„Poszerzanie horyzontów” było niespodziewaną inicjatywą Ogniska, jednak
niezwykle wciągającą. Przyjemny i pożyteczny sposób na spędzenie godziny
każdego feriowego wieczoru. Gdyby nie te zajęcia, na pewno nie posłuchałbym 4
minut i 33 sekund artystycznej ciszy, nie dowiedziałbym się o zmianach w
architekturze placu Grzybowskiego ani nie obejrzałbym występów tanecznych
Siergieja Połunina. Jednak najbardziej moją uwagę przyciągnęła postać Yayoi
Kusamy, japońskiej artystki. Co sprawia, że jest wyjątkowa? Kropki. Tak,
różnokolorowe kropki. Niby nic, a jak wiele można z nimi zrobić. Yayoi tworzy z
nich całe obrazy, które wydają się być urywkiem nieskończonej przestrzeni. Dla
niektórych może być to po prostu ciekawy pomysł i nic więcej, ale na mnie idea
tworzenia obrazów wyłącznie z kropek wywarła trwałe wrażenie. Nigdy nie
myślałem o narysowanych rzeczach w ten sposób. Zazwyczaj na myśl przechodziły
mi linie, czasami plamy kolorów. Ale nigdy kropki. Teraz zacząłem zastanawiać
się, jakie inne sposoby przedstawienia przedmiotów na papierze mogą okazać się
skuteczne. Jeszcze nic nie wymyśliłem, no ale horyzonty zdecydowanie
poszerzone. Warto było!
niedziela, 17 stycznia 2021
Jan Wojciechowski - Kropka na horyzoncie!
sobota, 16 stycznia 2021
Tomasz Jaskowski - Szkoła Sztuki
Poszerzanie Horyzontów bardzo poszerzyło moje
horyzonty, poznałem kilku fantastycznych absolwentów Ogniska, kilka mniej lub
bardziej znanych nazwisk artystów i kilka rodzajów sztuki, o których nigdy w
życiu nie słyszałem. W czasie ferii zimowych na każdym spotkaniu codziennie dwóch
absolwentów opowiadało nam o najróżniejszych rzeczach związanych ze sztuką, która
ich pasjonuje. A niejaki Jakub Lebiedziński pokazał nam dwóch wspaniałych
polskich artystów: Romana Polańskiego i Janusza Gajosa. Opowiadał o filmach w
reżyserii Polańskiego: „Nóż w wodzie” czy „Dziecko Rosemary” z muzyką
Krzysztofa Komedy. Oraz o filmach z udziałem Janusza Gajosa zaczynając od
serialu „Czterej pancerni i pies”. Jakub świetnie przedstawił ich obu,
natychmiast obejrzałem „Zemstę” Andrzeja Wajdy, w którym jeden i drugi świetnie
odegrali swoje role. Mam też nadzieję, że uda mi się pójść do Teatru Narodowego
na jakiś występ Gajosa, bo zdaniem WSZYSTKICH warto. Poszerzanie Horyzontów
można porównać do szkoły, tylko że takiej szkoły, w której uczymy się rzeczy,
których nigdy byśmy nie usłyszeli w prawdziwej szkole. Wiecie na przykład kto
to „Yayoi Kusama”? Ja do niedawna nie wiedziałem. Albo znacie „Amrita Sher-Gil”? Tego wszystkiego dowiemy się tylko w Ognisku, dlatego warto do nas
dołączyć! I jak zawsze, OGNISKO JEST SUPER!!!
niedziela, 29 listopada 2020
Michał Staszczak - To było nasze magiczne miejsce
O Ognisku, o Halinie i Janie Machulskich, filmie "Korczak", łódzkiej Filmówce i technikach aktorskich z absolwentem Ogniska Michałem Staszczakiem rozmawiała Patrycja Feliszek
![]() |
| obsada spektaklu "Emil i detektywi", reż. Halina Machulska, 1991 |
Skąd wziął się teatr w Pana życiu ?
Nie mam w rodzinie żadnych genów artystycznych, ale
jako sześciolatek oświadczyłem rodzicom, że muszę iść do teatru, bo moje życie
to jest teatr. Byli trochę zdziwieni, ja chyba zresztą też (śmiech). Jako
sześcioletni chłopiec po prostu musiałem recytować i grać wilka w Czerwonym Kapturku.
