niedziela, 5 października 2014

Anna Kozłowska - Słowa klucze


Ponieważ dziś kolejne rozpoczęcie roku w Ognisku, zapraszam do zapoznania się ze znaczeniami słów-kluczy, które pomogą szerzej otworzyć wyobrażenie Ogniska. Pierwszy krąg wtajemniczenia.

Halinizm – sposób postrzegania świata oparty na doświadczeniu. Na doświadczeniu bycia/życia w Ognisku. Słowo pochodzi od imienia założycielki, pani Haliny Machulskiej i opisuje wszelkie społecznikowskie zapędy, altruistyczne działania, maniakalne pragnienia ulepszania świata, nałogową potrzebę kreatywności w życiu codziennym, rozbuchaną wyobraźnię. Oraz to, że można wszystko. Myślenie halinistyczne ułatwia i uatrakcyjnia życie.
Hymn Ogniska – powstał na 1 obozie Ogniska w latach 70 do tekstu Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości ziemi ojczystej”. U niektórych, zwłaszcza jeśli wykonywany po długiej przerwie, powoduje drżenie strun głosowych, silne łzawienie, kłopotliwy ścisk w gardle oraz wiele innych oznak poruszenia. Tekstu nie zapomina się do końca życia.
Sekretariat Ogniska – tam możesz znaleźć niemal wszystko i tam może cię spotkać również niemal wszystko. Miejsce rozpaczliwych próśb o przełożenie terminu warsztatu i jeszcze o bardziej rozpaczliwych próśb o dopisanie do listy wyjeżdżających na obóz/zimowisko. Również miejsce zwierzeń, dzielenia trosk, konsultacji artystycznych. Oraz życiowych.
Warsztat – samodzielna propozycja teatralna. Wystarczy wybrać tekst, zrobić adaptację, obsadzić aktorów, stworzyć scenografię, wybrać kostiumy, wyreżyserować aktorów na umówionych wcześniej próbach w zarezerwowanych wcześniej salach, wykonać plakat, zaprosić instruktorów, wypisać kartę warsztatu, pokonać premierowy stres, wysłuchać omówienia i już. Wspaniałe doświadczenie! 3 zaliczone warsztaty są podstawą otrzymania dyplomu ukończenia Ogniska.
Jadła kisiel palcem – song powstały na obozie w Małej Wsi w 2004 roku podczas fuksówki. Wykonywany w tak szczególnych okolicznościach jak urodziny Pani Haliny. Refren do bardzo znanej melodii brzmi: „była tu i teraz, jadła kisiel palcem” i doskonale opisuje całą prawdę o Pani Halinie.
Obóz/zimowisko – czas magiczny. Czas skrajnych emocji i zaskakujących zdarzeń. Paniki przed inwencją w pokojach, zalewu szczęścia po obrzędzie i dramatu rozstania w momencie wyjazdu. Życie wśród maniaków tworzenia. Jak ktoś był, to chce znów. A jak nie był, niech jedzie. Gwarantowane wspomnienia do końca życia.
Niespodzianka – jak sama nazwa wskazuje, nie wiadomo, czego się spodziewać. Niedefiniowalna obozowa specjalność. Codziennie jedna z grup przygotowuje coś, co wszyscy nazywamy niespodzianką. I nigdy nie można przewidzieć, czy zakończy się ona piramidalną klęską czy spektakularnym sukcesem. Bez względu na efekt, każdej z nich towarzyszy wybuch adrenaliny.
Fuksówka – do przeżycia na obozie. Łączy się z pstrykaniem, nakryciami głowy, pieśniami i scenami ze słów trudnych, improwizacjami oraz z poszukiwaniami odpowiedzi na „kulturalne” pytania. Na pierwszym obozie przeżywana z dystansu z rosnącym zaciekawieniem, na drugim w oszałamiających emocjach, na trzecim w lekkim stresie, czy zdążymy z pokazem KMT.
KMT – Koło Miłośników Teatru, które zrzesza setki Ogniskowiczów. Można do niego dołączyć dobrowolnie na specjalne zaproszenie w trakcie obrzędu. Ale „szlachectwo zobowiązuje.”
Obrzęd – opis nie ma sensu. Doświadczenie do przeżycia już na pierwszym obozie ostatniego wieczora. A potem przez rok rozmyśla się o własnym.
Pokochajcie pokonywanie przeszkód – fraza wypowiadana przez Panią Halinę Machulską w każdej możliwej sytuacji. Im człowiek starszy, czyli bardziej doświadczony, tym bardziej rozumie i docenia wagę tych słów.
Jesteście orłami, nie zniżajcie lotów – jak wyżej. Warto słuchać złotych myśli Pani Haliny, bo wracają do nas ogniskowym echem. I to echo ma rację. Sukces jest początkiem klęski, a klęska początkiem sukcesu.
Nie ma problemów, są tylko rozwiązania – a to już moja specjalność, czyli „Pani Ani”. Pozdrawiam.

