wtorek, 24 lipca 2018

Maks Hojka - (nie)do trzech razy sztuka



(nie)do trzech razy sztuka

Czyli o tym jak po raz kolejny dałem się zwieść przekonaniu, ze w jakikolwiek sposób znam to miejsce.

W miarę przyswajania nowych doświadczeń, przestrzeni i ludzi, uczymy się mechanizmu funkcjonowania rzeczy. Uczymy się, czy wchodząc do jakiegoś pomieszczenia powinniśmy pociągnąć czy popchnąć wejściowe drzwi, wiemy gdzie znajdziemy szklanki, poduszki, ozdobne poduszki czy szczotkę do włosów lub zębów. Analogicznie, jako ludzie czujemy się coraz bardziej komfortowo w miarę postępowania asymilacji w towarzystwie i wiemy kiedy możemy na co sobie pozwolić względem drugiej osoby. W miarę powtórnego doświadczania tych samych uczuć i uczestniczenia w tych samych, określonych pewnymi ramami sytuacjach, czy to społecznych, czy to prywatnych, zaczynamy czuć pewną kontrolę i bezpieczeństwo. Nawet skoczkowie spadochronowi, którzy nigdy nie będą mieli 100% pewności co do tego czy wrócą na ziemię, budują sobie świadomość, w której czują się z każdym skokiem coraz pewniej. Czasem przez to próbują postawić sobie nowe granice, co czasem bywa katastrofalne w skutkach, ale nie o tym chciałem napisać. Chciałem napisać o tym, że pod względem pewności co do przebiegu zdarzeń, które mają mieć miejsce, skoki spadochronowe w porównaniu do każdego rodzaju styczności z Ogniskiem „U Machulskich”, jest jak skakanie na trampolinie stojącej pół metra nad ziemią. Naprawdę! Ognisko to najniebezpieczniejsza aktywność w jakiej może brać udział człowiek! Uprawiasz na swoją odpowiedzialność! Ale żeby wszyscy wzięli mnie na poważnie, kilka słów wyjaśnienia.
Właśnie zakończyłem swój trzeci rok życia z Ogniskiem, zrobiłem swój trzeci warsztat i po raz trzeci zdecydowałem się wyjechać z Ogniskiem gdzieś poza tokiem zajęć weekendowych. Perspektywa wyjazdu na dwa tygodnie ze znajomymi, którzy tak jak ty, mają chęć i potrzebę zrobienia dla siebie czegoś więcej niż szlajania po mieście w poszukiwaniu jakiegoś wrażenia (co wcale nie wydaje się być bardzo odległą od rzeczywistości wizją) brzmi jak fantastyczny pomysł. Wspomnienia z poprzedniego obozu, świadomość uczestniczenia w tworzeniu nowych, uczucie pustki i rozdarcia w momencie wyjazdu – to wszystko wraca do ciebie jak fala i nie przestaje powracać, aż do momentu, w którym na powrót zdajesz sobie sprawę z tego w co ty się właśnie wpakowałeś. Zwykle uderza cię to gdzieś pomiędzy drugim, a trzecim dniem, kiedy perspektywa pobytu wciąż wydaje się być nieskończonością, ale kiedy zdążyłeś już wyczuć grunt, trochę się zaaklimatyzować i poznać wcześniej nie poznane twarze. Mnie uderzyło to w pierwszej sekundzie po wycofaniu się z parkingu ośrodka „WILGA”, Mini Coopera mojej mamy, z uśmiechem pozbywającej się nie wątpliwie ciężkiego dla niej balastu i to aż na dwa tygodnie! Właśnie w tym momencie wraca wszystko to czego się nie wspomina, co umyka pod naporem tych przepięknych wspomnień i chwil. Wszystkie nieprzespane noce, nieustanne bycie w gotowości do kreatywnego działania, obrzydzenie na twarzach co po niektórych kolegów i koleżanek obserwujących w jaką ekstazę popadasz na widok zupki chińskiej pozostawionej bez opiekuna i czekającej na niechybną śmierć, kiedy łapiesz ją w swoje zmęczone, „Machulskie” orle szpony. Tak, było za każdym razem kiedy znajdowałem się na wyjeździe z Ogniskiem. Tym razem doszły do tego dwa dodatkowe wyzwania: dawanie przykładu oraz branie odpowiedzialności. Tak się właśnie złożyło, że w tym roku po raz pierwszy, należałem do tej starszej części uczestników obozu, wobec czego byłem również jednym z uczestników, na których spoczęło zadanie rozpędzenia tej machiny na tyle, aby zaczęła w pewnym sensie żyć własnym życiem. Świadomość tego, że ktoś oczekuje od ciebie słowa aprobaty, że nagle stałeś się w wielu kwestiach ciałem decyzyjnym, że to ty decydujesz o tym co gdzie jak i kiedy, mroziła mi krew w żyłach. Wtedy właśnie poznałem moją grupę. 7 cudownych, inteligentnych i niezwykle utalentowanych osób, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie mam czym się przejmować. Razem dokonaliśmy wielu niesamowitych rzeczy, których nawet nie spróbuję wyjaśnić słowami, ponieważ żadne ze znanych mi słów nie oddaje w najmniejszym stopniu tego, czego jako grupa doświadczyliśmy na tym obozie. Na sam koniec wyjazdu, wszyscy byliśmy zmordowani, wyczerpani, ale też niezwykle dumni i spełnieni. Na sam koniec wyjazdu, pojawiły się łzy, wszystkie „do zobaczenia w Ognisku”, „do zobaczenia w Warszawie”, „do zobaczenia za rok” i masa innych słów, których żadne z nas nie rzucało na wiatr. Na sam koniec tego wpisu, chciałem zauważyć, że tak: odbieram w tym roku dyplom, ale wiem że jeszcze zrobię warsztat. Tak: wielu z moich przyjaciół rozpoczyna rok maturalny albo już idzie na studia, ale wiem, że ja jeszcze w Ognisku zostanę. Tutaj można być, eksperymentować i przekraczać granice do woli, ty ustalasz swój własny deadline; tak jak to czasem z katastrofalnymi skutkami próbują robić skoczkowie spadochronowi, z tą różnicą, że tutaj żadnych katastrofalnych skutków nie ma. My nie jesteśmy jak skoczkowie spadochronowi, ponieważ nie poddajemy się prawom grawitacji, ponieważ my lecimy tylko i wyłącznie do góry. Ponieważ to co dla innych jest na dole, dla nas jest na górze.