Grałem w zespole teatralnym, w którym były same starsze dziewczyny i ja
najmłodszy. Jedna rola męska, czyli wilk. Trafiłem na warsztaty do Teatru Ochoty
i potem do Ogniska. I tam poznałem Państwa Machulskich. Ten teatr różnił się od
innych. Był malutki, rodzinny, chociaż̇ miał normalny zespół i codziennie
odbywały się̨ spektakle. Szwendaliśmy się̨ po jego zakamarkach, graliśmy w
przedstawieniach. To było nasze magiczne miejsce.
Pamięta Pan swoje przesłuchania do Ogniska
?
Moja mama mi opowiadała, że w pewnym momencie egzaminu
panie profesorki, które nas przesłuchiwały wyszły zapłakane. Zagrałem małego
pieska, tak strasznie skamlałem i piszczałem, że one się wszystkie popłakały.
Ale ja tego nie pamiętam (śmiech). Ale
nie zapomnę panującej tam atmosfery. To, co robili Machulscy było niesamowite.
Mnóstwo ludzi lgnęło do tego miejsca. Z mojej grupy nie każdy działa w teatrze
i filmie. Zostali dziennikarzami, literatami. Ale Ognisko zawsze będzie nasze.
Każdy ma w życiu przewodników. Dla nas była nim Pani Halina. Traktowała nas,
jak dorosłych ludzi, chociaż byliśmy nastolatkami. Mieliśmy przekonanie, że już
wszystko wiemy i znamy się na teatrze. Była dla nas ostra i często pokazywała
nam nasze błędy. Miała swoje zdanie, nie przymilała się i nie prawiła
komplementów. Późno zrozumiałem, na czym polegała jej siła. Dbała o człowieka,
a nie o artystę̨, bo artystą się bywa tylko przez chwilę.
Można powiedzieć, że Pani Halina była
pewnego rodzaju przewodnikiem dla Pana w tamtych czasach?
Tak, ale nie była to łatwa współpraca. Myśmy się
buntowali, kłócili i dyskutowali dosyć zawzięcie. Pani Halina potrafiła
stworzyć warunki dla tej naszej dyskusji i dlatego wszyscy zbiegaliśmy się do
tego miejsca. Wykonała ogromną pracę, której nie da się zmierzyć ani zważyć.
Powinna mieć swoją ulicę i pomnik. Właśnie za to.
Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z
Panem Janem?
Pan Jan był gospodarzem tego miejsca. Zawsze stał na
progu teatru, przy portierni i witał widzów przed przedstawieniem. Bez względu
na to, czy grał tego dnia w spektaklu. To robiło ogromne wrażenie na ludziach,
bo czuli się zaopiekowani. Dla nas był guru, ogromnym autorytetem. Każdy
oglądał „Vabank” i każdy chciał dotknąć tego faceta. Janek to był gość! Najpierw
spotkałem się z nim w Ognisku, potem ponownie po paru latach, kiedy dostałem
się do Szkoły Filmowej, gdzie był dziekanem. Miałem dwa ważne życiowe spotkania
z Jankiem Machulskim.
Jaki był Pan Jan?
Był bezpośredni, nie
wytwarzał dystansu jako profesor i jako człowiek. Tańczył z nami na
dyskotekach, wygłupiał się i nie wkładał nigdy „koturnów”. Wszyscy studenci z
Warszawy zazdrościli nam takiego wykładowcy. Jan był typem dobrego mafiosy, potrafił
szybko kogoś załatwić bardzo ciętą ripostą. Nie zdradzę też żadnej tajemnicy
mówiąc, że uwielbiał piękne dziewczyny, a one uwielbiały jego, ale to już jest
na inną opowieść (śmiech). Z perspektywy czasu widać, że niewielu zostało
takich ludzi. Miałem tę przyjemność i byłem prodziekanem wtedy, kiedy dziekanem
był Bronisław Wrocławski, który z kolei był prodziekanem przy Janku Machulskim,
więc jego duch nadal jest obecny na wydziale aktorskim w naszej szkole w Łodzi.
Nie sposób o nim nie mówić.
Pamięta Pan jakąś ważną sytuacje z Panem
Janem?
