sobota, 31 stycznia 2015

Helena Urbańska - Prawa na lewą



               Przed zimowiskiem nabrałam pewnych wątpliwości. Wszystko przez warsztat mojej współlokatorki! Kim jesteś? Czego byś chciał? Moje wątpliwości zostały spotęgowane przez temat obozu – „Cudem jest życie”.  Zmuszona do pewnych refleksji przez warsztat Ani (warto robić mądre warsztaty) wybrałam się w pewną podróż. Nie aż tak daleką, chociaż dość odległą, całkiem tanią, chociaż czasem musiałam zapłacić. Była to podróż w czasie.                     
            Cofnęłam się do końca podstawówki, najpierw do wyjazdu szkolnego w szóstej klasie.  Już wtedy chodziłam do Ogniska, ale spróbowałam zgłębić drugi aspekt swojego życia. Patrzyłam na dziewczynę siedzącą na zardzewiałym balkoniku hotelowym w towarzystwie dwóch innych. Miała blond włosy, które nie miały końca. Boże, jak trudno się je rozczesywało, co to był za koszmar, dobrze że je ścięłam. Podglądałam zza krzaków tę dziewczynę, która się krztusi (oczywiście markuje to, nie może wyjść na amatora) od papierosa, którego pierwszy raz miała w ustach, za namową dużo starszej koleżanki. Po palącej dziewczynie widać, że jest podekscytowana, jednak rozgląda się nerwowo i przekonuje koleżanki, żeby już wracały. Od razu po tej sytuacji pisze do mamy smsa (zajrzałam jej przez ramię): „nie wiem czy dobrze zrobiłam, zapaliłam papierosa, przepraszam”.  Czuła się winna, pluła sobie w brodę, bo miała przeczucie, że zawiodła, jeszcze nie wiedziała kogo, bo mama nie miała jej tego za złe, nie, to na pewno nie chodziło o mamę. Nawet gdy jej o tym powiedziała, nadal nie czuła się najlepiej.  Żałując, że nie mogę nic jej powiedzieć ani pocieszyć, poszłam dalej. Szłam za nią do nowej szkoły. Jaka piękna! Do dziś pamiętam jak podłogi w niej przyjemnie trzaskały. Szkoła z historią, dziewczyna była dumna, czuła się kimś lepszym. To mnie wkurzyło! Jak ona mogła tak myśleć, chciałam ją złapać za ramiona, potrząsnąć i poprosić, żeby się ocknęła, że przecież są rzeczy ważniejsze niż pseudo prestiż. Ale dziewczyna podświadomie to wiedziała, wiedziała że to nie jest do końca to, z czego ona chce być dumna. Czuła, że oszukuje kogoś, ale przecież nie mamę, nie, nie, to nie była mama, mamie wszystko mówiła. Podróże bywają męczące, ta mnie wykończyła, nie, nie mam już siły, wracam, tylko zahaczę o jeszcze jedno wydarzenie.
            Teresin 2013. Dziewczyna robiła swój ostatni warsztat, jaka ona była zestresowana. Ale grali w nim ludzie, którym ufała, jak nikomu innemu, wszystko będzie dobrze, zaufanie. Aktorzy byli na tyle odpowiedzialni, że można było im zaufać, to chyba zadziałało też w drugą stronę. Oddając siebie w moje ręce zaufali reżyserce. Zaufali! Widząc to, ciężej oddycham, więc szybko idę do następnego zdarzenia, które miało miejsce na tym obozie. Niespodzianka o najważniejszych