Uffff.....

A teraz przerwa, zasłużony odpoczynek. Trzeba przyznać, że jakoś tak milej wchodzi się w wakacyjną labę ze świadomością tego, czego udało ci się w te dwa tygodnie dokonać.


niedziela, 22 lipca 2018

Małgorzata Czerwień - Herbata z słów podana w ważnym kubku




Jeśli wszystko przebiegnie pomyślnie ten wpis będzie pierwszym ukończonym przeze mnie tekstem od pół roku. Z tego powodu podchodzę do niego z lekką niepewnością. Od dawna wiedziałam, że po obozie napiszę coś na bloga, ale długotrwała niemoc w  dobieraniu słów, która bardzo mnie męczyła przed wyjazdem, sprawia, że jestem nieco onieśmielona. Długo przygotowywałam okoliczności pisania, jakby to, co nastąpi, miało być świętym i cudownym aktem. Wybierając herbatę, godzinę, pozycję na fotelu i koszulę odwlekałam tę chwilę, bo nie wiedziałam jakich słów użyć.
To był chyba pierwszy wyjazd, który był dla mnie tak obfity w interakcje z innymi. Zmniejszyłam wyczulenie na swoje potrzeby i oddałam się rozmowom, spojrzeniom, uściskom, zwierzeniom i w końcu samej obserwacji otaczających mnie ludzi, którzy zdawali się aż drżeć emocjami, myślami i pięknem. Migawki tych spotkań krążą w mojej głowie, stąd pierwszym pomysłem było zbudowanie tu muzeum, w którym odpowiednio ustawiłabym i oświetliła najważniejsze dla mnie momenty, lecz wydaje mi się, że nie chciałabym nikogo wpuścić do środka. Dlatego opiszę to, co zauważyłam już po obozie, lecz dzieje się dzięki ingerencji tych kilkunastu dni w moje istnienie.
Jednym z punktów moich przygotowań do rozpoczęcia wpisu była herbata, koniecznie w kubku, który miałam na obozie. Litery na szkle zdają się na mnie patrzeć i czekać na reakcję. „Po prostu napisz to.” Kiedy pakowałam walizkę długo się wahałam, czy z maltretującą mnie niemocą powinnam go używać, bo zdawał się być potężną kpiną. Na szczęście stał się świadkiem moich zmagań ze słowem i teraz mogę dumnie odkładać na niego dłonie po wciśnięciu kolejnych liter na klawiaturze.
Wydaje mi się, że w trakcie obozu miałam szansę odpocząć od presji, którą na sobie wywierałam i uwolnić się w pewnym sensie od potrzeby składania słów. Kilkanaście dni spędziłam wśród ludzi, którym nie musiałam tłumaczyć niczego, ani tłumaczyć się. Wśród nich znalazło się sześć osób, z którymi obdarzyliśmy się zaufaniem i odważyliśmy się zaryzykować. W ten sposób powstał warsztat, któremu nadałam numer dwa i pół, by uciec od podniosłości trzeciego, ostatniego warsztatu i otworzyć się na przyjemność tworzenia go. Nie byłam w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności za słowa, więc podjęłam się adaptacji utworu, który pisał o tym, co mnie męczyło słowami, których nigdy bym nie wykorzystała. O dziwo było to dla mnie bardzo uzdrawiające. Po raz pierwszy, zamiast w stresie ucieleśniać nieosiągalną wizję z mojej głowy, z przyjemnością obserwowałam kolejne próby. Pozwalając sobie na swobodę i improwizację pracowaliśmy z ciągłym zaskoczeniem, a proces powstawania był istotniejszy niż sam efekt końcowy. Widownia zobaczyła jeden spektakl, ale ja przez tydzień codziennie oglądałam inne emocje i spojrzenia i choć może to jest egoistyczne, ta świeżość i balansowanie na granicy równowagi było mi szalenie potrzebne.  
Od konfrontacji ze słowem odsunęły mnie także zajęcia instruktorskie. Praca z ciałem pozwalała przesunąć ograniczenia, przepuścić przez siebie serię emocji, które zakręciły w głowie, jak długie wpatrywanie się w kalejdoskop, by na koniec przynieść ulgę, spokój, w pewien sposób oczyścić. Balansowałam między boleśnie wyostrzoną świadomością i rozmywającym się, wibrującym transem. Każdego dnia wychodziłam z sali konferencyjnej absolutnie oszołomiona i zaskoczona tym, co jestem w stanie z siebie wyciągnąć.
Poza tą specyficzną ciszą w natłoku wrażeń ważnym etapem w moim skradaniu się do słów, była niespodzianka jednej z grup, która silnie uderzyła i rozchwiała  moje poczucie bezpieczeństwa. Słowo „wrażliwość” padło w niej tyle razy, że wyblakło zupełnie i zamiast należnej mu podniosłości popadło w śmieszność. Bardzo lubię ładne słowa. Kolekcjonuję je i często przymierzam, staram się używać codziennie, by dodać piękna otaczającej mnie rzeczywistości, lecz jednocześnie sprawiam, że znika ich absolut, wyjątkowość. Przez parę dni byłam pewna, że muszę jak najszybciej uciec od ciągłego sięgania po największe słowa, jednak kiedy w ostatnią noc nikt nie potrafił opisać tego, co obezwładniło go na obozie bez użycia wyśmianej „wrażliwości” zrozumiałam, że są takie miejsca, gdzie można używać ich codziennie. Po wpisaniu różnych słów do książek, kiedy słońce zwiastowało, że najwznioślejszy moment obozu dobiegł końca wyszłam na moment na taras. Przez otwarte drzwi dobiegały głosy siedzących w sali, ale nie dało się już odróżnić wyrazów. Stojąc tak w ciszy udało mi się pogodzić ze słowami.
Choć wciąż jest we mnie niepewność i ostrożnie dotykam liter na klawiaturze, to napis na kubku już ze mnie nie szydzi i wiem, że bez słów nie byłabym w stanie żyć. Po prostu to napisałam i po prostu chcę pisać dalej, żeby inni mogli zaparzyć z moich słów herbatę i pić ją we własnym kubku.

