wtorek, 29 lipca 2014
Natalia Kowalczyk - Kolejny warsztat wszechczasów
niedziela, 27 lipca 2014
Aleksandra Tokarczyk - Szlachectwo zobowiązuje
Pierwszy obóz w Teresinie był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Twórcza atmosfera, praca od rana do bardzo późnego wieczora, mnóstwo wspaniałych ludzi, niespodzianki, sztuki, warsztaty. A na sam koniec pytanie, które w każdym, kto choć raz usłyszał je w odpowiednich okolicznościach, wzbudza niesamowite emocje. „Czy chcesz przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko?”.
Rok później to pytanie zostało zadane właśnie mnie. Pamiętam, że czekałam na ten moment cały obóz, a kiedy już nadszedł, nie byłam w stanie powstrzymać radości i wzruszenia, kiedy odpowiadałam: TAK!
Trzeci obóz był dla mnie wydarzeniem przełomowym. Odeszłam z Ogniska po 3 latach, które w nim spędziłam (bo szkoła, bo trzeba się uczyć, bo brak czasu, bo inne zajęcia) i przez cały ten rok właściwie nie miałam styczności z tą panującą w Ognisku twórczą atmosferą, z ludźmi, którzy tak dobrze mnie rozumieją. Czy brakowało mi tego? Oczywiście, że tak, ale nie od razu to do mnie dotarło. Dopiero kiedy któregoś dnia przyjechałam zobaczyć warsztat, wpadła mi do głowy myśl – a może by znowu pojechać na obóz? No i pojechałam! A działo się na nim naprawdę wiele. Mnóstwo szczerych rozmów, zaciętych dyskusji, konstruktywnej krytyki, świetnych pomysłów, cudownych momentów, zabawnych kłótni (choć wtedy wcale nie wydawały się zabawne!), wspaniałych ludzi i piękne wspomnienia na całe życie (Andrzej Chyra - https://www.facebook.com/photo.php?v=738952512829352&set=vb.422779867779953&type=3&theater, dziki szał na stole, gadające buty, Mała Miss, Pędrek Wyrzutek, improwizowany polonez, zombie i wieeeeeeeeeeeeele innych! ;>). I kiedy mijały kolejne dni i coraz bardziej docierało do mnie, że przecież w tym roku to ja będę pytać innych, czy chcą przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko, zdałam sobie sprawę, że muszę wziąć się w garść, bo przecież jako członek KMT powinnam dawać innym ludziom dobry przykład, bo SZLACHECTWO ZOBOWIĄZUJE! I stojąc w kręgu, patrząc na wzruszenie tych, którzy do niego dołączali, uświadomiłam sobie, że bez tej miłości naprawdę nie można żyć, a przede wszystkim nie można żyć bez tych ludzi, którzy myślą dokładnie tak samo i którzy po odśpiewaniu ostatniego na obozie hymnu ze łzami w oczach jak najbardziej próbują oddalić moment, kiedy trzeba będzie puścić ręce stojących obok kolegów, pożegnać się i odjechać.
czwartek, 24 lipca 2014
Kuba Kisieliński - Mój pierwszy obóz
Tak naprawdę w ogóle nie planowałem wyjazdu na ten obóz. Gdy planowałem z rodzicami wakacje, jakoś pogodziłem się z faktem, że po prostu nie ma możliwości, abym spędził te dwa tygodnie w pałacu w Teresinie. Aż nagle, na którychś z ostatnich sobotnich zajęć, gdy poszedłem do sekretariatu Ogniska, Pani Ania zapytała, czy jadę na obóz. Odpowiedziałem, że niestety, ale raczej nie w tym roku nie, może w przyszłym. Znów zrobiło mi się trochę smutno, jakoś tak się rozgadałem, okazało się, że jest jedno wolne miejsce na I turnus. Zaraz, wolne miejsce, mogę pojechać?
No i pojechałem. Oczywiście, na ostatnią chwilę, ledwo zdążyłem się spakować, ale… jednak. To już coś. A kiedy zobaczyłem, w jak niesamowitym budynku będę mieszkać (dworek w Teresinie), aż podskoczyłem z radości. Plan zajęć przeszedł moje wszelkie oczekiwania. To nie miał być kolejny nudny obóz, na którym będę smażył się na plaży i słuchał wrzeszczących dzieci albo siedział w pokoju czekając na powrót do domu. W ciągu dnia nie miałem ani chwili wytchnienia, próby do pokazów i niespodzianek zmuszały mnie do wysilania i tak już zmęczonego przez cały rok szkolny mózgu.
