niedziela, 21 marca 2021

Maciej Antoniak - "Dzięki, Zosia"

 


4 marca dowiedziałem się, że kilka moich słów może się tu znaleźć.

Szybko licząc milion razy bardziej wolę mówić, niż pisać - najwyższa pora polubić pisanie.

Szybko licząc codziennie wracam do tego, o czym napisać i chyba polubiłem ten stan ciągłego odnajdywania wspomnień związanych z osobą absolutnie magiczną.

Szybko licząc trzysta tysięcy razy byłem w szoku, jak można mieć tyle pomysłów: jednocześnie skakać po ścianach, tarzać się po podłodze, eksplodować energią i jeszcze zarażać nią innych.

Byłem raczej szczypiorkiem, bo pierwszy ten niezapomniany show oglądałem gdzieś między Snem nocy letniej, a Rewizorem w sali czarnej, ale od pierwszych sekund byłem pewien, że to nie będą nudne zajęcia, a prowadząca jest z innej planety.

Jadwisin 2006 magicznym obozem był - wiem to bez szybkiego liczenia. Mentalnie spora grupa ostatnio do niego wróciła, jestem tam z Wami. Szykujcie się, bo na jutrzejszej inwencji w pokojach damy czadu.

Szybko licząc będziemy mieli wielkie szczęście, jeśli spotkamy w życiu choć jedną osobę, która po prostu będzie. Osobę, która potrafi całkowicie pominąć fazę zbędnego planowania między pomysłem, a działaniem. W momencie pojawienia się pomysłu jest od razu 200% realizacji i poświęcenia. To jest Zosia w mojej głowie. A w tle gra pozytywka.

Mam jedną córkę, policzyłem w pamięci. Codziennie zastanawiam się, w którą stronę zmierza świat, na którym stawia pierwsze kroki. Bardzo bym chciał, żeby trafiła do grona osób, które go kolorują i czynią lepszym dla siebie i innych. Zosiu, pięknie było patrzeć jak potrafisz go nam malować. Do zobaczenia! Dolar. 



piątek, 12 marca 2021

Anna Kozłowska - Zosiu, byłaś jak olśniewający fajerwerk

 


Zosiu,

Byłaś jak Myszka Miki. Wymarzona towarzyszka przygody. Urocza i rezolutna. Wesoła i beztroska. Zaradna i pomocna. Potrafiłaś swoimi ramionami otoczyć opieką każdego na kuli ziemskiej gdybyś tylko wyczuła, że jest w potrzebie. Zabawna i dowcipna. Cudownie ironiczna. Twoje poczucie humoru często zwalało z nóg. Wpadałaś jak burza i z zawadiacką miną zaczynałaś serię opowieści z niesamowitych wydarzeń. Niestworzone historie, czasem dramatyczne, często sensacyjne, ale zawsze z zaskakującym happy endem. Wszyscy wciąż słyszymy echo tego wspólnego śmiechu. Każdy chciał się z Tobą kumplować. Życie z Tobą było atrakcyjne. Gdziekolwiek się pojawiałaś natychmiast miałaś tłumy przyjaciół. Tak, przyjaciół, bo tak Cię wszyscy postrzegali. Przy każdym chciałaś się zatrzymać, wysłuchać, zapytać o ważne dla niego kwestie, dzielić troski i wynajdywać rozwiązania dla spraw najtrudniejszych. Od tego przecież są przyjaciele. Umiałaś słuchać. Ale sama zwierzałaś się rzadko i tylko nielicznym. Dla świata miałaś „poker face” i nieustanną wiadomość, że u Ciebie wszystko w porządku, a nawet jak coś się waliło, to swoje smutki przedstawiałaś w formie zabawnej anegdoty. By uwierzono, że tak naprawdę Twoje kłopoty są nawet lekko zabawne…

Zawsze myślałaś o innych. Obserwowałaś. Zauważałaś. Czujna na człowiecze emocje. Nie dzieliłaś ludzi. Pracowałaś z wykluczonymi z różnego powodu. Tak samo traktowałaś dyrektora teatru i staruszka na ulicy, któremu natychmiast biegłaś z pomocą. Dla wszystkich miałaś mnóstwo dobrej energii i konkretnych rozwiązań. Czułaś, że Twoim powołaniem jest pomoc innym ludziom. Stawałaś na rzęsach, by pomóc, wspomóc, zaradzić. Twoja pomysłowość była legendarna. Najgroźniejsza katastrofa nie miała szans przy Twojej kreatywności. Zosia na wszelkie kłopoty. Problemy były wyzwaniem. Stres codziennością. Niewielu zdawało sobie sprawę z kosztów, jakie ponosił Twój organizm. Pilnie strzegłaś tego sekretu.