wartościach. Teraz sobie przypomniałam, jak moja grupa kazała wypisać ludziom trzy najważniejsze dla siebie wartości, a potem, po całej serii zainscenizowanych zdarzeń wyrzucić dwie z nich na ziemię. Dziewczyna cieszy się, że ona nie musi wypisywać swoich (z perspektywy czasu nadal cieszę się, że nie musiałam tego robić), wyznaje dużo wartości, ale często wszystkie je dość często naginała, więc wypisanie chociaż jednej byłoby nieuczciwe.
            Skończę tutaj podróż w czasie. Wszystko zapowiadało się na to, że życie tej dziewczyny będzie już tak wyglądać, będzie zadowolona z tego co robi, ale tylko w połowie, będzie dumna z tego co osiągnęła, ale tylko w połowie; przecież za kompletnym szczęściem nie może kryć się żadne oszustwo, żadne nagięcie, żaden pomruk niezadowolenia.
            Postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce, będę robić to, co ja uważam za słuszne. Przypominam sobie momenty, które sprawiły, że byłam szczęśliwa. Znakomita większość ma związek z Ogniskiem. Przypominam sobie swój pierwszy warsztat – więcej osób na scenie niż na widowni, pierwszy obóz, pierwszą fuksówkę – niebo było wtedy niemalże fioletowe i  pełne gwiazd, próby do warsztatów do późnych godzin nocnych, próba generalna o czwartej rano, przepisywanie godzinami scenariusza, rezerwowanie sal, późne podróże w 167, wczesne podróże w 167, wpisywanie się do książek. To był luźny strumień świadomości, mogłabym pisać w nieskończoność.
             Widzę siebie jak stoję na ostatnim apelu na obozie, mam 13 lat, Nela Bloch mnie mocno trzyma za rękę, bo ja nie mogę przestać płakać, widzę Ogniskowiczów, którzy mają te 13 lat, reagują tak samo i czuję się odpowiedzialna za to, żeby rozpalać w nich tę ogniskową iskrę, to jest piękne poczucie. I teraz dopiero trafiam w sedno. Odpowiedzialność. Ognisko nauczyło mnie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Czy to warsztat, czy zwykła pomoc, porada. Staranne wpisywanie się do książek, praca w grupie, wspólne niesienie liny, prawa na lewą, to wszystko się składa.  Jeżeli ja nie będę odpowiedzialna za grupę, grupa nie będzie odpowiedzialna za mnie, nie mogę nikogo zawieść, bo przede wszystkim zawiodłabym siebie, a to chyba najgorsze.
            Dlatego, gdy usłyszałam na początku obozu, że jestem komendantem urosło mi serce. Byłam gotowa, żeby wziąć to na siebie i ta gotowość sprawiła, że poczułam miłe ukłucie, bo z podejmującej  na przemian mądre i głupie decyzje dziewczyny wyrosłam na podejmującą na przemian mądre i głupie decyzje dziewczynę, której można zaufać.
            Mnogość cudów mających miejsce na zimowisku, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszystko da się naprawić, jeżeli działamy wspólnie. To co było, w tym momencie już nie jest ważne.
Ważne tylko to co będzie, a mam przeczucie że będzie się działo.

