czwartek, 23 lipca 2015

Jan Kwapisiewicz - Przewodnik


          Lato. Nareszcie mogę odpocząć, ale nie tak zwyczajnie, ja chcę odpocząć od rutyny tygodnia, od normalnego życia. Do tego służy mi obóz. Obóz z Ogniskiem. Przyjechałem i od razu uderzył mnie zupełnie inny klimat niż dotychczas. Nie z powodu bliskiego zalewu. Z powodu ludzi, młodszych od mnie trochę przestraszonych, ale intrygujących. Moja grupa składała się z siedmiu osób, każda z nich była specyficzna, z każdą musiałem nawiązać wspólny język, tak robię zawsze. Jednak moja rola się zmieniła, dalej byłem zabawnym i trochę szalonym gościem, ale dla tej grupy stałem się przewodnikiem, kimś więcej niż kolegą z obozu. Na samym początku było ciężko (chociaż słyszałem historie o całkowitych integracjach w jeden wieczór), ale gdy już ustaliliśmy nazwę grupy i scenkę, to poczułem się staro. Jeszcze nie tak dawno to ja byłem w kompetentnych rękach doświadczonych Ogniskowiczów.
         Dni mijały, więź zacieśniała między nami, ja zacząłem odpuszczać rolę lidera, a moja grupa skupiała się sama. Chciałem, żeby potrafili pracować kiedy mnie nie ma, ale to nie tak działa. Oczywiście, że w szóstkę dawali sobie świetnie radę z pomysłami, a ja powinienem przy nich być. I kiedy przesadzają (np. z liczbą metafor) hamować, a kiedy hamują (tracą skupienie i kreatywność), przyspieszać ich pracę. W ostatnich dniach obozu wziąłem się w garść (często tak mam, że w obliczu końca potrafię się zmotywować) i znów byłem z nimi, ciałem, duchem i myślą. Dzięki naszej wspólnej pracy powstały dwa cudeńka, majstersztyki w dziedzinie niespodzianek: pierwsza na placu zabaw przywodząca na myśl beztroską zabawę w życie ze wszystkimi jej konsekwencjami i zaburzaniem rzeczywistości oraz druga, na plaży, czerpiąca garściami z literatury tworzenia utopijnych światów (np. Władca Much). Byłem z nich dumny jak ojciec z gromady dzieci.
         W dzień fuksówki (pewien tajemniczy zwyczaj) miałem wrażenie, że się coś stanie, powietrze było napięte i drżało, a ja czekałem na rozwój zdarzeń. W chwili końca obrzędu, kiedy to wszyscy świętowali, zobaczyłem w tłumie jedną małą postać. To była Gabrysia z mojej grupy. Stała sama i pomyślałem, że powinienem jej coś dać, żeby zapamiętała to zdarzenie na zawsze. Schyliłem się i przekazałem jej swoją, palącą się jeszcze, świecę. Dopiero później, po rozmowie z panią Anią, zdałem sobie sprawę jak wielką rzecz zrobiłem. To była najpiękniejsze, co mogłem komuś ofiarować. Wyjeżdżając z Serocka miałem wrażenie, że sprawdziłem się jako przewodnik, czułem się spokojnie i lekko, jak nigdy przedtem.

sobota, 27 czerwca 2015

Co to jest Ognisko Teatralne "U Machulskich" :D

Jak co roku, na zakończenie Ogniskowicze wypełnili anonimową ankietę - poniżej zamieszczamy wybrane odpowiedzi na 4 pytania: Co to jest Ognisko Teatralne „U Machulskich”? Kogo szczególnie cenię w Ognisku? Czego na szczęście nie ma w Ognisku? Kogo i po co powinieneś/powinnaś przyprowadzić do Ogniska? W odpowiedziach wystąpią m.in.: odkurzacz, słoń, babcia, pan Mirek, Tarantino i Platon :) Zdjęcia oczywiście z pokazów na uroczystości zakończenia roku.