piątek, 3 października 2014

Marta Marciniak - Romantyczny głos do pierwszaka


Podobno pierwsze zdanie jest najtrudniejsze, więc dobrze, że już się kończy. A dobrze dlatego, że już bardzo długo oswajam się z myślą, aby napisać coś na ogniskowego bloga. Jednak wolałabym, aby to „coś” swoją obecnością nie popsuło magicznego wrażenia, jakie pozostaje po tekstach moich koleżanek i kolegów.
Ognisko ma tyle aspektów i tyle odcieni, że ciężko wybrać jeden, który można by opisać. Zastanawiałam się, jakim jednym słowem można opisać Ognisko. Magia, praca, artyzm, zabawa, inspiracja, przygoda, radość...
Jednak jak wiadomo, natchnienie przychodzi samo. Właśnie skończyłam przeglądać książkę z obozu w Jadwisinie. Urocze wpisy, zabawne anegdotki, moc wspomnień. I olśniło mnie! Olśniło mnie, że klamrą spinającą te wszystkie słowa jest miłość.
Każdy, kto był w Ognisku i został trwale zarażony wirusem machulszczaka, wie co mam na myśli. Przekazana została nam miłość do siebie – niewiele mająca wspólnego z egoizmem. Raczej z akceptowaniem i pewnością siebie, odwagą do wyrażania własnego zdania, nie godzeniem się na konformizm i dystansem do siebie. (Zwłaszcza gdy na pokazie świątecznym gra się samotną górną dwójkę w wigilijnych ustach wujka Staszka).
Miłość do grupy – bo przecież grupa jest najważniejsza, absolutnie i totalnie. Bo tworzy ją każdy z nas, a to od nas zależy, jaka będzie atmosfera na zajęciach. Bo gdy się w niej lubimy, szanujemy i chcemy działać, możemy wszystko. Serio, wszystko wszystko. (Dla mnie ideałem grupy jest Balladyna-Operetka, pracowanie z tymi ludźmi to był prawdziwy zaszczyt. No i wiemy, że możemy nawet zrobić warsztat podczas jednej próby).
Miłość do instruktorów – to ta najbardziej urokliwa i w obie strony działająca. Oni dają nam z siebie wszystko to, co najlepsze, my tylko musimy chcieć brać. A to, czego oni nas nauczą i to, co nam powiedzą zostanie w nas na zawsze. (Nadal analizuję wiersz metodą Sebastiana, a słowa Bartka, o których być może już nie pamięta, to jedne z najpiękniejszych, jakie mogłam usłyszeć).
Miłość do tego miejsca – z każdą salą wiąże się moc pozytywnych wspomnień (tu odbył się mój pierwszy warsztat, tam Kajtek opowiedział swój żart o Danucie, jeszcze dalej poznałam swoją wielką pierwszą miłość).
Miłość do pani Haliny – co tu dużo mówić, była tu i teraz, jadła kisiel palcem. Każdy, kto poznaje tę wspaniałą osobę od razu staje się ortodoksyjnym wyznawcą halinizmu.

Z perspektywy paru lat widzę, że Ognisko uczy miłości, ale mądrej i w mądry sposób. I mimo że nie każda przyjaźń przetrwa próbę czasu, nie każdy związek okaże się tym na całe życie i nie każdy warsztat będzie wyróżniony, to jedno jest pewne: to, co przeżyliśmy dzięki Ognisku było prawdziwe i szczere. Nie uczymy się odgrywać miłości na scenie, ale ją okazywać w realnym życiu. Dlatego każda chwila przeżyta na Bartyckiej 18, z ludźmi, których się tam poznaje, zostawia w nas mocny ślad. I dobrze, bo nie znam ani jednego machulszczaka, który byłby złym człowiekiem.

