wtorek, 9 lutego 2016

Gabrysia Szmel - Zimowisko pełne przeżyć


Jadąc na zimowisko miałam wiele obaw. Bałam się, że nie zdążę nauczyć się tekstu na warsztat Oli Moskal, w którym miałam grać. Nie znałam osób przydzielonych mi do pokoju. Myślałam o tym, co będzie, jeśli okaże się, że nie jest tak fajnie, jakbym to sobie wyobrażała. Oczywiście okazało się to kompletnie niepotrzebne. Wystarczyło, że otworzyłam drzwi ośrodka, podbiegły do mnie Ada, którą znałam już z obozu z nieznaną mi jeszcze wtedy Marysią. Wzięły moje rzeczy, w ciągu 5 sekund wniosły do pokoju i przywitały się. To był pierwszy znak, że przyjechałam na zimowisko pełne Ogniskowiczów tryskających energią.
Przez kolejne dni nie miałam czasu na zupełnie nic, co można by uznać za zbędne, tak jak na przykład podrapanie się po głowie. Od rana do wieczora biegałam od zajęć przez próby do warsztatu po spotkania grupy, a byłam jedną z tych osób, które miały tam najmniej pracy.
Na zajęcia do grup instruktorskich trafiłam do Pani Zosi. Bardzo się z tego cieszyłam. Na co dzień nie ma z nią zajęć w Ognisku, czego bardzo żałuję. Było w nich pełno emocji, ruchu, energii, kreatywności i wszystkiego innego, co się tylko jeszcze da. Nie dało się na nich nudzić. Pani Zosia okazała się przy okazji zupełnie niesamowitą i niepowtarzalną osobą. Zawsze z uśmiechem na ustach.
Po 3 dniach skończyły się zajęcia instruktorskie, a czas, który wcześniej zajmowały, teraz zapełniły próby do warsztatów i same warsztaty. Codziennie oglądaliśmy kilka z nich. Każdy inny, wszystkie niesamowite. Największe wrażenie zrobił na mnie 3 warsztat Mikołaja Szumowskiego pod tytułem: Warsztat, o którym jutro i tak nikt nie będzie pamiętał. Był to monodram. Grał w nim Janek Kwapisiewicz - przyjaciel Mikołaja, świetny aktor i niesamowity Ogniskowicz. Ja odebrałam ten warsztat jako sztukę, o tym dlaczego warto żyć i co można nazywać miłością. W tym spektaklu Janek mówił wszystko w imieniu  Mikołaja - wyrażał to, co on myśli i czuje. Pod koniec warsztatu na scenie pojawiła się dziewczyna Mikołaja - Ola Uma, jako forma przedstawienia prawdziwej miłości. I wtedy łzy spłynęły mi po policzkach. Nie mogłam potem przestać płakać przez cały wieczór, bo w tym warsztacie  zobaczyłam jak piękne jest to, co on do niej czuje. Przedstawił to wszystko w jednej postaci na scenie. Było to dla mnie coś poruszającego i nie dawało mi spokoju jeszcze przez długi czas.
Kolejne dni mijały, kolejne warsztaty, aż w końcu nadszedł czas pokazu Oli. To miała być moja pierwsza rola w warsztacie - mój debiut. Przed wyjściem na scenę nie mogłam ustać. Przechodziło przeze mnie tornado emocji. Wyszłam przed widownię, a emocje cały czas narastały we mnie, było ich więcej i więcej i więcej. Opadły dopiero, kiedy wszyscy zaczęli bić brawo i rozpoczęło się omówienie. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Na pewno będę je jeszcze pamiętać długi czas, tak jak cały ten wyjazd. Zawsze będę wracać z tęsknotą myślami do czasów tego zimowiska, bo nie ma nic piękniejszego niż grupa ludzi kochających sztukę i Ognisko.



