niedziela, 24 listopada 2019

Konrad Czapski - A co Andriej by powiedział o nas?





Nieubłaganie zbliża się zimowisko, a wraz z nim premiera mojego trzeciego warsztatu. Scenariusz leży w szufladzie od wakacji, aktorzy dawno już go dostali i ze względu na moje usilne prośby być może zaczynają się uczyć tekstu. Słowem, z każdym dniem akumuluje się we mnie coraz więcej chęci do działania, a że prapremiera raczej nie wchodzi w grę, wentylem dla mojego wiercącego się w głębi duszy zniecierpliwienia pozostaje blog ogniska.
Bazując więc na własnym doświadczeniu oraz na wspomnieniach związanych z moją ogniskową aktywnością, śmiało zatem apeluję do wszystkich niepewnych, nieśmiałych i zapracowanych: róbcie warsztaty! Wiem, że niektórych z was brzmienie słowa „warsztat” przeszywa niepokojącym dreszczem poczucia powszechnego obowiązku, którego spełnienie wydaje się jednak na tyle skomplikowane i odległe, że być może ukrywszy się w tłumie innych ogniskowiczów, pozwoli się od niego wymigać. Powiem więcej, jeszcze rok temu sam do tej tematyki podobnie podchodziłem. Bo przecież warsztat to było napisanie scenariusza, reżyserowanie kolegów, światło reflektorów, a potem na dokładkę omówienie! Brrrr! Dzisiaj jednak, gdybym miał opisać, co najbardziej kocham w tworzeniu warsztatu, to właśnie napisanie scenariusza, reżyserowanie kolegów, światło reflektorów i jako wisienka na torcie  - omówienie!
Pamiętam, że przed moim pierwszym warsztatem najbardziej bałem się wyboru scenariusza. Nie czytywałem wtedy wielu dramatów, w teatrze również rzadko się pojawiałem, co sprawiało, że mój zakres tekstów ograniczał się do garści klasyków, jak sztandarowe dzieła Szekspira i Moliera albo Zemsta lub Dziady - historie o władzy, zdradach i wielkich miłościach. Nie były to jednak tematy, za które jako szesnastoletni młodziak chciałem się zabierać, ale że zbliżał się termin mojego pierwszego zimowiska, postanowiłem się przemóc i na przekór wszystkim obawom zgłosić warsztat. Nie miałem wtedy nawet pomysłu, co jako ten warsztat wystawię, kto w nim zagra i co chcę nim przekazać, ale już nie było odwrotu, a jako, że klasyki napawały mnie lękiem, a lżejsze dramaty, które zacząłem przeglądać również niezbyt do mnie przemawiały, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i scenariusz napisać samemu.
Inspiracją do warsztatu może być wszystko: od książek, wierszy i obrazów do rzeczy tak prozaicznych jak kot, który uciekł z domu jakiś czas temu, wzięte na obóz zupełnie bez celu dwa telefony stacjonarne albo nagłówek w gazecie. Pomysły znajdują się naprawdę wszędzie. Kiedy jeden z nich wyda się dosyć ciekawy, zamiast od razu roztrząsać strukturę dramaturgiczną, scenografię i oświetlenie, najlepiej po prostu zacząć pisać. Nadmierne myślenie o tekście powoduje zazwyczaj (przynajmniej u mnie) falę samokrytyki, która udaremnia naprawdę wiele konceptów. To zbyt banalne, to nudne, tu nikt się nie zaśmieje, a tego mi żaden scenograf nie wykona… To błędne koło skutkuje jedynie zrażeniem się do własnych pomysłów i stopniowym odwlekaniem premiery. Trzeba po prostu zacząć pisać. Jeden scenariusz się nie udał? Zawsze można napisać drugi. I trzeci. I czwarty. Każdy kolejny z większą wprawą i większą dozą doświadczenia, aż w końcu uda się stworzyć wymarzony tekst.
Jeśli ktoś dalej opiera się zrobieniu warsztatu, mam jeszcze ostatnią refleksję. Poczucie kontroli. Kompleksowość świata sprawia, że kontrola, jaką mamy nad wydarzeniami jest niewielka w porównaniu do czynnika losowego oraz ograniczeń narzucanych przez realia. Warsztat jednak zależy kompletnie od NASZEJ woli i NASZEJ wyobraźni. Stworzenie własnego skrawka uniwersum jest bardzo krzepiące. I istotne jest tutaj użycie słowa „własnego”. Świat pochodzący z głębi naszego serca i karmiący się naszymi myślami, wywiera wpływ na otwartego odbiorcę, który szczerość i unikatowość próbki duszy innego człowieka docenia i przyswaja. A jeśli przyswoi wystarczająco mocno, to właśnie naszą sztuką wpłynęliśmy na rzeczywistość. I powoli zamiast warsztatu zaczynamy kształtować właśnie ją.

