wtorek, 19 czerwca 2018

Karolina Zimoch - Czy coś może trwać wiecznie?



Czy coś może trwać wiecznie?

Czy to prawda, że wszystko się kiedyś kończy? Czy coś może zostać z nami do końca? Zwłaszcza, że w naszych szybkich czasach „na zawsze”  trwa około dwa miesiące.  Przez całe nasze życie coś się zaczyna, a coś się kończy.  Zakończenia dzielimy na te przyjemne jak zakończenie szkoły czy dnia pracy. Ale także na te, których się boimy i bronimy przed nimi rękami i nogami, jak zakończenie związków czy pięknych przyjaźni. Idąc dalej tym tropem zakończenia  możemy podzielić także na te nieuniknione,  wynikające z upływu czasu, a także te, które są naszym wyborem. I właśnie na nich chciałabym się  najbardziej skupić. 
Kiedy zaczęłam pisać ten tekst przypomniało mi się co powiedziała pani Ania „na pewno coś poruszyło Cię na zakończeniu”. Padło  tam wiele pięknych fraz,  które każdy Ogniskowicz słyszał nie raz i można by o nich rozprawiać bardzo długo.  A więc po co i ja mam o tym pisać?  Mnie poruszył fakt, że to nie było jedne z tych smutnych zakończeń,  których wszyscy staramy się unikać. Przecież już w październiku większość z was wróci na zajęcia do swoich ukochanych grup, część pojedzie już za chwilę na obóz. Co z resztą, co z tymi, dla których to zakończenie było ostatnim?
Przychodząc do Ogniska dokonujemy pewnego wyboru, zakładamy wielkie ogniskowe okulary i zaczynamy postrzegać świat tylko przez ich pryzmat. Wyrabiamy swoje zdanie, wyrażamy wszystkie swoje „ale” poprzez warsztaty, pokazy, niespodzianki itd.  Uczymy się odnaleźć siebie, poznajemy wspaniałych,  inspirujących ludzi. Bardzo rozczulił mnie  pokaz najmłodszej  grupy, szczerze mówiąc patrzyłam na nich z wielką zazdrością. I chociaż na co dzień staram się wyrzekać tego okropnego uczucia, było to nieuniknione. Mają przed sobą mnóstwo wspaniałej zabawy, są dopiero na początku tej drogi. Tu powracamy do pytania: co z tymi, którzy tę zabawę skończyli?  Niczym nie różnią się od tej najmłodszej grupy, mają  po prostu kilka lat więcej doświadczenia. Dokonali wyboru, okulary,  które nałożyli na swój nos na początku tej przygody stały się nieodłączną częścią garderoby, która pięknie ozdobi ich duszę do końca życia. Tak, właśnie. DO KOŃCA ŻYCIA, NA ZAWSZE, WIECZNIE. Przestudiowali już instrukcje ich obsługi i są gotowi pójść w świat. Jasne, że każdy boi się końca, ale chociaż to koniec ich zajęć w Ognisku, nigdy nie przestaną być Ogniskowiczami.
Więc jeśli jesteś już „za stary na Ognisko” uśmiechnij się, niczym nie różnisz się od Ogniskowicza,  który dopiero stawia swoje pierwsze kroki w tym świecie. Nie ważne czy masz 13, 25, czy 70 lat. Jeśli gdzieś zapodziałeś swoje ogniskowe okulary- wygrzeb je z dna szafy, ubierz i uśmiechnij się do losu. Bo jesteś wybrańcem, w którego sercu Ognisko trwa wiecznie.

piątek, 1 czerwca 2018

Maciej Wojtyszko - ZWIERZĄTKO, MAMA, JA I SZPITAL


z okazji dwóch Ważnych Dni - Dnia Matki i Dnia Dziecka - profesor Maciej Wojtyszko przesłał na naszego bloga opowiadanie o Zwierzątku...