poniedziałek, 8 lutego 2016

Julia Demidziuk - 168 godzin, a tylko 30 snu


Jedziesz samochodem, trzymasz stos książek na kolanach, ale nie tylko ich ciężar cię przygniata  - ciężar wspomnień, doświadczeń, ale przede wszystkim powiek. Pragniesz wrócić, ale gdzie? Do clubu 35+ czy do własnego łóżka? Dobrze wiesz, że to pierwsze jest już niemożliwe, więc gdy tylko wrócisz do domu, położysz się spać. Trzymasz już głowę na poduszce, a tak upragniony sen nie odwiedza twoich skromnych progów. Dlaczego? Bo chyba tak już jesteśmy skonstruowani, że tuż przed zaśnięciem każdy z nas prowadzi rozmowę z własnymi myślami. 
Myślisz, wspominasz, analizujesz - otwierasz coraz głębsze szuflady, w których schowana jest niespodzianka grupy pierwszej, film Dreszcze, warsztat Kroki, taniec Piny Baush, definicja miłości wg Mikołaja Szumowskiego. Największą wartością schowaną w tych wszystkich szufladach nie są twoje przemyślenia, ale nasze. Każdy z nas miał okazję do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami po zobaczeniu teraz już tyko zawartości szuflady, a jeszcze przed kilkoma dniami żywych tworów. I z całego tego huraganu myśli, który wieje podczas każdego z omówień, ty wyciągasz coś dla samego siebie, swoje własne wnioski. Tak więc nie zasypiasz, bo kołacze ci w głowie jedno pytanie: Moje, czy nasze? W końcu oddajesz się w objęcia Morfeusza. 
Po 16 godzinach snu czujesz się wypoczęty, ale co robić, skoro jest 5 nad ranem. Włączasz komputer, wchodzisz na profil Studia Filmowego TOR na YouTube i oglądasz film Constans. Kończysz go, dochodzi  7, a ty nie żałujesz tego, że nie możesz z powrotem zasnąć, ale tego, że nie masz się z kim podzielić swoimi przemyśleniami, bo cały dom śpi, a ludzie z którymi spędziłeś ostatnie 168 godzin twojego życia są rozproszeni po całej Warszawie i okolicach. Tak więc co robisz? 
Ubierasz się i wychodzisz na spacer.

piątek, 25 grudnia 2015

Marta Szlasa-Rokicka - życzenia dla Pani Haliny


WIGILIA 2007
WIGILIA 2014
WIGILIA 2012
WIGILIA 2009
 
Ile wigilii przeżywa przeciętny młody człowiek w okresie świąt? Ja przeżywam trzy. Jedna, ta najbardziej oczywista, będzie 24 grudnia. Druga, której również można się spodziewać, w szkole, taka tradycja. Najmniej „zwyczajną” i „spodziewaną” była ta, która odbyła się w niedzielę. Wigilia w Ognisku. Piąty, kolejny rok w Ognisku, piąta, kolejna wigilia. I jak zawsze robimy pokaz, przynosimy prezenty, jedzenie. Ale teraz było jakoś inaczej, nie ze względu na coroczną wyjątkowość tego dnia, ale przez fakt że to my jesteśmy najstarsi. Jestem w grupie 2015. Co w tym nowego, już rok temu byłam wśród najstarszych. Jednak w niedzielę, kiedy siedzieliśmy w mniejszej sali i byłam w stanie zobaczyć każdego, poczułam się staro. Pokaz grupy pierwszorocznej - bitwa rapsów, drugi rok Pana Jowialskiego i Trzy po trzy. Familiada – pomysł, który powracał do naszej grupy, poszerzonej już o Świętoszka, przez trzy lata. I nagle, kiedy pani Ania poprosiła nas o wypowiedzenie kilku życzeń dla najważniejszej w Ognisku osoby, my stoimy jak słupy i jąkamy jakieś marne życzenia. Serio, Marta? To wszystko na co cię stać po tych 5 latach? Mam nadzieję że nie. Więc czego chcę życzyć pani Halinie, osobie od której wszystko się zaczęło, która wypełniła każdy weekend mojego dorastania? Życzę Pani, aby zawsze pamiętała Pani o radości, którą dała Pani tylu osobom. Aby każdy dzień dawał Pani coś nowego. Życzę Pani codziennej dumy z tego, co Pani osiągnęła. Życzę Pani (i sobie) Ogniska. Dziękuje Pani za Ognisko. Dziękuje za zaszczyt jaki mam przebywając z tymi wszystkimi ludźmi, i mogąc pisać życzenia właśnie dla Pani, mimo że niczym specjalnym się nie wyróżniam. Dziękuje za wyjątkowość tego miejsca. Za wytrwałość w jego tworzeniu. Słowem – dziękuje za wszystko. Wesołych świąt, Pani Halino.