Twoim żywiołem był teatr. Jego magia i dzień powszedni. Spełniałaś się na próbach, między próbami, podczas spektakli, gdy nagle trzeba było ratować scenografię lub światła. Uwierało Cię biurko, męczyły papiery z pieczątkami. Chciałaś tworzyć, współtworzyć, działać. Mądrze edukować, podawać dłoń młodszym i słabszym. Twoim życiem byli ludzie, akcja i wir zdarzeń. Znakiem rozpoznawczym kolorowo radosne ubrania, zabawne oprawki okularów i oryginalne kolczyki. Poznałyśmy się w Ognisku jednocześnie debiutując, Ty jako Ogniskowiczka, ja jako instruktorka teatralna. Zastrzeliłaś mnie kiedyś, gdy przypomniałaś mi w co byłam ubrana na pierwszych zajęciach. Ach ta Twoja uważność. Potem, gdy reaktywowaliśmy Ognisko od początku bardzo chciałam, żebyś uczyła, jeździła na obozy. Młodzi ludzie uczą się przez przykład. A Ty miałaś tyle atutów, od pasji zaczynając na kręgosłupie moralnym kończąc. Ściągałam Cię nawet na kilka dni, na pojedyncze zajęcia i Ci, którzy mieli z Tobą ogniskowy kontakt wiedzą dlaczego było warto. Zasiałaś dużo dobrego przez sztukę kształtując swoje środowisko.

Żyłaś w ciągłym ruchu, w drodze, w pędzie. Spotykałyśmy się w locie, gdy zahaczałaś o Warszawę lub, rzadziej, gdy ja przylatywałam do Ciebie. Ale zawsze były to spotkania intensywne. Z lawiną zdarzeń. I wyrazistych wspomnień. Pamiętam gdy przywieziono do mnie zakupioną kanapę w formie dwóch gigantycznych paczek. Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone i natychmiast padła decyzja: Jak to my nie damy rady?! I cały wieczór chichrałyśmy się w dzikim szale rozprawiając się z deskami, gwoździami i sprężynami. Pewnie następnego dnia miałyśmy zakwasy, ale ze śmiechu. I pamiętam, jak przyjechałaś po mnie o świcie na lotnisko w Buenos Aires. Przecież nie musiałaś, a jednak nie mieściło Ci się w głowie, że mogłabyś nie przyjechać. I pamiętam jak wybierałyśmy sukienkę na Twoją kolejną premierę, tę białą w wielkie kropki. Cieszyłam się gdy Cię w niej potem widziałam na zdjęciach. I pamiętam, gdy w Hiszpanii w trakcie prób okazało się, że nie masz zegarka. Kupiłam Ci najzabawniejszy jaki był w dziwnym sklepie, w kropki. Jako niespodziankę. Byłaś tak wzruszona, że ktoś pomyślał o Tobie…

Wychodząc z domu na Twój pogrzeb zastanawiałam się, co usłyszę w radio, jaką piosenką dasz mi znak, gdy uruchomię samochód. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i poleciała melodia z Bonda. Sto procent napięcia i ostra jazda bez trzymanki. Z błyskotliwymi dialogami. Cała Ty.

Tylko tym razem nie było happy endu… Zosiu, dziękuję Ci za wszystkie dobre chwile: ważne, piękne i owocne. Byłaś jak olśniewający fajerwerk. Wybuchłaś z całą mocą, błyskawicznie oszałamiająco rozbłysłaś, zamigotałaś i znikłaś. Zbyt szybko. Za wcześnie. Ale zostawiłaś we mnie Twój Powidok. Na zawsze!