Ostatnie zdanie winno zawierać podsumowanie i głęboką refleksję twórcy, jednak ja skieruję się do pierwszaków, którzy lada dzień zaczynają swoje zajęcia: kochani, na początku zawsze jest trema, ale warto się otworzyć, aby móc przyjąć od Ogniska najwięcej, ile się da i ile się zmieści w waszych cudownych, artystycznych sercach.

wtorek, 30 września 2014

Natalia Kowalczyk - Ogniskowy Wajdyzm


Wrześniowe pobudki nie należą do najprzyjemniejszych. Nie mówię tutaj tylko o smutnym zderzeniu z powakacyjną rzeczywistością, ale też o porannej porze, która ewidentnie nie sprzyja artystycznemu rozwojowi. Czy na przykład taki Kafka wstawał o 6.30? Z pewnością nie. Nie mówiąc już o Witkacym, który o tej nieszczęsnej 6.30 raczej się kładł spać. Niestety, moje pisane do szuflady dzieła nie przypominają" W Małym Dworku", a robione na lekcjach karykatury kolegów z klasy nie są godnymi sprzedaży portretami. Mogę więc albo walczyć z systemem, nie chodzić do szkoły i tym samym nie zdać matury albo znaleźć sposób na wstawanie. Ja ten sposób odnalazłam i od dnia 1 września pracowicie pielęgnuję. Codziennie rano, aby otrzeźwić umysł po raczej krótkim przebywaniu w objęciach Orfeusza, staram się sklecić na poczekaniu Oscarową przemowę. Siadam na łóżku, biorę przygotowaną uprzednio na nocnym stoliku statuetkę za szkolne osiągnięcia sportowe i wymyślam kilka zdań podziękowania dla Akademii za (w moim przypadku plastikową, pozłacaną) nagrodę. Tutaj warto przypomnieć o wielkim Polaku i naszym dumnym posiadaczu statuetki Andrzeju W. (Oczywiście tego Oscara niezmiennie gratulujemy). Moja przedmowa, mimo że codziennie inna, z reguły jest krótka. Trwa tylko do momentu kiedy moja fantazja zawiedzie mnie tak daleko, że poczuję się jak alfa i omega polskiej kinematografii i utrzymuję się w przeświadczeniu, że żaden Kutz to już mi nie podskoczy. Potem idę zjeść śniadanie w myślach tocząc dialog z Polańskim o tym jaki to był „ubaw” na planie "Zemsty". I tak jest do ostatniego łyka kawy, z którym to uświadamiam sobie, że, niestety, nazywam się Natalia Kowalczyk, mój dorobek artystyczny to trzy nieprzekraczające dziesięciu minut warsztaty i na 8.15 mam matematykę. Z westchnieniem przypominam sobie, że jedyna nagroda jaką w tym tygodniu (a najprawdopodobniej to nawet i w półroczu) odbieram to dyplom w Ognisku. Cóż, wszyscy chcielibyśmy być Andrzejami. Na chwilę obecną jednak muszę się zadowolić niedzielna uroczystością. Już okrągłe 5 razy miałam okazje oklaskiwać absolwentów Ogniska i jestem pełna przeświadczenia, że i w tym roku będzie tak samo jak wcześniej. Kolejność jest prosta - wyczytane jest nazwisko, potem odbieramy dyplom, następuje uściśnięcie dłoni a na koniec kwiaty, które to z reguły są dumnym bukietem zakupionych godzinę wcześniej ledwo żywych goździków. Z Oscarami nie ma to nic wspólnego. Nie oświetlają mnie nawet reflektory, bo zamiast nich są tylko tkwiące od lat w auli mało romantyczne jarzeniówki. Ba, nawet nie ma przemowy! (Przy mojej wylewności wyjdzie mi to zapewne na dobre, bo jakbym się dobrze rozpędziła to skończyłabym dziękując panu Mirkowi za to, że co tydzień odbierał domofon i wpuszczał mnie na zajęcia). Po co mi to było? Po odebraniu dyplomu nie będę się przez najbliższą dekadę pławić w blasku fleszy. Zmarnowałam młodość. Od razu powinnam sobie robić wielkie dzieła, a nie zgłębiać jakiegośtam Mrożka. Przecież jego teksty są w ogóle absurdalne (no bo jak, trzech facetów na bezludnej wyspie? Co to ma być, proszę państwa?) A jednak kiełkuje mi w tej głowie, że robiąc ostatnią niespodziankę na obozie to "ubaw" był nawet lepszy niż na planie „Zemsty” i, chcąc nie chcąc, to czuję się z siebie dumna. Z resztą żadne wielkie dzieła (to nie jest zbyt skromne określenie warsztatu, ale cóż jako twórca jestem do nich przywiązana), by nie powstały gdyby nie te wymyślane na dwie godziny przed premierą niespodzianki. W tym momencie to nie jest mi nawet potrzebna limuzyna, bo mam całkiem luksusowe 108, które wprawdzie spóźnione, ale dojeżdża. I co mi po złotej (ale cóż… łysej) statuetce jak nie mogę z nią nawet porozmawiać o moich ogniskowych przeżyciach? Wszyscy chcielibyśmy być Andrzejami, tylko po co? Codziennie rano, po wypiciu ostatniego łyka kawy, zadaję sobie to pytanie.

