piątek, 19 czerwca 2015

Marta Szlasa-Rokicka - Śluby Panieńskie, czyli magnetyzm serca ogniskowego

Tekst napisany tuż po pokazie grupy "2014" wybranych scen ze Ślubów Panieńskich Aleksandra Fredry - pod opieką Sebastiana Królikowskiego. (info od redakcji)
 
                                   
Zanim zacznę opisywać naszą pracę nad „Ślubami panieńskimi” muszę powiedzieć, że mam do nich szczególny sentyment. Widziałam je parę razy w teatrze, więc byłam z tych, którzy kojarzyli o co chodzi. Osobiście uważam, że ta komedia jest cudowna. Nie znajduję w niej żadnego uniwersalizmu czy alegorii - teraz nikt nikogo do ślubu nie zmusi, ale za to jest bardzo zabawna i przede wszystkim pisana perfekcyjnym trzynastozgłoskowcem. Chociaż moje przywiązanie do tego tekstu nie ma wielkiego związku z pracą na zajęciach, to jednak właśnie z jego znajomości wzięły się moje początkowe obawy. No bo jak my, grupa 2014, mamy od tak sobie połączyć mówienie wierszem (ni-gdyż Kla-ro nie przyj-dzie <średniówka po 7 sylabie> chwi-la wy-pła-ka-na), ruch na scenie, zachowanie odpowiedniej intencji i komediowej otoczki z tym wszystkim czego o teatrze uczyli nas (przez te 4/5 lat)  pozostali instruktorzy? Odpowiedzią na to pytanie jest chyba również powód, dla którego Sebastian dał ten materiał literacki właśnie nam. Bo my się nie boimy. Bo na tym etapie wtajemniczenia wiemy, że to jest możliwe. Jedyne, co mogło nas zjeść to lenistwo, ale pomysły na sceny były po prostu za fajne żeby to rzucić.

Zaczęliśmy robotę. Oczywiście bywało różnie - niektórzy musieli czekać na swoich partnerów w scenie przez 2 tygodnie, inni wałkowali to samo tak często, że tzw. „zmęczenie materiału” nie pozwalało wykrzesać z siebie energii. Ale powoli, nie zuchwale lecz ogniskowo dotrwaliśmy w prawie niezmienionym składzie do pokazu. A przed pokazem… masakra! Nagle tekst się myli, energia siada a oczy każdego z nas mówią: „co się dzieje?” I to był chyba ten moment, który, był od zawsze nie do zniesienia przez naszych wcześniejszych instruktorów, moment kiedy my, najstarsza grupa, mamy zawalić roczną pracę. To był ten kubeł zimnej wody. Trzeba było odłożyć swój staż, ilość zagranych lub zrobionych warsztatów, fakt że „znam przecież ¾ Ogniskowiczów!” i pokazać że my umiemy mówić wierszem. Że długość ogniskowania wpłynęła na każdego z nas!. Ale nie tylko przez to, że jest tu „fajnie” i tu dorastałam wśród przyjaciół, tylko przez przekazaną nam wiedzę, zapał i generalnie sposób patrzenia na to co „chcę” i na to co „muszę” (oraz umiejętność dostrzegania że te rzeczy się łączą).

Nie mogę mówić w imieniu grupy o odczuciach związanych z tym pokazem. Mogę tylko powiedzieć, że to był pokaz wymagający technicznie, ale niosący (przynajmniej mnie) wielką frajdę. Dobrze było zrobić coś takiego na koniec ogniska. Ale… jaki właściwie koniec? Dla Ogniskowicza Ognisko jest na zawsze.

 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wojciech Kochański - Uroczystości