Na pewno miał bardzo cięte riposty. Bronek Wrocławski opowiadał
jak poszli razem do urzędu zdobyć pieniądze dla studentów. Urzędnik, który ich
przyjął, zachowywał się delikatnie mówiąc nie w porządku, był arogancki. Janek
w pewnym momencie przerwał tok temu Panu i powiedział: Przepraszam najmocniej,
czy mógłbym Pana prosić ze sobą na chwilę? Tamten bardzo skonsternowany
podszedł do drzwi, na których wisiała plakietka z imieniem i nazwiskiem
urzędnika. I wtedy Janek powiedział: Proszę Pana, a jak Pan myśl, czy ta
wizytówka się odkręca czy nie ? Podobno to ustawiło tego faceta do pionu,
ponieważ dosyć szybko zrozumiał aluzję (śmiech). Jan miał też wiele trafnych powiedzeń.
Gdy się komuś nie powiodło powtarzał: Ty jesteś jak latarnia, Ty świecisz,
świecisz swoim światłem. Podejdzie jakiś piesek naszczeka, obsika cię, pójdzie
dalej. A Ty zostajesz i świecisz dalej, pamiętaj o tym!
Czego się Pan nauczył od
Pana Jana ?
Jan był niecierpliwy, bardzo szybko kazał grać i nie
lubił długich dyskusji o monologu. Był chodzącym teatrem, nie przeszedł
spokojnie z pokoju do pokoju, żeby nie odegrać w przedpokoju jakiejś krótkiej
etiudy. Przemawiał do klamki, do papieru toaletowego albo do kranu. W szkole na
wydziale aktorskim testował przechodzenie przez drzwi. Przechodził przez nie
kilka razy mrucząc coś pod nosem. Zawsze się z tego śmialiśmy, dzisiaj wiem, że
po prostu coś sobie sprawdzał i ćwiczył. Miał nosa, potrafił rozpoznać aktora
dosyć szybko, mówię o takim prawdziwym aktorze, bo nie każdy, kto występuje
jest aktorem. Miał to swoje powiedzenie „Bądź orłem nie zniżaj lotów”, które
nauczyło mnie odwagi, apetytu na granie, optymizmu oraz utwierdziło mnie w
przekonaniu, że to co robimy ma sens. Szkoła Filmowa dwadzieścia lat temu
wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Kiedyś była środowiskiem filmowców, którzy
na aktorów patrzyli z przymrużeniem oka. Jan Machulski był jedynym aktorem,
który był przez nich akceptowany. Wzbudzał ogólny szacunek. Po premierze „Vabanku”
do końca życia taksówkarze w Łodzi wozili Pana Kwinto za darmo. Zawsze
podkreślał, że jest chłopakiem z HollyŁódź i był tu aktorem kultowym i
niezwykle poważanym.
Czy praca, którą Pan włożył w zdobywanie
wiedzy oraz rozwijanie się pod skrzydłami Pana Jana ma wpływ na Pana teraźniejszą
działalność w świecie teatru?
Na pewno. Takie świecące latarnie spotyka się raz na
jakiś czas, potem je mijamy i idziemy dalej, Janek taką latarnią na pewno był.
Gdyby nie Jan i Halina Machulscy to na pewno nie byłoby mnie dzisiaj takiego jakim
jestem. Nie chcę używać wygórowanych sformułowań ale na pewno Ognisko, a potem
szkoła były ważnymi spotkaniami w moim życiu.
Czy ma Pan jakieś wskazówki dla młodych
ludzi, którzy chcieliby w przyszłości związać się z filmem lub teatrem ?
Przez kilkanaście lat przyjmuję nowych uczniów do szkoły
filmowej w Łodzi. Patrząc na nich sądzę, że bez moich wskazówek radzą sobie
bardzo dobrze. W ludziach, którzy do nas przyjeżdżają i chcą być aktorami widać
tak ogromną pasję, siłę i determinację, że nie ma co im dawać wskazówek. Muszą
jedynie pamiętać, żeby byli sobą. Wiedzieli, co mówią, kiedy uczą się tekstu na
pamięć i aby próbowali swoich sił nie korzystając z porad, które narzucą im
bardziej doświadczeni. Komisja przyjmująca zwykle nie patrzy na to, czy ktoś jest
efektownie przygotowany, tylko na to jakim jesteś człowiekiem, co kryje się pod
spodem. Sprawdzają czy się do tego nadajesz. Takie są moje rady, być sobą. A
reszta jest w rękach opatrzności.
W bardzo młodym wieku zagrał Pan w filmie
„Korczak” Andrzeja Wajdy jak Pan wspomina ten czas ?