Zosia z iskrą w oku na ogniskowej Wigilii, z Anną Kozłowską i Haliną Machulską 

poniedziałek, 8 marca 2021

Mateusz Olszewski - O Zosi, czyli o Zauważaniu, Zarażaniu i Zasuwaniu

Zosia Dowjat w trakcie zajęć na letnich warsztatach w Jadwisinie, 2006, fot. Anna Kozłowska

To zdarzyło się piętnaście lat temu w Jadwisinie. Ostatni obóz teatralny podczas tamtych wakacji (tak – to ten, na którym co rano idąc na śniadanie znajdowaliśmy śpiącą Zosię z pozytywką w różnych okolicznościach przyrody), drugi tydzień turnusu. Moja grupa szykuje na następny dzień niespodziankę-wyzwanie. Osobistą. Dla części z nas bardzo osobistą – nie jesteśmy pewni czy damy radę, ale równocześnie mamy poczucie czegoś oryginalnego. Idziemy razem wieczorem na inną niespodziankę i… już w trakcie jej trwania łapię wzrok osób z mojej grupy, bo wiemy, że jest źle. Oglądamy coś opartego na zbliżonej formie, a nawet bardziej efektownej od tego, co planowaliśmy pokazać następnego dnia. Podobieństwo przypadkowe, ale stajemy wobec pytania: nie zmieniać planów i bronić się od zarzutów plagiatu, a może rzucić wszystko i zacząć od nowa. Tylko kiedy – skoro to już jutro popołudniu, czas wypełniony po brzegi, a sił na finiszu brak?!

I wtedy pojawia się Zosia. Nie pamiętam, czy to my ją zatrzymaliśmy, czy raczej ona przechodząc obok zauważyła, że „coś nie halo” u nas. Wysłuchała dokładnie naszych lamentów, pomogła wyrzucić precz naszego autocenzora, popchnęła w kierunku pogłębienia atutów naszego pomysłu i dodała wiary, że warto powalczyć. Podjęliśmy wyzwanie i, sądząc po późniejszych odczuciach, udało się! Było to dla mnie jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznej funkcji sztuki. Ważne nie ze względu na efekt, ale drogę. Wspólną drogę, która nie wiedzieliśmy dokąd prowadzi, ale którą wtedy, dzięki Zosi rozbrajającej obawy przed byciem ocenionym, przeszliśmy do końca.

To zdarzenie z perspektywy czasu może wydawać się dosyć błahe, ale dla mnie kumulują się w nim najpiękniejsze cechy Zosi: empatia, wrażliwość, zarażanie teatrem i humor, który niszczy strach. A dodatkowo umiejętność nie wpychania innych do własnych pomysłów, ale raczej zarażania swoją energią, pozostając otwartym na indywidualność każdego z nas. I to chyba najpiękniejsze – że potrafiła dotrzeć do tych, których inni (lub sami siebie) czasami już zaszufladkowali. Może to dlatego, że sama z właściwym sobie zadziorem, mówiła o sobie, jako o „czarnej owcy”? Wiem, że Zosia była, jest i pozostanie dla mnie jednym z niedoścignionych wzorów wprowadzania w świat teatru. W energii, pomysłowości, i zaangażowaniu bez granic, tu i teraz (bo przecież stąd wszystkie „śmiechawy”).

Czasem gdy w życiu dochodzi do przerastającej moje siły kumulacji różnych obowiązków, przypominam sobie, jak Zosia „odgrywała” różnicę pomiędzy tempem poruszania się po Akademii Teatralnej kolegów studentów, a tempem poruszania jej samej, łączącej równolegle WOT z zajęciami dla reżyserów. Widzę zasuwającą Zosię i… po prostu łatwiej już zasuwać razem!

Za tę autoironię, zarażanie energią i całe piękno, które dałaś – dziękuję Zosiu!


Ewa Wikieł - Nie zapomnę

 

Zosia Dowjat na letnich warsztatach w Jadwisinie 2006, fot. Anna Kozłowska 

            Nie zapomnę pierwszych zajęć z Zosią. Jak burza wtargnęła do sali niebieskiej i od tamtej pory nie mogłam doczekać się każdej następnej soboty. Wraz z Zosią zanurzaliśmy się za każdym razem w inny wymiar, w którym przekraczaliśmy swoje horyzonty wyobraźni. Dopiero po latach uświadamiam sobie, jak bardzo przebywanie z Zosią wpłynęło na nasze postrzeganie świata, dzięki Zosi nauczyłam się dostrzegać w każdym napotkanym człowieku coś niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju. Tak jak jedyna w swoim rodzaju była Zosia. Zosi nie da się skopiować, po prostu się nie da, bowiem Zosia to absolutny unikat i to na światową skalę, wiedzą o tym (i potwierdzą) ci, którym dane było z Nią współpracować. Zosiu, dziękuję Tobie za to, że mogłam Cię poznać i że pokazałaś mi teatr. Ewa


niedziela, 7 marca 2021

Martyna Butrym - DUSZA BŁĘKITNA

 