środa, 28 stycznia 2015

Jan Kwapisiewicz - Dla tego żyję

 


Wyjechałem na kolejny obóz. Zapowiadał się, jak każdy obóz w Ognisku, czyli kreatywnie i rodzinnie, jednak tym razem było zupełnie inaczej.

Byłem trochę spóźniony, myślałem, że zostanę zbesztany przez moją grupę, ale tak się nie stało. Wszedłem do sali i nie pamiętam scenek, czy nazw grup, w głowie mam tylko tłum ludzi, których tak bardzo kocham. Gęba sama zaczęła się śmiać, nadszedł czas magii. Kolejne dni wyglądały bardzo podobnie, wszystko był takie ogniskowe, prace w grupach nie ogarnięte, pokazy instruktorskie robione na ostatnią chwilę, czy zmiany w niespodziance na dwie minuty przed krzykiem ,,Niespo!!!!,,

Jednak czwartego dnia wszystko się zmieniło. Jak co dzień miał być film, poprzednie były bardzo dobre, ale dziś miało być coś wyjątkowego.
Siadłem sobie wygodnie pod ścianą i zaczęło się. ,,Grek Zorba,, , bo taki ma tytuł to dzieło niezwykłe. Szargało moimi emocjami od euforii do nienawiści, a na końcu pozostawiło radosną pustkę. Rzadko mi się zdarza, żeby film coś takiego robił z człowiekiem, byłem zdruzgotany. Od tej pory postanowiłem cieszyć się z życia, cieszyć z zimowiska.