 
Co to jest Ognisko Teatralne „U Machulskich”?
·         Miejsce, w którym każdy może być sobą
·         To miejsce, które uczy mnie jak podchodzić do życia
·         To wszystko, co dało mi siły
·         Baza, w której można naładować się każdego dnia innych kolorem energii
·         Terapeuta, z którym widuję się w każdy weekend
·         Miejsce, w którym każde, nawet mokre drewno dostanie iskrę, od której zajmie się ogniem pomysłów, energii i szczęścia
·         Kłębek emocji – przyjaźni, miłości, wściekłości, radości i wielu innych, tylko nudy nie ma
·         Portal do innego świata, innej rzeczywistości, pełnej nieoczekiwanych zdarzeń, ale na 100% pozytywnych
·         Jest jak duża sauna – wewnątrz wylewasz poty, ale bez stresu, wychodzisz oczyszczony i pełny energii
·         Malutkie państwo z własną historią i kulturą, które kocha swoich obywateli
·         Odkurzacz, który czyści z braku pomysłów
·         Rakieta w kosmos
·         Iskierka nieskończonego dzieciństwa
·         Miejsce bez słownika ze zwrotami „nie umiem” „nie potrafię” „nie wiem”
·         Fabryka pomysłów
·         Oaza kreatywności na pustyni prostactwa
·         Maszyna tworząca marzenia
·         Świątynia samego siebie
·         To po prostu uśmiech
·         Jest inspiracją, wiarą w siebie
·         To wszystko, czemu zawdzięczam moją zmianę na lepsze
·         Zaraza najsłodsza na świecie. Dopadnie każde piękne serce i nie pozwoli się wyleczyć
·         Moja droga do spełnienia marzeń
·         Chciałbym wiedzieć, ale ciężko będzie oddychać bez niego
·         To 28 liter, 26 głosek, 11 samogłosek i 17 spółgłosek
·         To styl życia
·         Metoda na życie
·         Nie wiem, ale codziennie dziękuję za nie Bogu
·         Drugi dom, druga rodzina
·         Sekta
·         Ogromna, kochająca się rodzina
·         Mój dom
·         To rodzina, którą sami sobie wybieramy


 
Kogo szczególnie cenię w Ognisku?
·         Wszystkich, którym chce się wstawać wcześnie w soboty i robić coś kreatywnego
·         Janka Kwapisiewicza. Kocham go, miły, ale wariat
·         Osoby otwarte, które nie boją się wygłaszać swoich opinii i pomysłów – staram się sama taka być
·         Nie wymienię nikogo z nazwiska, ale największą wartość mają dla mnie osoby, mające tak za tak, nie za nie, bez światłocienia
·         Ludzi, którzy są odpowiedzialni i przychodzą na zajęcia
·         Siebie, bo w Ognisku pokazuję prawdziwe ja
·         Ludzi, na których mogę polegać
·         Moja grupę, jedyni ludzie, którym bym oddał nerkę
·         Sekretariat, bo to gabinet psychologiczny
·         Siebie wśród Ogniskowiczów
·         pana Mirka, … Chryste, wszystkich!
·         Ludzi, dzięki którym w 5 sekund po wyjściu ze 108 nie mogę powstrzymać się od śmiechu
·         Każdego Ogniskowicza, bo spotkanie z każdą osobą nas kształtuje, każda rozmowa
·         Instruktorów, są pewnymi autorytetami, wzorem, do którego dobrze dążyć
·         Instruktorów, którzy mają w sobie tyle pasji i dobrej energii oraz cierpliwości, dziękuję, że z nami jesteście!
·         Te ptaki, które uczą nas latać


 
Czego na szczęście nie ma w Ognisku?
·         Yyy… ocen, zdecydowanie ocen
·         Oceniania i krytyki, nudy, beznadziei i nienawiści
·         Osób, które zostały przymuszone, by tu chodzić
·         Szpanu
·         komerchy
·         Wrednych nauczycieli
·         Tematów tabu
·         Nie ma kłótni, obrażania się i innych głupot
·         Moich rodziców i pani od przyrody
·         Wyczytywania po nazwiskach ufff
·         Stresu i presji na uczestnikach
·         Monotonii i nietolerancji – każdy jest inny
·         Węży i pająków
·         Brzydkich dziewcząt. Dodam, że nie wyglądem, chociaż i tak wszystkie dziewczyny w Ognisku są piękne
·         Smutku i Pesymistów  
·         Zła i nudy
·         Gniewu i agresji
·         Ograniczeń
·         Ignorancji
·         Braku pięknych wspomnień
·         surowego traktowania ludzi, patrzenia na kogoś z góry
·         Nie ma krytykowania lub śmiania się z innych – każdy z nas jest inny i to ceni się w Ognisku
·         strachu przed sobą
·         Wstydu
·         Przymusu do czegokolwiek
·         Testów i konkursów recytatorskich, a nie, te są
·         Pseudo aktorów        
·         Gasnących nadziei
·         Chamstwa i niewychowanych gburów
·         Zazdrości, konkurencji, nikt nie bije się o główne role
·         Ludzi beznadziejnych, którzy po prostu w Ognisku nie wytrzymaliby
·         Podziałów – to piękne, że każdy jest z każdym
·         Dyskryminacji, mogą być tak dziwna jak tylko chcę
·         Ograniczenia do wizji jednego prowadzącego
·         Słonia – takiego wielkiego ciężkiego, który by wciskał tłamsił wszystkich nawzajem
·         Banału, bo banał jest najgorszą rzeczą
·         Nauki takiej jak w szkole