Wspaniałe przeżycie, każdemu bym życzył czegoś takiego
doświadczyć. Nie był to mój pierwszy film. W tamtych czasach nie było agencji
aktorskich. Do Ogniska przyjeżdżali reżyserzy obsad w poszukiwaniu nowych
twarzy. Zaprosili mnie na zdjęcia próbne i tak się znalazłem na planie „Korczaka”.
Miałem czternaście lat i traktowałem to jako fajną przygodę. Na pewno było to
wspaniałe doświadczenie i wielkie przeżycie spotkać kogoś takiego jak Pan
Wojtek Pszoniak. Potem trudno funkcjonować z taką przeszłością. Człowiek jest
dorosły i sobie uświadamia, że najważniejszą rolę zagrał mając lat czternaście?
Niemożliwe przecież (śmiech). Pomijając moje wspomnienia myślę, że jest to
udany film z wielką kreacją Wojtka Pszoniaka.
![]() |
| "Korczak", reż. Andrzej Wajda, 1990 |
Jakie techniki według Pana są
najważniejsze ?
Myślę, że wszystkie techniki są dobre, ale one mogą jedynie pomóc w zbudowaniu postaci, natomiast nie zbudują jej za nas. Aktorstwo jest zawodem polegającym głównie na instynkcie. Zawsze kieruję się skojarzeniami, muszę się dowiedzieć, co jest do załatwienia na scenie, a potem spróbować to załatwić. Techniki mogą w tym jedynie pomóc. Scena jest pewnego rodzaju umownością. Paradoks polega na tym, że z jednej strony jest umownością a z drugiej trzeba grać tak serio, żeby odbiorcy w to uwierzyli. To co mówię jest bardzo niepopularne. Miałem dwie ciekawe sytuacje związane z technikami aktorskimi. Jedną z nich przeżył mój kolega, który zrobił przedstawienie w Stanach Zjednoczonych. Nie mógł się nadziwić pytaniom ze strony Amerykanów według jakiej książki lub metody zrobił spektakl. Odpowiadał, że według żadnej. Natomiast wszyscy oczekiwali konkretnej nazwy podręcznika. Drugiej sytuacji doświadczyłem jako młody wykładowca. Pojechałem ze studentami na festiwal do Czech ze „Świętoszkiem” Moliera, spektaklem dyplomowym, który wyreżyserowałem. Następnego dnia prowadziłem warsztaty dla Niemców, Czechów, Rosjan i Bułgarów. Wybuchła ogromna awantura, ponieważ żądali, abyśmy powiedzieli, jaką metodą pracujemy. Po chwili ciszy stwierdziliśmy, że chyba żadną, spotkaliśmy się, opracowaliśmy tekst, zanalizowaliśmy go, potem się nauczyliśmy i poszliśmy na scenę. Doszło do dużej konsternacji, bo wszyscy myśleli, że ukrywamy tę naszą metodę. Prawda jest taka, że jedyną metodą, którą znam jest prawda. Nawet jeśli robisz bardzo abstrakcyjną rzecz np. udajesz kurę. Każdy widzi, że to ty nią jesteś. Numer polega na tym, żeby chociaż na chwilę wszystkich nabrać.
piątek, 20 listopada 2020
Cezary Pazura o Janie Machulskim - „Był dla mnie jak drugi ojciec”
„Był dla mnie jak drugi ojciec”
z Cezarym Pazurą o Janie Machulskim rozmawiał Jakub Lebiedziński
![]() |
| Cezary Pazura, Małgorzata Bogdańska i Jan Machulski w spektaklu "KACZO", reż. Bogusław Semiotiuk, Teatr Ochoty, 1989 |
Dlaczego powiedział Pan, że Jan Machulski był dla Pana drugim ojcem?
Na studiach byliśmy jak wielka rodzina, traktowaliśmy się bardzo uczuciowo. Był dla mnie jak drugi ojciec, bo wielokrotnie pomógł mi również w życiu osobistym. Dostałem się do szkoły w 1982 roku, Pan Jan Machulski był wtedy dziekanem i opiekunem naszego roku. Na egzaminach bardzo skrupulatnie dobierał swoich studentów. A ja na pierwszy etap przyjechałem trochę zachrypnięty.
Po słynnym meczu w 1982? Polska-Belgia: 3-0 dla Polski...