sobota, 3 października 2015

Anna Kozłowska – Pożegnanie Bartyckiej


sekretariat Ogniska, 30 września, godz. 21:00

Zmiany. Zmiany. Zmiany. Na początku zaskakują, potem przerażają, wzbudzają utratę stabilności, lęk przed niewiadomym, chęć buntu, wewnętrzny okrzyk: „nie!”, często „nie bo nie”. Potem oswojone dają ożywienie, otwierają głowę, poszerzają horyzonty, prowokują do innych rozwiązań, pokazują nowe przestrzenie możliwości. Stają się siłą napędową do działania. I w końcu pozwalają poczuć się lepiej. Komfort przyzwyczajenia usypia naszą kreatywność. A każda zmiana staje się źródłem nowej energii. Bez zmiany nie ma rozwoju.

W Ognisku przyszedł czas na zmianę siedziby. Pożegnanie Bartyckiej. Miejsca gościnnych naukowców z PAN, którzy znosili naszą artystyczną nadaktywność, wrzawę przez zajęciami i pokazami, gromkie okrzyki powitań, huraganowe śmiechy i oklaski, aktorskie wrzaski, piski, skoki i łomoty oraz ogólny twórczy chaos. Czyli zajęcia teatralne nastolatków.

Tak. Będziemy tęsknić. Za blatem portierni z Panem Mirkiem i niekończącymi się rozmowami, żartami i setką powiedzonek „cześć jak czapka”, „zegarek kupisz, czasu nie”. Za furtką, która nie zawsze chciała się otworzyć. Za widokiem świateł właśnie odjeżdżającego z przystanku „108”. Za przystankiem, który cierpliwie chłonął pozajęciowe wrażenia. Za dźwiękiem spadającej w maszynie puszki coli. Za maszyną, która potrafiła zamiast kawy obdarzyć rosołem. Za urokliwym patio z kojącą zielenią i nie działającą fontanną. I za cudownie rozkwitającą w maju magnolią. Za aulą w szale wigilijnych pokazów. I aulą pełną ekscytacji powitań na rozpoczęciach roku, smutku pożegnań na zakończeniach, wzruszeń przy odbieraniu dyplomów i uniesień podczas przyznawania nagrody im. Doroty Wolskiej. Za schodami w kurniku, które były kolejnymi stopniami wtajemniczeń w teatralny świat. Za próbami w „karczmie”. Za ciasnym korytarzykiem, w którym w setkach ciuchów zawsze udawało się w końcu znaleźć własną kurtkę. Lub zadziwiający przedmiot, który natychmiast stawał się niezbędnym rekwizytem. Za kanciapą, w której czekał gotowy do wessania powigilijnych resztek odkurzacz. Za brakiem tlenu w sali żółtej zastępowanego przez obrazy z telewizora. I leciwymi poduszkami, które emitowały przytulność. Za kolorem ścian w zielonej, który uspokajał i drażnił jednocześnie. I kaloryferami, które wbijały się w plecy. Za balkonem w sali niebieskiej, który bywał kulisami i garderobą. I filarem, który ciągle przeszkadzając, kazał pokochać pokonywanie przeszkód. Za drzwiami sali czarnej, które zniosły tysiące gwałtownych szarpnięć i zatrzaskiwań. Za oknami, które się nie otwierały, nie wietrzyły, ale były świadkiem setek warsztatów i pokazów. Za sekretariatem Ogniska, który wyglądał jak magiczny zagracony strych z bajki, gdzie można było znaleźć wszystko, a gdy trzeba było stawał się pokoikiem zwierzeń. Za ulubionymi zakątkami, zaułkami, zakamarkami.

Tak. Będziemy tęsknić. Ale tak samo jak za Osuchowem, Małą Wsią, Jadwisinem… Jak za wszystkimi „naszymi miejscami”, gdzie choć przez chwilę płonęło nasze Ognisko. Ale Ognisko to nie miejsce.

Ognisko to nie ściany. Ani kod pocztowy.

Zmieniamy adres na Lubelską 30/32, ale wszystko co ważne zabieramy ze sobą, bo jest w nas! 

 
sekretariat Ogniska, 30 września, godz. 21:01 - zmiana staje się źródłem nowej energii

sobota, 29 sierpnia 2015

Wojciech Kochański - Stolica w kawiarni


 
                        Nie wiem jak, ale czuję, że zacząć muszę, więc zacznę od podziękowania.

