poniedziałek, 8 marca 2021

Ewa Wikieł - Nie zapomnę

 

Zosia Dowjat na letnich warsztatach w Jadwisinie 2006, fot. Anna Kozłowska 

            Nie zapomnę pierwszych zajęć z Zosią. Jak burza wtargnęła do sali niebieskiej i od tamtej pory nie mogłam doczekać się każdej następnej soboty. Wraz z Zosią zanurzaliśmy się za każdym razem w inny wymiar, w którym przekraczaliśmy swoje horyzonty wyobraźni. Dopiero po latach uświadamiam sobie, jak bardzo przebywanie z Zosią wpłynęło na nasze postrzeganie świata, dzięki Zosi nauczyłam się dostrzegać w każdym napotkanym człowieku coś niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju. Tak jak jedyna w swoim rodzaju była Zosia. Zosi nie da się skopiować, po prostu się nie da, bowiem Zosia to absolutny unikat i to na światową skalę, wiedzą o tym (i potwierdzą) ci, którym dane było z Nią współpracować. Zosiu, dziękuję Tobie za to, że mogłam Cię poznać i że pokazałaś mi teatr. Ewa


niedziela, 7 marca 2021

Martyna Butrym - DUSZA BŁĘKITNA

 

Zosia Dowjat na letnich warsztatach Ogniska, Jadwisin 2006, fot. Anna Kozłowska

Sala Czarna nie była wcale czarna, tylko ciemnoszara. Ciężko uzyskać prawdziwą czerń, choć niewykluczone, że tak było podpisane wiadro z farbą w markecie. Więc sala ciemnoszara, nazywana czarną, z wnękami, załomami, w jakimś bardzo dziwnym kształcie, usytuowana poniżej poziomu ziemi, jak suterena, z oknami pod samym sufitem, oknami, które zawsze czymś zasłanialiśmy, żeby w środku było ciemniej.

„Pchajcie te ściany! Próbujcie je przesunąć! No pchajcie z całej siły!” – to krzyczy Zosia, zupełnie na poważnie, na naszych pierwszych zajęciach. Nie bardzo mi się to podoba, chociaż pcham, wtedy jeszcze udaję, że pcham, a między „pcham”, a „udaję, że pcham” jest ogromna różnica, różnica fundamentalna, różnica jak między Ogniskowiczem a Nie-ogniskowiczem, jak między Czarodziejem a Mugolem, jak między światem betonu, autobusów, szkoły i prac domowych, a światem magii, teatru, śmiechu, improwizacji… To jest różnica między mną przed i po spotkaniu Zosi.

„Tu możecie robić co chcecie: śpiewać, skakać – tu was nic nie ogranicza!” – to też Zosia, też na pierwszych zajęciach. „No chyba jednak nie wszystko… nie możemy krzyczeć, czy przeklinać…” – to już ja, mądra wielce, bo trzynastoletnia i rezolutna okrutnie, bo… tak jak wspomniałam: trzynastoletnia. Zosia tłumaczy, że możemy, bo przecież powiedziała, że możemy wszystko, że to nie jest szkoła, czy imieniny u cioci, tylko Ognisko, sala czarna (chociaż: wiadomo) i zajęcia z Zosią. Pomyślałam sobie wówczas, że to bardzo jest podstępne. Bo całe życie czułam się ograniczana w szkole, w domu, krępowana milionem zasad i byłam przekonana, że gdyby tylko te ograniczenia zniknęły, to co to nie ja…
A tu Zosia, której jeszcze przecież nie znam, Zosia w wygodnych trampkach, Zosia z niesfornymi kosmykami włosów, wpadającymi do oczu, Zosia o wiecznie gestykulujących rękach mówi: sprawdzam! Ależ mnie wtedy załatwiła! Jeszcze się dobrze zajęcia nie zaczęły, a tu już taki test!

I tak to było z Zosią, a przynajmniej ja tak miałam, że zawsze jak coś mówiła lub rzucała mimochodem, to nie było w tym patosu ani zadęcia – w ogóle nie mówiła wielkimi literami, tylko ot tak, a potem człowiek zostawał z tym na całe życie.