Uroczystości, takie jak wczorajsza, zawsze napawają mnie radością i pobudzają chęci do działania. Na większości ogniskowych uroczystości odwiedza nas Pani Halina Machulska, lecz teraz świętowaliśmy 86 urodziny Pani profesor.
Pamiętam jak na mojej pierwszej wigilii z ogniskiem zobaczyłem Ją po raz pierwszy. Pomyślałem wtedy: Dlaczego tylu młodych ludzi tak cieszy się z obecności jednej starszej pani, którą znają tylko z opowiadań? (już wtedy Pani Halina niestety nie uczyła) Takie pytanie dzisiaj wywołuje we mnie zdziwienie a nawet irytację, ale tłumaczę się ówczesną znikomą wiedzą i wspominam z uśmiechem na ustach.
Podczas zajęć przed przyjazdem naszego gościa, obejrzałem  film Andrzeja Wajdy o polskim artyście, doktorze, pedagogu i wychowawcy wielu sierot – Korczaku. Oglądałem ten film już wcześniej, ale tym razem skupiłem się generalnie na idei, metodzie czy sposobie wychowania, które wcielał w życie doktor.
            Ostatnio moja nauczycielka od polskiego w szkole przytoczyła wspaniałe słowa Janusza Korczaka: „nie należy dzieci popychać, lecz je prowadzić”. Jest to sentencja, która totalnie zmieniła moje kontakty z moją siostrą. Jest między nami 8 lat różnicy i często się kłócimy i drażnimy nawzajem (taka rola rodzeństwa). Ta sentencja ma swoje idealne przełożenie na moje zajęcia u wszystkich instruktorów. Od razu przychodzi mi na myśl Paulina „Ja za was nie zaśpiewam, mogę jedynie akompaniować”, albo Pani Ania „Pomagam wam poznać te postacie, a od was zależy czy w domu poczytacie o nich i dowiecie się więcej”.
            Innym przykładem są obozowe omówienia czy gorzej… Rada Obozu!!! Ta da da dam. Oczywiście mam tu na myśli porównanie do sądów korczakowskich. Na obozie po kolacji (około 19:30 jeśli mnie pamięć nie myli) ustawiamy kółko z krzeseł i skazańcy wybrani w gronie grup, zasiadają by ocenić niespodziankę czy dni porządkowe. Nie jest to wcale straszne wręcz przeciwnie, bo większość ocen jest dobra i zadowalająca. Najważniejsze, że każdy z każdym mówi na równi, każdy może powiedzieć co mu się podobało a co mniej i każdy głos liczy się tak samo. Głos instruktora, pierwszoroczniaka, fuksowicza, członka KMT czy nawet Pani Ani znaczy tyle samo.
Przechodząc do sedna. Cała inicjatywa, pomysł i zasady pochodzą od Pani Haliny i Pana Jana. I dlatego praktykowany tu Halinizm jest tak skuteczny i dlatego tylu młodych ludzi tak miło i ciepło powitało dziś tę niezwykłą starszą panią.
Ognisko to miejsce gdzie dzieci a czasem i ryby GŁOS MAJĄ.
Dziękuję za to Korczakowi, Pani Ani, wszystkim instruktorom i Jubilatce - Pani Halinie.




 

sobota, 11 kwietnia 2015

Agnieszka Karaś - Kochaj sztukę w tobie, a nie ciebie w sztuce


„Ważniejsze jest żeby być, niż żeby mieć!“

„Kochaj sztukę w tobie, a nie ciebie w sztuce!“

Te zdania słyszeliśmy od Pani Profesor Haliny Machulskiej przez trzy lata, po dwa razy w tygodniu. A latem, podczas obozów teatralnych w Giżycku czy w Zegrzu – codziennie przez bite dwa tygodnie. Wtedy, jako dorastająca dziewczyna, bardzo tych zdań nie lubiłam. Dziś wiem, że zaważyły na moim życiu.

Czasem narzekam na to, co robię, myślę, że powinnam zająć się czymś, z czego będą konkretne pieniądze... (i takie tam różne głupoty sobie myślę). Ale wiem, że mam do spłacenia dług. To trochę uciążliwy, ale i piękny dług. Bo kiedy ja byłam dorastającą dziewczyną, mogłam być w Ognisku u Pani Haliny. I tak, jak wtedy pracowano ze mną, staram się dziś pracować z polskojęzycznymi dziećmi w Niemczech.

Nie pamiętam, w jakie dni odbywały się zajęcia Ogniska. Powiedzmy, że były to wtorki i czwartki. Więc ja żyłam od wtorku do czwartku i od czwartku do wtorku. I tak przez trzy lata.

Kilka lat temu spotkaliśmy się na zlocie absolwentów Ogniska.

Z większością osób nie widzieliśmy się przez ponad dwadzieścia lat. Przyszło do odśpiewania „Gawędy o miłości ziemi ojczystej“ autorstwa Wisławy Szymborskiej – hymnu naszego Ogniska. Wzięliśmy się za ręce. Po kilkudziesięciu latach przerwy znów wspólnie odśpiewaliśmy ten hymn. Nie brakowało w nim ani jednej nuty, ani jednego słowa.