Maciej Wojtyszko
                                                                                                         

                                              ZWIERZĄTKO, MAMA, JA I SZPITAL


Zwierzątko Mojej Mamy.
Powstało czterdzieści lat temu jako rezultat prostej obserwacji: Ja i Mama.
Wiem, że to brzmi trochę infantylnie, kiedy sześćdziesięcioletni mężczyzna mówi „Mama”, ale zawsze tak mówiłem, bo „Matka” to było słowo twarde i obce. Z wielkiej literatury albo z głupiego dowcipu: „Matka! Jest tylko jedna!”.
Może inni mają matki, ja mam Mamę.
A Zwierzątko Mojej Mamy (w skrócie ZMM) to postać z opowiadania dla dzieci, które napisałem trzydzieści kilka lat temu i które jest personifikacją pewnego zjawiska – kiedy matka i syn (czyli my) podejmujemy wspólnie jakieś  zadanie,  stopień komplikacji rośnie wprost proporcjonalnie do siły naszego wspólnego zatroskania i wysiłku, by wszystko poszło dobrze.
Dokonałem tego odkrycia (tj.  wyż. wym. Zwierzątka) dawno temu, kiedy jeszcze nie było setek poradników psychologicznych mówiących o toksycznych rodzicach, toksycznych dzieciach, toksycznych rodzinach i toksycznych związkach.
Matka i syn - relacja mistyczna.
My z Mamą jesteśmy może trochę mistyczni, ale głównie wodewilowo-farsowi.
Kiedy wspólnie ruszamy w świat, chaotyczność rzeczywistości natychmiast wychodzi na jaw. To my na ten chaos. A on na nas. I nagle, nie wiadomo skąd, rodzi się forma czyli opowieść.
Ale do rzeczy.
-          Przysłali zawiadomienie ze szpitala, że mam zrobić badania przed operacją zaćmy. Trzeba tam być we wtorek o ósmej trzydzieści – powiedziała Mama.
-          Jak trzeba to trzeba.
Jedziemy. Świt. Parking prawie pół kilometra od wejścia do szpitala. Ryzykuję. Podjeżdżam tam, gdzie karetki. Mama z trudem wysiada z samochodu. Strażnik podbiega, już, już ma coś do mnie powiedzieć, ale uciekam na właściwy parking, zostawiając moją staruszkę na jego pastwę.
Widzę w lusterku, że strażnik rezygnuje ze zrobienia awantury, a ona bohatersko drepcze do wnętrza Szpitala.
-          Co mu powiedziałaś?
-          Że mam legitymację żołnierza AK.
-          Absurdalna argumentacja.
-          To co miałam powiedzieć?
Zwierzątko chichocze mi za uchem, a Szpital jest ogromny. Kilka potężnych budynków, tłum ludzi. Ruch. Sztuczna choinka przy schodach udekorowana symetrycznie  brązowymi bombkami, a z jakiegoś głośnika, jak to zwykle przed świętami Bożego Narodzenia, sączy się kolęda:
 „Nie było miejsca dla Ciebie w Betlejem, w żadnej gospodzie”.
-          Przychodnia specjalistyczna? To w tamtej części. Trzeba podjechać windą dwa piętra do góry, korytarzem w lewo, potem w prawo i na półpiętro.
W windzie razem z nami łóżko z pacjentem pod kroplówką i dwie pielęgniarki. Pacjent pojękuje.
-          My na drugie.
-          A my na czwarte.
Trochę pojeździliśmy, bo z czwartego zjechaliśmy do podziemi, potem na pierwsze, a dopiero potem na drugie. Winda ma program.
Zwierzątko za uchem: „ Co na górze to na górze , co na dole  to na dole - lepiej w  smole niż w stodole, lepiej w murze niż na bzdurze” ( dwa pierwsze wersy pożyczone od Hermesa Trismegistosa)
Na szczęście są napisy „Do przychodni specjalistycznej” , więc jakoś docieramy na miejsce, robiąc postoje co kilkadziesiąt metrów. Czyli w sumie pięć postojów.
-          Pewnie trzeba było podjechać z tamtej strony.
-          Od tamtej strony są budynki gospodarcze i przeganiają.
-          Tu też przeganiają.
-          Racja.
Dochodzimy do napisu „Recepcja”. Kolejka nieduża, siedem osób, a wszystkie w wieku emerytalnym. Niektóre w towarzystwie pilotujących je członków rodziny, na oko niewiele młodszych od swych podopiecznych. Zawiązują się znajomości, bo rejestracja wymaga nieco czasu. Samopomoc staruszków.
-          Trzeba wszystko rozsądnie zaplanować – radzi nam Córka, która przywiozła Matkę na wózku – bo nie dacie państwo rady. Jeszcze jest EKG i rentgen, a to w drugim skrzydle. Najlepiej niech pan wytrzaśnie wózek. Tam na dole można pożyczyć. Tylko niech pan nie wsiada do windy, bo się pan spóźni. Najlepiej po schodach i przy tomografii  w lewo, a potem już prosto, obok kiosku ze słodyczami.
-          Dziękuję.
Dwa piętra w dół, w prawo, w lewo, obok tomografii, potem mijam choroby układu krążenia, urologię, choinkę, aptekę... chyba tu.
„Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony...”
Nie ma kogo spytać. Pani w kiosku?
-          Przepraszam, podobno gdzieś tutaj można pożyczyć wózek inwalidzki?
-          A, tak. To tutaj. Tylko że już wszystkie zabrali. Trzeba poczekać, może ktoś odda...
A tam kolejka.
  Zwierzątko:„Lepiej się odzwyczajać  niż przyzwyczajać, bo odzwyczajanie jest trudniejsze.