sobota, 20 września 2014

Joanna Merta - Egzamin (nie)dojrzałości



Jeszcze 3 osoby, każda po 7 minut, czyli jakieś 21 minut. Siedzą, piją, palą. Co oni palą? Boże, na pewno pomylę się w tekście. Lulki! Uff. 19 minut. Ktoś wyszedł! Jak Ci poszło? Co mówili?...
Po 5 latach nadal bez problemu mogę sobie wyobrazić, że siedzę w zielonym korytarzu na Bartyckiej i mnę nerwowo kartę zgłoszeniową. Szepczę cicho linijki nauczonego wiersza. Ktoś przede mną opowiada, że miał recytować tekst, jakby był dziurą w ścianie. Ktoś za mną zdaje już trzeci raz... Pamiętam każdy najdrobniejszy szczegół. Nic dziwnego, czułam się jakbym podchodziła co najmniej do matury. Zdawało mi się, że to jest tak samo ważny egzamin. Dziś, będąc już po maturze i po mojej przygodzie w Ognisku, wiem, jak bardzo się myliłam. Był o wiele ważniejszy.
Żeby Wam to udowodnić, proponuję szybki bilans. Moich najlepszych przyjaciół, zawdzięczam Ognisku. Wybranie kierunku studiów, a w gruncie rzeczy i życiowej drogi – zawdzięczam Ognisku. Oprócz tego zniknięcie bez śladu mojej paraliżującej nieśmiałości i osiągnięcie całkiem przyzwoitej dykcji (to tylko kilka takich podstawowych konkretów, bo nie każdy zrozumie co to znaczy, że Ognisko mnie ukształtowało).
A co do matury, zawdzięczam jej miesiąc niestrawności, przerost ambicji, trochę rozczarowań i jedyne co dobre, to święty spokój ze szkołą średnią. Sami podsumujcie.
Czy mam jakieś rady dla podchodzących do egzaminów? Chyba tylko dwie. Nie, żeby się nie stresowali, bo co to byłby za ważny egzamin bez dozy adrenaliny, ale może, żeby się nie stresowali za bardzo. Wierzcie mi, nie jest tak groźnie, a zdany egzamin jest wart tysiąckroć tyle strachu, ile się go najecie wcześniej. I przede wszystkim, wyłączcie dojrzałość, wyłączcie wstyd i dajcie się ponieść swojej fantazji. Bo to tym przecież, przede wszystkim, jest Ognisko. Miejscem, gdzie cię lubią za to, że jesteś sobą.