Tak i Pan Jan również był zachrypnięty. Myślałem, że mnie nie dopuści już na pierwszym etapie, ale chciał mi się przyjrzeć. Lubił przyglądać się ludziom, nie skreślał ich od razu. W tamtych czasach na wydziale aktorskim w Łodzi był jedynym znanym aktorem, reszty aktorów nie znaliśmy. Nami zajął się gwiazdor i my studenci czuliśmy wobec Niego duży respekt. Potrafił zaskarbić sobie nasze zaufanie. Zawsze pytał, co słychać, czy może w jakiś sposób pomóc. Gdy w odwiedziny do szkoły przyjechali moi rodzice, to poczęstował ich kawką, herbatką, długo z nimi posiedział mówiąc, że mają zdolnego syna. Potrafił doskonale motywować. Nie był urzędnikiem. Był nauczycielem z prawdziwego zdarzenia, który myśli o swoich studentach. Chodził z nami na imprezy. Na jednej z nich powiedział: „Mam siwe włosy i jestem dużo starszy od was, ale w środku jestem w waszym wieku - mam 27 lat”. Wtedy się śmialiśmy, nie mogliśmy tego zrozumieć, myśleliśmy, że mówił tak kurtuazyjnie, żeby nam było miło. Teraz jestem prawie w tym wieku, w którym Pan Jan przyjmował mnie do szkoły. I dziś już rozumiem, że w środku się nie starzejemy. Czas tylko sprawia, że nasze komórki obumierają, ale duch cały czas jest młody. Jan Machulski był właśnie takim młodym duchem.
Jak trafił Pan do
Teatru Ochoty?
Po skończeniu studiów zostałem bez etatu. Wtedy Jan Machulski wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Powiedział: Mam już zespół w teatrze, ale ciebie przyjmę, ponieważ ty jesteś moim bardzo zdolnym studentem i nie możemy cię stracić. Próbował pomóc załatwić mi mieszkanie, co wówczas się nie udało. Ale razem chodziliśmy po urzędach dzielnicowych i do burmistrzów. Zajął się mną jak tata.
Jak
wspomina Pan pracę w tamtym teatrze ?
Jeszcze w czasie studiów statystowaliśmy
lub dostawaliśmy mniejsze role w przedstawieniach szekspirowskich w Zamojskim
Lecie Teatralnym, które Pan Jan stworzył. Sami budowaliśmy scenę, nauczyłem się
spawać, wiązać drutem, kopać łopatą, kombinować skąd wziąć jakieś elementy do zadaszenia,
żeby postawić profesjonalną scenę. Jak się zbuduje scenę od zera i potem się na
nią wejdzie i zobaczy kilkaset osób na widowni, to odpowiedzialność za słowo i
za gest jest o wiele większa. Graliśmy dla różnej widowni, czasami było kilka
osób, a czasami kilka tysięcy, ja to wszystko przećwiczyłem z Janem Machulskim.
Uczył nas poszanowania widza i tego, że trzeba godnie wyjść na scenę, bo to
wyjątkowe miejsce. Kiedyś zaspałem na próbę popołudniową na 14.00. Rynek w
Zamościu był pełen, ponieważ ludzie przychodzili podglądać próby. Wyszedłem na
scenę spóźniony i Pan Jan przez mikrofon powiedział: „Pazura spóźniłeś się”.
Odpowiedziałem: „Przepraszam, Panie dziekanie, ale zdrzemnąłem się i zaspałem”.
„To może, synku, witaminki zacznij jeść?” - rozbrzmiało na całym rynku. Pan Jan
dostał brawa za ten tekst i usłyszałem rechot tłumu. Tak mi to poszło w pięty,
że już nigdy się nie spóźniłem. To są dobre lekcje, które potem w życiu
procentują.
Czy ma Pan o ulubioną rolę Jana Machulskiego?
Byłem dzieciakiem ze wsi, nie potrafiłem
wymienić Jego ról filmowych. Dopiero wyszukałem w encyklopedii. Do dużej
encyklopedii wszyscy się załapali, a do małej nie. Pan Jan Machulski był w
jednej i drugiej (śmiech). Ale jak Julek wyreżyserował film, to wszyscy pokochaliśmy
„Vabank”. Pierwszą ważną rolę świetnie zagrał w „Ostatnim dniu
lata”. Film, który poznał cały świat, nie tylko Polska. Wizytówka Polskiej
Szkoły Filmowej. Chyba miał potem wewnętrzny żal, że rozpoczął bardzo ważny
etap polskiego kina, a potem to kino potraktowało Go po macoszemu. Rozumiem
rozgoryczenie, bo też się z tym spotkałem. Na początku biorą cię do wszystkiego,
wyciskają jak cytrynę, pomagasz zrobić jakąś nową jakość w filmie i potem cię
wypluwają.