Choinka, urologia, choroby układu krążenia, tomografia, dwa piętra w górę, pół piętra w dół...
-          Nie ma wózka!
-          Nic nie szkodzi. Ja już krew oddałam. Ale jest kłopot. Czekam tutaj do czwórki. I nie wiem...
Wychodzi pielęgniarka. Pod białym fartuchem czerwony żakiet. Miła, tylko mówi głośno, bo wie, że pacjenci głuchawi.
-          Pesel trzeba wpisać! Lekarz nie wpisał, a trzeba. Tutaj u góry! Ma pani mocz?
-          A mam mieć?
-          Było napisane na skierowaniu. W zamkniętym pojemniku.
-          To co mam zrobić?
-          Musi pani zrobić do pojemnika! Ma pani pojemnik?
-          Nie!
-          To pan niech idzie do apteki – krzyczy życzliwie pielęgniarka – i kupi pojemnik, a pani nasiusia tutaj w toalecie.
Dwa piętra, tomografia, choroby układu krążenia, urologia, choinka, apteka.
Kolejka!
Na szczęście szybko poszło.
-          Pojemnik na mocz, proszę.
-          Czterdzieści groszy. Sto złotych? Nie mam jak wydać. Same grube. Niech pan weźmie w prezencie. Albo odda mi pan przy okazji.
Pani magister jest młoda i w okularach krótkowidza. Zwierzątko: „Widzisz , widzisz patrzysz a nic nie widzisz
-          Dziękuję. Głupio tak...
-          Odda pan, jak pan będzie mógł.
-          Dziękuję bardzo!
Choinka, urologia, tomografia,  Choroby układu krążenia, blok operacyjny... cholera, zabłądziłem... Musiałem się cofnąć do układu krążenia. Dwa piętra.
-          Kupiłem . Gdzie jest łazienka? Tam z tyłu?
-          Nie, ta to dla personelu. W końcu korytarza.
Idziemy. Mama znika za drzwiami. Długie oczekiwanie. Wychodzi blada.
-          Nie mogę. Zdenerwowałam się. Nie mogę.
-          To co ?
-          Ty weź  zrób.  Wszystko jedno .Przecież to formalność.
-          Za ciebie? Co to za pomysł? Wykluczone! Jeszcze nie oszalałem!
Zwierzątko rży ze śmiechu.
-          Ale ja nie mogę.
-          To jej powiedz.
Wleczemy się do pielęgniarki . Nie mam odwagi zbliżyć się do drzwi numer cztery, bo osoby oczekujące obserwują nas w gniewnym napięciu.
Drzwi się otwierają. Pielęgniarka w czerwonym żakiecie obrzuca nas litościwym spojrzeniem.
-          Już?
Mama ośmiela się podejść i mruczy coś do ucha pielęgniarki, a ona  znów odpowiada bardzo głośno.
-          Proszę się nie martwić. Tu się można napić. Niech syn kupi pani coś do picia, jakiś soczek albo colę. Niech pani odczeka i znowu spróbuje nasiusiać!
Ci pod gabinetem w ogóle bez reakcji. A Zwierzątko rzuca kudłami i  wyje radośnie.
Dwa piętra, tomograf, choroby układu krążenia, urologia, choinka, apteka. Zaraz! Przecież mam teraz portmonetkę z drobnymi! Dług w aptece! Omijam klientów przy okienku. Wysypuję z czarnej podkówki deszcz złocistych dwu- i pięciogroszówek.
-          To w prezencie! Bardzo dziękuję, pani magister!
Przybieżeli do Betlejem pasterze,
grają wdzięcznie Dzieciąteczku na lirze...”
Wracam z wodą mineralną i uważam, żeby dobrze skręcić przed tomografią. Po drodze mijam Córkę i Matkę na wózku.
-          A my już! Jedziemy do EKG! Zająć państwu kolejkę?
-          Jeśli by to nie było dla pani kłopotem...
-          Może się uda!
-          Mamy jeszcze tylko pół godziny  – szeptem informuje mnie Mama. – O jedenastej definitywnie kończą przyjmować mocz.
W zawrotnym tempie pije wodę mineralną. Pięćdziesiąt metrów do łazienki w końcu korytarza przebywa tak szybko jakby ZMM niosło ją na barana.
Oczekiwanie.
Udało się.
-          Zdążyła pani w ostatniej chwili. Już miałam zamykać - mówi pielęgniarka i na dowód zdejmuje biały kitel z czerwonego żakietu. – Pesel niech pan wpisze, bo nie ma!
Szukam długopisu. Pielęgniarka  podaje mi swój.
Ulga. Dwa badania za nami. Do EKG mamy do przebycia wprawdzie kawałek drogi, bo to na pierwszym piętrze, ale można podjechać windą. W windzie na wózku siedzi nieogolony mężczyzna w średnim wieku, bez nogi, a wózkiem kieruje staruszek. Ojciec?
-          Czy to jest czecie piętro? – pyta ten bez nogi.
-          Nie, drugie.
-          Pacz pan, nie możem wycelować. Już z pół godziny jeździm.
-          To ja panom nacisnę trójkę.
-          Myśmy już naciskali.
Młody lekarz, który wsiadł w podziemiu, bo tam zajechaliśmy, wyjaśnia:
-          Ta winda nie zatrzymuje się na trzecim. Musicie przejechać parterem. I wsiąść do windy po drugiej stronie.
-          A na pierwszym? Do EKG dojedziemy?
-          Zatrzymuje się. Ja też jadę na pierwsze.
-          O, to dobrze.
ZMM rozszalało się dzisiaj. Tych dwóch też wyraźnie dopadło, może dlatego na chwilę nam odpuściło?
        A Matka i Córka ? Siedzą pod EKG, ale zrezygnowane.
-          Ze Szpitala poza kolejnością wpuszczają. Już czwarty ze Szpitala wchodzi., a z przychodni nikt. Szpital ważniejszy.