Kino dzieli się na reżyserów, którzy kręcą dwa typy filmów. Jedni próbują naśladować świat, w którym żyją, drudzy tworzą nowy, swój własny świat. I to właśnie tych drugich, którzy tworzą swój własny świat, możemy nazywać poetami. ~ Andriej Tarkowski

RÓBCIE WARSZTATY!!!!!! ~ Konrad Czapski


środa, 6 listopada 2019

Małgorzata Czerwień i Marianna Kalinowska - Wspólna galaktyka





Od pewnego czasu dzielę ludzi na dwie kategorie: Tych, którzy zwyczajnie piją herbatę i tych, dla których picie herbaty jest ceremonią. Ja należę do tej drugiej grupy. Jesienią i zimą wychodzę z kubkiem gorącej herbaty do ogródka. Piję ją zanim wystygnie, żeby poczuć różnice miedzy swoim wnętrzem, a resztą świata. Mam wtedy poczucie, że sama decyduję o tym, jaka jest we mnie pogoda, zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Herbata zawsze wprawia mnie w refleksyjny nastrój. Nie wiem dlaczego. Podczas roku szkolnego często chodzę do kawiarni, aby zrelaksować się i uporządkować myśli. Dla większości osób, które poznałam w swoim życiu, picie herbaty nie jest niczym wyjątkowym. Jest zaledwie czymś, co podpowiada rutyna. Czymś, nad czym się nie zastanawiają. Tylko siorbaniem wrzątku. Ku mojemu zdziwieniu, w Ognisku poznałam wiele osób, dla których herbata ma szersze znaczenie. Niektórzy od zawsze umieli dostrzegać w codzienności coś więcej. Inni nauczyli się tego podczas zajęć. Ogniskowicze nigdy się nie nudzą. Dla nich nawet najmniejszy cień lub szum może być inspiracją. Ognisko nauczyło mnie, że życie jest kolorowe, jeśli będę przyglądać się każdej barwie i nie pominę żadnej z nich (przez własne lenistwo lub brak skupienia) Nawet czerń stanie się barwna, jeśli będę wpatrywać się w nią wystarczająco dokładnie. Mam prawie osiemnaście lat, więc moja przygoda w Ognisku powoli się kończy. Jest mi smutno, ale wiem, że wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zawsze będą ze mną wspomnienia, które zebrałam w Ognisku. Tak samo jak wiedza i doświadczenie. Poza tym w przyszłości również będę mogła odwiedzać Ognisko. Absolwenci są bardzo miłe widziani, ponieważ Ogniskowiczem jest się całe życie. Ponadto, mogę liczyć na pomoc przyjaciół, których tam poznałam.

Rok temu na obozie letnim spotkałam pewną dziewczynę. Trzymała w ręku kubek z napisem "Po prostu napisz to." Nie wiem, co znajdowało się w kubku. Byłam zbyt pochłonięta rozmową, aby to zauważyć. Pomimo tego, po kilku minutach byłam pewna, że niezależnie od zawartości naczynia, Gosia postrzegałaby herbatę tak samo jak ja. Później poprosiła mnie, abyśmy zrobiły sobie tematyczne zdjęcie o kosmosie. Początkowo nie byłam chętna, ponieważ uważam, że jestem szczególnie niefotogeniczna. Na szczęście zgodziłam się pod wpływem chwili. Wolę sobie nie wyobrażać, ile wspaniałych rzeczy nie wydarzyłoby się, gdybym odmówiła. Na szczęście nie utonęłam we własnych kompleksach. Wiedziałam, że Ognisko to miejsce, w którym mogę zwyczajnie być sobą i nie wstydzić się swoich wad. Zrobiłyśmy wspólnie zdjęcie, które zapoczątkowało istnienie naszej wspólnej galaktyki. Doskonale pamiętam chwile, gdy malowałyśmy sobie gwiazdy na ramionach i policzkach.