piątek, 8 sierpnia 2014

Karol Kunysz - Pasja



        Nigdy nie sądziłem że jedna decyzja może w moim życiu tyle zmienić. Dość chłodny wrzesień, płaszcz, parasol. Stres. Proza i piosenka. Norwid oraz Wasowski i Przybora. Wita mnie ciepło pewna Pani, schodzę w dół schodami i widzę mały korytarzyk, stolik i parę siedzeń oraz drzwi. Wypełniam kartę i czekam. Czekam. Czekam. Czekam. Wołają, wchodzę. Przekraczam próg. Zamykam drzwi. Tylko nie zapomnij tekstu. Tylko nie zapomnij. To Tu, w salce pomalowanej na czarno z reflektorem świecącym wprost na twoją twarz i trójką obcych Ci jak na razie ludzi siedzących za stolikami przed Tobą. Nie widzisz twarzy. Twarzy, które już za jakiś czas będą twoimi wzorcami, nadmiar ich wiedzy, który imponuje. Twarze przyjaciół, ludzi którzy swoją pracą i zaangażowaniem wkładają w młodzież ogromny kapitał. Nikt go nie zmarnuje. Oczy zaczynają wysychać. Zaczynasz. Tutaj się wszystko zaczyna. Kompleks małych sal pod schodami, pasja. Coś co wszystkich nas łączy, co sprawia że parę sal, schody, siedzenia, drzwi, automat – te rzeczy nabierają specjalnego wręcz znaczenia. Dom. Miejsce, do którego z radością wracamy, w którym śmiejemy się, płaczemy, dorastamy. Drzwi otwarte. Bycie tutaj jest życiową szansą. Na co? Na bycie innym, szczęśliwym. Jest to miejsce gdzie każdy bez względu na wiek czy wygląd czuje się jak w domu. Jest to uczucie przynależności do pewnej wspólnoty tak silnej, że możemy się czuć jakbyśmy byli w domu, z rodziną. Miejsce odpoczynku, odskoczni od życia codziennego i współpracy z ludźmi którzy podzielają nasze zainteresowania. Tylu pięknych ludzi w jednym miejscu jeszcze nie udało mi się spotkać. Kreatywność? Jak najbardziej. Twórz…

czwartek, 7 sierpnia 2014

Emil Batko - Twórcze szaleństwo

TWÓRCZE SZALEŃSTWO (labirynt spisanych myśli Emila Batko)

         Uczęszczam do Ogniska od października 2013 roku - po przełamaniu pierwszy lodów pochłonęło mnie bez reszty.  Pomimo długich, często utrudnionych dojazdów (uroki mieszkania poza Warszawą), nakładania się wielu obowiązków  (głównie szkolnych), braku czasu i prac nad warsztatem nie zniechęciłem się i w ciągu roku opuściłem zajęcia tylko dwa razy (w tym raz z powodu 40 stopniowej gorączki – następnego dnia brałem udział w pokazie semestralnym). Pomyśleć, że mógłbym o Ognisku nigdy nie usłyszeć gdyby nie to, że w liceum do klasy trafiłem razem z Gabrysią Dzięgielewską (serdecznie pozdrawiam!) - weteranką można rzec. Miałem nie iść na przesłuchania ale na ostatnią chwilę się zdecydowałem i mimo wielkiego stresu jakoś poszło. Zaczęła się moja szalona przygoda. Czasami zazdroszczę młodszym rocznikom, że tak wcześnie rozpoczęły swoją ogniskową drogę. Lecz nie o tym jest ta notka. Gdy usłyszałem o obozie chciałem na niego koniecznie jechać, nie mogłem się doczekać. Ale nie spodziewałem się aż tyle – warsztaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Natłok pracy, ale pracy twórczej powodował zmęczenie – zmęczenie pozytywne, satysfakcjonujące. Po całym dniu szedłem spać z myślą - „dziś zrobiliśmy kawał świetnej roboty” i mimo częstego niewyspania w najważniejszych chwilach potrafiłem wykrzesać z siebie energię. Poza pracą cenne były obserwacje tego co stworzyli inni – świetne warsztaty, niespodzianki, pokazy, sztuki... Wymieniać można bez końca.  Gigantyczne źródło inspiracji i nauki – np. co i jak lepiej mogę zrobić w swoim następnym warsztacie. Oprócz pracy było mnóstwo zabawy. Dzięki temu wszystkiemu cały obóz niesamowicie się zżył. Nie zapomnę wielu chwil do końca życia – od tych ważnych jak niesamowite emocje podczas pokazu z instruktorem (fenomenalny Seba Królikowski) czy prace przy warsztatach (Agaty Dziąbor i Ani Haber)  po te małe jak granie żagla w inwencji lub stworzenie z budyniu kisielu, gdy wykończony duszną pogodą zalałem proszek na mleko wodą  (pozdrawiam świadków moich kulinarnych wyczynów). Nie chcę się powtarzać ale nie mam innej opcji – obóz to coś co zmienia życie i pozostaje w myślach do jego końca. Obóz uświadomił po co tu chodzę, po co to robię i czego nauczyłem się podczas ogniskowego roku i obozowych dwóch tygodni – dlatego podczas dwóch ostatnich dni ryczałem jak bóbr (z przerwą na wpisywanie się do książek – mokre kartki nie są zbyt pożądane...). Mieszanka wszystkich emocji – smutku (że to już koniec), radości (bo tyle się zdarzyło), satysfakcji (zrobiliśmy wszyscy tyle świetnych rzeczy). Myślę, że wielu miało podobne odczucia co można było odczuć (odczucia można odczuć – produkcja masła maślanego trwa w najlepsze) podczas emocjonalnych, pełnych ciepła (i tulenia) pożegnań.