Czekamy. Nic się nie rusza. Jeszcze dwóch ze Szpitala dowieźli.
-          Może by najpierw do rentgena?
-          A to daleko?
-          Piętro wyżej.
Trzeba ryzykować. Ruszamy całą czwórką. Winda nam już nie straszna. Najwyżej sobie pojeździmy w górę i w dół. Zwierzątko mruczy: Dziś nazywam się intuicja ale jutro mogę nazywać się logika
Tylko w podziemiach  trochę poczekaliśmy, bo puste łóżko wracało na czwarte.
 Jakoś nieprzyjemnie puste.
Tego to Ono nie lubi .
Może dlatego w  rentgenie idzie zdumiewająco szybko. Muszę wprawdzie przynieść skierowanie z osobnej rejestracji, które otrzymam na podstawie skierowania, jakie dostałem w tamtej rejestracji, ale to tylko jakieś sto metrów korytarzem i za USG w lewo. A gdzie Matka i Córka? Pojechały. Zajmą nam miejsce.
I rzeczywiście. Kolejka pacjentów ze Szpitala się skończyła i teraz EKG robią raz-dwa. Z Matką i Córką żegnamy się jak starzy towarzysze broni.
 Mama wychodzi z gabinetu z papierową wstęgą zapisu EKG w ręku. Dopina wyjściowe wdzianko.
-  Serdaczek!
-          Jaki serdaczek?
-          Bolerko takie miałam. Serdaczek! Matko Boska, gdzie ja go zostawiłam?
-          Siedź tu i nie ruszaj się.
-          W rentgenie chyba.
Szukam. Nie. W rentgenie nie. Mówiłem, że Ono uwielbia chaos. Czyli że trzeba z powrotem obok choinki, obok tomografii, chorób układu krążenia, dwa piętra w górę... do tamtej rejestracji.
-          Przepraszam, czy ktoś nie zostawił paniom… eee... bolerka?
-          A na krwi czy na moczu?
-          Albo tam, albo tam.
-          To nie.
-          Trudno, przepraszam, dziękuję.
Nie załatwi mnie  serdaczkiem.  Na cholerę nam serdaczek? Zaraz! Łazienka! Jak nic, serdaczek został w damskiej toalecie. Wejść?
Przez chwilę obserwuję drzwi. Chyba nikogo tam nie ma. Przechodzi  siwa pani doktor, ale zagląda do pokoju obok.
-          Na kawę przyszłam – oświadcza   do wewnątrz i zamyka za sobą drzwi gabinetu.
Czuję, że Ono coś  szykuje, ale odważam się  wtargnąć do damskiej toalety.
Oboje jesteśmy zakłopotani. Pielęgniarka w czerwonym żakiecie chowa za plecy papierosa, ja bąkam z zażenowaniem:
-          Przepraszam. Chciałem sprawdzić, czy tu nie został taki serdaczek…bolerko takie...
-          A zostało, zostało, ale nie tutaj, tylko na krwi. Zaraz panu otworzę.
Wyrzuca niedopałek do muszli, spuszcza wodę i wychodzimy na korytarz.
-          To ty Renia nic mi nie mówiłaś, że coś na krwi zostało – zaczepia ją koleżanka z recepcji.
-          Bo jeszcze nie wyszłam.
Otwiera gabinet zabiegowy i zdejmuje z wieszaka serdaczek.
-          To?
-          To. Bardzo dziękuję.
Pełen triumf. Cztery badania zrobione. Serdaczek znaleziony. Pojemnik zapłacony. Kochane Zwierzątko! Stoimy przy sztucznej choince i patrzymy przez wielkie  okno na lecące z nieba wilgotne coś, co jeszcze nie jest śniegiem, ale już przestaje być deszczem. Za nami kłębi się mrowisko szpitala.
Szczęk otwieranych wind, ludzie zmierzający w różnych tempach i różnych kierunkach, lekarze, pacjenci, pielęgniarki, odwiedzający. Choinka  z brązowymi bombkami. Dziwna, specyficznie szpitalna głucha akustyka,  którą  podbudowuje słabo czytelna melodia:
„Z  Narodzenia  Pana dzień dziś wesoły!”
-          Idę na parking – mówię - i spróbuję tu podjechać. Tylko bądź gotowa do wsiadania.
Z premedytacją omijam ustawiony na środku drogi zakaz wjazdu i usiłuję podjechać pod wejście frontowe, ale tuż przed maską mojej Skody wyrasta strażnik.
-          Gdzie? Proszę się cofnąć. Tu nie wolno!
Wrzucam na luz. Zaciągam ręczny. Wysiadam.
-          Widzi pan tę kobietę? – mówię do strażnika. – Ma osiemdziesiąt sześć lat. Jest żołnierzem Armii Krajowej. Jest chora! Chce pan mieć ją na sumieniu?
-          Panie, ja mam polecenia służbowe. A tu same takie przychodzą! Tutaj same chore!
-          Jak mnie pan nie puści, to pana zabiję.
Wsiadam do samochodu i ruszam wprost na niego. Ustępuje. Odjeżdżamy.
Wycieraczki zaczynają nagle upiornie skrzypieć, bo włączyłem je na największą prędkość. Zwalniam tempo wycieraczek i krople deszczu ze śniegiem powoli spływają po dwóch stronach szyby samochodu. Milczymy. Trzeba jechać ostrożnie, bo drogi są śliskie, kierowcy zdenerwowani, a miasto zakorkowane. Ono nie lubi, gdy się traci czujność.
Potrafi wtedy zrobić coś złośliwego.
Dojeżdżamy do domu. Pijemy herbatę. Wreszcie Mama pyta:
-          Myślałeś o Nim?
-           Cały czas!
-          Ja też. Ono jest. Ono chyba jest naprawdę. Pełna mistyka!
-          Pewnie. Masz wątpliwości? Takie numery to tylko Ono!
Śmiejemy się. Z telewizora leci „Gdy śliczna panna syna kołysała”.  Pełna mistyka.
             Są tacy, którzy Go nie mają.