Kogo i po co powinieneś/powinnaś przyprowadzić do Ogniska?
·         Moją babcię, żeby uświadomiła sobie, jak niezwykłe miejsca istnieją na świecie.
·         Moich rodziców, aby w końcu zrozumieli, że Ognisko to nie są zwykłe zajęcia teatralne
·         Kolegę, żeby zobaczył, że nie wszystko jest szare
·         Babcię niech będzie dumna  
·         Psa, bo go kocham
·         Siostrę jak podrośnie, żeby przeżyła to samo co ja
·         Tatę, żeby mnie podwoził
·         Moją mamę, żeby mogła spotkać starszych kolegów ze szkoły aktorskiej
·         Siostrę, bo chcę patrzeć jak nabiera siły i blasku
·         Mojego brata, bo cały czas kiedy uczę się wiersza, on też go umie
·         Pana Tarantino aby wziął kogoś z nas do swojego filmu
·         Mojego byłego chłopaka, żeby go znowu uwrażliwić
·         Wszystkich, którym nie wystarcza rzeczywistość
·         Mikołaja Kopernika, bo świat kręci się wokół Ogniska
·         Ludzi robotów. Żeby pokazać im świat i przeżywanie
·         Platona, znalazłby prawdziwy doskonały świat idei
·         Każdego kto chce mieć przyjaciół
·         Moich przyjaciół, żeby zrozumieli, czemu ciągle mówię o Ognisku
·         Ludzi, którzy nie są jeszcze pewni, co ich interesuje – bo w Ognisku rozwijają nie tylko w stronę teatralną, ale też ogólnie -  pomaga znaleźć pasję i poznać wartościowych ludzi
·         Niektórych zgorzkniałych nauczycieli, żeby mogli zobaczyć, że można się uczyć przez zabawę.
·         Wszystkich polityków, żeby nauczyli się szacunku do drugiego człowieka
·         Moją polonistkę, żeby nauczyła się pracy z młodzieżą
·         Bogatego inwestora, którego pieniądze sprawiłyby, że mogłabym przyprowadzić wszystkich
·         Moją wychowawczynię, żeby pokazać jej znaczenie słowa „sztuka”
·         Moją klasę, po to, aby zrozumiała, że nie wszystko trzeba traktować dosłownie i są metafory
·         Pana prezydenta Komorowskiego i prezydenta elekta Dudę, aby zostali przyjaciółmi, ponieważ tutaj znajduje się przyjaciół
·         Za rok przyprowadzam przyjaciół, by podzielić się energią
·         Moja siostrę, ponieważ jest bardzo wstydliwa, a wówczas mogłaby się otworzyć na innych
·         Moich przyjaciół, żeby zobaczyli, że teatr to świetna zabawa
·         Tych wszystkich, którzy wierzą, że relacje międzyludzkie są bardzo ważne



piątek, 19 czerwca 2015

Marta Szlasa-Rokicka - Śluby Panieńskie, czyli magnetyzm serca ogniskowego

Tekst napisany tuż po pokazie grupy "2014" wybranych scen ze Ślubów Panieńskich Aleksandra Fredry - pod opieką Sebastiana Królikowskiego. (info od redakcji)
 