Ostatnie dni, to było coś pięknego, nigdy nie byłem tak zmęczony dawaniem z siebie 100% (bo chyba tylko na tym zimowisku to zrobiłem naprawdę).

Nagle wszystkie warsztaty i niespodzianki zaczęły mnie intrygować, wszystkie miały to coś, ten jeden element który odpowiadał za ich niezwykłość, nawet kłótnie z moim przyjacielem Bronkiem były ciekawsze.

Pomyślałem „Musisz się tym z kimś podzielić”, tak też zrobiłem.

Dzieliłem się moją radością ze wszystkimi, których spotkałem, Boże, jakie to było miłe.

Tak minęły mi ostatnie dni. Na końcu, jak zawsze było sporo łez, wiele ważnych rozmów i czytanie wpisów, ale kiedy wsiadłem do samochodu i zmierzałem do domu, nagle zdałem sobie sprawę, że nie jestem smutny, to było dziwne. Poszukałem w sobie i doszedłem do wniosku, że chyba pierwszy raz w życiu czuję coś, czego nie mogę opisać, to było spełnienie. Byłem spełniony.
 

czwartek, 9 października 2014

Jan Zagdański - Nałóg


Nikt, kto spędził setki godzin na próbach, zajęciach i rozgrzewkach dykcyjnych, nadszarpnął sobie struny głosowe wrzaskami na współtworzących warsztaty kolegów nie powinien mieć technicznych problemów z wydobyciem z siebie słów. Ja jednak doświadczam tego drugi raz w ciągu kilku dni. Najwidoczniej umiejętności nabyte w ciągu 6 lat aktywnego uczestniczenia w życiu Ogniska są tylko na kredyt, wygasają po odebraniu dyplomu, czyli formalnym tego życia zakończeniu. To byłoby najprostsze wyjaśnienie faktu, że nie potrafiłem wykrztusić z siebie choćby głoski poproszony o wygłoszenie formułki „przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko”. Nie byłem osamotniony. Żadne z jedenastu gardeł na deskach auli nie zdobyło się na ten skromny wysiłek. Podobne doznanie towarzyszy mi, gdy piszę te słowa. Ręce trzęsą się jak na narkotycznym głodzie, na gardle zaciśnięta niewidzialna pięść. Wyklepanie każdego słowa na klawiaturze trwa nieznośnie długo.
W zasadzie każdy ogniskowicz ma w sobie sporo z narkomana. Niewinne „a co mi tam, spróbuję”, potem kilka pierwszych, soczystych działek w postaci zajęć, warsztatów czy obozów – w końcu szalony cwał w pogoni za kolejnymi dawkami sztuki i kreatywności. Przez lata towarzyszą nam silne emocje, ekstremalne warunki, euforia i depresja, a złoty strzał jakim jest fuksówka przewraca życie do góry nogami. Jesteśmy w stanie poświęcić szkołę, cały wolny czas, a przez 2 lub 3 obozowe tygodnie w roku nawet sen i normalne jedzenie na rzecz działek serwowanych przez instruktorów i kolegów, towarzyszy nałogu.
Co więcej, takie uzależnienie wyklucza także inne używki – jak sugeruje ostrzeżenie na karcie obozowej, zażycie skutkuje długotrwałym i silnie trującym kacem. Każdy ogniskoholik powie ci, że TA substancja musi być absolutnie jedyna. W obliczu bardzo niewielu fizycznych zagrożeń z nią związanych – wizyty w szpitalu co prawda się zdarzają, ale zwykle kończą się głównie zabawnymi anegdotkami poobozowymi – ten aspekt uznać można za całkiem pożyteczny.
A efekty takiego długotrwałego haju są wprost bajeczne! Zażywając regularnie stajesz się prawdziwym kreatorem, znika strach przed wygłupieniem się, a w jego miejsce pojawia się absolutna swoboda wyrażania myśli. Mózg pracuje wydajniej niż po jakimkolwiek syntetyku, z ludźmi dogadujesz się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, a każda, nawet najbardziej psychodeliczna wizja potrafi stać się rzeczywistością. No i banan od ucha do ucha z twarzy praktycznie nie schodzi.
Krew, pot i łzy oczywiście też się zdarzają – ale są efektami ubocznymi dążenia do katharsis, diamentowej dawki jaką jest własny warsztat albo główna rola w czyimś. Czego się jednak nie robi, mając gwarantowaną nirvanę! A potem drugą i trzecią!
Jednak jak każdy nałóg, także i ten nie ma prawa trwać wiecznie. W końcu życie na pełnych obrotach trzeba porzucić na rzecz tak obrzydliwie nieuchronnych i przyziemnych rzeczy jak matura czy wejście w dorosłość. Syndrom odrzucenia występuje dotkliwy. Jak spędzać wolny czas i w co ładować energię? W bzdurny wymysł nazywany życiem codziennym? Szkołę? Karierę? Po latach bujania w obłokach i osiągania niesamowitych efektów działania halinistycznego narkotyku trzeba zejść na ziemię. Warto zaopatrzyć się wtedy w ukoronowanie kariery nałogowca, dyplom, pomnik zainwestowanej i zwróconej z nawiązką pracy twórczej. Pomaga, choć nie ostatecznie, otrzeć łzy i zakasać rękawy do zmagania się z kolejnymi, mniej już kolorowymi trudami.
Ale uzależnienie jest tak poważne, że piętno pozostaje na zawsze. I Bogu dzięki! Wyuczeni polowania na każdy przejaw piękna, sztuki czy kreatywności potrafimy pożywić nim naszą duszę i własnymi rękami wyhodować w środowisku coś wartościowego. A po dłuższym zastanowieniu dojdziemy do wniosku, że pokonywanie przeszkód przecież kochamy, a problemy nie istnieją, są tylko rozwiązania. Może to myślenie niepoprawne politycznie. Na pewno niespotykane. Ale dające tyle szczęścia tak myślącemu i jego otoczeniu, że naprawdę warto spróbować. To tyle. Cześć. Mam na imię Janek. Ostatni raz w Ognisku byłem cztery dni temu. I zawsze będę wracał.
Janek Zagdański grupa Fantazy

niedziela, 5 października 2014

Anna Kozłowska - Słowa klucze


Ponieważ dziś kolejne rozpoczęcie roku w Ognisku, zapraszam do zapoznania się ze znaczeniami słów-kluczy, które pomogą szerzej otworzyć wyobrażenie Ogniska. Pierwszy krąg wtajemniczenia.

