poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Maciej Stachowicz - Najpiękniejszy kwiat


            Mój ogniskowy początek? Pamiętam go dobrze. Był wrzesień 2010 roku. Na ulicę Bartycką zawędrował wątły pierwszoklasista gimnazjum. Przyszedł na egzamin, pełen lęków i złych życiowych doświadczeń. Ten nieufny oraz skrępowany licznymi problemami chłopiec został przyjęty do organizacji, która wydawała mu się zaledwie kółkiem teatralnym. Dziś ta sama osoba jest już absolwentem Ogniska. Sam wyreżyserował trzy warsztaty (przedstawienia), nabrał pewności siebie, a przede wszystkim odnalazł przyjaciół.
            Niezwykłość Ogniska ponownie odkryłem na obozie. Wówczas odbyłem wiele intymnych oraz trudnych rozmów z pozostałymi uczestnikami. Choć każda rozmowa była niezwykła, napiętnowana trudnymi doświadczeniami, niemal wszystkie miały identyczny scenariusz. Na prawie każdym początku występowało odrzucenie. Główny aktor, zwykle uczeń szkoły podstawowej, błąkał się pomiędzy agresją świata a brakiem samoakceptacji. Towarzyszyli mu fałszywi przyjaciele – depresja oraz czasami nałóg. Słyszałem również o planach samorozwiązania własnego życia. Nagle następował punkt zwrotny – Ognisko. Tu odmienność stawała się zaletą, a wrażliwość skarbem. Opromienione teatrem dzieci zawiązywały przyjaźnie. Poprzez sztukę poznawały i kształtowały siebie oraz swoje środowisko. Tak dojrzewały, zapomniawszy o pochmurnej przeszłości.
            Dziś wielu z nich dorosło. Sam przecież stoję u progu pełnoletności. Jednak większość z naszej wspólnej, ogniskowej rodziny pozostała w organizacji, choć nie przychodzą już co tydzień na zajęcia. Studiując lub pracując, wciąż patrzą na świat oczyma fantazji. Oddychają codzienną kulturą, krzewiąc ją w swoim otoczeniu. Tak właśnie wzrasta myśl Pani Haliny Machulskiej, najpiękniejszy kwiat wśród idei. 

niedziela, 2 sierpnia 2015

Jan Zagdański - Broadway-Serock transmisja live


Jest 2 w nocy. Ogniki świec schodzą coraz niżej ku podłożu leśnej polany, a może ostatni już zgasł. Może większość jest już w śmietniku albo rozlana w postaci wosku na trawie, a niektóre zostały w kieszeniach na wieczną pamiątkę. Twarze ich podpalaczy są promienne i mokre od łez jak trawa w nocy. A może schną już w ciepłej sali, chwytając się jak tonący brzytwy ostatków najpiękniejszych dwóch tygodni w roku.
Nie jestem pewien. Nie ma mnie tam. Po raz pierwszy od lat nie uczestniczę w obrzędzie i jestem gdzie indziej, tysiące kilometrów stamtąd. Jedynym światłem w ciemności są nie płomienie świec, ale rozświetlone okienko, a w nim podobna do Muppeta pacynka. Słowa które słyszę nie są niedostępnym szyfrem, ukochanym przez wąskie grono wtajemniczonych, ale stekiem angielskich przekleństw wywrzaskiwanych przez wspomnianą lalkę. Przecznicę dalej masa ludzka wszystkich możliwych nacji przelewała się przez rozświetlony Times Square.

Ale zacznijmy od początku.

Równolegle z drugim turnusem obozu w Serocku dobiega końca mój darowany przez dziadków na osiemnastkę miesiąc w Nowym Jorku. Korzystając z pierwszego od dawna wolnego dnia pobiegłem co tchu do budki z przecenionymi biletami na Broadway - i po otrzymaniu od kasjera informacji ile kosztuje połowa biletu na komediodramat w Booth Theatre ze wstydem stwierdziłem, że moja podświadomość właśnie porównuje miłość do sztuki z miłością do pieniądza. No bo żeby bilet ze zniżką 50% na dwugodzinne przedstawienie kosztował tyle co kilkanaście wejściówek do Narodowego? Ale szybko odpędziłem te przyziemne myśli, taka okazja może się więcej nie nadarzyć, a kilka dni głodówki jeszcze nikogo nie zabiło, szczególnie młodego miłośnika teatru. Lżejszy o kilogramy niezjedzonej pizzy, ale bogatszy o świeżutką wejściówkę do mitycznego świata ruszyłem przez skąpany w deszczu Manhattan.