Na początku każdych zajęć siadaliśmy w kółku i opowiadaliśmy o czymś dobrym czy pozytywnym, co nas spotkało w minionym tygodniu. Za pierwszym razem (czyli to prawdopodobnie ciągle pierwsze zajęcia, a tyle wspomnień!) powtarzałam, że nic pozytywnego ani dobrego mnie nie spotkało i ile bym nie myślała, z całą pewnością sobie nie przypomnę! Byłam o tym święcie przekonana, bo jak powszechnie wiadomo, trzynastolatki się nie mylą. Nigdy, w żadnej sprawie.
Ale myślałam, myślałam i przypomniało mi się, że w minionym tygodniu na wycieczce szkolnej (sic!) zobaczyłam stado koni, wpadające galopem do jeziora. I trochę się zawstydziłam, bo to był naprawdę piękny widok, a ja jakoś o nim zupełnie zapomniałam.

I znów – niby drobiazg, a zmiana na całe życie. Bo od tamtej chwili starałam się już zapamiętywać takie momenty – chociażby po to, by na zajęciach z Zosią wiedzieć, co powiedzieć. Szybko stało się tak, że każdy z nas już miał po kilka historii w zanadrzu i z niecierpliwością czekaliśmy na zośkę (bo cóż innego!), małą piłeczkę, która znaczyła, że teraz nasza kolej by mówić. Nie muszę chyba dodawać, że zajęcia się skończyły, a ta wrażliwość w patrzeniu na świat, umiejętność zauważania szczegółów została z nami na zawsze.
(Pamiętam jak Ania Rak z niekłamaną radością opowiadała o pięknym cieniu, rzucanym przez, oświetlony ostrym słońcem, drewniany płotek.)

I chyba najważniejsza z rzeczy, powiedzianych przez Zosię mimochodem, która wpłynęła na moje życie:
„Jak ja wam współczuję, że wy jeszcze jesteście w szkole!”
Jaka to była ulga! Czyli to, co podejrzewałam całe (trzynastoletnie!) życie, jest możliwe! To znaczy móc kształtować swój świat i żyć tak, żeby się miało z tego radość. I Zosia była właśnie taką radością.
(I z tą radością właśnie rymuje mi się „Zielono mam w głowie” Wierzyńskiego, bo jeśli komuś słońce dało tę duszę błękitną, to właśnie…)

I jeszcze to: jak na obozie w Jadwisinie, Zosia mówiła, że wieczorami przed pójściem spać ogląda filmy (każdy, kto zna obozy powinien teraz spytać: „Skąd ona miała na to siłę?!” A każdy kto zna Zosię odpowiedzieć sobie w duchu: „No tak…”) i że poprzedniego dnia widziała „Prostą historię” Lyncha i tam była taka metafora, że każdy z nas to patyczek, który łatwo złamać, ale rodzina to już garść patyków i chociaż każdy z osobna jest cienki, to razem są nie do złamania. Wtedy Zosia uświadomiła mi, że nawet jeśli coś brzmi tandetnie, to może być w tym dużo prawdy i tej prawdy właśnie warto szukać zawsze i wszędzie, oceniając rzeczy własnym rozumem.

Jako dziecko zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że świat jest piękny, możliwości są tysiące, a tylu ludzi prowadzi takie smutne życie, są nieszczęśliwi, chodzą codziennie na wiele godzin do pracy, której nienawidzą, jakby ktoś ich zmusił, jakby byli niewolnikami jakiejś siły niewidzialnej – a przecież można czerpać z tego świata, robić to, co się kocha, spotykać się ze wspaniałymi ludźmi, bywać w pięknych miejscach, cieszyć się życiem…
I nikt tak pięknie jak Zosia, nie udowodnił mi nigdy, że ta mała dziewczynka miała rację. Że można.

