru na żywo i ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Zwieńczeniem była szansa na rozmowę z samym Davidem Strathairnem. Jednak przydaje się dobrze mówić po angielsku - Ogniskowicze wybrali mnie na reprezentanta i miałem szansę zamienić z nim kilka zdań. Podziękowałem mu więc za daną nadzieję na naszą przyszłość. A jego życzenia i szczera wiara w to, że my też mamy dużo przekazania zrobiły dla mojej wiary w siebie tyle, co godziny zapewnień rodziców o tym, że będzie dobrze, bo przecież robię to to to i tamto. Karski w spektaklu wiele razy podkreśla, że jest tylko jednym człowiekiem. Tak naprawdę jest aż jednym człowiekiem. Bo takie płynie przesłanie ze spektaklu - o sile jednej osoby. Jednego aktora, jednego sprawozdawcy cierpienia w Polsce. I o nadziei, która w nas pozostanie, nadziei na to, że skoro oni mogą, to my też. Z taką myślą idę podbijać sesję, zimowisko, warsztaty. Obyśmy wszyscy pamiętali jak najdłużej.





niedziela, 1 stycznia 2023

Anna Haber - Witan - Świat według Machulskich

 

 

W każdym etapie życia zdarzają się wzloty i upadki. Czasami chcemy zamknąć za sobą drzwi gdy kończymy pewien etap i już nigdy nie wracać. Czasami wstydzimy się pewnych zachowań, czasami chcemy zapomnieć jacy byliśmy. Są też momenty kiedy z utęsknieniem wspominamy swoje przedsięwzięcia, aktywności i nie możemy udźwignąć uczuć związanych z tęsknotą. Moja przygoda z Ogniskiem właśnie taka jest - raz przypominam sobie fantastyczne momenty, przyjaciół których poznałam, zresztą jedna z nich została moją świadkową na ślubie, wspaniałe pokazy, które mogłam stworzyć, przypomina mi się, ile pracy włożyłam w przygotowania własnych warsztatów i jak często musiałam wychodzić poza granice swojego komfortu. Z drugiej strony pamiętam też rzeczy, o których wolałbym zapomnieć - gdy popełniłam faux pas na zajęciach śpiewając „bo we mnie jest sex” gdy miałam 13 lat … lub gdy zniszczyłam pokaz, w którym grałam bo nie nauczyłam się tekstu. Wiem jedno - Ognisko ukształtowało moją duszę i w dorosłym życiu co chwila napotykam ślady z tym związane.

Podjęłam się edukacji dzieci - to ile alternatywnych pomysłów potrafię zgromadzić w jednej sekundzie zawdzięczam na pewno spontanicznym scenkom, improwizacjom, w których brałam udział. To, że inspiruję się sztuką i na jej podstawie planuję aktywności dla dzieci także zawdzięczam Ognisku. (Jednak nie chcę, aby ten tekst był tylko o wdzięczności.) Chciałabym przybliżyć czytelnikom, że wszystko co nas otacza związane jest z szeroko rozumianą sztuką i aby rozumieć rzeczywistość warto kształcić się w tym aspekcie. Dzisiejszy świat opiera się na marketingu, reklamie. W Ognisku nauczyłam się nie tylko kreatywności, ale także umiejętności selekcjonowania informacji ważnych, ba! Wartościowych. Widzę to w dzisiejszym życiu, gdy chociażby idę do kina i umiem przeczytać treść filmu, zajrzeć w najmniejszy kąt dzieła. W wolnym czasie pragnę chodzić do muzeum, bo potrzebuję oddychać sztuką. Potrzebuję otaczać się pięknem, oczywiście szeroko rozumianym, bo nawet największa brzydota może mieć jego namiastkę. Dlatego właśnie wybrałam pewną specyficzną, alternatywną drogę edukacji - metodę Montessori, w której opieramy się o estetyczne, spokojne i uporządkowane miejsca. W której przekazujemy różne spostrzeżenia, punkty widzenia. W której dbamy o to, aby była przestrzeń dla drugiego człowieka i jego emocji. Gdzie jak nie w sztuce emocje grają główną rolę? Sztuka to najlepszy sposób, aby przekazać dzieciom wartości jakie płyną z empatii. Zwrócić uwagę na to, co chciała powiedzieć, pomyśleć druga osoba. Sztuka wytwarza motywację wewnętrzną, bo musimy chcieć cos stworzyć, robimy to dla siebie, nawet jeżeli mamy być za to nagrodzeni i tak inspiracja musi przyjść do nas z wewnątrz. Wymienione aspekty ułatwiają dorastanie, kształtowanie swojej duszy do dorosłego życia. Ma to odzwierciedlenie w nauce oraz w towarzyszeniu drugiemu człowiekowi, który w danym momencie przeżywa pewne emocje.