piątek, 13 lipca 2018

Jakub Prange Barczyński - Kim jest marzyciel?

zdjęcie z warsztatu Joanny Sajewicz na podstawie "Dziejby leśnej" Bolesława Leśmiana


Kim właściwie jest marzyciel? Z pewnością nie jest do końca człowiekiem, można określić go czymś w rodzaju gatunku pośredniego. Mieszka najczęściej gdzieś w niedostępnym kącie, jak gdyby się w nim krył nawet przed światłem dziennym. Nic prócz własnych myśli nie jest w stanie go odnaleźć. Widzi świat w obrazkach, jakby każda chwila życia przemienić się miała w filmowy kadr, taki który powinien na jak najdłużej pozostać w pamięci. I przecież tak łatwo, tak naturalnie stwarza się ten bajeczny, fantastyczny świat! Jak gdyby to rzeczywiście nie było złudzenie! Czasami chce mu się wierzyć, że całe życie nie jest ani wynikiem rozbudzonego uczucia, ani mirażem, ani złudzeniem wyobraźni, lecz że jest prawdziwe, rzeczywiste, że istnieje.
Może brzmieć to głupio i patetycznie, ale marzyciel z zasady nie jest szczęśliwy… Mimo to w jego życiu istnieje parę chwil, które sprawiają, że ten schemat zwyczajnie traci sens. W tych momentach powstaje nowy obrazek, którego jeszcze nie potrafił sobie wyobrazić, a jego piękno zewnętrzne i to co za sobą niesie zapiera mu dech w piersiach. Przestaje myśleć i odczuwa świat całym sobą. Po jakimś czasie orientuje się, że coraz cięższe krople deszczu spływają po jego skroni, a jemu nie jest zimno. Wręcz przeciwnie, ciepło, które pojawiło się znikąd rozgrzewa jego wnętrze do granic możliwości. Zaczyna czuć się szczęśliwy…
Kolejne godziny upływają pod znakiem myślenia; jak do tego doszło, dlaczego czuję się aż tak szczęśliwy? Czemu nie mogę odnaleźć odpowiednich słów? Zastanawiam się z jakiego powodu nie mogę przestać się uśmiechać. A myślami wracam do czasu kiedy wszyscy po deszczu siedzieliśmy razem, po niesamowitym przeżyciu, wszyscy razem… A w głowie gra mi Leśmian.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Barbara Wrona - Mam to za sobą?





Do napisania tego wpisu wybrałam sobie miły dzień niesprzyjający szybkiemu myśleniu. Po napisaniu kilku początków i natychmiastowym usunięciu ich zrozumiałam, że wraz z wakacjami przyszła blokada pisarska. Postanowiłam więc zaczerpnąć inspiracji z książek; z nie byle jakich książek oczywiście, wręcz przeciwnie - z książek bardzo wyjątkowych, bo ogniskowych. I jak to z Ogniskiem zwykle bywa, pomoc przybyła do mnie niemal natychmiastowo, gdy w ręce wpadła mi książka zatytułowana „Mam to za sobą” (Serock 2017).