Teraz pewnie wyobrażasz sobie mnie jako księdza po dożynkach albo jakiegoś galowego konferansjera, który zaczyna listę odbiorców podziękowań. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Tak ogólnie. Wszystkim. Wszystkiemu. Za wszystko.

                        Dziękuję za Festiwal Języka Polskiego w Szczebrzeszynie!

 
Skoro udało ci się tu przebrnąć to włącz wyobraźnię i słuchaj...

 
...Skwar, ukrop i duchota. Wchodzisz na teren szkoły w jakiejś mieścinie. Duży jasny namiot pierwszy rzuca się w oczy. Okazuje się być wielki. Kręcą się jacyś jeszcze nie znani ci ludzie. Wchodzisz pod namiot i tu dopiero się zaczyna. Białe ogrodowe krzesełko przy białym stoliku. Siadasz. Leci najpewniej coś Beatlesów ewentualnie delikatny Leonard Cohen. Po prawo barek. Sączy się kawa z ekspresu, kruszą kostki lodu, przelewa chłodna lemoniada. Obok barku mieści się mini księgarnia – ciągły ruch przy półkach. Drewniane panele z delikatnymi skrzypnięciami uginają się pod nogami klienteli i organizatorów.

            Za namiotem obrazek jak z widokówki. Na drzewach obracają się przywiązane do gałęzi literki ze styropianu. Kawałek dalej leżaczki (idealne do czytania). Idziesz dalej i teraz to już pewnie nie uwierzysz. Tu, przemyślnie usytuowany, nad  (jakkolwiek to teraz nie wytrąci ze skupienia) Wieprzem, kolejny namiot. Kryje pod sobą wygodne kanapy i pufy. Przechodząc czujesz, że musisz legnąć tu choć na moment. Rzeka płynie, drzewa szumią – po prostu czujesz, że odpływasz...

 
            No i tak to wyglądało. A to tylko pojedyncze wspomnienia. Dodaj do tego jeszcze ludzi, książki i przede wszystkim wymiar 3D.

To niesamowite miejsce wywarło na mnie takie wrażenie, że czułem się tam maleńkim okruszkiem, ale za to okruszkiem czego? Oczywiście czegoś nienamacalnego i ulotnego, lecz mocno wierzę, że istotnego i wzbogacającego. Sama przestrzeń popychała do zainteresowania, poznawania, przemyślenia i działania.

 
            Tak popchnięty jednego dnia festiwalu udałem się na spotkanie ze wspaniałym pisarzem Eustachym Rylskim. Pan Rylski okazał się być bardzo interesującą osobą. Słychać było, że to człowiek, który wszystko ma poukładane i przygotowane. Co wydało mi się zabawne, w wypowiedzi często powracał do czasów młodości, kiedy to był niesamowitym kobieciarzem. Ciągle skromnie powtarzał, że uznaje siebie tylko za bardzo dobrego autora, a do pisarza mu jeszcze daleko. W pewnym momencie ktoś z publiczności zapytał Pana Rylskiego, czego wymaga od współczesnych pisarzy. Odpowiedź znów wydała się mu być oczywista. Pisarze według niego powinni się zająć filozoficznymi pytaniami o życie, śmierć i Boga. Pod koniec wypowiedzi znów napomniał, że jest tylko autorem, więc przyszło mi na myśl: Zaraz, zaraz. (z pełnym szacunkiem do Pana Rylskiego) Czy pan aby przez przypadek nie zrzuca z siebie odpowiedzialności, która ciąży nad pisarzami?

I wtedy zapytałem natchniony: Czego Pan w takim razie wymaga od siebie? Jaką misję stawia sobie?