                                   
Zanim zacznę opisywać naszą pracę nad „Ślubami panieńskimi” muszę powiedzieć, że mam do nich szczególny sentyment. Widziałam je parę razy w teatrze, więc byłam z tych, którzy kojarzyli o co chodzi. Osobiście uważam, że ta komedia jest cudowna. Nie znajduję w niej żadnego uniwersalizmu czy alegorii - teraz nikt nikogo do ślubu nie zmusi, ale za to jest bardzo zabawna i przede wszystkim pisana perfekcyjnym trzynastozgłoskowcem. Chociaż moje przywiązanie do tego tekstu nie ma wielkiego związku z pracą na zajęciach, to jednak właśnie z jego znajomości wzięły się moje początkowe obawy. No bo jak my, grupa 2014, mamy od tak sobie połączyć mówienie wierszem (ni-gdyż Kla-ro nie przyj-dzie <średniówka po 7 sylabie> chwi-la wy-pła-ka-na), ruch na scenie, zachowanie odpowiedniej intencji i komediowej otoczki z tym wszystkim czego o teatrze uczyli nas (przez te 4/5 lat)  pozostali instruktorzy? Odpowiedzią na to pytanie jest chyba również powód, dla którego Sebastian dał ten materiał literacki właśnie nam. Bo my się nie boimy. Bo na tym etapie wtajemniczenia wiemy, że to jest możliwe. Jedyne, co mogło nas zjeść to lenistwo, ale pomysły na sceny były po prostu za fajne żeby to rzucić.

Zaczęliśmy robotę. Oczywiście bywało różnie - niektórzy musieli czekać na swoich partnerów w scenie przez 2 tygodnie, inni wałkowali to samo tak często, że tzw. „zmęczenie materiału” nie pozwalało wykrzesać z siebie energii. Ale powoli, nie zuchwale lecz ogniskowo dotrwaliśmy w prawie niezmienionym składzie do pokazu. A przed pokazem… masakra! Nagle tekst się myli, energia siada a oczy każdego z nas mówią: „co się dzieje?” I to był chyba ten moment, który, był od zawsze nie do zniesienia przez naszych wcześniejszych instruktorów, moment kiedy my, najstarsza grupa, mamy zawalić roczną pracę. To był ten kubeł zimnej wody. Trzeba było odłożyć swój staż, ilość zagranych lub zrobionych warsztatów, fakt że „znam przecież ¾ Ogniskowiczów!” i pokazać że my umiemy mówić wierszem. Że długość ogniskowania wpłynęła na każdego z nas!. Ale nie tylko przez to, że jest tu „fajnie” i tu dorastałam wśród przyjaciół, tylko przez przekazaną nam wiedzę, zapał i generalnie sposób patrzenia na to co „chcę” i na to co „muszę” (oraz umiejętność dostrzegania że te rzeczy się łączą).

Nie mogę mówić w imieniu grupy o odczuciach związanych z tym pokazem. Mogę tylko powiedzieć, że to był pokaz wymagający technicznie, ale niosący (przynajmniej mnie) wielką frajdę. Dobrze było zrobić coś takiego na koniec ogniska. Ale… jaki właściwie koniec? Dla Ogniskowicza Ognisko jest na zawsze.

 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wojciech Kochański - Uroczystości