Pani Halina i inni Pedagodzy mówili, że nie kształcą w Ognisku ani reżyserów, ani aktorów (a jeżeli, to przy okazji). Mówili, że wychowują ludzi do życia w odpowiedzialności. Tak było w rzeczywistości. Uczyliśmy się wprawdzie kultury mowy, zadań aktorskich i reżyserskich, ale Ognisko było przede wszystkim szkołą świadomego, godnego życia.

Zerknęłam ostatnio do książki Małgosi Zawadki – również Absolwentki Ogniska.

W książce „Byłam sobie wierna“ Pani Halina zwierza się Autorce z tego, że ciągle czuje, że współtworzy świat. Że dzisiejszy świat jest również Jej udziałem.

To piękne stwierdzenie. Chciałabym i ja, chociaż jestem kilkadziesiąt lat młodsza, każdego dnia umieć tak myśleć!

Pani Profesor, pytana czasem w wywiadach prasowych o najbardziej znanych absolwentów Ogniska, krótko ich wymienia, a potem zaczyna mówić o ich stosunku do odpowiedzialności.

Kiedy byliśmy w Ognisku, Pani Halina nas tej odpowiedzialności uczyła. Wierzyliśmy Jej, bo obserwowaliśmy, jak sama postępowała. Była dla nas Osobą wiarygodną, pragnącą naszego dobra, i taką pozostaje do dziś.


Agnieszka Karaś, uczennica Ogniska w latach 1983-1986

(fragment laudacji z uroczystości wręczenia Wielkiej Honorowej Nagrody

im. Witolda Hulewicza dla Pani Profesor Haliny Machulskiej w Domu Literatury

na Krakowskim Przedmieściu w listopadzie 2014 roku
Wystąpiła grupa "księżniczka na opak wywrócona" pod opieką Zuzanny Falkowskiej

niedziela, 29 marca 2015

Natalia Kowalczyk - Duma teatralna

 
Międzynarodowy dzień teatru. Brzmi dumnie. Nie dość ze w pełni kosmopolitycznie (my jako prężnie działający kraj Unii też go obchodzimy, a co!) to jeszcze na dodatek artystycznie. Teatr. Sztuka wielka. Ach, te emocje rzucające aktorami po scenach, te dramaty pełne uniesień, te gesty, słowa, rekwizyty! Proszę państwa! HAMLET, MROŻEK, GUSTAW HOLOUBEK! KLASYKA! Dobrze, opadam na chwilkę z szału uniesień. Wielkiej artystce nie przystoi. Jak mogę obejść to święto? Jako twórca 3 wybitnych warsztatów (o długości: 15,10 i 5 minut), praogniskowicz, a przede wszystkim predystynowany halinista powinnam świętować jakby to były moje urodziny. Głośno, artystycznie i oczywiście intelektualnie, no bo przecież inaczej nie wypada. Po odrzuceniu opcji rozbicia obozu pod Instytutem Teatralnym i stworzeniu ołtarzyka z dialogów postanowiłam pójść w ślady największych. Taki na przykład Wyspiański, napisał Wesele, NO TO CHYBA WIE JAK ŚWIĘTOWAĆ. Po długich przemyśleniach uświadamiam sobie (oczywiście tylko przez wzgląd na czasy w których przyszło mu tworzyć ), że niestety, ale Stasiek razem z Przybyszewskim dałby upust hasłu - "Chopin gdyby żył To by pił". Wybacz mój drogi. Nie z racji abstynencji, tylko czystej ciekawości, będę szukać dalej. Może w takim razie Kantor. Nie dość że wielki artysta plastyk, to jeszcze kosmopolita, on na pewno spędziłby ten dzień dumnie. Przygotowuję, wiec sobie odpowiednią dawkę krakowskiej ironii, biorę 3 manekiny pod pachę i ruszam do Cricoteki. Będąc już jedną nogą w pendolino na trasie Warszawa-Kraków uświadamiam sobie, że to samo mam na miejscu u Warlikowskiego. Ze smutkiem opuszczam nasze dumne uosobienie szybkości i udaje się do ATM-u. Niestety, zieje pustkami. No tak. Party with Andrzej Chyra. Mam dosyć. Dziękuję bardzo. Wracam do domu i patrzę na stosik "ołtarzykowych" dialogów. Zawsze mnie to musi spotykać. Gdybym lubiła matmę, to co innego. Oni przynajmniej pieczą sobie ciasta ma dzień pi. Mogłam być Hawkingiem. Ale nie, mi na mózg rzucił się teatr. Cały czas utrzymując w pamięci wizję czekoladowej pi mufinki wyjmuję zeszyt do matmy. Czytam treść zadania, ale na chwilę zerkam za okno. Niebo ma cudowny kolor. Jak na tym pejzażu Van Gogha z kościołem w Arles. Jest cisza, bezruch. Jak u Becketta, a może u Hitchcocka, zaraz przed sceną pod prysznicem? Oglądam się za siebie, ale nie widzę nożownika. Już rozumiem, o co chodzi z Dniem Teatru. Jest codziennie. W każdym takim momencie: za oknem, pod Instytutem Teatralnym, czy w ATM-ie. Nie muszę robić nic szczególnego, bo świętuję każdego dnia. Jak dobrze, że na to wpadłam. Przecież nie cierpię matematyki