Halinizm – sposób postrzegania świata oparty na doświadczeniu. Na doświadczeniu bycia/życia w Ognisku. Słowo pochodzi od imienia założycielki, pani Haliny Machulskiej i opisuje wszelkie społecznikowskie zapędy, altruistyczne działania, maniakalne pragnienia ulepszania świata, nałogową potrzebę kreatywności w życiu codziennym, rozbuchaną wyobraźnię. Oraz to, że można wszystko. Myślenie halinistyczne ułatwia i uatrakcyjnia życie.
Hymn Ogniska – powstał na 1 obozie Ogniska w latach 70 do tekstu Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości ziemi ojczystej”. U niektórych, zwłaszcza jeśli wykonywany po długiej przerwie, powoduje drżenie strun głosowych, silne łzawienie, kłopotliwy ścisk w gardle oraz wiele innych oznak poruszenia. Tekstu nie zapomina się do końca życia.
Sekretariat Ogniska – tam możesz znaleźć niemal wszystko i tam może cię spotkać również niemal wszystko. Miejsce rozpaczliwych próśb o przełożenie terminu warsztatu i jeszcze o bardziej rozpaczliwych próśb o dopisanie do listy wyjeżdżających na obóz/zimowisko. Również miejsce zwierzeń, dzielenia trosk, konsultacji artystycznych. Oraz życiowych.
Warsztat – samodzielna propozycja teatralna. Wystarczy wybrać tekst, zrobić adaptację, obsadzić aktorów, stworzyć scenografię, wybrać kostiumy, wyreżyserować aktorów na umówionych wcześniej próbach w zarezerwowanych wcześniej salach, wykonać plakat, zaprosić instruktorów, wypisać kartę warsztatu, pokonać premierowy stres, wysłuchać omówienia i już. Wspaniałe doświadczenie! 3 zaliczone warsztaty są podstawą otrzymania dyplomu ukończenia Ogniska.
Jadła kisiel palcem – song powstały na obozie w Małej Wsi w 2004 roku podczas fuksówki. Wykonywany w tak szczególnych okolicznościach jak urodziny Pani Haliny. Refren do bardzo znanej melodii brzmi: „była tu i teraz, jadła kisiel palcem” i doskonale opisuje całą prawdę o Pani Halinie.
Obóz/zimowisko – czas magiczny. Czas skrajnych emocji i zaskakujących zdarzeń. Paniki przed inwencją w pokojach, zalewu szczęścia po obrzędzie i dramatu rozstania w momencie wyjazdu. Życie wśród maniaków tworzenia. Jak ktoś był, to chce znów. A jak nie był, niech jedzie. Gwarantowane wspomnienia do końca życia.
Niespodzianka – jak sama nazwa wskazuje, nie wiadomo, czego się spodziewać. Niedefiniowalna obozowa specjalność. Codziennie jedna z grup przygotowuje coś, co wszyscy nazywamy niespodzianką. I nigdy nie można przewidzieć, czy zakończy się ona piramidalną klęską czy spektakularnym sukcesem. Bez względu na efekt, każdej z nich towarzyszy wybuch adrenaliny.
Fuksówka – do przeżycia na obozie. Łączy się z pstrykaniem, nakryciami głowy, pieśniami i scenami ze słów trudnych, improwizacjami oraz z poszukiwaniami odpowiedzi na „kulturalne” pytania. Na pierwszym obozie przeżywana z dystansu z rosnącym zaciekawieniem, na drugim w oszałamiających emocjach, na trzecim w lekkim stresie, czy zdążymy z pokazem KMT.
KMT – Koło Miłośników Teatru, które zrzesza setki Ogniskowiczów. Można do niego dołączyć dobrowolnie na specjalne zaproszenie w trakcie obrzędu. Ale „szlachectwo zobowiązuje.”
Obrzęd – opis nie ma sensu. Doświadczenie do przeżycia już na pierwszym obozie ostatniego wieczora. A potem przez rok rozmyśla się o własnym.
Pokochajcie pokonywanie przeszkód – fraza wypowiadana przez Panią Halinę Machulską w każdej możliwej sytuacji. Im człowiek starszy, czyli bardziej doświadczony, tym bardziej rozumie i docenia wagę tych słów.
Jesteście orłami, nie zniżajcie lotów – jak wyżej. Warto słuchać złotych myśli Pani Haliny, bo wracają do nas ogniskowym echem. I to echo ma rację. Sukces jest początkiem klęski, a klęska początkiem sukcesu.
Nie ma problemów, są tylko rozwiązania – a to już moja specjalność, czyli „Pani Ani”. Pozdrawiam.