Ale nie o tym tak naprawdę chcę napisać. Pragnę się podzielić swoimi wrażeniami dotyczącymi ludzi, których tam spotkałem, bo na dobrą sprawę to było tam najpiękniejsze. Na pierwszy turnus jechały tylko dwie znane przeze mnie osoby. Pozostałe 59 osób było mi kompletnie nieznane, ale jak się później okazało, nie było to żadną przeszkodą. Pomimo tego, że byłem chyba jednym z młodszych uczestników obozu, ze wszystkimi dogadywałem się bez problemu. Nikt nikomu nie przeszkadzał, każdy się liczył z opinią innych. Nawet, gdy ktoś miał inne zdanie, nie był atakowany, tylko rozpoczynała się konstruktywna, kulturalna dyskusja. Nie zapomnę momentu, gdy mieliśmy przygotować niespodziankę, a przez większość przeznaczonego na próby czasu poświęciliśmy na rozmowy o np. reinkarnacji. Teraz wydaje mi się to zabawne, ale wtedy czułem się… dobrze. Lepiej, niż na co dzień, lepiej niż w szkole, w której, pomimo tego, że mam dużo przyjaciół, nie jestem w stanie robić z nimi tylu ciekawych rzeczy. Tutaj, w Ognisku, nikt nie jest egoistą. Tutaj każdy liczy się z opinią drugiej osoby, zawsze myśli o jej uczuciach. To niesamowite, że w świecie, w którym wciąż spotykamy ludzi mających na uwadze tylko swoje dobra i interesy istnieje jeszcze parę osób chcących to zmienić.
Dziękuję Wam wszystkim!
niedziela, 20 lipca 2014
Hanna Śmiałowska - Poobozowa zaduma
Tegoroczny obóz w Teresinie był dla wszystkich ogniskowiczów pełen pracy. Pracy twórczej, co wcale nie znaczy lekkiej. Wszyscy chodziliśmy bardzo zmęczeni, ale każdego dnia gotowi do wymyślania i kreowania nowości. Dla tych, którzy po raz pierwszy doświadczyli magii teresińskiego pałacu, na pewno wszystko, co się działo było szokujące. Jednak jestem przekonana, że był to pozytywny szok. Ten zupełnie nowy świat, w którym żyli przez dwa tygodnie mógł wywrócić ich „normalny świat” do góry nogami. W moim przypadku tak właśnie było, mimo że na obóz pojechałam po raz czwarty. W tym roku miałam zaszczyt zostać komendantem obozu, co sprawiło, że uczucia wszystkich obozowiczów odbierałam za zdwojoną siłą, ponieważ czułam się za nich odpowiedzialna. Bycie komendantem wymaga ogromnej samoogranizacji, umiejętności wprowadzenia dyscypliny i chęci pomagania innym, a zwłaszcza najmłodszym, których trzeba wprowadzić w ten niesamowity świat i atmosferę, wytłumaczyć im o co tak naprawdę chodzi i na czym to wszystko polega oraz przede wszystkim pomóc im, gdy tego potrzebują. Muszę przyznać, że było naprawdę ciężko. Momentami nie dawałam sobie rady z ogarnięciem wszystkich ludzi, widziałam, że nikt mnie nie słucha, że nie potrafię pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Byłam zdenerwowana na ogniskowiczów, ale przede wszystkim na siebie. Zdarzały się momenty zwątpienia, rezygnacji i płaczu, ale zawsze w takiej chwili pojawiał się jeden z przyjaciół, przytulał, pocieszał i podnosił na duchu. To jest właśnie magia Ogniska, że tworzy ludzi, którzy w każdej chwili z całego serca, bezinteresownie chcą Ci pomóc. Dzięki tym doświadczeniom nauczyłam się, pracy z ludźmi, że nie można zbyt przejmować się problemami, należy trzymać emocje na wodzy, gdy coś nie wychodzi, a przede wszystkim, że trzeba mieć ogromną cierpliwość do ludzi. Tego wszystkiego życzę każdemu przyszłemu komendantowi.