poniedziałek, 16 marca 2015

Łukasz Gwóźdź - Po spotkaniu z Panią Danutą Szaflarską




      Jak napisać o kimś, kto wszystko widział i kogo nie zdziwi nic, co ja mógłbym napisać? (bo ktoś inny wcześniej na pewno już to zrobił) Jak napisać o kimś, kto dla mnie jest jak archetyp? Odległy, choć siedzi pięć, siedem metrów ode mnie. Jak wreszcie wypowiedzieć się na temat osoby, którą darzy się tak wielkim szacunkiem i sympatią, że wypowiedzieć się tego nie da?

      No na pewno nie obiektywnie.

      Skoro nie mogę pisać o pani Danucie Szaflarskiej, zawsze mogę pisać o sobie.

      Siedzę wpatrzony w drobną kobietę na scenie. Może siedemdziesięcioletnią, może trochę starszą… Choć staram się nigdy nie gloryfikować młodości (z mojej perspektywy byłoby to szczególnie nieuczciwe), to młodość pani Danuty urzeka mnie szczególnie. A zwłaszcza ten śmiech. Ośmioletniej osóbki. Sto lat ma? To tak można? Czuję się oszukany.

      Przeżyła wojnę pierwszą, drugą… Po takich wojnach to wszystko się musi zmienić w człowieku. Tak przypuszczam. Czy pani Danusia mogłaby być osią czasu? Takim pewnikiem, że dopóki jest, gra na scenie, to wszystko będzie w porządku. Zadajemy pytania i jakaś starsza kobieta, za mną siedziała, w pół zdania wstała, przerwała panu w garniturze i mówi: „Danusiu, dziękujemy ci, że jesteś.”

       Kropka.

       To znaczy, ta pani więcej powiedziała, ale to były głównie słowa niosące emocje. Ja bym nie umiał tak przelać na papier. A na ekran komputera…

       Dlaczego ludzie tak kochają panią Danusię? Za role czy za osobowość? Strasznie głupie pytanie, bo wiadomo, że i za to, i za to. Podczytuję sobie teraz książkę, wywiad z Marlonem Brando. I on, który wielkim aktorem był, nie chce rozmawiać o niczym innym tylko o Indianach. Bo stwierdza, że oni są na tyle ciekawym tematem, że nie warto się skupiać na żadnym innym.

        I trochę z tego jest też w pani Danucie. Mówi o sobie, chwała Bogu że mówi, ale to raczej z miłości / litości nad ludźmi, którzy ją o to proszą. Mówi skromnie i rzeczowo i widać, że szablonowe pytania trochę ją irytują, bo ona przecież tylko zagrała w paru filmach, trochę też w teatrze i co w tym takiego niezwykłego?

        Taką anegdotę pani Danusia sprzedała, że po upaństwowieniu przemysłu filmowego ekipy techniczne zrobiły się przykre dla aktorów. Pani Danuta siedziała na planie kolejnej sceny, podczas gdy pan od oświetlenia kalibrował swoje sprzęty. I Szaflarska, młoda aktoreczka, pyta, czy może zejść do garderoby. A pan oświetleniowiec odpowiada (takim niemiłym tonem): ja tu ściany naświetlam, aktorzy mi nie są do niczego potrzebni.