piątek, 3 października 2014

Marta Marciniak - Romantyczny głos do pierwszaka


Podobno pierwsze zdanie jest najtrudniejsze, więc dobrze, że już się kończy. A dobrze dlatego, że już bardzo długo oswajam się z myślą, aby napisać coś na ogniskowego bloga. Jednak wolałabym, aby to „coś” swoją obecnością nie popsuło magicznego wrażenia, jakie pozostaje po tekstach moich koleżanek i kolegów.
Ognisko ma tyle aspektów i tyle odcieni, że ciężko wybrać jeden, który można by opisać. Zastanawiałam się, jakim jednym słowem można opisać Ognisko. Magia, praca, artyzm, zabawa, inspiracja, przygoda, radość...
Jednak jak wiadomo, natchnienie przychodzi samo. Właśnie skończyłam przeglądać książkę z obozu w Jadwisinie. Urocze wpisy, zabawne anegdotki, moc wspomnień. I olśniło mnie! Olśniło mnie, że klamrą spinającą te wszystkie słowa jest miłość.
Każdy, kto był w Ognisku i został trwale zarażony wirusem machulszczaka, wie co mam na myśli. Przekazana została nam miłość do siebie – niewiele mająca wspólnego z egoizmem. Raczej z akceptowaniem i pewnością siebie, odwagą do wyrażania własnego zdania, nie godzeniem się na konformizm i dystansem do siebie. (Zwłaszcza gdy na pokazie świątecznym gra się samotną górną dwójkę w wigilijnych ustach wujka Staszka).
Miłość do grupy – bo przecież grupa jest najważniejsza, absolutnie i totalnie. Bo tworzy ją każdy z nas, a to od nas zależy, jaka będzie atmosfera na zajęciach. Bo gdy się w niej lubimy, szanujemy i chcemy działać, możemy wszystko. Serio, wszystko wszystko. (Dla mnie ideałem grupy jest Balladyna-Operetka, pracowanie z tymi ludźmi to był prawdziwy zaszczyt. No i wiemy, że możemy nawet zrobić warsztat podczas jednej próby).
Miłość do instruktorów – to ta najbardziej urokliwa i w obie strony działająca. Oni dają nam z siebie wszystko to, co najlepsze, my tylko musimy chcieć brać. A to, czego oni nas nauczą i to, co nam powiedzą zostanie w nas na zawsze. (Nadal analizuję wiersz metodą Sebastiana, a słowa Bartka, o których być może już nie pamięta, to jedne z najpiękniejszych, jakie mogłam usłyszeć).
Miłość do tego miejsca – z każdą salą wiąże się moc pozytywnych wspomnień (tu odbył się mój pierwszy warsztat, tam Kajtek opowiedział swój żart o Danucie, jeszcze dalej poznałam swoją wielką pierwszą miłość).
Miłość do pani Haliny – co tu dużo mówić, była tu i teraz, jadła kisiel palcem. Każdy, kto poznaje tę wspaniałą osobę od razu staje się ortodoksyjnym wyznawcą halinizmu.

Z perspektywy paru lat widzę, że Ognisko uczy miłości, ale mądrej i w mądry sposób. I mimo że nie każda przyjaźń przetrwa próbę czasu, nie każdy związek okaże się tym na całe życie i nie każdy warsztat będzie wyróżniony, to jedno jest pewne: to, co przeżyliśmy dzięki Ognisku było prawdziwe i szczere. Nie uczymy się odgrywać miłości na scenie, ale ją okazywać w realnym życiu. Dlatego każda chwila przeżyta na Bartyckiej 18, z ludźmi, których się tam poznaje, zostawia w nas mocny ślad. I dobrze, bo nie znam ani jednego machulszczaka, który byłby złym człowiekiem.