niedziela, 21 stycznia 2018

Małgorzata Czerwień - Przesunęłam nietykalne granice


Nigdy wcześniej przy pożegnaniu nie przytulałam nikogo tak mocno, jakbym kurczowym uściskiem mogła sprawić, że w Pęcławiu czas się zatrzyma i już na zawsze będziemy tkwić w blasku słońca wyglądającego zza palm i blasku ogniskowej miłości. Nigdy wcześniej nie pokochałam nikogo tak mocno, jak ludzi, którzy przez siedem dni wytworzyli mikrokosmos stanowiący jądro potężnego wybuchu. Nieopisana twórcza siła, która się w nas nagromadziła nie jest efektem finalnym, a jedynie zalążkiem tego, co będzie wydarzać się, kiedy wrócimy do domów i będziemy dzielić się tą miłością z całym światem.
Ognisko jest jakby miękką poduszką. Najprzychylniejsze i najcieplejsze miejsce dla młodych, rozedrganych i wrażliwych nastolatków. Jestem głęboko poruszona tym, jak intymne i osobiste były wystawione warsztaty i jak szczere słowa mogliśmy sobie wyszeptać. Obdarzyliśmy się tym co najważniejsze – zaufaniem, empatią i troską dzięki czemu nie musieliśmy się niczego bać.
Bardzo się cieszę, że właśnie wśród tych ludzi wystawiłam swój drugi warsztat. Nie spodziewałam się, że kiedyś zdecyduję się pozwolić innym poznać tak intymne i głęboko ukrywane cząstki siebie. Aż do momentu omówienia szalało w mnie mnóstwo obaw. Wybrałam własny tekst, co tylko potęgowało strach. Ostatnio mierzyłam się z ciągłym niezrozumieniem i zaczęłam wątpić w wartość mojej wrażliwości, sens tego, co chciałam powiedzieć, czy to, że mogę wpływać na rzeczywistość. Wystarczyło, że zgasł reflektor, usiadłam przed wszystkimi i popatrzyłam na ich twarze. Wtedy zrozumiałam, że nie muszę już bać się siebie, bo to wszystko co się ze mnie wynurza nie jest niczym złym. Mam nadzieję, że zabierając innych w mój świat mogłam choć w niewielkim stopniu zrekompensować wszystkie gesty, uśmiechy i rozmowy, które dodały mi pewności. Nie umiem nawet zamknąć w słowa tego, jak wiele tutaj dostałam i jak bardzo jestem za to wdzięczna.
Wielkim zaskoczeniem były też dla mnie zajęcia z instruktorami. W ciągu trzech dni cała moja pewność siebie została zburzona, po czym rozkwitła na nowo z wielką siłą i świadomością. Od jakiegoś czasu mocno trzymałam się wizji siebie wkomponowanej w łuk fotela z całą aktywnością skupioną w słowie, dlatego zaskoczyło mnie tak nagłe uruchomienie ciała. Żadne ćwiczenie nie było łatwe, ale przy natłoku myśli podczas prób, niespodzianek i warsztatów moment przełamania ciała stanowił nieopisaną przyjemność. Poddałam się sile skupionej w moich łokciach, kostce, czy biodrach i pozwoliłam się całkowicie prowadzić impulsom drugiej osoby, by podczas pokazu uwolnić absolutnie każde drżenie, pozbyć się świadomości i przesunąć nietykalne wcześniej granice.
Jedno z ćwiczeń, które wykonywaliśmy polegało na poddaniu się wysyłanym przez drugą osobę impulsom wprawiającym w ruch poszczególne części ciała. Nim zdążył wygasnąć jeden ruch, nieopisana siła już ciągnęła w drugą stronę. Nie dawaliśmy sobie ani chwili odpoczynku i to samo działo się przez całe zimowisko. Byliśmy tutaj całkowicie dla siebie nawzajem. Warsztaty, niespodzianki, filmy, rozmowy… Nieustannie prowokowaliśmy się do myślenia, do stawiania trudnych pytań i niewygodnych odpowiedzi. Zaskakiwaliśmy, wzruszaliśmy i zdumiewaliśmy, by tylko poczuć coś więcej, wejść głębiej i odczuć mocniej. Siedem dni wykorzystaliśmy maksymalnie, wycisnęliśmy wszystko i odkryliśmy całą feerię barw. Mogliśmy wsiąknąć w meandry czasoprzestrzeni i zniknąć z codzienności. Emocjonalny rollercoaster zafundował nam mnóstwo nagłych wstrząsów i do końca nie zwalniał. Zatrzymał się tak nagle, że mam wrażenie jakbym wypadła w inny świat. Powrót do codzienności, będzie jak budzenie się ze swoistego letargu, który chociaż wcale nie był wyciszeniem, przyniósł olbrzymią ulgę i harmonię.
W cieniu pęcławskich palm i blasku Ogniskowiczów zdarzyła się jeszcze jedna niezwykle istotna rzecz. Po ostatnim odśpiewaniu hymnu, w uniesieniu pożegnań rozmawiałam z jedną osobą o tym, jak pierwszy raz spotkaliśmy się na zajęciach w Ognisku. Bardzo dobrze pamiętam tamten dzień i to jak niepewnie się czułam w miejscu pełnym tak cudownych osób, którym, jak mi się wtedy zdawało, nie dorównuję. Kiedy później się przytuliliśmy miałam wrażenie, że obydwoje jakby nie dowierzamy w to, że teraz jesteśmy tu razem i zrozumiałam, że przez całe zimowisko ani razu nie pomyślałam o sobie jako o tej, która „czasem przyjeżdża na zajęcia”. Po raz pierwszy poczułam się częścią Ogniska w pełnym i absolutnym tych słów znaczeniu.