Tekst został zatytułowany „świat wg Machulskich” ze względu na to, jak wiele osób spotykam, którzy ukończyli tę szkołę. Na każdym etapie życia spotkałam taką osobę - w szkole byli to uczniowie ze starszych klas, na studiach wykładowczyni, a w pracy - rodzice uczniów, których uczę. Świat jest mały i dyktowany przez ludzi, którzy ze sztuką nie mają nic wspólnego, niestety. Zachęcam każdego do przeżycia takiej przygody jaką jest Ognisko. Cotygodniowe zajęcia wytworzyły we mnie umiejętność podejmowania wyzwań i co najważniejsze doprowadzania ich do końca, nie porzucania ich gdy sił braknie, a poszukiwania rozwiązań.



czwartek, 29 grudnia 2022

Zofia Tyszkiewicz - Dylemat warsztatu

 



Minął kolejny rok, który przyniósł wiele wyzwań i trudności, ale też możliwości. Dla mnie rozpoczął się trzeci rok w Ognisku, w 2022 przeżyłam trzy wyjazdy ogniskowe i zrobiłam swoje pierwsze dwa warsztaty. Jeszcze w styczniu robienie warsztatów przerażało mnie, w mojej głowie wiązało się z ogromną odpowiedzialnością, komunikatywnością i kreatywnością, których szesnastoletnia ja z początku tego roku kompletnie nie miałam i wydawały mi się czymś, z czym trzeba się po prostu urodzić. Widziałam już wtedy przecież wiele warsztatów moich kolegów i koleżanek, wykonanych tak starannie i dokładnie przemyślanych.

Dla młodszej o te jedenaście miesięcy mnie wydawałoby się to głupim gadaniem i nieporadną próbą pocieszenia, ale wszystko to przychodzi z praktyką. Wydaje mi się, że mnie, która zawsze otaczała się chaosem, proces tworzenia warsztatów nauczył porządku. Takiego pisania scenariusza do własnego życia. Każdy wątek, każda sprawa, którą rozpoczynam, musi być konsekwentnie prowadzona, by znaleźć swój cel i koniec. Pistolet zawsze musi wystrzelić, a jak deklaruję się do zrobienia czegoś, to muszę to coś doprowadzić do końca. A jeśli pistolet zgubi się w trakcie próby generalnej? Albo wystrzeli, ale w złą osobę? Nauka radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach jest chyba najbardziej życiowym, co wyciągnęłam z tworzenia warsztatów. Nigdy nie jestem w stanie zrealizować wszystkich swoich pomysłów i zawsze coś po drodze pójdzie nie po mojej myśli – ale to nic złego. Z każdego niepowodzenia da się wyjść, zwłaszcza mając wspaniałych ludzi u swojego boku, a sytuacje, w których wykrusza się aktor z obsady albo gubi rekwizyt, otwierają na nieszablonowe pomysły i rozwiązania. Nie mamy głównego bohatera? Niech publiczność będzie głównym bohaterem. Nie damy rady przesunąć łóżka do okna? Przesuńmy okno do łóżka.

Tworzenie własnych warsztatów, dobór miejsca, tekstów, aktorów, muzyki czy kostiumów uwrażliwiło mnie na detale, zarówno w tworzeniu postaci razem z aktorem, jak i w procesie wymyślania oprawy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni symbolikę, dobór utworu czy sukienki, nawet jeśli tego nie zwerbalizuje. To właśnie te małe szczegóły, jak obuwie, akcent czy charakterystyczne tiki są w stanie zbudować w oczach odbiorcy postać.