Uroczystości, takie jak wczorajsza, zawsze napawają mnie radością i pobudzają chęci do działania. Na większości ogniskowych uroczystości odwiedza nas Pani Halina Machulska, lecz teraz świętowaliśmy 86 urodziny Pani profesor.
Pamiętam jak na mojej pierwszej wigilii z ogniskiem zobaczyłem Ją po raz pierwszy. Pomyślałem wtedy: Dlaczego tylu młodych ludzi tak cieszy się z obecności jednej starszej pani, którą znają tylko z opowiadań? (już wtedy Pani Halina niestety nie uczyła) Takie pytanie dzisiaj wywołuje we mnie zdziwienie a nawet irytację, ale tłumaczę się ówczesną znikomą wiedzą i wspominam z uśmiechem na ustach.
Podczas zajęć przed przyjazdem naszego gościa, obejrzałem  film Andrzeja Wajdy o polskim artyście, doktorze, pedagogu i wychowawcy wielu sierot – Korczaku. Oglądałem ten film już wcześniej, ale tym razem skupiłem się generalnie na idei, metodzie czy sposobie wychowania, które wcielał w życie doktor.
            Ostatnio moja nauczycielka od polskiego w szkole przytoczyła wspaniałe słowa Janusza Korczaka: „nie należy dzieci popychać, lecz je prowadzić”. Jest to sentencja, która totalnie zmieniła moje kontakty z moją siostrą. Jest między nami 8 lat różnicy i często się kłócimy i drażnimy nawzajem (taka rola rodzeństwa). Ta sentencja ma swoje idealne przełożenie na moje zajęcia u wszystkich instruktorów. Od razu przychodzi mi na myśl Paulina „Ja za was nie zaśpiewam, mogę jedynie akompaniować”, albo Pani Ania „Pomagam wam poznać te postacie, a od was zależy czy w domu poczytacie o nich i dowiecie się więcej”.
            Innym przykładem są obozowe omówienia czy gorzej… Rada Obozu!!! Ta da da dam. Oczywiście mam tu na myśli porównanie do sądów korczakowskich. Na obozie po kolacji (około 19:30 jeśli mnie pamięć nie myli) ustawiamy kółko z krzeseł i skazańcy wybrani w gronie grup, zasiadają by ocenić niespodziankę czy dni porządkowe. Nie jest to wcale straszne wręcz przeciwnie, bo większość ocen jest dobra i zadowalająca. Najważniejsze, że każdy z każdym mówi na równi, każdy może powiedzieć co mu się podobało a co mniej i każdy głos liczy się tak samo. Głos instruktora, pierwszoroczniaka, fuksowicza, członka KMT czy nawet Pani Ani znaczy tyle samo.
Przechodząc do sedna. Cała inicjatywa, pomysł i zasady pochodzą od Pani Haliny i Pana Jana. I dlatego praktykowany tu Halinizm jest tak skuteczny i dlatego tylu młodych ludzi tak miło i ciepło powitało dziś tę niezwykłą starszą panią.
Ognisko to miejsce gdzie dzieci a czasem i ryby GŁOS MAJĄ.
Dziękuję za to Korczakowi, Pani Ani, wszystkim instruktorom i Jubilatce - Pani Halinie.




 

sobota, 11 kwietnia 2015

Agnieszka Karaś - Kochaj sztukę w tobie, a nie ciebie w sztuce


„Ważniejsze jest żeby być, niż żeby mieć!“

„Kochaj sztukę w tobie, a nie ciebie w sztuce!“

Te zdania słyszeliśmy od Pani Profesor Haliny Machulskiej przez trzy lata, po dwa razy w tygodniu. A latem, podczas obozów teatralnych w Giżycku czy w Zegrzu – codziennie przez bite dwa tygodnie. Wtedy, jako dorastająca dziewczyna, bardzo tych zdań nie lubiłam. Dziś wiem, że zaważyły na moim życiu.

Czasem narzekam na to, co robię, myślę, że powinnam zająć się czymś, z czego będą konkretne pieniądze... (i takie tam różne głupoty sobie myślę). Ale wiem, że mam do spłacenia dług. To trochę uciążliwy, ale i piękny dług. Bo kiedy ja byłam dorastającą dziewczyną, mogłam być w Ognisku u Pani Haliny. I tak, jak wtedy pracowano ze mną, staram się dziś pracować z polskojęzycznymi dziećmi w Niemczech.

Nie pamiętam, w jakie dni odbywały się zajęcia Ogniska. Powiedzmy, że były to wtorki i czwartki. Więc ja żyłam od wtorku do czwartku i od czwartku do wtorku. I tak przez trzy lata.

Kilka lat temu spotkaliśmy się na zlocie absolwentów Ogniska.

Z większością osób nie widzieliśmy się przez ponad dwadzieścia lat. Przyszło do odśpiewania „Gawędy o miłości ziemi ojczystej“ autorstwa Wisławy Szymborskiej – hymnu naszego Ogniska. Wzięliśmy się za ręce. Po kilkudziesięciu latach przerwy znów wspólnie odśpiewaliśmy ten hymn. Nie brakowało w nim ani jednej nuty, ani jednego słowa.

Pani Halina i inni Pedagodzy mówili, że nie kształcą w Ognisku ani reżyserów, ani aktorów (a jeżeli, to przy okazji). Mówili, że wychowują ludzi do życia w odpowiedzialności. Tak było w rzeczywistości. Uczyliśmy się wprawdzie kultury mowy, zadań aktorskich i reżyserskich, ale Ognisko było przede wszystkim szkołą świadomego, godnego życia.