Kilka godzin później zasiadłem wygodnie w przeciętnej wielkości sali, ze sceną przybraną w lekko kreskówkowe dekoracje, czując podniecenie, ale i niepokój. Ten drugi był bezpośrednim efektem wrażeń, jakie wywarła na mnie atmosfera oczekiwania na show. Brakowało jeszcze 20 minut, a sala była już w połowie zapełniona, mimo że żaden dzwonek nie wybrzmiał i jak się później okazało - nie wybrzmi. Zapełniona była ludźmi, którzy wdarli się tu strumieniem wzbierającym pół godziny wcześniej przed wejściem, a którzy byli ubrani bynajmniej nie wieczorowo. Właściwie mało kto był mniej "każualowy" ode mnie - a trzeba zaznaczyć, że moja elegancja polegała wyłącznie na koszuli i spodniach z długimi nogawkami. Tylko nieliczni panowie, nie licząc obsługi, mieli marynarki - a od razu było widać, że po prostu po całym dniu spędzonym w biurze na Wall Street nie zdążyli wskoczyć w szorty i buty do biegania. Przy akompaniamencie chrześcijańskiego pop-country sprzedawcy roznosili wino i napoje chłodzące. Pan z obsługi w krawacie w fantazyjne wzory nucił lecący z głośników kawałek, chyba Bruce'a Springsteena. Wąż w mojej kieszeni wraz z tygodniami oczekiwania w pamięci krzyczały do mnie - czyżby to wszystko było tylko po to, żeby obejrzeć makdonaldową farsę przeniesioną na scenę wprost z Hollywood?

Ale w czasie gdy fuksówkowy rytuał dobiegał końca, światło na sali zgasło i zaczęła się sztuka. Tytuł brzmiał "Hand to God", a historia była o chłopaku opętanym przez diabła w postaci pacynki na jego dłoni. Pacynka pochodziła z przykościelnego teatrzyku prowadzonego przez matkę chłopca, a w sytuację byli zamieszani ponadto jego pozostali członkowie oraz pastor, co stanowiło iście wybuchowe połączenie. I w miarę rozwoju sytuacji mój niepokój zniknął błyskawicznie, ustępując miejsca zachwytowi i spełnieniu z nawiązką wszystkich oczekiwań. Scenariusz był błyskotliwy, zwroty akcji zaskakujące i karkołomne, kunszt aktorów - szczególnie tego w roli głównej, grającego jednocześnie sobą i diabłem-pacynką - wybitny, a oprawa sceniczna, mimo że bardzo dosłowna, naprawdę zmyślna i efektowna. Całość zaś stworzyła perfekcyjną esencję mojej miesięcznej przygody w Nowym Jorku - tak jak to miasto dzika, obsceniczna, odlotowa, przejmująca, straszna, brutalna, nieprzewidywalna i przezabawna. A kluczowym czynnikiem odróżniającym moje broadwayowskie wrażenie od tego codziennego z warszawskich teatrów, była publiczność. Spontaniczna, zarykująca się śmiechem, reagująca głośnymi westchnieniami, gwizdami i brawami na każdy wyczyn, a było ich mnóstwo, była kompletnym przeciwieństwem tej eleganckiej, refleksyjnej i powściągliwej, jaką mamy u nas na co dzień. A ich szorty i klapki przypomniały mi klimat obozowych występów.

A potem ucichły brawa. Była dwudziesta druga na Broadwayu, czwarta rano w Serocku. Ogniskowicze spali z twarzami w książkach, zmęczeni cudownym, ale długim dniem. Nowojorczycy wyszli na ulicę, by bawić się i nigdy nie spać wraz ze swoim miastem. Wszyscy "smucili się, że coś niesamowitego się skończyło, ale przede wszystkim cieszyli się, że się im przydarzyło".