I ja, podobne jak Shirley MacLaine (autorka książki), mam to za sobą, bo po trzech latach w Ognisku wiem już, że nie wrócę na zajęcia w przyszłym roku. I chociaż przede mną wciąż ogniskowych doznań wiele — bo i obóz, i jeszcze jeden warsztat do zrobienia — to powoli zaczyna docierać do mnie myśl, że kończy się pewien bardzo ważny dla mnie czas. Pewien etap, który zaczęłam zupełnie nieświadomie, a z którego wychodzę z oczami otwartymi tak szeroko, jak nigdy dotąd.

I z wielką przykrością zdaję sobie sprawę, że nie umiem podsumować tego czasu jednym zgrabnie napisanym wpisem na bloga, mimo wielkich chęci. Im dłużej piszę o tym, tym bardziej brakuje mi słów. Więc zamiast pisać podsumowanie leżę na łóżku i sobie wspominam: czas, kiedy Paryżanin Polski liczył ponad dwadzieścia osób; pierwszą rolę w warsztacie, czyli monodram, na który przyszedł Piotr Adamczyk; łzy, po odśpiewaniu ostatniego hymnu na obozie; ogromną niepewność tuż przed omówieniem mojego warsztatu; i tak wiele, tak bardzo wiele, innych.

Szanowna Pani Shirley MacLaine,
W przeciwieństwie do Pani nie mam tego za sobą, i wiem, że nigdy nie będę miała. Chociaż moja przygoda z Ogniskiem niedługo się kończy, to moje wspomnienia i przeżycia związane z tym miejscem, z tymi ludźmi przecież nie znikną. Ognisko jest jednym z tych elementów, które najbardziej przyczyniły się do tego, kim jestem. Są podstawą, na której będę budowała dalsze życie.

Więc teraz, wyposażona w piękne przyjaźnie i wspomnienia, ciekawość świata, wrażliwość na drugiego człowieka i dziesiątki nowych książek wyruszam dalej. Nie wiem, co zrobię z całym tym wolnym czasem w weekendy, ani gdzie będę uciekać zimą, jak nie pod palmy do Pęcławia, ale wiem, że to, czego nauczyło mnie Ognisko, zostanie ze mną na zawsze.

Ale to wszystko za chwilę. Teraz lecę szukać tekstu na warsztat…

czwartek, 21 czerwca 2018

Hania Korewicka - Nasza wielka rodzina



   
   Parę dni temu udało mi się na chwilę zatrzymać. Leżałam na trawie w parku ciesząc się jak dziecko, któremu właśnie udało się oderwać stopy od ziemi na huśtawce. Może zabrzmi to trywialnie i prosto, ale czułam siłę, wolność i trudne do opisania szczęście. Szczęście, które w biegnącym szalonym tempem czasie, często nam umyka, albo go nie dostrzegamy. 
   Widziałam słońce, które chyliło się ku ziemi, a zapachy kwitnącego lata otulały mnie z każdej strony. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego o tym się nie mówi. Dlaczego nikt nie dzieli się tym, co jest piękne, co pięknego poczuł, czy zobaczył. Wtedy zrozumiałam, że się mylę, bo przecież jest taka grupa, która właśnie na tym się skupia i widzi znacznie więcej. Ma szeroko otwarte oczy na świat i ludzi, którzy ją otaczają. Oczywiście dostrzegamy też to, co okrutne, przerażające, szare i smutne, ale umiemy o tym w ludzki sposób rozmawiać. Zawsze staramy się szukać rozwiązania, nie poddajemy się. Wspieramy się w trudnych chwilach. Nawet w tych, które nie są w stanie być ujęte słowami. Umiemy wspólnie płakać, przeżywać i milczeć. Nie raz wydawało mi się, że sobie nie poradzę, ale wtedy przypominałam sobie o Ognisku, czułam siłę, która kazała mi iść dalej. 

   Ognisko, to wielka, wspaniała i dobra rodzina, która z każdym kolejnym rokiem się powiększa. Każdy przechodzi w nim drogę, która tak naprawdę nigdy się nie kończy. Ognisko, to początek. Ten rok po sześciu już latach uczęszczania na zajęcia był  moim ostatnim. Teraz pozostaje mi tylko nieść dalej, to czego nauczyła mnie ta wielka rodzina. Kiedyś nie rozumiałam, co znaczy zdanie: nie wiem gdzie i kim byłbym bez Ogniska, w tym momencie w pełni się z nim utożsamiam. Ognisko kocham całym sercem i jestem mu niezmiernie wdzięczna. Poznałam mnóstwo niesamowitych, dobrych ludzi i przeżyłam niezliczoną ilość pięknych i niezapomnianych chwil. 
Dziękuję za tę wrażliwość i halinistyczne dobro, które mnie ukształtowało.

gotowa, idę dalej...


wtorek, 19 czerwca 2018

Karolina Zimoch - Czy coś może trwać wiecznie?



Czy coś może trwać wiecznie?