      Teraz to mu musi być głupio.

       Pani Danuta ma sto lat, a ja mam szesnaście. I chyba nieco rozgryzłem tajemnicę jej sposobu bycia; ujmującego. Kiedy ma się szesnaście lat, to lepiej mówić, że siedemnaście, a za chwilę to właściwie osiemnaście. A kiedy ma się sto lat, to ma się sto lat i nikomu nic do tego.



sobota, 31 stycznia 2015

Helena Urbańska - Prawa na lewą



               Przed zimowiskiem nabrałam pewnych wątpliwości. Wszystko przez warsztat mojej współlokatorki! Kim jesteś? Czego byś chciał? Moje wątpliwości zostały spotęgowane przez temat obozu – „Cudem jest życie”.  Zmuszona do pewnych refleksji przez warsztat Ani (warto robić mądre warsztaty) wybrałam się w pewną podróż. Nie aż tak daleką, chociaż dość odległą, całkiem tanią, chociaż czasem musiałam zapłacić. Była to podróż w czasie.                     
            Cofnęłam się do końca podstawówki, najpierw do wyjazdu szkolnego w szóstej klasie.  Już wtedy chodziłam do Ogniska, ale spróbowałam zgłębić drugi aspekt swojego życia. Patrzyłam na dziewczynę siedzącą na zardzewiałym balkoniku hotelowym w towarzystwie dwóch innych. Miała blond włosy, które nie miały końca. Boże, jak trudno się je rozczesywało, co to był za koszmar, dobrze że je ścięłam. Podglądałam zza krzaków tę dziewczynę, która się krztusi (oczywiście markuje to, nie może wyjść na amatora) od papierosa, którego pierwszy raz miała w ustach, za namową dużo starszej koleżanki. Po palącej dziewczynie widać, że jest podekscytowana, jednak rozgląda się nerwowo i przekonuje koleżanki, żeby już wracały. Od razu po tej sytuacji pisze do mamy smsa (zajrzałam jej przez ramię): „nie wiem czy dobrze zrobiłam, zapaliłam papierosa, przepraszam”.  Czuła się winna, pluła sobie w brodę, bo miała przeczucie, że zawiodła, jeszcze nie wiedziała kogo, bo mama nie miała jej tego za złe, nie, to na pewno nie chodziło o mamę. Nawet gdy jej o tym powiedziała, nadal nie czuła się najlepiej.  Żałując, że nie mogę nic jej powiedzieć ani pocieszyć, poszłam dalej. Szłam za nią do nowej szkoły. Jaka piękna! Do dziś pamiętam jak podłogi w niej przyjemnie trzaskały. Szkoła z historią, dziewczyna była dumna, czuła się kimś lepszym. To mnie wkurzyło! Jak ona mogła tak myśleć, chciałam ją złapać za ramiona, potrząsnąć i poprosić, żeby się ocknęła, że przecież są rzeczy ważniejsze niż pseudo prestiż. Ale dziewczyna podświadomie to wiedziała, wiedziała że to nie jest do końca to, z czego ona chce być dumna. Czuła, że oszukuje kogoś, ale przecież nie mamę, nie, nie, to nie była mama, mamie wszystko mówiła. Podróże bywają męczące, ta mnie wykończyła, nie, nie mam już siły, wracam, tylko zahaczę o jeszcze jedno wydarzenie.
            Teresin 2013. Dziewczyna robiła swój ostatni warsztat, jaka ona była zestresowana. Ale grali w nim ludzie, którym ufała, jak nikomu innemu, wszystko będzie dobrze, zaufanie. Aktorzy byli na tyle odpowiedzialni, że można było im zaufać, to chyba zadziałało też w drugą stronę. Oddając siebie w moje ręce zaufali reżyserce. Zaufali! Widząc to, ciężej oddycham, więc szybko idę do następnego zdarzenia, które miało miejsce na tym obozie. Niespodzianka o najważniejszych wartościach. Teraz sobie przypomniałam, jak moja grupa kazała wypisać ludziom trzy najważniejsze dla siebie wartości, a potem, po całej serii zainscenizowanych zdarzeń wyrzucić dwie z nich na ziemię. Dziewczyna cieszy się, że ona nie musi wypisywać swoich (z perspektywy czasu nadal cieszę się, że nie musiałam tego robić), wyznaje dużo wartości, ale często wszystkie je dość często naginała, więc wypisanie chociaż jednej byłoby nieuczciwe.
            Skończę tutaj podróż w czasie. Wszystko zapowiadało się na to, że życie tej dziewczyny będzie już tak wyglądać, będzie zadowolona z tego co robi, ale tylko w połowie, będzie dumna z tego co osiągnęła, ale tylko w połowie; przecież za kompletnym szczęściem nie może kryć się żadne oszustwo, żadne nagięcie, żaden pomruk niezadowolenia.
            Postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce, będę robić to, co ja uważam za słuszne. Przypominam sobie momenty, które sprawiły, że byłam szczęśliwa. Znakomita większość ma związek z Ogniskiem. Przypominam sobie swój pierwszy warsztat – więcej osób na scenie niż na widowni, pierwszy obóz, pierwszą fuksówkę – niebo było wtedy niemalże fioletowe i  pełne gwiazd, próby do warsztatów do późnych godzin nocnych, próba generalna o czwartej rano, przepisywanie godzinami scenariusza, rezerwowanie sal, późne podróże w 167, wczesne podróże w 167, wpisywanie się do książek. To był luźny strumień świadomości, mogłabym pisać w nieskończoność.
             Widzę siebie jak stoję na ostatnim apelu na obozie, mam 13 lat, Nela Bloch mnie mocno trzyma za rękę, bo ja nie mogę przestać płakać, widzę Ogniskowiczów, którzy mają te 13 lat, reagują tak samo i czuję się odpowiedzialna za to, żeby rozpalać w nich tę ogniskową iskrę, to jest piękne poczucie. I teraz dopiero trafiam w sedno. Odpowiedzialność. Ognisko nauczyło mnie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Czy to warsztat, czy zwykła pomoc, porada. Staranne wpisywanie się do książek, praca w grupie, wspólne niesienie liny, prawa na lewą, to wszystko się składa.  Jeżeli ja nie będę odpowiedzialna za grupę, grupa nie będzie odpowiedzialna za mnie, nie mogę nikogo zawieść, bo przede wszystkim zawiodłabym siebie, a to chyba najgorsze.
            Dlatego, gdy usłyszałam na początku obozu, że jestem komendantem urosło mi serce. Byłam gotowa, żeby wziąć to na siebie i ta gotowość sprawiła, że poczułam miłe ukłucie, bo z podejmującej  na przemian mądre i głupie decyzje dziewczyny wyrosłam na podejmującą na przemian mądre i głupie decyzje dziewczynę, której można zaufać.
            Mnogość cudów mających miejsce na zimowisku, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszystko da się naprawić, jeżeli działamy wspólnie. To co było, w tym momencie już nie jest ważne.
Ważne tylko to co będzie, a mam przeczucie że będzie się działo.