Największym problemem dla mnie jako osoby, która komunikuje się ciałem, ruchami czy gestami, było tworzenie dialogów. Zawsze czułam, że większość słów może zostać zastąpiona komunikacją niewerbalną, dlatego większość rozmów na scenie wydawała mi się po prostu zbędnymi konwenansami. Dlatego też większość moich tekstów pisanych i mówionych scenicznie brzmiała dla mnie sucho, a ja dostawałam uwagi, że nie wszystko trzeba powiedzieć dosłownie. Po co w takim razie mówić cokolwiek? Z tego powodu nigdy nie zdecydowałam się na zrobienie warsztatu w konwencji teatru tańca, chociaż czuję się w nim dużo pewniej – to by było za łatwe. Nie rozwinę się robiąc ciągle czegoś, co już umiem. Sztuki pisania „ludzkich” dialogów jeszcze nie opanowałam, ale kto wie? Może nauczy mnie tego trzeci warsztat, a może siódmy. Nie przekonam się, jeśli będę się zbyt bała, by spróbować.

Pomimo tego wszystkiego, reżyserowanie warsztatu to przede wszystkim dobra zabawa (jakkolwiek banalnie to nie brzmi) i tworzenie ważnych wspomnień. Ja personalnie wychodzę z założenia, że trzeba lubić ludzi, z którymi się pracuje, żeby praca, a w tym przypadku warsztat, była przyjemna. Dlatego właśnie chcę zrobić jeszcze kilka warsztatów. Nie tylko po to, by spróbować jak najwięcej form i rozwiązań scenicznych, chociaż to też, ale przede wszystkim po to, żeby mieć okazję pracować z moimi przyjaciółmi. I tego życzę wam wszystkim w przyszłym roku – pięknych wspomnień z pięknymi ludźmi.



środa, 28 grudnia 2022

Jan Wojciechowski SKY - Spełnione podróże

 


Jestem w samolocie. Czyli co, moje marzenie wreszcie się spełniło? Lecę samodzielnie do Wielkiej Brytanii. A tam? Na pewno czeka na mnie niejedna przygoda. Pełen zniecierpliwienia, strachu i ekscytacji siadam na swoim fotelu. Wreszcie nie muszę się martwić o to, czy przepuszczą mnie z sześcioma pluszakami, paczką maku i podejrzanie małą ilością ubrań (na szczęście przyczepili się tylko do tego, że nie zdjąłem naszyjników podczas kontroli), gdzie schować bagaż niemieszczący się pod fotelem przede mną (odpowiedź brzmi- w luku bagażowym nad miejscem 18E, bo tylko tam jest jeszcze trochę wolnej przestrzeni) i czy w ogóle zdążę na lot (miałem tylko 10 minut zapasu, ale udało się). 