To jaka była, jakim wspaniałym była człowiekiem, jakim dobrym, widzącym drugiego człowieka i traktującym go zawsze z szacunkiem i uwagą (a przy tym: ta jej dobroć, ta radość były tak naturalne, tak spontaniczne), czyniło z każdego spotkania lekcję, lekcję przyswajaną jakoś tak przez skórę, lekcję, o której dowiadywaliśmy się często po latach, lekcję, która wielu z nas pchnęła w bardzo konkretnym kierunku.

Dziękuję Ci bardzo, Zosiu.
Bądź wiosną.

piątek, 5 marca 2021

Mateusz Lisiecki-Waligórski - "Ta drabina to schody do nieba, a ta miska nad schodami to księżyc”

 


            „To teraz jedna rzecz pozytywna, jedna rzecz negatywna a propos zajęć”- słyszę te słowa i po chwili trafia w moje ręce, nomen omen, zośka. Taka szmaciana piłka, znak, że mam teraz coś powiedzieć. W mojej głowie trzęsienie ziemi. 

            Jak to?! To znaczy, że mogę powiedzieć, że coś mi się nie podobało?

            Coś w ogóle mogło mi się nie podobać?

            Zachęca mnie do tego instruktorka, moja idolka, pedagożka na której zajęcia czekałem z wypiekami na twarzy?

            Galopada myśli, kocioł w głowie.

            Świat właśnie wywrócił się do góry nogami i  już nigdy nie będzie taki sam. 

            Dostałem wtedy wielki dar. Może Ci się cos nie podobać, możesz samodzielnie myśleć, możesz mówić co czujesz, możesz być tym kim jesteś.

            Zosia potwierdzała to całą sobą na każdym kroku. Nigdy nic nie udawała, mówiła i robiła to, co czuła. Nieustannie pokazywała nam, że można być człowiekiem, z całym arsenałem niezręczności i  niepewności. Z całym arsenałem lęków i wstydów. Niezręczność, niepewność, lęk, wstyd, zażenowanie- uczucia od których zazwyczaj uciekamy, prawda? 

            Dla Zośki to był potężny ocean artystycznych inspiracji i zasobów. Dla Zośki to był człowiek. 

                                                                       ***

            Zosia właśnie wróciła z Nowego Jorku. Premiera w Metropolitan Opera. METROPOLITAN OPERA!!! Obok La Scali (w której pracowała chwilę później) jedna z najważniejszych Oper na świecie. Zaczyna się opowieść, która potrwa 90 minut. Po której wszyscy będziemy zbierać zęby z podłogi, turlać się ze śmiechu, wstrzymywać oddech. Opowieść z serducha, zośkowy potok myśli, płynący z jej wewnętrznego reaktora teatru, nieskończonego źródła energii. Opowieść, która zaczęła się od słów: „ zaraz zaczniemy zajęcia, tylko Wam muszę opowiedzieć jedną małą anegdotkę, bo nie wytrzymam, słuchajcie ale jazda, normalnie nie mogę”.

            Półtorej godziny później mam już w głowie obraz pracy w Met Opera. Zgubiona walizka, bieganie po sklepach, żeby kupić jakieś ubrania na szybko, walka z jet lagiem, fochy gwiazd opery, amok i trans  prób generalnych, przeświadczenie, ze to wszystko zaraz zawali się z wielkim hukiem. „Wiecie, zaczynacie robotę z absolutnym poczuciem, ze to się nie może udać. I próbujecie to dociągnąć do końca tak, żeby nikt się nie zorientował”. To jedno z najważniejszych zdań o Teatrze jakie w życiu usłyszałem.

                                                                       ***

            La Scala. I znowu Zosia uchyla drzwi do tajemnej wiedzy na temat Wielkiej Sztuki.   