niedziela, 26 lipca 2015

Tomasz Klochowicz - Aria na tysiąc głosów




Za mną dwa tygodnie mojego pierwszego obozu. Gdyby statystycznego Polaka zapytać czy woli spędzić dwa tygodnie pod Serockiem czy dwa tygodnie na Chorwackiej plaży to odpowiedź byłaby prosta: „Kupuję krem do opalania”. Ja przed obozem też bym pewnie tak odpowiedział, ale teraz moja odpowiedź byłaby zupełnie inna: „Kupuję kisiel, zupkę chińską, nuttelę i idę rozpalać ognisko.”  Ale nie w żołądku, (choć i to się niektórym przytrafiło), ale w sercu i duszy.
Świat się zatrzymał. Ziemia zwykle pędząca z prędkością trzydziestu tysięcy metrów na sekundę nagle stanęła w miejscu i wyjęła dwa tygodnie z mojego życia.  Spędziłem je w innym wszechświecie wyjęty ze zwyczajności rzeczywistości i wrzucony w magię obozu.  Ale to były piękne dwa tygodnie.
Dominująca szarozwyczajność, jaką czuję w każdym zakamarku mojego domu jest dobijająca. Nawet chorwackie morze nie cieszy jak jeszcze przed rokiem.  Nic niby tu niezmienione, a jednak pozamieniane. Niby nieprzesunięte, a jednak porozsuwane.” Dlatego leżąc na leżaku i czując pustkę, jedyne, co mogę zrobić to wyjąć „Arię na tysiąc głosów” i czytać. Czasem jedno zdanie, czasem całą strona, ale najważniejsze jest na końcu imię i nazwisko. Bo to już nie jest książka Henryka Bardijewskiego, tylko ich. Rzeczywiście stała się arią na tysiąc głosów fantastycznych ludzi, którzy byli ze mną w tym innym wszechświecie pod Serockiem. Każde zdanie z wpisu przypomina mi ich twarz, głos sposób mówienia, poruszania się. Każde wspólne przeżycie, wspólne rozmowy.
I teraz zamiast leżeć na plaży i cieszyć się słońcem i morzem usiadłem do komputera, by ten tekst wrócił mą „duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych”, do tych sztuk tworzonych, czterowersów, niespodzianek, dni porządkowych, ale przede wszystkim do ludzi, którzy myślą i czują tak jak ja. Bo tylko w takim miejscu, takim wszechświecie, gdzie są tak wspaniałe osoby, mogę czuć się naprawdę sobą.
I co tu teraz ze sobą zrobić, jeżeli na następny obóz trzeba czekać przynajmniej do zimowiska?

„Halo, cześć tu Tomek, chciałabyś może zagrać w moim warsztacie?”

sobota, 25 lipca 2015

Karol Teodorowicz - Potem nastąpiły dedykacje



            Ostatni dzień obozu – ktoś rzuca hasło: "teraz wpisujemy się do książek instruktorów". Ustawia się 5 kolejek. Trzeba będzie trochę poczekać na swoje miejsce w pustych przestrzeniach lektur kadry. Jest więc czas, żeby się zastanowić nad treścią wpisu. Kiedy jednak przychodzi upragniona kolej i otwiera się książkę, cały proces myślowy zaczyna się od nowa. Nie wiem, czy te 2-3 zdania były tylko 2-3 zdaniami, czy aż 2-3 zdaniami, ale faktem jest, że po dwóch godzinach byłem tym już cholernie zmęczony i bynajmniej niezadowolony z efektu.

             Pewnie powinienem był się spodziewać, co nastąpi. To przecież dość oczywiste. Mimo wszystko, dopiero kiedy tego samego dnia koło północy weszliśmy do sali, gdzie na stołach leżały stosy książek z nazwiskiem każdego z uczestników, zdałem sobie sprawę, że dedykacje mają się właśnie zacząć. Jedna noc i prawie pięćdziesiąt osób. Osób, z którymi żyłem przez ostatnie dwa tygodnie. Osób, dla których żyłem przez ostatnie dwa tygodnie. I wcale nie przesadzam. Mówię tu bowiem o osobach szczególnych.

            Ocierając się o różne grupy, skupiska ludzi, raz na kilkadziesiąt, może kilkanaście osób dostrzega się taką, która wyróżnia się czymś niezwykłym. To nie musi być żadna konkretna cecha. Po prostu czuje się w niej pewien rodzaj naturalnej wyjątkowości. Każdy, kto pozna taką osobę, może uważać się za bogatszego. W zamian oddaje się jej skrawek swojego serca i odtąd taki wyjątkowy ktoś zajmuje stałe miejsce w myślach drugiego człowieka.