Ognisko składa się z przeróżnych ludzi. Prawdopodobnie dlatego praca nad sztukami jest w nim tak szybka i efektywna. Spokojni wyciszają nerwowych, skupieni nakierowują roztargnionych, żartobliwi pomagają melancholikom pisać komedie, a refleksyjni wspierają roześmianych w pisaniu tragedii. Wszyscy dopełniają się nawzajem. Nie martw się, jeśli jesteś nowy w Ognisku i wydaje Ci się, że nie masz żadnej wyjątkowej cechy. To niewłaściwe przekonanie! Mi na początku wydawało się, że nie mam niczego do zaoferowania światu. Dzięki uczestniczeniu w zajęciach wydobyłam z siebie najlepsze cechy, o których istnieniu zupełnie nie wiedziałam. W rzeczy samej, w Ognisku może odnaleźć się każdy, kto będzie gotowy zaangażować się w sztukę! Poznałam tutaj przeróżnych ludzi. Z niektórymi z nich lubię się śmiać, z innymi tańczyć, a jeszcze z innymi rozmawiać. Znalazłam również osobę, która doskonale mnie rozumie. W te wakacje zrobiłam z nią kolejne zdjęcie, którego tematem były kropki Kusamy. Gdy do niego wracam przypominają mi się nasze wspólne rozmowy, a szczególnie ta, która skończyła się nad ranem.

Myśląc o zdjęciu z Marianną, bardzo się wzruszam i jednocześnie nabieram siły, bo pamiętam, jak je robiłyśmy. Jeśli mijające dni nie zdeformowały mojego poczucia czasu, to noc wcześniej jedną z bardziej inspirujących rozmów przerwał nam wschód słońca. Mając wolną chwilę po zajęciach chciałyśmy się zdrzemnąć i zregenerować. Przypomniało nam się, że to ostatnia szansa na zrobienie japońskiego zdjęcia i od razu wymyśliłyśmy mnóstwo usprawiedliwień, żeby móc iść spać. Kreatywność w takich momentach bywa zaskakująca. Popatrzyłyśmy na siebie i zrozumiałyśmy, że „Robimy! Już!”. Reszta zadziała się naprawdę błyskawicznie, jakby pomysł i potrzebne przedmioty tylko na nas czekały. Potem zrozumiałam, że od tego momentu już nigdy nie będę mogła zasnąć dopóki nie wykorzystam szansy, a jeśli drzemka wyda mi się kusząca - porozmawiam z Marianną i zacznę działać. Po prostu.

Nie mogłyśmy inaczej. Nie mogłyśmy sobie odpuścić, nie po tym, jak zrobiłyśmy wspólne zdjęcie w ubiegłym roku. Pamiętam, że miałam pomysł, ale potrzebowałam drugiej osoby. (To się czasem zdarza w różnych okolicznościach i naprawdę warto nauczyć się znajdywać odpowiednich ludzi! Czasem wystarczy zagadać, innym razem trzeba trochę wysiłku, żeby pomóc komuś się przełamać, albo przekonać go do swojego pomysłu, czasem trzeba samemu otworzyć się na potencjał drugiej osoby, ale warto!) W pokoju obok siedziała Marianka i chociaż wtedy jeszcze wszystkie inspirujące rozmowy były przed nami, obie czułyśmy, że warto zrobić coś razem. Wydaje mi się, że miałyśmy dobrą intuicję, ale chyba nie spodziewałyśmy się, że pomalowanie się w gwiazdozbiory będzie wielkim wybuchem, w wyniku którego powstanie nasza niesamowita galaktyka pocztówkowo-telefoniczna.

Tworzenie tegorocznego zdjęcia było - jak sztuka Kusamy - czerwone, dynamiczne, buzujące emocjami, ale udało mi się wyłowić kilka myśli: Dzielone szaleństwo nie jest groźne i może zamienić się w sztukę, nie trzeba bać się z niego zwierzać. Warto szukać ludzi, z którymi schody pokonuje się w pięknym stylu (na przykład: kładąc się i robiąc zdjęcie). Przy okazji można odkryć wzruszające podobieństwa sięgające dużo głębiej niż zauważenie, że mamy takie same sukienki, które zresztą nosiłyśmy cały dzień. Podobnie jak czerwone kropki, które wcale nie dały się łatwo zmyć, ani o sobie zapomnieć i dodawały sił (chyba skuteczniej niż zrobiłaby to drzemka). Kiedy brakuje mi motywacji, albo się do czegoś zniechęcam, to przypominam sobie wtedy to zdjęcie, które stało się kolejną gwiazdą świecącą jasno w naszym wspólnym kosmosie.