Jakie ważne wskazówki aktorskie otrzymał Pan od Jana Machulskiego?
Na pierwszym roku robiło się podstawowe
zadania aktorskie, wprawki, jakieś udawanie. A nasz dziekan kazał nam robić
duże role! Byliśmy niezdarni, nieudolni, ale jednak podejmowaliśmy się tego przedsięwzięcia.
Widzieliśmy jak Jemu na nas zależy.
Dostaliśmy na egzaminie na pierwszym roku 5+
i zaczęła się afera. Inni Profesorowie uważali, że nie graliśmy na piątkę i nie
należy stawiać piątek z plusem, bo to nas rozbestwi i nie jest motywujące. Ale On
widząc, że ktoś robi więcej, idzie dalej i chce się rozwijać, to go nagradzał.
Najlepszą nagrodą dla studenta jest dobra ocena. Profesorowie bywają bardzo
surowi: „Proszę nie machać rękami, proszę nie ruszać głową, proszę stać w
miejscu”. Nagle z fajnej, ruchliwej osoby wychodził cyborg. To po szkoła jest,
żeby zabijać czy rozwijać? I był to Jego odwieczny problem, żeby szkoła
rozwijała, a nie ograniczała. Całe pokolenie aktorów jest mu za to wdzięczne. Nauczył
nas gotowości. Nikt nie będzie na was czekał w profesjonalnym życiu. Dostajesz
zadanie i mówisz, że pójdziesz do domu, przemyślisz i jutro będziesz miał
gotowe. Nie. Mówił, że jesteś tu i teraz, ściągasz marynarkę i grasz. Jeżeli ty
nie zagrasz, to zrobi to ktoś za ciebie i zatrudnią jego. Przygotowywał nas, że
w tym zawodzie jest wyścig. Jednym się uda, a innym nie. Jedni będą pierwsi, a inni
nie będą grali. Na to nie ma rady i musicie na początku ten wyścig wygrać. Ale
z drugiej strony pokazał, że ten zawód może być piękny. Każde wyjście na scenę
i dzień przed kamerą mają być święte. Jeżeli jesteś aktorem, to zostałeś do
tego powołany i musisz to w sobie rozwijać.
Czy na koniec rozmowy mógłbym poprosić o anegdotę związaną z Panem Janem Machulskim?
Opowiem o kredensie. Pan Jan wówczas mieszkał
na Ochocie w wieżowcu chyba na dziewiątym piętrze. I pewnego razu kupił kredens
i poprosił nas, żebyśmy pomogli go rozłożyć, wsadzić w częściach do windy i
potem w mieszkaniu złożyć. Pojechaliśmy z Markiem Bieleckim, również aktorem z
naszego teatru. Na miejscu okazało się, że to stary kredens, bardzo ciężki, nie
rozkłada się, nie mieści do windy i trzeba go wnieść na dziewiąte piętro! Do
dziś pamiętam z jakim mozołem taszczyliśmy ten mebel we trójkę krętą i ciasną klatką
schodową w komunistycznym budownictwie. Syzyf się mniej narobił. Miałem
wrażenie, że ręce tak mi się wyciągnęły, że mogę na stojąco podrapać się po
kostkach. Byłem tak wycieńczony, że nie pamiętam jak tamtego wieczora zagrałem
spektakl.
W imieniu Ogniska bardzo Panu dziękuję za rozmowę.
środa, 30 września 2020
Konrad Czapski - Ciężko wyznać
![]() |
| Spotkanie z Panem Wacławem Kornblumem, 16 września 2020 roku, ulica Próżna, Warszawa |
Mam duży problem z napisaniem tego tekstu. Tak naprawdę dalej nie wiem, co chcę w nim zawrzeć, ale zmęczony bezpłodnym rozmyślaniem postanowiłem zdać się na łaskę Kalliope i zacząć pisać wbrew jałowemu węzłowisku myśli. Węzłowisko jest jednak jak najbardziej uzasadnione, ponieważ jak mam ująć w słowa relację ze spotkania z człowiekiem, który przeżył koszmar getta i tułaczki po okupowanej Polsce?