Zosia Dowjat na letnich warsztatach Ogniska, Jadwisin 2006, fot. Anna Kozłowska

Sala Czarna nie była wcale czarna, tylko ciemnoszara. Ciężko uzyskać prawdziwą czerń, choć niewykluczone, że tak było podpisane wiadro z farbą w markecie. Więc sala ciemnoszara, nazywana czarną, z wnękami, załomami, w jakimś bardzo dziwnym kształcie, usytuowana poniżej poziomu ziemi, jak suterena, z oknami pod samym sufitem, oknami, które zawsze czymś zasłanialiśmy, żeby w środku było ciemniej.

„Pchajcie te ściany! Próbujcie je przesunąć! No pchajcie z całej siły!” – to krzyczy Zosia, zupełnie na poważnie, na naszych pierwszych zajęciach. Nie bardzo mi się to podoba, chociaż pcham, wtedy jeszcze udaję, że pcham, a między „pcham”, a „udaję, że pcham” jest ogromna różnica, różnica fundamentalna, różnica jak między Ogniskowiczem a Nie-ogniskowiczem, jak między Czarodziejem a Mugolem, jak między światem betonu, autobusów, szkoły i prac domowych, a światem magii, teatru, śmiechu, improwizacji… To jest różnica między mną przed i po spotkaniu Zosi.

„Tu możecie robić co chcecie: śpiewać, skakać – tu was nic nie ogranicza!” – to też Zosia, też na pierwszych zajęciach. „No chyba jednak nie wszystko… nie możemy krzyczeć, czy przeklinać…” – to już ja, mądra wielce, bo trzynastoletnia i rezolutna okrutnie, bo… tak jak wspomniałam: trzynastoletnia. Zosia tłumaczy, że możemy, bo przecież powiedziała, że możemy wszystko, że to nie jest szkoła, czy imieniny u cioci, tylko Ognisko, sala czarna (chociaż: wiadomo) i zajęcia z Zosią. Pomyślałam sobie wówczas, że to bardzo jest podstępne. Bo całe życie czułam się ograniczana w szkole, w domu, krępowana milionem zasad i byłam przekonana, że gdyby tylko te ograniczenia zniknęły, to co to nie ja…
A tu Zosia, której jeszcze przecież nie znam, Zosia w wygodnych trampkach, Zosia z niesfornymi kosmykami włosów, wpadającymi do oczu, Zosia o wiecznie gestykulujących rękach mówi: sprawdzam! Ależ mnie wtedy załatwiła! Jeszcze się dobrze zajęcia nie zaczęły, a tu już taki test!

I tak to było z Zosią, a przynajmniej ja tak miałam, że zawsze jak coś mówiła lub rzucała mimochodem, to nie było w tym patosu ani zadęcia – w ogóle nie mówiła wielkimi literami, tylko ot tak, a potem człowiek zostawał z tym na całe życie.

Na początku każdych zajęć siadaliśmy w kółku i opowiadaliśmy o czymś dobrym czy pozytywnym, co nas spotkało w minionym tygodniu. Za pierwszym razem (czyli to prawdopodobnie ciągle pierwsze zajęcia, a tyle wspomnień!) powtarzałam, że nic pozytywnego ani dobrego mnie nie spotkało i ile bym nie myślała, z całą pewnością sobie nie przypomnę! Byłam o tym święcie przekonana, bo jak powszechnie wiadomo, trzynastolatki się nie mylą. Nigdy, w żadnej sprawie.
Ale myślałam, myślałam i przypomniało mi się, że w minionym tygodniu na wycieczce szkolnej (sic!) zobaczyłam stado koni, wpadające galopem do jeziora. I trochę się zawstydziłam, bo to był naprawdę piękny widok, a ja jakoś o nim zupełnie zapomniałam.