Dobrze było zauważyć ten moment i wyłowić go z całokształtu obozowego szaleństwa. Chociaż może się wydawać, że użyte przeze mnie słowa są nieadekwatnie podniosłe, to historia tego zdjęcia pomaga mi odpowiedzieć na skomplikowane pytanie: czym jest Ognisko?. Każde moje zetknięcie z Ogniskiem obfituje w wyzwania – te stawiane przez instruktorów, czy wzajemnie przez przyjaciół. Jednak, co w moim odczuciu jest najważniejsze, wyzwania te są rozdawane w pakiecie ze wsparciem, uśmiechem, motywacją, wskazówką i przestrzenią na samodzielne próby. Nieważne, czy to rola w warsztacie, nowe zajęcia instruktorskie, tańczenie lub  krzyczenie na scenie, czterowers, albo właśnie szybkie konkursowe zdjęcie – najistotniejsze wydarza się za kulisami i w nas samych. Jestem pewna, że każdy Ogniskowicz ma takie własne zdjęcie – wspomnienie, albo zdobędzie je w kolejnych latach swojej przygody.



Jeśli w jakimś odległym wymiarze istnieje inna wersja mnie, która nie poszła do Ogniska to musi być ona pozbawiona prawdziwego bogactwa: wspomnień, przyjaźni oraz doświadczeń. Obecnie cieszę się, że jestem. W tej chwili nie umiem nawet opisać tego, jak bardzo ważną osobą jest dla mnie Gosia. Nasza przyjaźń opiera się na ogromnym zrozumieniu, wrażliwości i wzajemnym szacunku. Piszemy listy, wiadomości i często rozmawiamy przez telefon. Spotykamy się we wspólnej galaktyce, chociaż w rzeczywistości mieszkamy bardzo daleko od siebie. Pisanie o tej galaktyce zajęłoby co najmniej dziesięć tysięcy stron. Podsumowuję więc: W Ognisku można znaleźć prawdziwych przyjaciół.




wtorek, 8 października 2019

Małgorzata Czerwień - Tu sobie pozwalam




Przez cały dzień nie mrugam. Maksymalna czujność na otoczenie i chłonność, jakbym oddychała wszystkimi skrawkami ciała – nawet tymi, zaklejonymi srebrną taśmą.

Rano wsiadam do pociągu wypełniona myślą „ależ ja za tym tęskniłam!”. Podróż przebiega przewidywalnie, chociaż mam przeczucia, że to nie będzie „zwykły” (gdyby którykolwiek można było takim nazwać) przyjazd do Ogniska. Mamy zagrać na rozpoczęciu roku sztukę przygotowaną na obozie. Nie stresuję się, tylko w przerwach od cieszenia się samotną wyprawą, nie mogę się doczekać spotkania z moją grupą. Od kiedy ostatnio widzieliśmy się w Wildze lekko rozmyci przez łzy wzruszeń, minęły trzy miesiące, ale próbę zaczynamy, jakby poprzednia była dzień wcześniej. Zamyślam się trochę, bo wydaje mi się to być niemożliwe. Przecież tak dużo się przez ten czas zdarzyło, tyle się we mnie zmieniło, w nich pewnie też, a jednak wszystko między nami dalej działa. Kiedy Maciek spontanicznie podejmuje się roli w niespodziance przychodzi mi do głowy, że to  zdarza się dzięki ufności, którą się wzajemnie obdarzamy. Zakładając, że każdy będzie chciał dać z siebie wszystko tworzymy przestrzeń, w której to jest możliwe. I zyskujemy niewiarygodną łatwość działania, zwierzania się i wzruszania. Podsumowując dzień stwierdzam, że najtrudniejsze było zmycie charakteryzacji, jakby żal było wracać do codzienności.