Ostatnie zdanie winno zawierać podsumowanie i głęboką refleksję twórcy, jednak ja skieruję się do pierwszaków, którzy lada dzień zaczynają swoje zajęcia: kochani, na początku zawsze jest trema, ale warto się otworzyć, aby móc przyjąć od Ogniska najwięcej, ile się da i ile się zmieści w waszych cudownych, artystycznych sercach.

wtorek, 30 września 2014

Natalia Kowalczyk - Ogniskowy Wajdyzm


Wrześniowe pobudki nie należą do najprzyjemniejszych. Nie mówię tutaj tylko o smutnym zderzeniu z powakacyjną rzeczywistością, ale też o porannej porze, która ewidentnie nie sprzyja artystycznemu rozwojowi. Czy na przykład taki Kafka wstawał o 6.30? Z pewnością nie. Nie mówiąc już o Witkacym, który o tej nieszczęsnej 6.30 raczej się kładł spać. Niestety, moje pisane do szuflady dzieła nie przypominają" W Małym Dworku", a robione na lekcjach karykatury kolegów z klasy nie są godnymi sprzedaży portretami. Mogę więc albo walczyć z systemem, nie chodzić do szkoły i tym samym nie zdać matury albo znaleźć sposób na wstawanie. Ja ten sposób odnalazłam i od dnia 1 września pracowicie pielęgnuję. Codziennie rano, aby otrzeźwić umysł po raczej krótkim przebywaniu w objęciach Orfeusza, staram się sklecić na poczekaniu Oscarową przemowę. Siadam na łóżku, biorę przygotowaną uprzednio na nocnym stoliku statuetkę za szkolne osiągnięcia sportowe i wymyślam kilka zdań podziękowania dla Akademii za (w moim przypadku plastikową, pozłacaną) nagrodę. Tutaj warto przypomnieć o wielkim Polaku i naszym dumnym posiadaczu statuetki Andrzeju W. (Oczywiście tego Oscara niezmiennie gratulujemy). Moja przedmowa, mimo że codziennie inna, z reguły jest krótka. Trwa tylko do momentu kiedy moja fantazja zawiedzie mnie tak daleko, że poczuję się jak alfa i omega polskiej kinematografii i utrzymuję się w przeświadczeniu, że żaden Kutz to już mi nie podskoczy. Potem idę zjeść śniadanie w myślach tocząc dialog z Polańskim o tym jaki to był „ubaw” na planie "Zemsty". I tak jest do ostatniego łyka kawy, z którym to uświadamiam sobie, że, niestety, nazywam się Natalia Kowalczyk, mój dorobek artystyczny to trzy nieprzekraczające dziesięciu minut warsztaty i na 8.15 mam matematykę. Z westchnieniem przypominam sobie, że jedyna nagroda jaką w tym tygodniu (a najprawdopodobniej to nawet i w półroczu) odbieram to dyplom w Ognisku. Cóż, wszyscy chcielibyśmy być Andrzejami. Na chwilę obecną jednak muszę się zadowolić niedzielna uroczystością. Już okrągłe 5 razy miałam okazje oklaskiwać absolwentów Ogniska i jestem pełna przeświadczenia, że i w tym roku będzie tak samo jak wcześniej. Kolejność jest prosta - wyczytane jest nazwisko, potem odbieramy dyplom, następuje uściśnięcie dłoni a na koniec kwiaty, które to z reguły są dumnym bukietem zakupionych godzinę wcześniej ledwo żywych goździków. Z Oscarami nie ma to nic wspólnego. Nie oświetlają mnie nawet reflektory, bo zamiast nich są tylko tkwiące od lat w auli mało romantyczne jarzeniówki. Ba, nawet nie ma przemowy! (Przy mojej wylewności wyjdzie mi to zapewne na dobre, bo jakbym się dobrze rozpędziła to skończyłabym dziękując panu Mirkowi za to, że co tydzień odbierał domofon i wpuszczał mnie na zajęcia). Po co mi to było? Po odebraniu dyplomu nie będę się przez najbliższą dekadę pławić w blasku fleszy. Zmarnowałam młodość. Od razu powinnam sobie robić wielkie dzieła, a nie zgłębiać jakiegośtam Mrożka. Przecież jego teksty są w ogóle absurdalne (no bo jak, trzech facetów na bezludnej wyspie? Co to ma być, proszę państwa?) A jednak kiełkuje mi w tej głowie, że robiąc ostatnią niespodziankę na obozie to "ubaw" był nawet lepszy niż na planie „Zemsty” i, chcąc nie chcąc, to czuję się z siebie dumna. Z resztą żadne wielkie dzieła (to nie jest zbyt skromne określenie warsztatu, ale cóż jako twórca jestem do nich przywiązana), by nie powstały gdyby nie te wymyślane na dwie godziny przed premierą niespodzianki. W tym momencie to nie jest mi nawet potrzebna limuzyna, bo mam całkiem luksusowe 108, które wprawdzie spóźnione, ale dojeżdża. I co mi po złotej (ale cóż… łysej) statuetce jak nie mogę z nią nawet porozmawiać o moich ogniskowych przeżyciach? Wszyscy chcielibyśmy być Andrzejami, tylko po co? Codziennie rano, po wypiciu ostatniego łyka kawy, zadaję sobie to pytanie.