            Gafa za gafą. Idiotyczna sytuacja goni idiotyczną sytuację. Urok i wdzięk człowieka, który nie pasuje do napompowanej atmosfery Wielkiej Opery, który łamie wszystkie niepisane zasady... I jest za to uwielbiany. Bo nic nie udaję, bo jest sobą na milion procent. Bo jest Wielką Artystką (już widzę minę Zośki jakbym jej to powiedział...) , bo wszystkim przypomina o tej magii, o tym dziecięcym marzeniu tworzenia światów.                                                                    

                                                                       ***

            Dzisiaj, kiedy dopada zawodowy cynizm, oportunizm, zniechęcenie... Kiedy widzę jak bardzo teatr różni się od moich wyobrażeń, kiedy okazuje się, że zamiast innych freaków spotykam małych ludzi karmiących swoje ego... Kiedy przychodzi pokusa, żeby rzucić w kąt Prawdę i skupić się na Sukcesie... Wtedy w mojej głowie odzywa się głos Zośki: „Ty se chyba żartujesz...” I jakoś wtedy łatwiej jest.

                        Dzięki Zocha. Za wszystko.

 


           

 

Bartek Magdziarz - Cześć Zosiu!

 


Cześ Zosiu. Długo się nie widzieliśmy i wygląda na to, że jeszcze jakiś czas się nie zobaczymy. Dlatego napiszę Ci, że jesteś dla mnie rumorem dobiegającym z salki, w której prowadzisz zajęcia. Jesteś też drogą na stołówkę w Jadwisinie. Melodią z pozytywki i snem rodem z Looney Tunes. Jesteś też oprawkami okularów, jeszcze grubszymi niż moje. I oczami, które ledwo się w tych oprawkach mieszczą. Jesteś zdjęciami z dalekich krajów, których nigdy nie odwiedziłem. Jesteś portretem z reflektorami, sztankietami albo widownią w tle. Jesteś bluzą z kapturem zapinaną na suwak. Jesteś pokładaniem się na podłodze i trawniku. Jesteś przyczajeniem przed wybuchem śmiechu. A potem samym śmiechem. Uściskajcie się z Wolską. b



niedziela, 17 stycznia 2021

Julia Czostkiewicz - Taniec to więcej niż 1000 słów

 

    


Rok 2021, Ferie. Brak chęci i nadziei na cokolwiek, bo kwarantanna narodowa, bo zamknięte wyciągi narciarskie, bo ograniczony kontakt ze znajomymi, bo…więcej powodów do użalania się nad sobą i nad ciężką (fakt) sytuacją w kraju.  Mogłoby się wydawać, że czasami lepiej jest zrzucić winę na okoliczności, niż myśleć o tym jak znaleźć sposób bądź inną alternatywę, aby wykorzystać ten czas w 100% i wzbogacić się w wiedzę, której nikt, nigdy nam nie odbierze.

DLATEGO TEŻ….

   Miałam ogromną przyjemność i okazję wzięcia udziału w ,,POSZERZANIU HORYZONTÓW”. Czy temat tej akcji faktycznie był adekwatny do przekazywanych nam treści? Zdecydowanie TAK. Mimo że tematy były różnorodne od malarstwa po kinematografię, to najbardziej utkwiły mi w pamięci zajęcia z Aleksandrą Roguską i Marią Adamską o tańcu, o tym, że rytmiczne poruszanie się ciała w takt muzyki jest czymś więcej, niż tylko zwykłą słownikową definicją. Nie bez powodu jest on rozpowszechniony na całym świecie i wzbudza w odbiorcach tyle emocji, kontrowersji i sensacji. Dzięki tym zajęciom zrozumiałam, że ,,Każdy ruch jest inny i niepowtarzalny” i warto o tym pamiętać, bo to czyni każdego człowieka wyjątkowego na swój własny sposób.   Możliwość posiadania wielkiej przestrzeni twórczej pozbawionej ograniczeń sprawia, że jesteśmy w stanie wykonać ruchy, które płyną prosto z naszego serca-to co czujemy i jak czujemy, wyjść z klatki i odlecieć niczym piękny egzotyczny ptak. Stylów tańca jest dużo, a technik jeszcze więcej, wśród nich najbardziej zaciekawił mnie taniec dworski, taki z pozoru nienaganny, bo trzymający dystans między dwójką tańczących ludzi, nienaruszający przestrzeni osobistej, natomiast gdy pierwszy raz ten dystans został skrócony poprzez wykonanie elementu tanecznego polegającego na podniesieniu partnerki do góry, to wzbudzone oburzenie i kontrowersja pozostały w historii tego stylu tanecznego na długo. To kolejny dowód na to, iż taniec to również wyznacznik kulturowy i element rozpoznawczy dla danego kraju, czy regionu.  Ludzie poszukują i odkrywają kolejne możliwości taneczne i dzielą się tym z innymi miłośnikami tańca.