Na tym obozie mieliśmy bardzo wysoki poziom artystyczny i cieszę się, że mogłam zobaczyć tyle niesamowitych, dających do myślenia, zabawnych i świetnie dopracowanych niespodzianek oraz sztuk. Teraz, gdy wróciłam do domu po dwóch tygodniach nieustannego myślenia, tworzenia i dyskutowania, mój mózg nie wie co ma robić. Ja sama nie wiem, co mam ze sobą począć. Ten panujący na obozie gwar, który jeszcze kilka dni temu doprowadzał do szału, teraz bardzo by mi się przydał i z pewnością poprawił humor. Już brakuje mi wczesnego wstawania, wymyślania niespodzianek i widoku tych wszystkich zmęczonych, ale uśmiechniętych twarzy. Jestem bardzo zadowolona, że mogłam spędzić dwa tygodnie wśród wszystkim moich przyjaciół, z którymi znam się już nawet 5 lat oraz poznać mnóstwo utalentowanych i ciekawych osób, na które w innych okolicznościach nie zwróciłabym uwagi. Obóz to czas, w którym otwieramy się przed innymi, przed sobą, możemy wykorzystać każdy swój talent i zauważyć, że każdy z nas jest wyjątkowy.
Każdy z nas ma też swoją poobozową zadumę. Bo jak tu nie dumać, gdy w tak krótkim okresie doznajemy tylu różnych emocji, dowiadujemy się mnóstwa nowych rzeczy, spotykamy ludzi, którzy wywracają nasze życie do góry nogami, a potem tak nagle trzeba się z nimi rozstać i wrócić do codzienności. To też dumamy, rozpamiętujemy, wspominamy każdą wesołą chwilę, zastanawiamy się nad tym co przeżyliśmy, żeby tylko jak najdłużej pozostać w tym cudownym świecie. Według mnie, to jest właśnie magia obozu: nie ważne, ile przykrości Cię na nim spotkało, jak źle się czasami czułeś, jak byłeś niezadowolony-i tak ostatniego dnia nie będziesz chciał skończyć śpiewać ostatniego hymnu, puścić skrzyżowanych rąk kolegów, przestać się przytulać, a najbardziej nie będziesz chciał wsiąść do samochodu, który zabierze Cię do domu, ponieważ po tych dwóch tygodniach, to Pałac w Teresinie jest Twoim domem.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Kamila Straszyńska - Wrażenia ze zwykłego świata
Sporą część Ogniskowiczów słowa: "Już za rok matura", skłaniają do zakończenia przygody na Bartyckiej i do oddania się Gruntownej Edukacji. Uczą się, pocą, stresują i przy okazji umierają z nudów, bo wciąż i wciąż grają im w głowach Czerwone Gitary to upiorne odliczanie. Robią niewiele poza ślęczeniem nad książkami (lub oglądaniem wszystkich sezonów dostępnych seriali) i w ten sposób świat maturzysty staje się coraz bardziej przeciętny i bez polotu. Coraz mniej w nim pasji, a więcej nudy. A potem przybywa w końcu upragniona marchewka: czteromiesięczne wakacje. Hip hip hurra - chodźmy do pracy! No i właśnie ta praca skłoniła mnie do napisania wam kilku słów mojej refleksji.
Od paru tygodni pracuję w restauracji na Powiślu, gdzie moimi współpracownikami są w większości ludzie po 30-stce, którym czasem zdarza się opowiedzieć coś o swoim życiu. I gdy słyszę te życiorysy (diametralnie różne), to myślę sobie, że choć każdy z nich ma swoją historię mniej lub bardziej dramatyczną, to wszystkim brakuje jednego: pasji. I dalej moja myśl idzie do moich rówieśników ze szkoły, na których byłam skazana przez ostatni rok w jakoś niezdrowo dużym stężeniu i widzę ich za 20 lat w tych samych rolach, co moich dzisiejszych kolegów i koleżanki z pracy. A jak jeszcze dalej moja myśl pójdzie, to przypominam sobie, że trochę ponad rok temu, byłam człowiekiem tak zanurzonym w swoich pasjach i otoczonym przez grono ludzi równie pełnych energii i zaangażowania w to, co robią, że nawet mi nie przyszło do głowy, że może być inaczej.