             I jak ja mam teraz zamknąć kogoś takiego w kilku słowach na papierze? Kogoś, kto gości w tylu moich myślach. Ktoś, komu tyle chciałbym powiedzieć. Zaznaczam: powiedzieć, a nie napisać, bo o rzeczach ważnych wolę mówić osobiście, bez atramentowych pośredników. Całonocna rozmowa może by i wystarczyła. Ale ile musiałoby być takich nocy, jeśli na tym obozie co drugi jest tym wyjątkowym przypadkiem? Prawie pięćdziesiąt osób i prawie każda trzyma w garści kawałek mojego serca, mniejszy albo większy. Siedziałem nad książkami do ósmej rano. To zdecydowanie za krótko. Ale myślę, że ważniejsze jest to, że o każdej z osób, którym się wpisałem, myślę. Myślę bardzo dużo. Zagnieździli się w mojej głowie i prędko jej nie opuszczą.

             A co na to Ognisko? Ognisko żegna obóz. Zobaczy się z nami jesienią. Teraz może powitać następny turnus i nierozerwalną więzią połączyć kolejną grupę ludzi niezwykłych.


czwartek, 23 lipca 2015

Jan Kwapisiewicz - Przewodnik


          Lato. Nareszcie mogę odpocząć, ale nie tak zwyczajnie, ja chcę odpocząć od rutyny tygodnia, od normalnego życia. Do tego służy mi obóz. Obóz z Ogniskiem. Przyjechałem i od razu uderzył mnie zupełnie inny klimat niż dotychczas. Nie z powodu bliskiego zalewu. Z powodu ludzi, młodszych od mnie trochę przestraszonych, ale intrygujących. Moja grupa składała się z siedmiu osób, każda z nich była specyficzna, z każdą musiałem nawiązać wspólny język, tak robię zawsze. Jednak moja rola się zmieniła, dalej byłem zabawnym i trochę szalonym gościem, ale dla tej grupy stałem się przewodnikiem, kimś więcej niż kolegą z obozu. Na samym początku było ciężko (chociaż słyszałem historie o całkowitych integracjach w jeden wieczór), ale gdy już ustaliliśmy nazwę grupy i scenkę, to poczułem się staro. Jeszcze nie tak dawno to ja byłem w kompetentnych rękach doświadczonych Ogniskowiczów.
         Dni mijały, więź zacieśniała między nami, ja zacząłem odpuszczać rolę lidera, a moja grupa skupiała się sama. Chciałem, żeby potrafili pracować kiedy mnie nie ma, ale to nie tak działa. Oczywiście, że w szóstkę dawali sobie świetnie radę z pomysłami, a ja powinienem przy nich być. I kiedy przesadzają (np. z liczbą metafor) hamować, a kiedy hamują (tracą skupienie i kreatywność), przyspieszać ich pracę. W ostatnich dniach obozu wziąłem się w garść (często tak mam, że w obliczu końca potrafię się zmotywować) i znów byłem z nimi, ciałem, duchem i myślą. Dzięki naszej wspólnej pracy powstały dwa cudeńka, majstersztyki w dziedzinie niespodzianek: pierwsza na placu zabaw przywodząca na myśl beztroską zabawę w życie ze wszystkimi jej konsekwencjami i zaburzaniem rzeczywistości oraz druga, na plaży, czerpiąca garściami z literatury tworzenia utopijnych światów (np. Władca Much). Byłem z nich dumny jak ojciec z gromady dzieci.
         W dzień fuksówki (pewien tajemniczy zwyczaj) miałem wrażenie, że się coś stanie, powietrze było napięte i drżało, a ja czekałem na rozwój zdarzeń. W chwili końca obrzędu, kiedy to wszyscy świętowali, zobaczyłem w tłumie jedną małą postać. To była Gabrysia z mojej grupy. Stała sama i pomyślałem, że powinienem jej coś dać, żeby zapamiętała to zdarzenie na zawsze. Schyliłem się i przekazałem jej swoją, palącą się jeszcze, świecę. Dopiero później, po rozmowie z panią Anią, zdałem sobie sprawę jak wielką rzecz zrobiłem. To była najpiękniejsze, co mogłem komuś ofiarować. Wyjeżdżając z Serocka miałem wrażenie, że sprawdziłem się jako przewodnik, czułem się spokojnie i lekko, jak nigdy przedtem.