Zerknęłam ostatnio do książki Małgosi Zawadki – również Absolwentki Ogniska.

W książce „Byłam sobie wierna“ Pani Halina zwierza się Autorce z tego, że ciągle czuje, że współtworzy świat. Że dzisiejszy świat jest również Jej udziałem.

To piękne stwierdzenie. Chciałabym i ja, chociaż jestem kilkadziesiąt lat młodsza, każdego dnia umieć tak myśleć!

Pani Profesor, pytana czasem w wywiadach prasowych o najbardziej znanych absolwentów Ogniska, krótko ich wymienia, a potem zaczyna mówić o ich stosunku do odpowiedzialności.

Kiedy byliśmy w Ognisku, Pani Halina nas tej odpowiedzialności uczyła. Wierzyliśmy Jej, bo obserwowaliśmy, jak sama postępowała. Była dla nas Osobą wiarygodną, pragnącą naszego dobra, i taką pozostaje do dziś.


Agnieszka Karaś, uczennica Ogniska w latach 1983-1986

(fragment laudacji z uroczystości wręczenia Wielkiej Honorowej Nagrody

im. Witolda Hulewicza dla Pani Profesor Haliny Machulskiej w Domu Literatury

na Krakowskim Przedmieściu w listopadzie 2014 roku
Wystąpiła grupa "księżniczka na opak wywrócona" pod opieką Zuzanny Falkowskiej

niedziela, 29 marca 2015

Natalia Kowalczyk - Duma teatralna

 
Międzynarodowy dzień teatru. Brzmi dumnie. Nie dość ze w pełni kosmopolitycznie (my jako prężnie działający kraj Unii też go obchodzimy, a co!) to jeszcze na dodatek artystycznie. Teatr. Sztuka wielka. Ach, te emocje rzucające aktorami po scenach, te dramaty pełne uniesień, te gesty, słowa, rekwizyty! Proszę państwa! HAMLET, MROŻEK, GUSTAW HOLOUBEK! KLASYKA! Dobrze, opadam na chwilkę z szału uniesień. Wielkiej artystce nie przystoi. Jak mogę obejść to święto? Jako twórca 3 wybitnych warsztatów (o długości: 15,10 i 5 minut), praogniskowicz, a przede wszystkim predystynowany halinista powinnam świętować jakby to były moje urodziny. Głośno, artystycznie i oczywiście intelektualnie, no bo przecież inaczej nie wypada. Po odrzuceniu opcji rozbicia obozu pod Instytutem Teatralnym i stworzeniu ołtarzyka z dialogów postanowiłam pójść w ślady największych. Taki na przykład Wyspiański, napisał Wesele, NO TO CHYBA WIE JAK ŚWIĘTOWAĆ. Po długich przemyśleniach uświadamiam sobie (oczywiście tylko przez wzgląd na czasy w których przyszło mu tworzyć ), że niestety, ale Stasiek razem z Przybyszewskim dałby upust hasłu - "Chopin gdyby żył To by pił". Wybacz mój drogi. Nie z racji abstynencji, tylko czystej ciekawości, będę szukać dalej. Może w takim razie Kantor. Nie dość że wielki artysta plastyk, to jeszcze kosmopolita, on na pewno spędziłby ten dzień dumnie. Przygotowuję, wiec sobie odpowiednią dawkę krakowskiej ironii, biorę 3 manekiny pod pachę i ruszam do Cricoteki. Będąc już jedną nogą w pendolino na trasie Warszawa-Kraków uświadamiam sobie, że to samo mam na miejscu u Warlikowskiego. Ze smutkiem opuszczam nasze dumne uosobienie szybkości i udaje się do ATM-u. Niestety, zieje pustkami. No tak. Party with Andrzej Chyra. Mam dosyć. Dziękuję bardzo. Wracam do domu i patrzę na stosik "ołtarzykowych" dialogów. Zawsze mnie to musi spotykać. Gdybym lubiła matmę, to co innego. Oni przynajmniej pieczą sobie ciasta ma dzień pi. Mogłam być Hawkingiem. Ale nie, mi na mózg rzucił się teatr. Cały czas utrzymując w pamięci wizję czekoladowej pi mufinki wyjmuję zeszyt do matmy. Czytam treść zadania, ale na chwilę zerkam za okno. Niebo ma cudowny kolor. Jak na tym pejzażu Van Gogha z kościołem w Arles. Jest cisza, bezruch. Jak u Becketta, a może u Hitchcocka, zaraz przed sceną pod prysznicem? Oglądam się za siebie, ale nie widzę nożownika. Już rozumiem, o co chodzi z Dniem Teatru. Jest codziennie. W każdym takim momencie: za oknem, pod Instytutem Teatralnym, czy w ATM-ie. Nie muszę robić nic szczególnego, bo świętuję każdego dnia. Jak dobrze, że na to wpadłam. Przecież nie cierpię matematyki