I za to jestem wdzięczna Ognisku. Nie tylko za "halinistyczne wychowanie", o którym pisałam tu w październiku, ale także postawienie mi pewnej poprzeczki, niemożliwego do obniżenia standardu (który dalej sama podtrzymuję). Nie mówię tu oczywiście o standardach materialnych czy nawet intelektualnych, tylko o standardzie spełniania własnych oczekiwań wobec życia. "Trzeba polubić pokonywać trudności" jak zawsze mawia pani Halina. Trudności na drodze do spełniania swoich marzeń, do realizacji swojej wizji samego siebie. Taką trudnością była matura, która decyduje o wyborze studiów, ale taką trudnością może stać się nasze własne zarzucenie ambicji na rzecz łatwego zarabiania własnych pieniędzy czy lepszej pozycji w towarzystwie.
Jest rzeczą oczywistą, że tej lekcji nie dało mi Ognisko, tylko pewne doświadczenie, jakim w tym wypadku jest moja wakacyjna praca. (Ognisko także nie nauczyło mnie dość skutecznie, że może zamiast oglądać "Grę o tron" powinnam czytać "Krótką historię teatru polskiego".) Te wszystkie lata spędzone w twórczym środowisku niezwykłych ludzi pokazały mi, że pomysł trzeba jeszcze umieć zrealizować, co nieraz bywa bardzo trudne, ale jest m o ż l i w e. Ba! Jest sednem sprawy, jej jedynym sensem. A wolę nawet nie mówić, czym w tej sytuacji jest pomysł na życie...
Nie znałam osobiście Doroty Wolskiej, ale w moim przekonaniu była to osoba, która oprócz tego, że cechowała się niecodzienną empatią, potrafiła podejmować ważne decyzje i angażować się w ich realizację całą sobą. Nagroda jej imienia, którą uhonorowano mnie 2 lata temu, w dalszym ciągu zobowiązuje mnie (i będzie mnie jeszcze długo zobowiązywać) do walki ze zwykłym światem w imię tych wartości i mam nadzieję, że będąc panią po 80-tce też będę mogła powiedzieć: "Byłam wierna sobie".
sobota, 21 czerwca 2014
Marcin Zbyszyński - Dwa dni, ktorych nigdy nie zapomnę
Pamiętam, gdy pierwszy raz przyszedłem do Ogniska. Zaprowadził mnie tam kolega. Nie do końca wiedzieliśmy, co to za miejsce i co nas właściwie czeka. Weszliśmy na zajęcia, naszym zadaniem było przygotowanie krótkiej scenki. Nie mieliśmy pojęcia jak się za to zabrać. Trudno więc dziwić się, że efekt naszej pracy okazał się żenujący. Było nam głupio, inne osoby z grupy śmiały się z nas. Marzyliśmy o tym, żeby jak najszybciej wyparować albo po prostu uciec z sali. Jednak nie uciekliśmy, bo była tam osoba, która potrafiła znaleźć w tym co pokazaliśmy masę pozytywów, każdego z nas pochwalić i docenić. Osoba, która pomagając nam z nieopisaną serdecznością sprawiła, że porażka momentalnie przemieniła się w sukces, a nasze twarze zapłonęły uśmiechem godnym tej osoby. Tą osobą była Dorota Wolska.
Kilka lat później przyszedłem na zakończenie roku. Staliśmy z kilkoma osobami gdzieś z boku. Przyszedł moment wręczania nagrody im. Doroty, której już z nami nie było. Rozległy się szepty i spekulacje. Nagle, ku memu największemu zdziwieniu usłyszałem swoje imię i nazwisko. Był to moment, którego nigdy nie zapomnę. Nie dlatego, że ludzie zaczęli klaskać, nie ze względu na ilość serdecznych słów, których na swój temat tego dnia wysłuchałem. Nie zapomnę tego dnia, gdyż był on dla mnie zobowiązaniem.