A na pytanie „jak żyć?” mogę już bez wahania odpowiedzieć, że na swój własny sposób. 

Inga Lewandowska - Zrozumienie/niezrozumienie



W szkole bywam niezrozumiana. Nie przeszkadza mi to, bo wiem, że osoby na których mi zależy, zawsze mnie zrozumieją. Tymi osobami są Ogniskowicze.

Zawsze ciężko było mi tłumaczyć osobom trzecim magię ogniskowych wyjazdów. Co niesamowitego jest w męczących, późnych próbach, wspólnym oglądaniu filmów czy rozmawianiu na trudne tematy? Większość znajomych ze szkoły nie rozumie, dlaczego przez kolejne dni po powrocie chodzę zamyślona. A ja przecież wspominam to, co się zdarzyło i było wyjątkowe... 

Powiem wprost: po prostu bardzo nie lubię wracać do normalnego świata, do codzienności. Do szkoły, w której schematy górują nad kreatywnością, a plotki nad ciekawymi rozmowami. Bycie sobą zostaje tam zastąpione chęcią wpasowania się w towarzystwo, dialog - mówieniem o sobie, najczęściej trywialnych bzdur. Nie lubię wyjeżdżać z ogniskowych obozów, bo wiem, że w codziennym świecie ciężko będzie mi uświadczyć takich zjawisk, jak bezinteresowna pomoc czy szczere zainteresowanie drugim człowiekiem. 

Dlatego kocham Ognisko. Ono uczy mnie życia bardziej niż wszystko inne. Letnie i zimowe wyjazdy są dla mnie naładowaniem energii i nabraniem chęci do życia na kolejne miesiące. 

Czuję, że nawet jeśli nie wykorzystałam tego zimowiska w pełni, dało mi ono bardzo dużo. Nie tylko pod względem „teatralnym”, ale również życiowym, ludzkim. Nauczyłam się, że trudności nie powinno się omijać i udawać, że ich nie ma, tylko dzielnie stawiać im czoła. Nawet kosztem zmęczenia, czasem braku satysfakcji z efektów, które miały być inne, ale coś poszło nie tak. 

Tu jestem sobą. Tu jestem szczęśliwa. Tu po prostu jestem i łapię każdą chwilę. To co ulotne i tak zostaje we mnie na zawsze.