Nareszcie mam chwilę, wdech, wydech, zaczynam wspominać. Najpierw o poprzedniej podróży do Londynu i okolic, potem do innych tegorocznych podróży, bez których ta zapewne by się nie odbyła. W tym roku uczestniczyłem zarówno w zimowisku, jak i w obozie letnim. Młodszym Ogniskowiczom mógłbym godzinami opowiadać, dlaczego warto jeździć na obozy. Choć jeszcze w poprzednie wakacje sam byłem tym, który na myśl o wyjeździe gdzieś samemu miał pęd myśli o wszystkim, co może pójść źle. Co się zmieniło? Przede wszystkim nadeszła potrzeba zrobienia warsztatu. Bo trzeba się wyrobić i pokazać już reszcie Ogniska co się umie. A jak się nie umie? To trudno! Nie od razu Rzym zbudowano, a większość Ogniskowiczów powie, że ich pierwszy warsztat był do bani. Bo pierwszy to zawsze taka próba. Więc tym co się wahają, czy robić pierwszy warsztat czy nie, mogę powiedzieć- róbcie! Bo to najlepszy test na kreatywność, zdolność pracy w grupie i działania pod presją czasu, a przy okazji jaka frajda! O ile tylko będzie się pamiętało, że słaby warsztat to nie koniec świata tylko okazja do nauki i rozwoju. No ale koniec o warsztatach, żebyście nie pomyśleli, że to clou programu ogniskowych wyjazdów. Przecież są jeszcze zajęcia z instruktorami, przygotowywanie niespodzianek oraz tych znienawidzonych (lecz jak potrzebnych!) inwencji. Tym wydarzeniom zawdzięczam dziś najwięcej. Bo co nauczy mnie organizacji w grupie bardziej niż sześć nastolatek biegających i pytających o to, kto widział taśmę klejącą, w którym kręgu piekła ludzie siedzą bezczynnie na krzesłach i czy szpilkami uda się przyczepić płachtę do drzewa - wszystko naraz oczywiście. Teraz doceniam też komentarze instruktorek. Te od razu adekwatne, jak gdy Marta Szlasa-Rokicka ćwiczyła z nami poprawną wymowę, i te z początku absurdalne, jak komentarz pani Ani skierowany w moją stronę w czwartek trzeciego lutego między śniadaniem a obiadem, że głośno tupię przechodząc obok pokoju numer 12. Mam wrażenie, że teraz chodzę z większą gracją. Przede wszystkim myślę jednak o wszystkich Ogniskowiczach, którzy byli ze mną na obu tych wyjazdach. O godzinach współpracy i o efektach, których nie powstydziłyby się niektóre warszawskie teatry. Te wszystkie występy dały mi niezłego kopa wiary w siebie i w moje pomysły. Bo nic nie motywuje do tworzenia dalej jak omówienie warsztatu, sztuki czy niespodzianki, gdzie pytania, rozważania, komplementy i krytyczne uwagi padają szybciej niż zgłoszenia po papier techniczny formatu A3. Rozmyślanie nad tym, co stworzyli inni, tak samo motywuje i, co dla mnie ważniejsze, daje wiarę w drugiego człowieka. W to, że ludziom się chce działać, że mają potrzebę opowiedzenia innym czegoś ważnego i umieją zrobić to mądrze. A gdzie, jak nie w Ognisku, miejscu dla wielu, jak nie wszystkich z nas, najbezpieczniejszym do dzielenia się wszelkimi wrażliwościami? Na koniec zostawiam chyba najważniejszą dla mnie rzecz, szczególnie dla mnie-tego już mniej zagubionego pasażera samolotu. Oba wyjazdy dały mi niezwykłą dawkę samodzielności, od której tak stroniłem w zeszłe wakacje i bez której na pewno nie siedziałbym teraz pomiędzy dwoma paniami popijającymi herbatę i czytającymi książki o wychowaniu młodzieży. Tydzień lub dwa spędzone bez rodziców to już coś! A do tego potrzeba samoorganizacji, rozplanowania sobie dnia, żeby zmieścić próby do warsztatów, trzy supersmaczne wilgowe posiłki, zajęcia instruktorskie, przygotowanie niespodzianki z grupą i jeszcze jakiś quiz o polskich artystach i ich nazwiskach. Robi się dużo, więc myśleć też trzeba dużo, ale to też umiejętność do wyćwiczenia. A jak coś się nie uda to mówi się trudno, naprawia się szkody i idzie się dalej. Bo to Ognisko. I choć mi też się trochę dostało, to cieszę się, że za niepoinformowanie obozowiczów o planie ostatniego dnia i słabe przebranie za królową Elżbietę II niż za, powiedzmy, nie przyniesienie jakichś ważnych dokumentów albo zgubienie się na stacji Tottenham Hale. Z obozu zostają nie tylko niedojedzone przekąski, zrobione przez nas maski, nagrania. To przede wszystkim zmiany w nas, w środku. I życzę wszystkim Ogniskowiczom, tym, którzy wkrótce jadą na zimowisko i tym, co pojadą na każdy kolejny obóz, oby zmiany te zostały w nas jak najdłużej.