*
Trzeba wam wiedzieć, że pan Kornblum pojawił się na pół godziny przed wyznaczonym czasem. Zaskoczenie dołączyło do uczucia onieśmielenia tworząc w mojej głowie osobliwy tygiel, który nie ułatwiał zadawania konstruktywnych pytań, mających być istotnym elementem naszej rozmowy z panem Kornblumem. Pomimo uprzejmości pana Kornbluma, miałem wrażenie, że niezależnie od treści mojego pytania, wyjdę na młodziaka-ignoranta, który próbuje zagłębić się w tematykę ważką, ale odbija się od jej tafli, ponieważ ze względu na swój młody wiek i niewielki bagaż doświadczeń może się jedynie domyślać z maską zatroskania na twarzy, prawdziwej skali okropieństw wojny. Pan Kornblum jednak, niby przewidując moje obawy, stwierdził już na samym początku, że nie jesteśmy w stanie pojąć realiów i motywacji, które podczas wojny warunkowały postawy ludzkie. Było to wypowiedziane bez wyrzutu ani poczucia żalu. Właściwie, wszystkie odpowiedzi pana Kornbluma były pozbawione tych dwóch emocji. To mnie poruszyło najbardziej. Izaak Wacław Kornblum stracił podczas wojny rodziców, znosił męki getta, poza gettem musiał wyrzec się swojej tożsamości. Okres młodości spędził doświadczając przemocy, głodu i pogardy, a mimo to opowiadał o tym bez gniewu i żalu do świata. Tak oto wyzbycie się gniewu i żalu wyryło mi się w pamięci jako fundament rozrachunku z przeszłością.
*
On
To miasto –
Chór
Nie ma tego miasta
Zaszło pod ziemię
On
Świeci jeszcze
Chór
Jak próchno w lesie
On
Puste miejsce
lecz wciąż ponad nim drży powietrze
po tamtych głosach
Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną
Zbigniew Herbert, „Prolog”, fragment
*
Im dalej posuwam się w tekście, tym dobitniej dociera do mnie strach przed realizacją kolejnych akapitów. Bo też do czego miałbym się odnieść i czym tę osobliwą notkę spuentować? Boję się ucieczki w tanie moralizatorstwo, które przecież tak gładko zawsze układa się w ostatnich linijkach tekstów. Zamiast tego ponownie przytoczę postać pana Kornbluma. On podczas naszej rozmowy nie starał się szokować i wprowadzać słuchaczy w poczucie czarnej rozpaczy bądź palącej chęci zemsty. Pan Izaak opowiedział nam swoją historię taką, jaka ona była. Ze spokojem i wyrozumiałością.
czwartek, 24 września 2020
Julia Kucińska - Historia mojego miasta
Kiedy dostałam wiadomość zapraszającą mnie do wzięcia udziału w projekcie dotyczącym literatury związanej z gettem warszawskim, od razu wiedziałam, że to będzie ogromnym wyzwaniem i że się go podejmę. Projekt miał na celu pomóc młodzieży w poradzeniu sobie z zapoznaniem się z trzema pozycjami wchodzącymi w skład obowiązkowych lektur szkolnych. Zajmowaliśmy się reportażem autorstwa Hanny Krall pt. „Zdążyć przed Panem Bogiem”, „Rozmowami z Katem” Kazimierza Moczarskiego oraz wierszem Czesława Miłosza pt. „Campo di Fiori”. Inicjatywa wyszła od otwierającego się Muzeum Getta Warszawskiego. Zaangażowali byli jego twórcy, a wszystko reżyserował Paweł Passini. Już samo czytanie tekstów w ramach przygotowań do projektu wywoływało u mnie trudne emocje. Po otrzymaniu scenariusza nadeszła pora na nauczenie się kwestii. Wtedy wgłębiałam się w te słowa jeszcze mocniej, a uczucia stawały się silniejsze. Nie jest łatwo wyjść ze stanu, w który wchodzi się, gdy postawimy się na miejscu ofiary tak tragicznych zdarzeń. Kolejnym etapem, podczas którego moje wrażenia rosły było faktyczne wcielenie się w ludzi tamtych czasów i to w miejscach, gdzie rozegrała się ta historia. Apogeum było spotkanie z Wacławem Izaakiem Kornblumem – człowiekiem, który był w getcie. Doświadczył na własnej skórze niepojętej rzeczywistości, którą próbowaliśmy pojąć. Mieliśmy tylko dwa dni nagrań i jeden na omówienie wszystkiego tydzień przed realizacją, jednak w moim odczuciu ta przygoda trwała dłużej i ciągle jeszcze się nie skończyła. Od dawna miałam zakorzenioną w głowie świadomość historii mojego miasta, ale to przeżycie stopniowo ją we mnie budziło na nowo i poszerzało moją wiedzę. Uderzało we mnie z narastającą siłą, wywołując niekomfortowe uczucie, które trudno jest opisać. Mam wrażenie, że naprawdę przeniosłam się do innego świata, po którego szczątkach chodziłam przez całe życie. W tej drugiej rzeczywistości trudno jest wytrzymać. Ja mogłam z niej wracać i nadal żyć moim życiem, jednak osoby, które naprawę żyły w tamtym świecie, nie miały z niego ucieczki. To była ich codzienność i to jest dla mnie najbardziej przerażające.