Jakub Prange-Barczyński - Zachwyt


Na co dzień ujmuje mnie wiele rzeczy. Tam, podczas niespełna tygodnia, jeszcze więcej. Ujmuje mnie moment uchwycenia wzroku, po którym następuje uśmiech. Ujmuje chór głosów śpiewających tę samą piosenkę, którą wszyscy już znają na pamięć, mimo że minęły dopiero trzy dni. Ujmuje brak jakichkolwiek oporów u ludzi, w chaosie rozrzuconych po scenie. Ujmuje chwila po obejrzeniu filmu, który był tak niesamowity, że każdy chce wiedzieć, co myśli osoba siedząca obok. A przede wszystkim, ujmuje mnie to jak bardzo jesteśmy tam dla siebie. Staramy się tak jak tylko możemy, żeby było idealnie, dla innych, mając z tyłu głowy to, że ci „inni” są w tym miejscu dla nas.
Dlatego wciąż zastanawiam się, co ma w sobie to słynne miejsce pod palmami w połączeniu z Ogniskiem, które do niego przyjeżdża. W jaki sposób wprawia mnie w trans, który trwa od momentu przekroczenia progu po raz pierwszy, aż do chwili, w której muszę zrobić to po raz drugi. Jak to się dzieje, że przestaję odczuwać zmęczenie i jedyną rzeczą na jakiej mi zależy jest spędzenie dodatkowej chwili z osobami, których obecności będzie mi tak brakować. Nie wiem, co oddałbym za to, żeby móc przenieść się teraz na jedną z prób i mam na myśli jedną z tych późniejszych… bo to prawda, na zimowisku istnieje pewna prawidłowość - moment, w którym  było najtrudniej wspomina się najlepiej, najbardziej pod słońcem pragnie się do niego powrócić.
Skończył się mój czwarty wyjazd z Ogniskiem, a mam wrażenie, jakby to były jedne, bardzo długie wakacje, które wciąż trwają, podczas których dostaję szansę poznawania kolejnych niesamowitych osób i dowiadywania się jak bardzo mogę na nich polegać. Możliwe, że właśnie dlatego ten najbardziej wzruszający moment „pożegnania”, nie jest dla mnie tak smutny, po prostu wiem, że nim nie jest.


wtorek, 21 listopada 2017

Agnieszka Łodzińska - Mistrzowie przyjaźni

Zawsze mam ogromny kłopot, kiedy muszę mojemu mężowi wytłumaczyć, z kim idę się spotkać, jak udaję się na spotkanie z moimi przyjaciółmi z Ogniska teatralnego. Mówię też czasami, że to moi przyjaciele z Ochoty. Ale mąż mój uparcie nazywa ich (nas ;) ) – „aaaa, to ci artyści ;)”.

No więc w pewnym sensie, tak – mogę siebie i moich przyjaciół nazwać artystami. Ale nie w znaczeniu: 1. «osoba uprawiająca jakąś dziedzinę sztuki», ale w tym: 2. «osoba odznaczająca się mistrzostwem w jakiejś dziedzinie» (www.sjp.pwn.pl). Bo jesteśmy mistrzami – tak uważam. Wrócę do tego wątku za chwilę.
Moich ogniskowych przyjaciół zgubiłam, kiedy poszłam na studia. Cały czas wydawało mi się, że pani Halina nie życzyła sobie, żebym po otrzymaniu dyplomu wracała. Uważałam, że była jak ta ptasie mama, która uczy swoje dzieci latać, a kiedy osiągną tę sztukę, wypycha je z gniazda i każe lecieć w swoją stronę. Zresztą, takie pisklę, które z gniazda raz wyleci, nie umie już w nim na powrót wylądować. Dlatego ptaki karmią swoje młode, tzw. podlotki, na okolicznych drzewach lub wręcz na ziemi. Nie należy ich stamtąd zabierać, tylko dać rodzicom się tymi dziećmi pozajmować, żeby mogły za chwilę ruszyć w samodzielną drogę. Ja w swoją drogę ruszyłam prawie bezpośrednio po zdaniu matury – jeszcze byłam we Fromborku, ale z tamtego okresu niewiele pamiętam – to był ten czas, kiedy jako podlotek byłam karmiona poza gniazdem ‒ ale zaraz potem pognałam z nowymi znajomymi na Tarasówkę w Tatrach, by spędzić z nimi kilka wspaniałych kolejnych lat na uniwersytecie.
I właśnie w taką drogę ruszyłam, robiąc w życiu wiele różnych rzeczy. Natomiast niedawno uświadomiłam sobie, że w każdej z nich wykorzystywałam umiejętności, które zdobyłam jako nastolatka w ognisku u pani Haliny. I zawsze, przez te ponad trzydzieści lat, jakie upłynęły od dnia rozstania się z ogniskiem, włączałam się w działania grup ludzi, które łączyła wspólna pasja. Czy była to grupa studentów jednego roku filologii polskiej, czy grupa studenckich przewodników beskidzkich, czy grupa hodowców kotów norweskich leśnych – nawiązywałam przyjaźnie, działałam, dążąc do wspólnego celu (a gdzieś tam z tyłu głowy dźwięczał mi wiersz Krasickiego, który mówiliśmy u pani Janiny Nowickiej, kończący się słowami: „ty pracujesz, bo musisz, my mrówki z ochoty!” „Ochoty?”, tak, bo „ochotą” nazywaliśmy wtedy ognisko, które mieściło się przy Teatrze Ochoty i z „ochoty” wyniosłam ochotę do bycia w ruchu).
Ognisko dało mi umiejętność słuchania innych, co sprawiło, że wielu ludzi chętnie zwracało się (i zwraca) do mnie o radę w różnych sprawach. Ognisko nauczyło mnie, dało mi łatwość występowania przed większą grupą słuchaczy czy widzów. Ognisko, a właściwie pani Halina, przekazała mi informację, że każdy człowiek, a przede wszystkim każda kobieta, powinna znaleźć sobie zajęcie na każdy etap swojego życia – chociaż akurat z tym to u mnie zawsze było najtrudniej. Ognisko okazało się taką grupą ludzi, których połączenie, taka reintegracja przebiegły najsprawniej i z najmniejszymi stratami. I nagle okazało się, że nie jest to tylko grupa osób, które spotykają się, żeby przy winie, piwie lub wodzie powspominać – „a pamiętasz, jak…”, tylko że są to ludzie, którzy mimo upływu lat wciąż mają nowe pomysły na działanie. Aktywność dla siebie, dla własnej realizacji zawodowej, ale także aktywność dla innych. Właśnie w tym jesteśmy mistrzami. Po pierwsze w słuchaniu siebie nawzajem. W wyciąganiu ręki. W snuciu pomysłów, które czasami udaje się realizować. Za to, kiedy dochodzą do skutku, to ho, ho. Jesteśmy mistrzami w wynajdywaniu sobie nowych celów, nowych zadań, nowych umiejętności do zdobycia. W realizacji młodzieńczych marzeń w okolicach życiowego półmetka. W snuciu marzeń kolejnych – bo życie bez marzeń byłoby tylko pustą skorupką.
Oczywiście, kiedy ma się lat naście, a nawet trochę ponad dwadzieścia, czterdziestolatkowie, o pięćdziesięciolatkach nie wspominając, wydają się starcami, którym pewne zachowania już nie przystoją, najlepiej więc, gdyby zamknęli się w domach i czekali na kostuchę. Tak jednak nie jest, o czym, drodzy obecni ogniskowicze, sami się przekonacie za lat kilkadziesiąt, a dziś po prostu uwierzcie mi na słowo. Przekonacie się także, że przyjaźnie zawiązane w Ognisku, miejscu, które przyciąga ludzi o podobnych charakterach, zainteresowaniach i predyspozycjach, nawet jeśli nie przetrwają próby czasu, mają szansę odrodzić się po latach, wybuchnąć feerią nowych aktywności, idei oraz dzieł skończonych. 