Przyglądam się twarzom, które już dobrze znam, widziałam je w różnych makijażach na scenie, drżące różnymi emocjami za kulisami... Na rzeczywistość nakłada mi się kolorowa kalejdoskopowa projekcja pięknych wspomnień, które razem zrobiliśmy i co chwilę rozbłyskam uśmiechem na widok kolejnych Ogniskowiczów. Obserwuję odbierających dyplomy i nie dowierzam, że miałam szczęście poznać tyle niesamowitych osób. Spotykam instruktorów, których wskazówki na zajęciach, czy gdzieś-przy-okazji, stały się wspominanymi często drogowskazami i po raz kolejny tego dnia myślę, że jestem wdzięczna. Mrużąc oczy od reflektorów próbuję dojrzeć twarze tych, którzy ogniskową przygodę dopiero zaczynają. Zazdroszczę im ilości wrażeń,  która przed nimi i nie mogę się doczekać okazji, żeby zobaczyć, jakie cuda się zadzieją, gdy to oni wejdą na scenę. Wspominam swoje pierwsze rozpoczęcie i to jak trzęsłam się za kulisami Teatru Powszechnego. Wydaje mi się, że ktoś wtedy też czekał na to, co uda mi się z siebie wydobyć, bo gdyby tak nie było, nie wracałabym.

Dzisiaj już mogę powiedzieć, że wracam. Kiedyś wszystkie podróże do Warszawy były dla mnie wymykaniem się, najpierw z codzienności, z którą próbowałam się siłować nie zauważając, że można ją twórczo wykorzystać. Potem wymykaniem się cichutko z tego świata, którego bardzo długo chciałam stać się częścią - przed każdymi zajęciami bałam się, że nie dam rady, a po zajęciach, żałowałam, że któryś ze swoich pomysłów zostawiłam w środku niewypowiedziany, nie dając mu szansy zadziałania. Teraz dwukrotnie wracam do miejsc, na które mam wpływ i w których daję coś z siebie. Nie chcę już, żeby pociąg powrotny się spóźnił. Wiem, że nie będziemy siedzieć w jednej sali i klaskać wiecznie i zupełnie mnie to nie smuci, chociaż  to, co się dzieje jest niesamowite.  Najważniejsze wydaje mi się być to, że po wszystkim, pełni twórczej energii nie zatrzymujemy się. Kiedy Zuzia Falkowska w swojej opowieści wspomina o pokochaniu pokonywania przeszkód, którego uczy nas Pani Halina, uświadamiam sobie, że na obozie odkryłam w sobie potrzebę podejmowania wyzwań, a to już chyba blisko do znalezienia tej miłości. Tej, bez której można żyć, ale czy takiego życia chcemy?

Czuję, że tu sobie pozwalam. Przede wszystkim po prostu być. Chłonąć, przeżywać. Pozwalam sobie swobodnie być sobą. I być szczęśliwa, spokojna i podekscytowana jednocześnie, spełniona. Pozwalam się zaskakiwać. Pozwalając sobie chciałabym też pozwalać innym. Pani Ania zaprasza nas wszystkich na scenę, żeby rozpocząć rok szkolny. Chciałabym, żeby ci, którzy są tu po raz pierwszy oglądając nasze sztuki, pokrzepiające uśmiechy, łzy spełnienia, czy wspólne ustawianie scenografii, poczuli, że też mogą sobie pozwolić.

Teraz zamykam oczy. Jadę pociągiem i czuję się jak na obrazie Hoppera. Jednak na chwilkę się wymykam obu tym światom i układam myśli – jak książki na półce. Zaznaczam najważniejsze strony i cytaty, żeby z łatwością odnaleźć je w pamięci, kiedy będą mi potrzebne. Wiem, że kiedy podniosę powieki będę gotowa chłonąć i pisać kolejne ważne momenty. Ognisko niezaprzeczalnie jest inspiracją, ale książek, w których sami jesteśmy bohaterami i dokonujemy rzeczy niemożliwych nikt za nas nie napisze. Życzę wszystkim Ogniskowiczom odnalezienia łatwości pisania sobie kolejnych wyzwań i wspomnień.

piątek, 6 września 2019

Jakub Prange-Barczyński - Gdzie kończy się historia, a zaczyna się życie?