sobota, 27 czerwca 2015

Co to jest Ognisko Teatralne "U Machulskich" :D

Jak co roku, na zakończenie Ogniskowicze wypełnili anonimową ankietę - poniżej zamieszczamy wybrane odpowiedzi na 4 pytania: Co to jest Ognisko Teatralne „U Machulskich”? Kogo szczególnie cenię w Ognisku? Czego na szczęście nie ma w Ognisku? Kogo i po co powinieneś/powinnaś przyprowadzić do Ogniska? W odpowiedziach wystąpią m.in.: odkurzacz, słoń, babcia, pan Mirek, Tarantino i Platon :) Zdjęcia oczywiście z pokazów na uroczystości zakończenia roku.


 
Co to jest Ognisko Teatralne „U Machulskich”?
·         Miejsce, w którym każdy może być sobą
·         To miejsce, które uczy mnie jak podchodzić do życia
·         To wszystko, co dało mi siły
·         Baza, w której można naładować się każdego dnia innych kolorem energii
·         Terapeuta, z którym widuję się w każdy weekend
·         Miejsce, w którym każde, nawet mokre drewno dostanie iskrę, od której zajmie się ogniem pomysłów, energii i szczęścia
·         Kłębek emocji – przyjaźni, miłości, wściekłości, radości i wielu innych, tylko nudy nie ma
·         Portal do innego świata, innej rzeczywistości, pełnej nieoczekiwanych zdarzeń, ale na 100% pozytywnych
·         Jest jak duża sauna – wewnątrz wylewasz poty, ale bez stresu, wychodzisz oczyszczony i pełny energii
·         Malutkie państwo z własną historią i kulturą, które kocha swoich obywateli
·         Odkurzacz, który czyści z braku pomysłów
·         Rakieta w kosmos
·         Iskierka nieskończonego dzieciństwa
·         Miejsce bez słownika ze zwrotami „nie umiem” „nie potrafię” „nie wiem”
·         Fabryka pomysłów
·         Oaza kreatywności na pustyni prostactwa
·         Maszyna tworząca marzenia
·         Świątynia samego siebie
·         To po prostu uśmiech
·         Jest inspiracją, wiarą w siebie
·         To wszystko, czemu zawdzięczam moją zmianę na lepsze
·         Zaraza najsłodsza na świecie. Dopadnie każde piękne serce i nie pozwoli się wyleczyć
·         Moja droga do spełnienia marzeń
·         Chciałbym wiedzieć, ale ciężko będzie oddychać bez niego
·         To 28 liter, 26 głosek, 11 samogłosek i 17 spółgłosek
·         To styl życia
·         Metoda na życie
·         Nie wiem, ale codziennie dziękuję za nie Bogu
·         Drugi dom, druga rodzina
·         Sekta
·         Ogromna, kochająca się rodzina
·         Mój dom
·         To rodzina, którą sami sobie wybieramy


 
Kogo szczególnie cenię w Ognisku?
·         Wszystkich, którym chce się wstawać wcześnie w soboty i robić coś kreatywnego
·         Janka Kwapisiewicza. Kocham go, miły, ale wariat
·         Osoby otwarte, które nie boją się wygłaszać swoich opinii i pomysłów – staram się sama taka być
·         Nie wymienię nikogo z nazwiska, ale największą wartość mają dla mnie osoby, mające tak za tak, nie za nie, bez światłocienia
·         Ludzi, którzy są odpowiedzialni i przychodzą na zajęcia
·         Siebie, bo w Ognisku pokazuję prawdziwe ja
·         Ludzi, na których mogę polegać
·         Moja grupę, jedyni ludzie, którym bym oddał nerkę
·         Sekretariat, bo to gabinet psychologiczny
·         Siebie wśród Ogniskowiczów
·         pana Mirka, … Chryste, wszystkich!
·         Ludzi, dzięki którym w 5 sekund po wyjściu ze 108 nie mogę powstrzymać się od śmiechu
·         Każdego Ogniskowicza, bo spotkanie z każdą osobą nas kształtuje, każda rozmowa
·         Instruktorów, są pewnymi autorytetami, wzorem, do którego dobrze dążyć
·         Instruktorów, którzy mają w sobie tyle pasji i dobrej energii oraz cierpliwości, dziękuję, że z nami jesteście!
·         Te ptaki, które uczą nas latać