Czy to prawda, że wszystko się kiedyś kończy? Czy coś może zostać z nami do końca? Zwłaszcza, że w naszych szybkich czasach „na zawsze”  trwa około dwa miesiące.  Przez całe nasze życie coś się zaczyna, a coś się kończy.  Zakończenia dzielimy na te przyjemne jak zakończenie szkoły czy dnia pracy. Ale także na te, których się boimy i bronimy przed nimi rękami i nogami, jak zakończenie związków czy pięknych przyjaźni. Idąc dalej tym tropem zakończenia  możemy podzielić także na te nieuniknione,  wynikające z upływu czasu, a także te, które są naszym wyborem. I właśnie na nich chciałabym się  najbardziej skupić. 
Kiedy zaczęłam pisać ten tekst przypomniało mi się co powiedziała pani Ania „na pewno coś poruszyło Cię na zakończeniu”. Padło  tam wiele pięknych fraz,  które każdy Ogniskowicz słyszał nie raz i można by o nich rozprawiać bardzo długo.  A więc po co i ja mam o tym pisać?  Mnie poruszył fakt, że to nie było jedne z tych smutnych zakończeń,  których wszyscy staramy się unikać. Przecież już w październiku większość z was wróci na zajęcia do swoich ukochanych grup, część pojedzie już za chwilę na obóz. Co z resztą, co z tymi, dla których to zakończenie było ostatnim?
Przychodząc do Ogniska dokonujemy pewnego wyboru, zakładamy wielkie ogniskowe okulary i zaczynamy postrzegać świat tylko przez ich pryzmat. Wyrabiamy swoje zdanie, wyrażamy wszystkie swoje „ale” poprzez warsztaty, pokazy, niespodzianki itd.  Uczymy się odnaleźć siebie, poznajemy wspaniałych,  inspirujących ludzi. Bardzo rozczulił mnie  pokaz najmłodszej  grupy, szczerze mówiąc patrzyłam na nich z wielką zazdrością. I chociaż na co dzień staram się wyrzekać tego okropnego uczucia, było to nieuniknione. Mają przed sobą mnóstwo wspaniałej zabawy, są dopiero na początku tej drogi. Tu powracamy do pytania: co z tymi, którzy tę zabawę skończyli?  Niczym nie różnią się od tej najmłodszej grupy, mają  po prostu kilka lat więcej doświadczenia. Dokonali wyboru, okulary,  które nałożyli na swój nos na początku tej przygody stały się nieodłączną częścią garderoby, która pięknie ozdobi ich duszę do końca życia. Tak, właśnie. DO KOŃCA ŻYCIA, NA ZAWSZE, WIECZNIE. Przestudiowali już instrukcje ich obsługi i są gotowi pójść w świat. Jasne, że każdy boi się końca, ale chociaż to koniec ich zajęć w Ognisku, nigdy nie przestaną być Ogniskowiczami.
Więc jeśli jesteś już „za stary na Ognisko” uśmiechnij się, niczym nie różnisz się od Ogniskowicza,  który dopiero stawia swoje pierwsze kroki w tym świecie. Nie ważne czy masz 13, 25, czy 70 lat. Jeśli gdzieś zapodziałeś swoje ogniskowe okulary- wygrzeb je z dna szafy, ubierz i uśmiechnij się do losu. Bo jesteś wybrańcem, w którego sercu Ognisko trwa wiecznie.

piątek, 1 czerwca 2018

Maciej Wojtyszko - ZWIERZĄTKO, MAMA, JA I SZPITAL


z okazji dwóch Ważnych Dni - Dnia Matki i Dnia Dziecka - profesor Maciej Wojtyszko przesłał na naszego bloga opowiadanie o Zwierzątku...