niedziela, 6 września 2020
WALCZYMY O KINO ATLANTIC
![]() |
| zdjęcia z wielu naszych występów kinie Atlantic |
Szanowni Państwo,
Jako młodzi dorośli wychowani w przekonaniu, że sztuka i
kultura są kluczem do szczęśliwej i twórczej przyszłości, nie zgadzamy się, aby jedno z miejsc, które jest i było przestrzenią do obcowania
z filmem i literaturą, zniknęło bezpowrotnie z mapy Warszawy.
Kino Atlantic już dla pokolenia naszych pradziadków, było
miejscem spotkań. W latach trzydziestych stanowiło tchnienie nowoczesności i
podążania za nowinkami technicznymi i technologicznymi. Patrząc na współczesne
multiplexy, wielosalowe kompleksy kinowe, ze łzą w oku myślimy o tym, że w
latach trzydziestych dwudziestego wieku, Atlantic był najnowocześniejszym kinem
w stolicy. Mimo wojny, powstania warszawskiego, trudów lat powojennych w zrujnowanym
mieście, budynek przy Chmielnej 33 trwał na swoim miejscu, będąc ostoją dla
zmęczonych codziennymi trudami mieszkańców Warszawy. Stanowił jasny punkt nawet
w najciemniejszych czasach. We wspomnieniach naszych dziadków i rodziców
przejawiają się seanse filmowe z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i
siedemdziesiątych. Nasze mamy z rozrzewnieniem wspominają wagary
spędzane na oglądaniu “Pretty Woman”, czy “Dirty Dancing”. Dziadkowie z
ironicznym uśmiechem opowiadają o propagandowych radzieckich filmach, które były
tylko tłem do trzymania naszych babć za rękę w ciemnej sali kinowej.
Dla naszego pokolenia lśniący neon przy Chmielnej znaczy więcej
niż kino. Atlantic to nie tylko miejsce, to także ludzie. Pasjonaci, zapaleńcy,
miłośnicy sztuki. Dzięki nim wszystkim, możemy obcować ze sztuką przez wielkie
S, spotykać się z pisarzami, scenarzystami, wielkimi reżyserami i aktorami.
Wielokrotnie te stare mury gościły galę z okazji premier książkowych i
filmowych, rozdania nagród i rocznic. Mieliśmy okazję czytać prozę i poezję na
oczach autorów, jednocześnie czując się swobodnie i wiedząc, że otaczają nas
przyjaciele i ludzie dzielący te same pasje, zainteresowania, a czasem
zachwyty.
Dlatego, Szanowni Państwo, nie ma w nas zgody na utracenie tak
znaczącego punktu na kulturalnej mapie Warszawy. Nie możemy bez walki oddać
naszego kina Atlantic, ani my, ani nasi rodzice, ani dziadkowie, ani duchy
naszych pradziadków, nie pogodzą się z tym, że zamiast lśniącego neonu,
chłodnego holu i przytulnej sali kinowej, na Chmielnej 33 stanie bezduszny
wieżowiec pełen klimatyzowanych, identycznych sal i korytarzy. Nie pozwalamy
zdeptać dziewięćdziesięciu lat historii! Jak to możliwe, aby po tylu latach, po
przejściach wojny, pożarze, tylu zmianach władz w państwie i w stolicy, w 2020
roku miała by zwyciężyć bezduszna ekonomia.
W związku z powyższym apelujemy o podjęcie skutecznych działań
chroniących kino Atlantic.
Z poważaniem Barbara i Urszula Kurzejewskie
W imieniu Ogniskowiczów Ogniska Teatralnego „U Machulskich”