 
Czego na szczęście nie ma w Ognisku?
·         Yyy… ocen, zdecydowanie ocen
·         Oceniania i krytyki, nudy, beznadziei i nienawiści
·         Osób, które zostały przymuszone, by tu chodzić
·         Szpanu
·         komerchy
·         Wrednych nauczycieli
·         Tematów tabu
·         Nie ma kłótni, obrażania się i innych głupot
·         Moich rodziców i pani od przyrody
·         Wyczytywania po nazwiskach ufff
·         Stresu i presji na uczestnikach
·         Monotonii i nietolerancji – każdy jest inny
·         Węży i pająków
·         Brzydkich dziewcząt. Dodam, że nie wyglądem, chociaż i tak wszystkie dziewczyny w Ognisku są piękne
·         Smutku i Pesymistów  
·         Zła i nudy
·         Gniewu i agresji
·         Ograniczeń
·         Ignorancji
·         Braku pięknych wspomnień
·         surowego traktowania ludzi, patrzenia na kogoś z góry
·         Nie ma krytykowania lub śmiania się z innych – każdy z nas jest inny i to ceni się w Ognisku
·         strachu przed sobą
·         Wstydu
·         Przymusu do czegokolwiek
·         Testów i konkursów recytatorskich, a nie, te są
·         Pseudo aktorów        
·         Gasnących nadziei
·         Chamstwa i niewychowanych gburów
·         Zazdrości, konkurencji, nikt nie bije się o główne role
·         Ludzi beznadziejnych, którzy po prostu w Ognisku nie wytrzymaliby
·         Podziałów – to piękne, że każdy jest z każdym
·         Dyskryminacji, mogą być tak dziwna jak tylko chcę
·         Ograniczenia do wizji jednego prowadzącego
·         Słonia – takiego wielkiego ciężkiego, który by wciskał tłamsił wszystkich nawzajem
·         Banału, bo banał jest najgorszą rzeczą
·         Nauki takiej jak w szkole



Kogo i po co powinieneś/powinnaś przyprowadzić do Ogniska?
·         Moją babcię, żeby uświadomiła sobie, jak niezwykłe miejsca istnieją na świecie.
·         Moich rodziców, aby w końcu zrozumieli, że Ognisko to nie są zwykłe zajęcia teatralne
·         Kolegę, żeby zobaczył, że nie wszystko jest szare
·         Babcię niech będzie dumna  
·         Psa, bo go kocham
·         Siostrę jak podrośnie, żeby przeżyła to samo co ja
·         Tatę, żeby mnie podwoził
·         Moją mamę, żeby mogła spotkać starszych kolegów ze szkoły aktorskiej
·         Siostrę, bo chcę patrzeć jak nabiera siły i blasku
·         Mojego brata, bo cały czas kiedy uczę się wiersza, on też go umie
·         Pana Tarantino aby wziął kogoś z nas do swojego filmu
·         Mojego byłego chłopaka, żeby go znowu uwrażliwić
·         Wszystkich, którym nie wystarcza rzeczywistość
·         Mikołaja Kopernika, bo świat kręci się wokół Ogniska
·         Ludzi robotów. Żeby pokazać im świat i przeżywanie
·         Platona, znalazłby prawdziwy doskonały świat idei
·         Każdego kto chce mieć przyjaciół
·         Moich przyjaciół, żeby zrozumieli, czemu ciągle mówię o Ognisku
·         Ludzi, którzy nie są jeszcze pewni, co ich interesuje – bo w Ognisku rozwijają nie tylko w stronę teatralną, ale też ogólnie -  pomaga znaleźć pasję i poznać wartościowych ludzi
·         Niektórych zgorzkniałych nauczycieli, żeby mogli zobaczyć, że można się uczyć przez zabawę.
·         Wszystkich polityków, żeby nauczyli się szacunku do drugiego człowieka
·         Moją polonistkę, żeby nauczyła się pracy z młodzieżą
·         Bogatego inwestora, którego pieniądze sprawiłyby, że mogłabym przyprowadzić wszystkich
·         Moją wychowawczynię, żeby pokazać jej znaczenie słowa „sztuka”
·         Moją klasę, po to, aby zrozumiała, że nie wszystko trzeba traktować dosłownie i są metafory
·         Pana prezydenta Komorowskiego i prezydenta elekta Dudę, aby zostali przyjaciółmi, ponieważ tutaj znajduje się przyjaciół
·         Za rok przyprowadzam przyjaciół, by podzielić się energią
·         Moja siostrę, ponieważ jest bardzo wstydliwa, a wówczas mogłaby się otworzyć na innych
·         Moich przyjaciół, żeby zobaczyli, że teatr to świetna zabawa
·         Tych wszystkich, którzy wierzą, że relacje międzyludzkie są bardzo ważne