Oj. Tu skończyła się lista przygotowanych odpowiedzi i Pan Rylski zaczął się trochę gubić. Zaraz jednak ruszył mu z pomocą jakiś pan w garniturze... Chwila! Przecież to kolejny świetny polski pisarz Wiesław Myśliwski. I wywołałem burzę. Myśliwski próbował przekonać Rylskiego, że ten w pełni zasługuje na miano pisarza. Rylski bronił się jak mógł, nazywając siebie jedynie "bardzo dobrym autorem". Cóż to była za rozmowa! Do kompromisu nie doszło, obaj panowie zatonęli w argumentach i zabrakło czasu na podliczenie wyników. Wyszedłem z tego spotkania lekko dumny i lekko zawstydzony, no bo jakby nie patrzeć wprawiłem w zakłopotanie o wiele starszego - "Bardzo Dobrego Autora" czy Pisarza - nie wiadomo.

 
            Teraz napełniony magią festiwalu czytam jak szalony (chociaż nie wiem jak czytają szaleni). Myślę sobie jak dużo mam jeszcze do przeczytania. Ktoś mi pewnie powie, że jeszcze mam czas, młody jestem. Może i młody, ale jaki głodny! Głodny wrażeń...

Ach! Gdyby dzień trwał dwa razy dłużej? Ileż bym przeczytał? Ileż obejrzał? I festiwal jeszcze by trwał?

 
            Więcej już nie powiem, bo sam odpłynąłem :)

 

 

 

 

 

piątek, 28 sierpnia 2015

Alicja Wolniewicz - Jak odkrywam w sobie sztukę




Jako młodzi artyści, próbujemy odkrywać to, co najbliższe naszemu sercu, a jednocześnie najbardziej dla nas tajemnicze i nieodgadnione. Bo jak odgadnąć to, czym jest sztuka? Badając swoje własne potrzeby i obserwując swoje reakcje na otaczający nas świat, stwierdzam, że nie potrafię inaczej, jak tylko przy pomocy sztuki, rozumieć tego, co wokół nas. To jest właśnie problem młodego człowieka: nie umiem dokładnie powiedzieć, czym jest ta sztuka, ale to właśnie ona stała się nieodzownym elementem mojego życia, warunkiem, dzięki któremu mogę oglądać świat.  Czuję, że to co mnie wypełnia, jest jeszcze nienazwane, nieuformowane, swobodnie otacza moje myśli, ale nie mam nad tym kontroli.  Sztuką nazywam właśnie to, co mnie wypełnia i co pozwala mi oddychać.

Każdy człowiek odbywa w swoim życiu długą drogę formowania siebie. Drogę, której celem jest odkrycie własnego wnętrza, nazwanie tego, co wypełnia każdego z nas po brzegi, tego, co warunkuje nasze życie. Każdy z nas ma potrzeby, jednak każda z potrzeb jest uwarunkowana innym czynnikiem.

Ja na swojej drodze trafiłam do miejsca,  gdzie odnalazłam w sobie siłę, by zbadać to, czym jest dla mnie sztuka. Trafiłam do Ogniska. Na swojej drodze miałam wiele przystanków, na których zatrzymywałam się na dłużej i które pozwoliły mi naprawdę wsłuchać się w swoje wnętrze, lecz dopiero Ognisko pozwoliło mi rozebrać pojęcie tej „sztuki”, którą mam w sobie na czynniki pierwsze. Zanurzyłam się w sobie, bo Ognisko pokazało mi, że mam na to nie tylko czas, ale i siłę i odwagę.

Doznałam olśnienia.

Co buduje sztukę, która we mnie jest? Nie ma prostszej odpowiedzi! Ludzie. To ludzie są fundamentem, który warunkuje mój rozwój, to ludzie składają się na tworzenie sztuki. Nie tylko takiej, którą noszę w sobie, ale też sztuki w ogóle. Potrzebuję sztuki, by móc określić siebie, a skoro potrzebuję sztuki, potrzebuję też ludzi.

Dzięki Ognisku nie tylko poczułam siłę, by nauczyć się słuchać siebie. Dzięki Ognisku zrozumiałam, że czynnikiem, dzięki któremu mogę się rozwijać, są ludzie. Nie znajdę w całej Warszawie miejsca, które budują bardziej wartościowi ludzie. Skoro to właśnie ludzie mają kreować mnie jako człowieka, niech kreują mnie ludzie, których spotykam w Ognisku. Jeśli tak będzie,  nie boję się o to, co uzyskam na końcu swojej drogi. Jeśli tak będzie, nie obawiam się już niczego.

środa, 26 sierpnia 2015

Jan Kwapisiewicz - Oczekiwany zachwyt

(Rzecz dzieje się na Festiwalu Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, trwa wywiad i czytanie wierszy Ryszarda Krynickiego.)
 