I znów – niby drobiazg, a zmiana na całe życie. Bo od tamtej chwili starałam się już zapamiętywać takie momenty – chociażby po to, by na zajęciach z Zosią wiedzieć, co powiedzieć. Szybko stało się tak, że każdy z nas już miał po kilka historii w zanadrzu i z niecierpliwością czekaliśmy na zośkę (bo cóż innego!), małą piłeczkę, która znaczyła, że teraz nasza kolej by mówić. Nie muszę chyba dodawać, że zajęcia się skończyły, a ta wrażliwość w patrzeniu na świat, umiejętność zauważania szczegółów została z nami na zawsze.
(Pamiętam jak Ania Rak z niekłamaną radością opowiadała o pięknym cieniu, rzucanym przez, oświetlony ostrym słońcem, drewniany płotek.)

I chyba najważniejsza z rzeczy, powiedzianych przez Zosię mimochodem, która wpłynęła na moje życie:
„Jak ja wam współczuję, że wy jeszcze jesteście w szkole!”
Jaka to była ulga! Czyli to, co podejrzewałam całe (trzynastoletnie!) życie, jest możliwe! To znaczy móc kształtować swój świat i żyć tak, żeby się miało z tego radość. I Zosia była właśnie taką radością.
(I z tą radością właśnie rymuje mi się „Zielono mam w głowie” Wierzyńskiego, bo jeśli komuś słońce dało tę duszę błękitną, to właśnie…)

I jeszcze to: jak na obozie w Jadwisinie, Zosia mówiła, że wieczorami przed pójściem spać ogląda filmy (każdy, kto zna obozy powinien teraz spytać: „Skąd ona miała na to siłę?!” A każdy kto zna Zosię odpowiedzieć sobie w duchu: „No tak…”) i że poprzedniego dnia widziała „Prostą historię” Lyncha i tam była taka metafora, że każdy z nas to patyczek, który łatwo złamać, ale rodzina to już garść patyków i chociaż każdy z osobna jest cienki, to razem są nie do złamania. Wtedy Zosia uświadomiła mi, że nawet jeśli coś brzmi tandetnie, to może być w tym dużo prawdy i tej prawdy właśnie warto szukać zawsze i wszędzie, oceniając rzeczy własnym rozumem.

Jako dziecko zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że świat jest piękny, możliwości są tysiące, a tylu ludzi prowadzi takie smutne życie, są nieszczęśliwi, chodzą codziennie na wiele godzin do pracy, której nienawidzą, jakby ktoś ich zmusił, jakby byli niewolnikami jakiejś siły niewidzialnej – a przecież można czerpać z tego świata, robić to, co się kocha, spotykać się ze wspaniałymi ludźmi, bywać w pięknych miejscach, cieszyć się życiem…
I nikt tak pięknie jak Zosia, nie udowodnił mi nigdy, że ta mała dziewczynka miała rację. Że można.

To jaka była, jakim wspaniałym była człowiekiem, jakim dobrym, widzącym drugiego człowieka i traktującym go zawsze z szacunkiem i uwagą (a przy tym: ta jej dobroć, ta radość były tak naturalne, tak spontaniczne), czyniło z każdego spotkania lekcję, lekcję przyswajaną jakoś tak przez skórę, lekcję, o której dowiadywaliśmy się często po latach, lekcję, która wielu z nas pchnęła w bardzo konkretnym kierunku.

Dziękuję Ci bardzo, Zosiu.
Bądź wiosną.

piątek, 5 marca 2021

Mateusz Lisiecki-Waligórski - "Ta drabina to schody do nieba, a ta miska nad schodami to księżyc”

 


            „To teraz jedna rzecz pozytywna, jedna rzecz negatywna a propos zajęć”- słyszę te słowa i po chwili trafia w moje ręce, nomen omen, zośka. Taka szmaciana piłka, znak, że mam teraz coś powiedzieć. W mojej głowie trzęsienie ziemi. 

            Jak to?! To znaczy, że mogę powiedzieć, że coś mi się nie podobało?

            Coś w ogóle mogło mi się nie podobać?

            Zachęca mnie do tego instruktorka, moja idolka, pedagożka na której zajęcia czekałem z wypiekami na twarzy?

            Galopada myśli, kocioł w głowie.

            Świat właśnie wywrócił się do góry nogami i  już nigdy nie będzie taki sam. 

            Dostałem wtedy wielki dar. Może Ci się cos nie podobać, możesz samodzielnie myśleć, możesz mówić co czujesz, możesz być tym kim jesteś.