poniedziałek, 16 marca 2015

Łukasz Gwóźdź - Po spotkaniu z Panią Danutą Szaflarską




      Jak napisać o kimś, kto wszystko widział i kogo nie zdziwi nic, co ja mógłbym napisać? (bo ktoś inny wcześniej na pewno już to zrobił) Jak napisać o kimś, kto dla mnie jest jak archetyp? Odległy, choć siedzi pięć, siedem metrów ode mnie. Jak wreszcie wypowiedzieć się na temat osoby, którą darzy się tak wielkim szacunkiem i sympatią, że wypowiedzieć się tego nie da?

      No na pewno nie obiektywnie.

      Skoro nie mogę pisać o pani Danucie Szaflarskiej, zawsze mogę pisać o sobie.

      Siedzę wpatrzony w drobną kobietę na scenie. Może siedemdziesięcioletnią, może trochę starszą… Choć staram się nigdy nie gloryfikować młodości (z mojej perspektywy byłoby to szczególnie nieuczciwe), to młodość pani Danuty urzeka mnie szczególnie. A zwłaszcza ten śmiech. Ośmioletniej osóbki. Sto lat ma? To tak można? Czuję się oszukany.

      Przeżyła wojnę pierwszą, drugą… Po takich wojnach to wszystko się musi zmienić w człowieku. Tak przypuszczam. Czy pani Danusia mogłaby być osią czasu? Takim pewnikiem, że dopóki jest, gra na scenie, to wszystko będzie w porządku. Zadajemy pytania i jakaś starsza kobieta, za mną siedziała, w pół zdania wstała, przerwała panu w garniturze i mówi: „Danusiu, dziękujemy ci, że jesteś.”

       Kropka.

       To znaczy, ta pani więcej powiedziała, ale to były głównie słowa niosące emocje. Ja bym nie umiał tak przelać na papier. A na ekran komputera…

       Dlaczego ludzie tak kochają panią Danusię? Za role czy za osobowość? Strasznie głupie pytanie, bo wiadomo, że i za to, i za to. Podczytuję sobie teraz książkę, wywiad z Marlonem Brando. I on, który wielkim aktorem był, nie chce rozmawiać o niczym innym tylko o Indianach. Bo stwierdza, że oni są na tyle ciekawym tematem, że nie warto się skupiać na żadnym innym.

        I trochę z tego jest też w pani Danucie. Mówi o sobie, chwała Bogu że mówi, ale to raczej z miłości / litości nad ludźmi, którzy ją o to proszą. Mówi skromnie i rzeczowo i widać, że szablonowe pytania trochę ją irytują, bo ona przecież tylko zagrała w paru filmach, trochę też w teatrze i co w tym takiego niezwykłego?

        Taką anegdotę pani Danusia sprzedała, że po upaństwowieniu przemysłu filmowego ekipy techniczne zrobiły się przykre dla aktorów. Pani Danuta siedziała na planie kolejnej sceny, podczas gdy pan od oświetlenia kalibrował swoje sprzęty. I Szaflarska, młoda aktoreczka, pyta, czy może zejść do garderoby. A pan oświetleniowiec odpowiada (takim niemiłym tonem): ja tu ściany naświetlam, aktorzy mi nie są do niczego potrzebni.

      Teraz to mu musi być głupio.

       Pani Danuta ma sto lat, a ja mam szesnaście. I chyba nieco rozgryzłem tajemnicę jej sposobu bycia; ujmującego. Kiedy ma się szesnaście lat, to lepiej mówić, że siedemnaście, a za chwilę to właściwie osiemnaście. A kiedy ma się sto lat, to ma się sto lat i nikomu nic do tego.