Zawsze szczerze wierzyłem w pogląd mówiący o tym, że nasze życie jest kształtowane przez innych ludzi - osoby, które się w nim pojawiają. Każde spotkanie ma szansę nas w jakiś sposób zmienić, ukształtować. Nie mam pojęcia kto - jaka wyższa siła decyduje o tym, że mam do czynienia akurat z tymi osobami, w tych, a nie innych okolicznościach, lecz im starszy jestem, im bardziej wyrastam z głupiej, nastoletniej blazy, tym bardziej doceniam każde z tych spotkań. Tak właśnie kilka zbiegów okoliczności niecałe siedem lat temu zaprowadziło mnie do Ogniska, a parę niezwykle ważnych spotkań doprowadziło do tego, że w lipcowe południe znalazłem się w altance przy „Cyganówce” – drewnianej działce w środku lasu w Wildze. Na spotkanie z Panią Elżbietą Ficowską byliśmy przygotowani, przynajmniej pozornie. Mieliśmy podłoże historyczne, zasób pytań, które trapiły nas już od dawna, ale nie mieliśmy pojęcia jaką Pani Bieta jest osobą. Na to nie da się przygotować. Na gościnne przyjęcie, na wyjście do nas, a przede wszystkim na to, że nie trzeba nawet zadawać pytań, bo historię usłyszymy sami. Historię nie byle jaką, historię, która dla nas, dla naszego pokolenia jest niezwykle istotna. Jesteśmy pokoleniem komfortu i dystansu, może dlatego baliśmy się konfrontacji z Panią Elżbietą. Strach przed tym, że ktoś usiądzie przed nami i opowie nam prawdę, to jak było, bez żadnego łącznika, bez książki do historii. Lecz osoba, która usiadła przed nami nie była tylko elementem historii, od której nie mamy szansy się zdystansować. Była niesamowitym rozmówcą i osobą, od której opowieści dystansować się nie chciało. Patrzyłem na nią, na jej czerwone korale i lekką wzorzystą sukienkę - była wspaniała, a to pierwsze spotkanie - i cała jego oprawa zostaną mi w pamięci na zawsze. Moje pierwsze spotkanie z Panią Elżbietą Ficowską i pierwsze prawdziwe spotkanie z historią.

poniedziałek, 2 września 2019

Maks Hojka - Poznając Bietę



Wracając do domu działkowego Elżbiety Ficowskiej na rogu ulic Wakacyjnej i Miłej towarzyszyły mi dwa uczucia. Przede wszystkim mając na uwadze, iż pierwsze spotkanie działało na zasadzie przełamania lodów, wszyscy wiedzieliśmy, że tym razem nie możemy zatrzymać się na rozmowach o naszych umiejętnościach kulinarnych. W końcu przyjechaliśmy porozmawiać o sprawie dla naszej bohaterki nie tyle ważnej, co mającej diametralny wpływ na rozwój jej psychiki. Patrząc na to z perspektywy 17-latka, nie wiem jak ja bym zareagował i co zrobił z tą informacją. Nie wiem czy wywołałaby ona we mnie uśmiech czy łzy, ale jestem przekonany, że to byłby jeden z tych momentów, w których masz świadomość, że nie wszystko da się przemilczeć. Do tego wszystkiego musimy być jeszcze dociekliwi, znaleźć temat, opisać osobie postronnej historię. Bałem się tej wścibskości.
Drugie uczucie było bardziej przeświadczeniem. Czymś, czego nie jesteś w stanie zobrazować sobie w głowie w postaci myśli. Było w tym coś relaksującego. Może to po prostu świadomość, że kiedy ujrzę ponownie wóz cygański odrestaurowany za cenę małego samochodu i Panią Bietę wychodzącą nam naprzeciw spod Cyganówki, to pomimo wagi tematu, celu, dzięki któremu się poznaliśmy, to pomimo tego wszystkiego będziemy w stanie wrócić do tej pierwszej cudownej i dziwnie znajomej rozmowy. I tak właśnie było. Dokładnie tak. Jedyne co się zmieniło to obecność kamery, andrutów z czekoladą i pani Ficowskiej siedzącej na schodkach cygańskiego wozu. No lepiej być nie może.

niedziela, 1 września 2019

Aleksandra Moskal - Spotkanie widoków niepowtarzalnych



Zwyczajne letnie popołudnie przy soku malinowym było początkiem naszej znajomości z Panią Elżbietą Ficowską. Chcę podzielić się z Wami moimi refleksjami po dwóch spotkaniach, gdyż mój twórczy niepokój nie pozwala mi zatrzymać tego tylko dla siebie. Chyba najważniejsze, że w tym spotkaniu dwóch światów, trzeci świat powstaje - już nasz, wspólny. Nie spodziewałam się, że spotkanie na tle historii odbierającej poczucie bezpieczeństwa, z osobą właściwie ze mną niewiązaną, obcą, może dać mi aż takie poczucie bezpieczeństwa. Że część mej duszy, umysłu, która wcześniej milczała, teraz mówi i to nie z przymusu. I tu właśnie czuję, widzę, bez patosu, że jest to właśnie rodzaj spotkania widoków niepowtarzalnych. I nie chodzi tu o niepowtarzalność spotkania samego w sobie, lecz połączenia światów tworzących od teraz, nasz wymiar, naszą sprawę, rzeczywistość, w tym sensie niepowtarzalną.