Maciej Wojtyszko
                                                                                                         

                                              ZWIERZĄTKO, MAMA, JA I SZPITAL


Zwierzątko Mojej Mamy.
Powstało czterdzieści lat temu jako rezultat prostej obserwacji: Ja i Mama.
Wiem, że to brzmi trochę infantylnie, kiedy sześćdziesięcioletni mężczyzna mówi „Mama”, ale zawsze tak mówiłem, bo „Matka” to było słowo twarde i obce. Z wielkiej literatury albo z głupiego dowcipu: „Matka! Jest tylko jedna!”.
Może inni mają matki, ja mam Mamę.
A Zwierzątko Mojej Mamy (w skrócie ZMM) to postać z opowiadania dla dzieci, które napisałem trzydzieści kilka lat temu i które jest personifikacją pewnego zjawiska – kiedy matka i syn (czyli my) podejmujemy wspólnie jakieś  zadanie,  stopień komplikacji rośnie wprost proporcjonalnie do siły naszego wspólnego zatroskania i wysiłku, by wszystko poszło dobrze.
Dokonałem tego odkrycia (tj.  wyż. wym. Zwierzątka) dawno temu, kiedy jeszcze nie było setek poradników psychologicznych mówiących o toksycznych rodzicach, toksycznych dzieciach, toksycznych rodzinach i toksycznych związkach.
Matka i syn - relacja mistyczna.
My z Mamą jesteśmy może trochę mistyczni, ale głównie wodewilowo-farsowi.
Kiedy wspólnie ruszamy w świat, chaotyczność rzeczywistości natychmiast wychodzi na jaw. To my na ten chaos. A on na nas. I nagle, nie wiadomo skąd, rodzi się forma czyli opowieść.
Ale do rzeczy.
-          Przysłali zawiadomienie ze szpitala, że mam zrobić badania przed operacją zaćmy. Trzeba tam być we wtorek o ósmej trzydzieści – powiedziała Mama.
-          Jak trzeba to trzeba.
Jedziemy. Świt. Parking prawie pół kilometra od wejścia do szpitala. Ryzykuję. Podjeżdżam tam, gdzie karetki. Mama z trudem wysiada z samochodu. Strażnik podbiega, już, już ma coś do mnie powiedzieć, ale uciekam na właściwy parking, zostawiając moją staruszkę na jego pastwę.
Widzę w lusterku, że strażnik rezygnuje ze zrobienia awantury, a ona bohatersko drepcze do wnętrza Szpitala.
-          Co mu powiedziałaś?
-          Że mam legitymację żołnierza AK.
-          Absurdalna argumentacja.
-          To co miałam powiedzieć?
Zwierzątko chichocze mi za uchem, a Szpital jest ogromny. Kilka potężnych budynków, tłum ludzi. Ruch. Sztuczna choinka przy schodach udekorowana symetrycznie  brązowymi bombkami, a z jakiegoś głośnika, jak to zwykle przed świętami Bożego Narodzenia, sączy się kolęda:
 „Nie było miejsca dla Ciebie w Betlejem, w żadnej gospodzie”.
-          Przychodnia specjalistyczna? To w tamtej części. Trzeba podjechać windą dwa piętra do góry, korytarzem w lewo, potem w prawo i na półpiętro.
W windzie razem z nami łóżko z pacjentem pod kroplówką i dwie pielęgniarki. Pacjent pojękuje.
-          My na drugie.
-          A my na czwarte.
Trochę pojeździliśmy, bo z czwartego zjechaliśmy do podziemi, potem na pierwsze, a dopiero potem na drugie. Winda ma program.
Zwierzątko za uchem: „ Co na górze to na górze , co na dole  to na dole - lepiej w  smole niż w stodole, lepiej w murze niż na bzdurze” ( dwa pierwsze wersy pożyczone od Hermesa Trismegistosa)
Na szczęście są napisy „Do przychodni specjalistycznej” , więc jakoś docieramy na miejsce, robiąc postoje co kilkadziesiąt metrów. Czyli w sumie pięć postojów.
-          Pewnie trzeba było podjechać z tamtej strony.
-          Od tamtej strony są budynki gospodarcze i przeganiają.
-          Tu też przeganiają.
-          Racja.
Dochodzimy do napisu „Recepcja”. Kolejka nieduża, siedem osób, a wszystkie w wieku emerytalnym. Niektóre w towarzystwie pilotujących je członków rodziny, na oko niewiele młodszych od swych podopiecznych. Zawiązują się znajomości, bo rejestracja wymaga nieco czasu. Samopomoc staruszków.
-          Trzeba wszystko rozsądnie zaplanować – radzi nam Córka, która przywiozła Matkę na wózku – bo nie dacie państwo rady. Jeszcze jest EKG i rentgen, a to w drugim skrzydle. Najlepiej niech pan wytrzaśnie wózek. Tam na dole można pożyczyć. Tylko niech pan nie wsiada do windy, bo się pan spóźni. Najlepiej po schodach i przy tomografii  w lewo, a potem już prosto, obok kiosku ze słodyczami.
-          Dziękuję.
Dwa piętra w dół, w prawo, w lewo, obok tomografii, potem mijam choroby układu krążenia, urologię, choinkę, aptekę... chyba tu.
„Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony...”
Nie ma kogo spytać. Pani w kiosku?
-          Przepraszam, podobno gdzieś tutaj można pożyczyć wózek inwalidzki?
-          A, tak. To tutaj. Tylko że już wszystkie zabrali. Trzeba poczekać, może ktoś odda...
A tam kolejka.
  Zwierzątko:„Lepiej się odzwyczajać  niż przyzwyczajać, bo odzwyczajanie jest trudniejsze.