środa, 25 października 2017

Maja Urbanowicz - Dyplom Ogniskoholika


Słowo "dyplom ukończenia Ogniska Teatralnego u Machulskich" jest ogromnym spłaszczeniem i rozwałkowaniem tego, co się za tym słowem kryje. Jest to może uwieńczenie ważnego okresu, ale na pewno nie jest to koniec wszystkiego. Można powiedzieć, ze jest to taka personalna wiza do tego, aby dalej przez sztukę kształtować siebie i swoje środowisko. Ognisko nie jest na dzień, na rok, na dwa, na pięć, tylko człowiek który spróbuje, w pewien sposób staje się naznaczony do końca życia. Każdy dyplom stwierdza jakieś kwalifikacje, ale lista tego w czym specjalizuje się wykwalifikowany Ogniskowicz, jest bardzo długa: tworzenie czegoś z niczego, przenoszenie się do innych światów zaledwie w parę sekund, robienie kilku prób w czasie jednej, kreowanie magicznych kostiumów z paru fatałaszków z szafy babci, wymyślanie nowych słów na zawołanie, niemożność nudzenia się, znajdowanie barwnych ludzi dookoła siebie, zabijanie szarości życia, wzorowe pocieszanie przyjaciela w trudnych sytuacjach, umiejętność kreatywnego myślenia, szacunek do sztuki, organizowanie prób prawie do rana na obozach, ekspresowe zaparzanie zabójczej ilości kawy, robienie hałasu, niekiedy i bałaganu, pisanie scenariuszy na kolanie, współpracowanie ze wszystkimi dookoła, jak i również paniami ze stołówki, dyplomatyczne negocjowanie terminów prób, zaginione Matki Boskie, festiwale teatralne, zmęczone twarze rano na zajęciach, twarze pełne zapału, kiedy zajęcia już się zaczną, przebieranie się za obrazy, bezinteresowna pomoc, doświadczanie, że niekiedy czas płynie w różnych kierunkach, walki na supermoce, zamienianie się w ulubionych bohaterów, znajomości na całe życie, tworzenie błyskotliwych inwencji, tworzenie bardzo słabych inwencji (czytaj: łopaty), umiejętność porozumienia się z każdym na świecie, zdobywanie nowych pasji i zainteresowań oraz umiejętność sprawiania, że każdy dzień będzie choć trochę piękniejszy. Lista jest oczywiście bardzo długa i myślę, że każdy Ogniskoholik mógłby dopisać jeszcze niezliczoną ilość podpunktów. Dzięki Ognisku ona ciągle rośnie, a każdemu kto jeszcze nie wie co to Ognisko, radzę się dłużej nie wahać i uzależnić się już dziś.