piątek, 19 czerwca 2015

Marta Szlasa-Rokicka - Śluby Panieńskie, czyli magnetyzm serca ogniskowego

Tekst napisany tuż po pokazie grupy "2014" wybranych scen ze Ślubów Panieńskich Aleksandra Fredry - pod opieką Sebastiana Królikowskiego. (info od redakcji)
 
                                   
Zanim zacznę opisywać naszą pracę nad „Ślubami panieńskimi” muszę powiedzieć, że mam do nich szczególny sentyment. Widziałam je parę razy w teatrze, więc byłam z tych, którzy kojarzyli o co chodzi. Osobiście uważam, że ta komedia jest cudowna. Nie znajduję w niej żadnego uniwersalizmu czy alegorii - teraz nikt nikogo do ślubu nie zmusi, ale za to jest bardzo zabawna i przede wszystkim pisana perfekcyjnym trzynastozgłoskowcem. Chociaż moje przywiązanie do tego tekstu nie ma wielkiego związku z pracą na zajęciach, to jednak właśnie z jego znajomości wzięły się moje początkowe obawy. No bo jak my, grupa 2014, mamy od tak sobie połączyć mówienie wierszem (ni-gdyż Kla-ro nie przyj-dzie <średniówka po 7 sylabie> chwi-la wy-pła-ka-na), ruch na scenie, zachowanie odpowiedniej intencji i komediowej otoczki z tym wszystkim czego o teatrze uczyli nas (przez te 4/5 lat)  pozostali instruktorzy? Odpowiedzią na to pytanie jest chyba również powód, dla którego Sebastian dał ten materiał literacki właśnie nam. Bo my się nie boimy. Bo na tym etapie wtajemniczenia wiemy, że to jest możliwe. Jedyne, co mogło nas zjeść to lenistwo, ale pomysły na sceny były po prostu za fajne żeby to rzucić.

Zaczęliśmy robotę. Oczywiście bywało różnie - niektórzy musieli czekać na swoich partnerów w scenie przez 2 tygodnie, inni wałkowali to samo tak często, że tzw. „zmęczenie materiału” nie pozwalało wykrzesać z siebie energii. Ale powoli, nie zuchwale lecz ogniskowo dotrwaliśmy w prawie niezmienionym składzie do pokazu. A przed pokazem… masakra! Nagle tekst się myli, energia siada a oczy każdego z nas mówią: „co się dzieje?” I to był chyba ten moment, który, był od zawsze nie do zniesienia przez naszych wcześniejszych instruktorów, moment kiedy my, najstarsza grupa, mamy zawalić roczną pracę. To był ten kubeł zimnej wody. Trzeba było odłożyć swój staż, ilość zagranych lub zrobionych warsztatów, fakt że „znam przecież ¾ Ogniskowiczów!” i pokazać że my umiemy mówić wierszem. Że długość ogniskowania wpłynęła na każdego z nas!. Ale nie tylko przez to, że jest tu „fajnie” i tu dorastałam wśród przyjaciół, tylko przez przekazaną nam wiedzę, zapał i generalnie sposób patrzenia na to co „chcę” i na to co „muszę” (oraz umiejętność dostrzegania że te rzeczy się łączą).

Nie mogę mówić w imieniu grupy o odczuciach związanych z tym pokazem. Mogę tylko powiedzieć, że to był pokaz wymagający technicznie, ale niosący (przynajmniej mnie) wielką frajdę. Dobrze było zrobić coś takiego na koniec ogniska. Ale… jaki właściwie koniec? Dla Ogniskowicza Ognisko jest na zawsze.