Twórcze szaleństwo – podsumowując tak można nazwać ogniskowe, teatralne warsztaty w Teresinie. Wakacje trwają (regeneruję siły i nie mogę się doczekać roku 2014/2015 zajęć a przede wszystkim Teresina 2015 – kolejnych cudownych wspaniałości, które nas czekają!

Mówię z całego serca wszystkim, którzy planują w przyszłości jechać – nie zastanawiajcie się, ta atmosfera i ten artystyczny misz-masz są tego warte!

PS. Misz-maszem można również nazwać ten wpis... Może powinienem napisać jakiś przewodnik po tym labiryncie myśli, emocji i słownych powtórek?



wtorek, 5 sierpnia 2014

Łukasz Gwóźdź - Wszyscy jesteśmy wybrani


Kto z nas nie zadaje sobie nigdy pytania „co by było, gdyby…”? Wrodzona ciekawość każe nam krążyć ścieżkami wytyczonymi przez nasze decyzje, zarówno te podjęte naprawdę, jak i te zaistniałe tylko w naszej wyobraźni. Są wybory trywialne i proste. Są wybory trudne i raz na całe życie.
Co by było, gdybym nigdy nie trafił do Ogniska? Gdyby cztery lata temu nie zaciągnęła mnie tu ze sobą moja przyjaciółka? Kim byłbym dzisiaj?
Mieszkałbym tu, gdzie mieszkam teraz. I miałbym tę samą rodzinę. Grałbym na tym samym pianinie (choć może nieco częściej). Prawdopodobnie chodziłbym do innej szkoły, już na poziomie gimnazjum (to moje polecił mi właśnie kolega z Ogniska). Ogólnie rzecz ujmując, byłbym tym samym człowiekiem.
Bo w Ognisku ludzie się nie zmieniają. Ja sam nie znam przynajmniej nikogo, komu by się to udało. Ognisko daje nam coś innego - możliwość stworzenia swego rodzaju lepszej wersji samego siebie. Wyciąga na wierzch to, co w człowieku najlepsze. Pomaga walczyć z tym, co niedobre, niechciane. Ognisko rzuciło na mnie czar - i za sprawą tego czaru Łukasz Gwóźdź stał się Łukaszem Gwoździem właśnie. Ale już o wiele bogatszym. Jak ubogim byłbym człowiekiem bez Ogniska! Nie chodzi mi tylko o suchą wiedzę na temat szeroko pojętej „kultury” (tę może sobie przyswoić każdy), lecz o niesamowitą świadomość. Patrzę na świat inaczej niż inni. Lepiej niż inni, co do tego nie mam wątpliwości. Widzę więcej, głębiej, szerzej… Dzięki Ognisku.
O czym jeszcze warto powiedzieć? W Ognisku poznaje się przyjaciół. Ja swoich mam. Najlepszych na świecie. Każdy z nas jest zupełnie inny i wszyscy jesteśmy podobni. Łączy nas znacznie więcej niż Ognisko, ale to tu się poznaliśmy. Sądziliśmy, że pcha nas tu ciekawość, ale nie - tęsknota nas tu przywiodła. Za czymś więcej; czymś, czego nie oferuje nam „zwykły świat” i „zwykli ludzie”. Kiedy wychodzimy z Ogniska (nieważne czy na całe życie, czy tylko na kolejny tydzień), mamy w sobie misję. „Chcę przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko”. Tak, chcemy. Nosimy tę przysięgę i tę myśl, że zmieniamy świat na lepsze. I że uświadamiamy ludziom, iż nikt z nas nie został wybrany. Bo aby doświadczyć tego wszystkiego, aby doświadczyć Ogniska, trzeba po prostu wsiąść do autobusu linii 167, przyjechać na ten koniec świata i wejść do świata innego - naszego i waszego. Który wywróci wasz świat do góry nogami i jeszcze przekona was, że właśnie tak jest normalnie.