Choinka, urologia, choroby układu krążenia, tomografia, dwa piętra w górę, pół piętra w dół...
-          Nie ma wózka!
-          Nic nie szkodzi. Ja już krew oddałam. Ale jest kłopot. Czekam tutaj do czwórki. I nie wiem...
Wychodzi pielęgniarka. Pod białym fartuchem czerwony żakiet. Miła, tylko mówi głośno, bo wie, że pacjenci głuchawi.
-          Pesel trzeba wpisać! Lekarz nie wpisał, a trzeba. Tutaj u góry! Ma pani mocz?
-          A mam mieć?
-          Było napisane na skierowaniu. W zamkniętym pojemniku.
-          To co mam zrobić?
-          Musi pani zrobić do pojemnika! Ma pani pojemnik?
-          Nie!
-          To pan niech idzie do apteki – krzyczy życzliwie pielęgniarka – i kupi pojemnik, a pani nasiusia tutaj w toalecie.
Dwa piętra, tomografia, choroby układu krążenia, urologia, choinka, apteka.
Kolejka!
Na szczęście szybko poszło.
-          Pojemnik na mocz, proszę.
-          Czterdzieści groszy. Sto złotych? Nie mam jak wydać. Same grube. Niech pan weźmie w prezencie. Albo odda mi pan przy okazji.
Pani magister jest młoda i w okularach krótkowidza. Zwierzątko: „Widzisz , widzisz patrzysz a nic nie widzisz
-          Dziękuję. Głupio tak...
-          Odda pan, jak pan będzie mógł.
-          Dziękuję bardzo!
Choinka, urologia, tomografia,  Choroby układu krążenia, blok operacyjny... cholera, zabłądziłem... Musiałem się cofnąć do układu krążenia. Dwa piętra.
-          Kupiłem . Gdzie jest łazienka? Tam z tyłu?
-          Nie, ta to dla personelu. W końcu korytarza.
Idziemy. Mama znika za drzwiami. Długie oczekiwanie. Wychodzi blada.
-          Nie mogę. Zdenerwowałam się. Nie mogę.
-          To co ?
-          Ty weź  zrób.  Wszystko jedno .Przecież to formalność.
-          Za ciebie? Co to za pomysł? Wykluczone! Jeszcze nie oszalałem!
Zwierzątko rży ze śmiechu.
-          Ale ja nie mogę.
-          To jej powiedz.
Wleczemy się do pielęgniarki . Nie mam odwagi zbliżyć się do drzwi numer cztery, bo osoby oczekujące obserwują nas w gniewnym napięciu.
Drzwi się otwierają. Pielęgniarka w czerwonym żakiecie obrzuca nas litościwym spojrzeniem.
-          Już?
Mama ośmiela się podejść i mruczy coś do ucha pielęgniarki, a ona  znów odpowiada bardzo głośno.
-          Proszę się nie martwić. Tu się można napić. Niech syn kupi pani coś do picia, jakiś soczek albo colę. Niech pani odczeka i znowu spróbuje nasiusiać!
Ci pod gabinetem w ogóle bez reakcji. A Zwierzątko rzuca kudłami i  wyje radośnie.
Dwa piętra, tomograf, choroby układu krążenia, urologia, choinka, apteka. Zaraz! Przecież mam teraz portmonetkę z drobnymi! Dług w aptece! Omijam klientów przy okienku. Wysypuję z czarnej podkówki deszcz złocistych dwu- i pięciogroszówek.
-          To w prezencie! Bardzo dziękuję, pani magister!
Przybieżeli do Betlejem pasterze,
grają wdzięcznie Dzieciąteczku na lirze...”
Wracam z wodą mineralną i uważam, żeby dobrze skręcić przed tomografią. Po drodze mijam Córkę i Matkę na wózku.
-          A my już! Jedziemy do EKG! Zająć państwu kolejkę?
-          Jeśli by to nie było dla pani kłopotem...
-          Może się uda!
-          Mamy jeszcze tylko pół godziny  – szeptem informuje mnie Mama. – O jedenastej definitywnie kończą przyjmować mocz.
W zawrotnym tempie pije wodę mineralną. Pięćdziesiąt metrów do łazienki w końcu korytarza przebywa tak szybko jakby ZMM niosło ją na barana.
Oczekiwanie.
Udało się.
-          Zdążyła pani w ostatniej chwili. Już miałam zamykać - mówi pielęgniarka i na dowód zdejmuje biały kitel z czerwonego żakietu. – Pesel niech pan wpisze, bo nie ma!
Szukam długopisu. Pielęgniarka  podaje mi swój.
Ulga. Dwa badania za nami. Do EKG mamy do przebycia wprawdzie kawałek drogi, bo to na pierwszym piętrze, ale można podjechać windą. W windzie na wózku siedzi nieogolony mężczyzna w średnim wieku, bez nogi, a wózkiem kieruje staruszek. Ojciec?
-          Czy to jest czecie piętro? – pyta ten bez nogi.
-          Nie, drugie.
-          Pacz pan, nie możem wycelować. Już z pół godziny jeździm.
-          To ja panom nacisnę trójkę.
-          Myśmy już naciskali.
Młody lekarz, który wsiadł w podziemiu, bo tam zajechaliśmy, wyjaśnia:
-          Ta winda nie zatrzymuje się na trzecim. Musicie przejechać parterem. I wsiąść do windy po drugiej stronie.
-          A na pierwszym? Do EKG dojedziemy?
-          Zatrzymuje się. Ja też jadę na pierwsze.
-          O, to dobrze.
ZMM rozszalało się dzisiaj. Tych dwóch też wyraźnie dopadło, może dlatego na chwilę nam odpuściło?
        A Matka i Córka ? Siedzą pod EKG, ale zrezygnowane.
-          Ze Szpitala poza kolejnością wpuszczają. Już czwarty ze Szpitala wchodzi., a z przychodni nikt. Szpital ważniejszy.