 
 
Kompletnie nieznana osoba, staje się dla ciebie w jakiś sposób bliska. Brzmi trochę jak fragment gry rpg na papierze, ale to coś więcej.
Często pamiętam wydarzenia przez krótką chwilę, zaraz potem przepadają w ciemnej dziurze i tylko przy refleksjach obiadowych wracają, ale czasem niektóre momenty zostają, na miesiąc, czy dwa, jednym z nich było spotkanie z Ryszardem Krynickim, poetą pokolenia 68. Pan Ryszard ma aparycję dziadka do orzechów, niby ciało jak z drewna, a twarz się nie zamyka, tylko zręcznie przegryza zawiłą treść własnej poezji. (To jego własne słowa, więc dziwne by było, gdyby był niezręczny). Oczywiście, te wiersze wyleciały mi z pamięci, zawsze wylatują, a zostają odczucia, a w większości z nich przeważał posągowy, niemal mistyczny obraz świata metalu i zimna, a on sam zdawał się świetnie w tym smutku odnajdywać. Po kilku minutach pan Ryszard stał się zmęczony, pewnie dolegał mu wszechogarniający upał, mi samemu też przeszkadzał w skupieniu się (to również przez temperaturę zapomniałem pytań, które chciałem zadać), ale starałem się pokonać piaskowego dziadka i dalej słuchać, coraz ciekawszej poezji.
Krynicki znów poskarżył się na złą aurę, miałem wrażenie, że może nie chodzi o pogodę, ale o niego samego, może coś ciążyło mu na duszy, zacząłem się bać, że pan Ryszard może do nas mówić swoje (ale bardzo piękne) ostatnie słowa, w nagłym porywie zachciałem posłuchać go jeszcze bardziej, co ma do przekazania, jego wiersze stopniowo nabierały niespotykanego dla mnie sensu i głębi, stawały się małymi dziełami sztuki, moi współtowarzysze byli lekko znudzeni, a ja słuchałem, cały przejęty i napięty, czekając na więcej... i więcej. Nadchodził, sunął do mnie, najszybciej jak mógł. Stan pobudzenia trwał około 8 minut, potem pan Ryszard, albo zdał sobie sprawę, że nikt go nie słucha, albo ja straciłem magię jego „ostatnich chwil”. Czekając do końca wywiadu, (broń Boże Krynickiego) próbowałem ten stan przywrócić, ale nie potrafiłem, więc zaciekawiła mnie rzeka, obok której przycupnąłem, i wierzba, nadgryziona przez bobry. Nim sprawdziłem godzinę, Krynicki już skończył, a ja wstałem z postanowieniem przywrócenia dziwacznej euforii. Kiedy wszyscy moi przyjaciele się zebrali, wyraziłem mój entuzjazm dla jego twórczości, usłyszała to Pani Ania i od razu zapytała czemu, ja opowiedziałem w skrócie to, co opisałem tu w bardzo dużym skrócie i zapragnąłem mieć jego wiersze zawsze ze sobą, Pani Ania, powiedziała, że załatwi, i załatwiła, a ja byłem w siódmym niebie, (ale już nie takim jak na spotkaniu) cóż dalej jestem. Teraz po tygodniu, poza Szczebrzeszynem dalej szukam stanu z tamtego momentu. Jestem nad najbardziej polskim morzem z mórz, nad Bałtykiem. Łeba, tak nazywa się to miejsce, codziennie rano wstaję i zaczynam jednym wierszem i liczę, że Krynicki znów, jakimś cudem mnie zaczaruje, ale na razie nic z tego. Może to była magia chwili (pewnie tak, ale staram się tego tak nie upłycać), może cokolwiek z innych romantycznych i niewytłumaczalnych zjawisk w moim życiu, ale wciąż szukam, bo czuję, że jest to gdzieś bardzo blisko.
 
***
komukolwiek wierny – jestem wierny tobie
kogokolwiek zdradzam – ciebie zdradzam
za kimkolwiek tęsknię – tęsknię za tobą
jeżeli jestem już tylko echem cieniem z twojego snu,
o kimkolwiek zapominam – jakbym ciebie zapominał
Ryszard Krynicki
 
Lekkość.