   Wszystko to, co teraz opisałam zostało przekazane z pasją na zajęciach, a ja tylko przedstawiam swoje odczucia i wiedzę, którą wyniosłam. Super wykorzystana godzina dziennie. Dziękuję wszystkim za inspiracje. OGNISKO JEST SUPER!

Jan Wojciechowski - Kropka na horyzoncie!


 

„Poszerzanie horyzontów” było niespodziewaną inicjatywą Ogniska, jednak niezwykle wciągającą. Przyjemny i pożyteczny sposób na spędzenie godziny każdego feriowego wieczoru. Gdyby nie te zajęcia, na pewno nie posłuchałbym 4 minut i 33 sekund artystycznej ciszy, nie dowiedziałbym się o zmianach w architekturze placu Grzybowskiego ani nie obejrzałbym występów tanecznych Siergieja Połunina. Jednak najbardziej moją uwagę przyciągnęła postać Yayoi Kusamy, japońskiej artystki. Co sprawia, że jest wyjątkowa? Kropki. Tak, różnokolorowe kropki. Niby nic, a jak wiele można z nimi zrobić. Yayoi tworzy z nich całe obrazy, które wydają się być urywkiem nieskończonej przestrzeni. Dla niektórych może być to po prostu ciekawy pomysł i nic więcej, ale na mnie idea tworzenia obrazów wyłącznie z kropek wywarła trwałe wrażenie. Nigdy nie myślałem o narysowanych rzeczach w ten sposób. Zazwyczaj na myśl przechodziły mi linie, czasami plamy kolorów. Ale nigdy kropki. Teraz zacząłem zastanawiać się, jakie inne sposoby przedstawienia przedmiotów na papierze mogą okazać się skuteczne. Jeszcze nic nie wymyśliłem, no ale horyzonty zdecydowanie poszerzone. Warto było!



sobota, 16 stycznia 2021

Tomasz Jaskowski - Szkoła Sztuki

 


Poszerzanie Horyzontów bardzo poszerzyło moje horyzonty, poznałem kilku fantastycznych absolwentów Ogniska, kilka mniej lub bardziej znanych nazwisk artystów i kilka rodzajów sztuki, o których nigdy w życiu nie słyszałem. W czasie ferii zimowych na każdym spotkaniu codziennie dwóch absolwentów opowiadało nam o najróżniejszych rzeczach związanych ze sztuką, która ich pasjonuje. A niejaki Jakub Lebiedziński pokazał nam dwóch wspaniałych polskich artystów: Romana Polańskiego i Janusza Gajosa. Opowiadał o filmach w reżyserii Polańskiego: „Nóż w wodzie” czy „Dziecko Rosemary” z muzyką Krzysztofa Komedy. Oraz o filmach z udziałem Janusza Gajosa zaczynając od serialu „Czterej pancerni i pies”. Jakub świetnie przedstawił ich obu, natychmiast obejrzałem „Zemstę” Andrzeja Wajdy, w którym jeden i drugi świetnie odegrali swoje role. Mam też nadzieję, że uda mi się pójść do Teatru Narodowego na jakiś występ Gajosa, bo zdaniem WSZYSTKICH warto. Poszerzanie Horyzontów można porównać do szkoły, tylko że takiej szkoły, w której uczymy się rzeczy, których nigdy byśmy nie usłyszeli w prawdziwej szkole. Wiecie na przykład kto to „Yayoi Kusama”? Ja do niedawna nie wiedziałem. Albo znacie „Amrita Sher-Gil”? Tego wszystkiego dowiemy się tylko w Ognisku, dlatego warto do nas dołączyć! I jak zawsze, OGNISKO JEST SUPER!!!