Już któryś dzień trwam w tym trzecim, naszym świecie. Z łyżeczką wspomnień? Myślę sobie, że jest jest mi w tym świecie po prostu dobrze. Najważniejsze jest dla mnie to, że nie jest to świat Elżbieta Ficowska i my próbujący ubrać historię poszukiwania jej tożsamości w jakąś ciekawą formę artystyczną, to nie tylko łyżeczka, pudełko i strach w oczach rodziców. Ten świat to Elżbieta Ficowska i my. Elżbieta Ficowska, która nas zauważyła. Każdego z osobna i całą czwórkę. Zainteresowana również naszym życiem, śmiesznymi historiami o rodzeństwie, szkole i w ogóle ciekawa naszej rzeczywistości. Pełna zaufania, z chęcią rozmowy, nie wywiadu - o niej samej. 

Barbara Kurzejewska - Refleksje po spotkaniu Pani Elżbiety Ficowskiej




Ola, Basia, Kuba i Maks z Panią Elżbietą Ficowską 
przed prawdziwym wozem cygańskim w "Cyganówce", lato 2019

Jadąc na wilżańską działkę nie spodziewaliśmy się, że trafimy do innego świata - Cyganówki. Nie chcąc by chwile tam spędzone uleciały postanowiłam spisać swoje refleksje na gorąco.
Świadomość tego, że coś się wydarzy przeraża mnie bardziej niż wizja zaskoczenia. Im bliżej celu, tym więcej rodzi się w mojej głowie pytań do mnie samej niż do pani Elżbiety.
Jak zadać pytanie? Jak uniknąć niezręcznej ciszy?
Stres mija wraz z zobaczeniem Pani Elżbiety. Nie widzę starszej Pani, która przeżyła horror, tylko (jeżeli mogę tak powiedzieć) Babisię. Dojrzałą uśmiechniętą kobietę, otwartą i chętną do rozmowy.
Pewnie widzi nasz stres i niepewność, bo po najprostszym pytaniu zaczyna opowiadać. Ona chce mówić! O swoim życiu,  o naszym życiu, o soku, o ogórkach… o wszystkim!
Wydawało mi się, że gram w Szansie na Sukces. Niektóre słowa można było pociągnąć i spadał wtedy nie tekst piosenki, a opowieści, historia lub po prostu śmiech.
Nie wiem, ile czasu siedzieliśmy u Biety, ale rozmowa po prostu płynęła. A najlepszy moment? Zdjęcie przy wozie cygańskim, kiedy Pani Elżbieta ścisnęła moją dłoń i ją pogłaskała.
Nie mam jednej myśli, która zostaje w mojej głowie, mam ciepłe rozpływające się w sercu wspomnienie.

Nie umiem zacząć. Przeważnie dzieje się tak, ponieważ temat mało mnie interesuje, nie mam powodu, żeby o nim rozmawiać. Stad też moje zaskoczenie, dlaczego w tym przypadku jest mi tak ciężko. Drugie spotkanie z Elżbietą Ficowską... ważne, ważniejsze, żeby nie powiedzieć najważniejsze. Po pierwszej rozmowie byłam onieśmielona i zachwycona młodzieńczą energią Biety. Po drugiej kompletnie nie umiem pozbierać myśli. Nie czułam się jak wścibski reporter wchodzący z butami w czyjeś życie, ja przez nieokreślony bliżej czas znajdowałam się w bańce, szczelnej i kolorowej. Nie czułam stresu, nie widziałam Oli, Kuby i Maksa. Znajdowałam się tam ja i Bieta, a dookoła nas rozgrywały się najróżniejsze sceny z jej życia.
Co mnie najbardziej wzrusza w tej „znajomości”? Intymność i fakt, że zostałam potraktowana jak przyjaciółka i mogłam usłyszeć historie, które nie wszyscy znają.
Ta znajomość pachnie lasem, smakuje sokiem malinowym, a jak wygląda? To chyba zostawię tylko dla siebie.