Czekamy. Nic się nie rusza. Jeszcze dwóch ze Szpitala dowieźli.
-          Może by najpierw do rentgena?
-          A to daleko?
-          Piętro wyżej.
Trzeba ryzykować. Ruszamy całą czwórką. Winda nam już nie straszna. Najwyżej sobie pojeździmy w górę i w dół. Zwierzątko mruczy: Dziś nazywam się intuicja ale jutro mogę nazywać się logika
Tylko w podziemiach  trochę poczekaliśmy, bo puste łóżko wracało na czwarte.
 Jakoś nieprzyjemnie puste.
Tego to Ono nie lubi .
Może dlatego w  rentgenie idzie zdumiewająco szybko. Muszę wprawdzie przynieść skierowanie z osobnej rejestracji, które otrzymam na podstawie skierowania, jakie dostałem w tamtej rejestracji, ale to tylko jakieś sto metrów korytarzem i za USG w lewo. A gdzie Matka i Córka? Pojechały. Zajmą nam miejsce.
I rzeczywiście. Kolejka pacjentów ze Szpitala się skończyła i teraz EKG robią raz-dwa. Z Matką i Córką żegnamy się jak starzy towarzysze broni.
 Mama wychodzi z gabinetu z papierową wstęgą zapisu EKG w ręku. Dopina wyjściowe wdzianko.
-  Serdaczek!
-          Jaki serdaczek?
-          Bolerko takie miałam. Serdaczek! Matko Boska, gdzie ja go zostawiłam?
-          Siedź tu i nie ruszaj się.
-          W rentgenie chyba.
Szukam. Nie. W rentgenie nie. Mówiłem, że Ono uwielbia chaos. Czyli że trzeba z powrotem obok choinki, obok tomografii, chorób układu krążenia, dwa piętra w górę... do tamtej rejestracji.
-          Przepraszam, czy ktoś nie zostawił paniom… eee... bolerka?
-          A na krwi czy na moczu?
-          Albo tam, albo tam.
-          To nie.
-          Trudno, przepraszam, dziękuję.
Nie załatwi mnie  serdaczkiem.  Na cholerę nam serdaczek? Zaraz! Łazienka! Jak nic, serdaczek został w damskiej toalecie. Wejść?
Przez chwilę obserwuję drzwi. Chyba nikogo tam nie ma. Przechodzi  siwa pani doktor, ale zagląda do pokoju obok.
-          Na kawę przyszłam – oświadcza   do wewnątrz i zamyka za sobą drzwi gabinetu.
Czuję, że Ono coś  szykuje, ale odważam się  wtargnąć do damskiej toalety.
Oboje jesteśmy zakłopotani. Pielęgniarka w czerwonym żakiecie chowa za plecy papierosa, ja bąkam z zażenowaniem:
-          Przepraszam. Chciałem sprawdzić, czy tu nie został taki serdaczek…bolerko takie...
-          A zostało, zostało, ale nie tutaj, tylko na krwi. Zaraz panu otworzę.
Wyrzuca niedopałek do muszli, spuszcza wodę i wychodzimy na korytarz.
-          To ty Renia nic mi nie mówiłaś, że coś na krwi zostało – zaczepia ją koleżanka z recepcji.
-          Bo jeszcze nie wyszłam.
Otwiera gabinet zabiegowy i zdejmuje z wieszaka serdaczek.
-          To?
-          To. Bardzo dziękuję.
Pełen triumf. Cztery badania zrobione. Serdaczek znaleziony. Pojemnik zapłacony. Kochane Zwierzątko! Stoimy przy sztucznej choince i patrzymy przez wielkie  okno na lecące z nieba wilgotne coś, co jeszcze nie jest śniegiem, ale już przestaje być deszczem. Za nami kłębi się mrowisko szpitala.
Szczęk otwieranych wind, ludzie zmierzający w różnych tempach i różnych kierunkach, lekarze, pacjenci, pielęgniarki, odwiedzający. Choinka  z brązowymi bombkami. Dziwna, specyficznie szpitalna głucha akustyka,  którą  podbudowuje słabo czytelna melodia:
„Z  Narodzenia  Pana dzień dziś wesoły!”
-          Idę na parking – mówię - i spróbuję tu podjechać. Tylko bądź gotowa do wsiadania.
Z premedytacją omijam ustawiony na środku drogi zakaz wjazdu i usiłuję podjechać pod wejście frontowe, ale tuż przed maską mojej Skody wyrasta strażnik.
-          Gdzie? Proszę się cofnąć. Tu nie wolno!
Wrzucam na luz. Zaciągam ręczny. Wysiadam.
-          Widzi pan tę kobietę? – mówię do strażnika. – Ma osiemdziesiąt sześć lat. Jest żołnierzem Armii Krajowej. Jest chora! Chce pan mieć ją na sumieniu?
-          Panie, ja mam polecenia służbowe. A tu same takie przychodzą! Tutaj same chore!
-          Jak mnie pan nie puści, to pana zabiję.
Wsiadam do samochodu i ruszam wprost na niego. Ustępuje. Odjeżdżamy.
Wycieraczki zaczynają nagle upiornie skrzypieć, bo włączyłem je na największą prędkość. Zwalniam tempo wycieraczek i krople deszczu ze śniegiem powoli spływają po dwóch stronach szyby samochodu. Milczymy. Trzeba jechać ostrożnie, bo drogi są śliskie, kierowcy zdenerwowani, a miasto zakorkowane. Ono nie lubi, gdy się traci czujność.
Potrafi wtedy zrobić coś złośliwego.
Dojeżdżamy do domu. Pijemy herbatę. Wreszcie Mama pyta:
-          Myślałeś o Nim?
-           Cały czas!
-          Ja też. Ono jest. Ono chyba jest naprawdę. Pełna mistyka!
-          Pewnie. Masz wątpliwości? Takie numery to tylko Ono!
Śmiejemy się. Z telewizora leci „Gdy śliczna panna syna kołysała”.  Pełna mistyka.
             Są tacy, którzy Go nie mają.