sobota, 20 września 2014

Joanna Merta - Egzamin (nie)dojrzałości



Jeszcze 3 osoby, każda po 7 minut, czyli jakieś 21 minut. Siedzą, piją, palą. Co oni palą? Boże, na pewno pomylę się w tekście. Lulki! Uff. 19 minut. Ktoś wyszedł! Jak Ci poszło? Co mówili?...
Po 5 latach nadal bez problemu mogę sobie wyobrazić, że siedzę w zielonym korytarzu na Bartyckiej i mnę nerwowo kartę zgłoszeniową. Szepczę cicho linijki nauczonego wiersza. Ktoś przede mną opowiada, że miał recytować tekst, jakby był dziurą w ścianie. Ktoś za mną zdaje już trzeci raz... Pamiętam każdy najdrobniejszy szczegół. Nic dziwnego, czułam się jakbym podchodziła co najmniej do matury. Zdawało mi się, że to jest tak samo ważny egzamin. Dziś, będąc już po maturze i po mojej przygodzie w Ognisku, wiem, jak bardzo się myliłam. Był o wiele ważniejszy.
Żeby Wam to udowodnić, proponuję szybki bilans. Moich najlepszych przyjaciół, zawdzięczam Ognisku. Wybranie kierunku studiów, a w gruncie rzeczy i życiowej drogi – zawdzięczam Ognisku. Oprócz tego zniknięcie bez śladu mojej paraliżującej nieśmiałości i osiągnięcie całkiem przyzwoitej dykcji (to tylko kilka takich podstawowych konkretów, bo nie każdy zrozumie co to znaczy, że Ognisko mnie ukształtowało).
A co do matury, zawdzięczam jej miesiąc niestrawności, przerost ambicji, trochę rozczarowań i jedyne co dobre, to święty spokój ze szkołą średnią. Sami podsumujcie.
Czy mam jakieś rady dla podchodzących do egzaminów? Chyba tylko dwie. Nie, żeby się nie stresowali, bo co to byłby za ważny egzamin bez dozy adrenaliny, ale może, żeby się nie stresowali za bardzo. Wierzcie mi, nie jest tak groźnie, a zdany egzamin jest wart tysiąckroć tyle strachu, ile się go najecie wcześniej. I przede wszystkim, wyłączcie dojrzałość, wyłączcie wstyd i dajcie się ponieść swojej fantazji. Bo to tym przecież, przede wszystkim, jest Ognisko. Miejscem, gdzie cię lubią za to, że jesteś sobą.