Nagroda im. Doroty Wolskiej to dla mnie doświadczenie, którego nie sposób się spodziewać. To zobowiązanie, które zdecydowałem się podjąć. Bo jeśli wręczona została mi ta nagroda, to znaczy, że ktoś mnie w ten sposób do Doroty przyrównał. A takie porównanie zobowiązuje. Bowiem za kilka lat tę nagrodę zaczną otrzymywać osoby, które Doroty osobiście nie znały. Znać będą za to laureatów tej nagrody, w ręce których powierzona zostaje nie tyle sama pamięć o Dorocie, co zarażenie innych jej podejściem do drugiego człowieka i otaczającej nas rzeczywistości.
sobota, 31 maja 2014
Martyna Filipowicz - Benefis
Pani Halina Machulska ma lat 85, wygląda na 62, w sercu ma ciągle 28, a imprezuje jakby miała 21! Dopiero co skończyła się jedna impreza – osiemdziesiąte piąte urodziny pani Machulskiej, a wczoraj odbył się Benefis pani Haliny, który miał miejsce w trakcie Światowego Kongresu ASSITEJ i specjalnej edycji festiwalu KORCZAK… Niejeden student może pozazdrościć takiego życia towarzyskiego.
Pani Halina to wspaniała osoba, dzięki której wszyscy mogliśmy się spotkać i ta magia, którą dostaliśmy w Ognisku niesie nas przez życie i dzięki…
– Serio Martyna? Naprawdę?
No dobra, to inaczej: wczoraj wychodząc na Benefis pani Haliny zostałam zapytana, czym jest Ognisko i zorientowałam się, że odpowiedzieć wcale nie jest łatwo.
W szkołach uczymy się jak pisać, czytać, dzielić, uczymy się historii, biologii, dowiadujemy się jak działa ciało człowieka i co jest stolicą Chile, ale ta wiedza to zdecydowanie za mało żeby wyruszyć w życie.
Ognisko to szkoła kreatywności – tu uczyliśmy się jak myśleć odwrotnie: jak zrobić z siebie kominiarza mając do dyspozycji tylko buty na obcasie, jak zrobić taką niespodziankę jakiej nikt nigdy nie widział. Scena nie musiała być na scenie – mogła być w lesie, a nawet na drzewach. Monolog dużo ciekawiej brzmi wygłaszany z kajaka. Odgrywanie różnych scenek nie trwa od – do, na scenie jesteśmy cały czas i nigdy nie wiesz czy koleżanka zwierza ci się właśnie z miłosnych przeżyć, czy przygotowuje monolog z „Trzech sióstr”.
Dla każdego inny moment był przełomowy i ważny, bo każdy z nas potrzebował czegoś innego. Dla mnie bardzo trudna była odpowiedź na pozornie banalne pytanie zadawane przez Zosię Dowjat – „co niesamowitego zobaczyłaś w tym tygodniu? Co ci się wbiło w pamięć?”.
Ognisko pozwoliło nam spenetrować takie części naszej duszy, w których dotąd nie byliśmy, ba! nie mieliśmy pojęcia o ich istnieniu. To szkoła bycia sobą, miejsce gdzie możemy zajrzeć w głąb siebie i dokładnie zbadać to, co w nas siedzi. I jeśli okazało się, że to nie jest klasowy prymus, to wcale nie było źle.
Nie jesteśmy dzisiaj aktorami. Przynajmniej nie wszyscy z nas. Ale jestem pewna, że Ognisko spowodowało, że jesteśmy w magicznych i wyjątkowych miejscach w naszym życiu. Bo jak raz się tego posmakowało, to nie można już pozwolić sobie na szarość i bylejakość.
Patrzyłam wczoraj na panię Halinę i myślałam o tym, ile ta jedna, piękna kobieta zmieniła ludzi. Na ile losów wpłynęła!
Pani Halina to wspaniała osoba, dzięki której wszyscy mogliśmy się spotkać i ta magia, którą dostaliśmy w Ognisku niesie nas przez życie. Po prostu.
A gdyby Zosia Dowjat spytała mnie dzisiaj, co niesamowitego mi się ostatnio przydarzyło, to odpowiedziałabym – benefis Haliny Machulskiej. Ponieważ siedziałam między osobami, których nie znałam, ale jak pani Halina skrzyżowała ręce do hymnu, to usłyszałam cichy szept „prawa na lewą” i już wiedziałam, że jestem wśród swoich. Więc wzięliśmy się za ręce i… przyznajcie sami, że naprawdę dobrze zabrzmiało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