            Zosia potwierdzała to całą sobą na każdym kroku. Nigdy nic nie udawała, mówiła i robiła to, co czuła. Nieustannie pokazywała nam, że można być człowiekiem, z całym arsenałem niezręczności i  niepewności. Z całym arsenałem lęków i wstydów. Niezręczność, niepewność, lęk, wstyd, zażenowanie- uczucia od których zazwyczaj uciekamy, prawda? 

            Dla Zośki to był potężny ocean artystycznych inspiracji i zasobów. Dla Zośki to był człowiek. 

                                                                       ***

            Zosia właśnie wróciła z Nowego Jorku. Premiera w Metropolitan Opera. METROPOLITAN OPERA!!! Obok La Scali (w której pracowała chwilę później) jedna z najważniejszych Oper na świecie. Zaczyna się opowieść, która potrwa 90 minut. Po której wszyscy będziemy zbierać zęby z podłogi, turlać się ze śmiechu, wstrzymywać oddech. Opowieść z serducha, zośkowy potok myśli, płynący z jej wewnętrznego reaktora teatru, nieskończonego źródła energii. Opowieść, która zaczęła się od słów: „ zaraz zaczniemy zajęcia, tylko Wam muszę opowiedzieć jedną małą anegdotkę, bo nie wytrzymam, słuchajcie ale jazda, normalnie nie mogę”.

            Półtorej godziny później mam już w głowie obraz pracy w Met Opera. Zgubiona walizka, bieganie po sklepach, żeby kupić jakieś ubrania na szybko, walka z jet lagiem, fochy gwiazd opery, amok i trans  prób generalnych, przeświadczenie, ze to wszystko zaraz zawali się z wielkim hukiem. „Wiecie, zaczynacie robotę z absolutnym poczuciem, ze to się nie może udać. I próbujecie to dociągnąć do końca tak, żeby nikt się nie zorientował”. To jedno z najważniejszych zdań o Teatrze jakie w życiu usłyszałem.

                                                                       ***

            La Scala. I znowu Zosia uchyla drzwi do tajemnej wiedzy na temat Wielkiej Sztuki.   

            Gafa za gafą. Idiotyczna sytuacja goni idiotyczną sytuację. Urok i wdzięk człowieka, który nie pasuje do napompowanej atmosfery Wielkiej Opery, który łamie wszystkie niepisane zasady... I jest za to uwielbiany. Bo nic nie udaję, bo jest sobą na milion procent. Bo jest Wielką Artystką (już widzę minę Zośki jakbym jej to powiedział...) , bo wszystkim przypomina o tej magii, o tym dziecięcym marzeniu tworzenia światów.                                                                    

                                                                       ***

            Dzisiaj, kiedy dopada zawodowy cynizm, oportunizm, zniechęcenie... Kiedy widzę jak bardzo teatr różni się od moich wyobrażeń, kiedy okazuje się, że zamiast innych freaków spotykam małych ludzi karmiących swoje ego... Kiedy przychodzi pokusa, żeby rzucić w kąt Prawdę i skupić się na Sukcesie... Wtedy w mojej głowie odzywa się głos Zośki: „Ty se chyba żartujesz...” I jakoś wtedy łatwiej jest.

                        Dzięki Zocha. Za wszystko.

 


           

 

Bartek Magdziarz - Cześć Zosiu!

 


Cześ Zosiu. Długo się nie widzieliśmy i wygląda na to, że jeszcze jakiś czas się nie zobaczymy. Dlatego napiszę Ci, że jesteś dla mnie rumorem dobiegającym z salki, w której prowadzisz zajęcia. Jesteś też drogą na stołówkę w Jadwisinie. Melodią z pozytywki i snem rodem z Looney Tunes. Jesteś też oprawkami okularów, jeszcze grubszymi niż moje. I oczami, które ledwo się w tych oprawkach mieszczą. Jesteś zdjęciami z dalekich krajów, których nigdy nie odwiedziłem. Jesteś portretem z reflektorami, sztankietami albo widownią w tle. Jesteś bluzą z kapturem zapinaną na suwak. Jesteś pokładaniem się na podłodze i trawniku. Jesteś przyczajeniem przed wybuchem śmiechu. A potem samym śmiechem. Uściskajcie się z Wolską. b