środa, 28 stycznia 2015

Jan Kwapisiewicz - Dla tego żyję

 


Wyjechałem na kolejny obóz. Zapowiadał się, jak każdy obóz w Ognisku, czyli kreatywnie i rodzinnie, jednak tym razem było zupełnie inaczej.

Byłem trochę spóźniony, myślałem, że zostanę zbesztany przez moją grupę, ale tak się nie stało. Wszedłem do sali i nie pamiętam scenek, czy nazw grup, w głowie mam tylko tłum ludzi, których tak bardzo kocham. Gęba sama zaczęła się śmiać, nadszedł czas magii. Kolejne dni wyglądały bardzo podobnie, wszystko był takie ogniskowe, prace w grupach nie ogarnięte, pokazy instruktorskie robione na ostatnią chwilę, czy zmiany w niespodziance na dwie minuty przed krzykiem ,,Niespo!!!!,,

Jednak czwartego dnia wszystko się zmieniło. Jak co dzień miał być film, poprzednie były bardzo dobre, ale dziś miało być coś wyjątkowego.
Siadłem sobie wygodnie pod ścianą i zaczęło się. ,,Grek Zorba,, , bo taki ma tytuł to dzieło niezwykłe. Szargało moimi emocjami od euforii do nienawiści, a na końcu pozostawiło radosną pustkę. Rzadko mi się zdarza, żeby film coś takiego robił z człowiekiem, byłem zdruzgotany. Od tej pory postanowiłem cieszyć się z życia, cieszyć z zimowiska.

Ostatnie dni, to było coś pięknego, nigdy nie byłem tak zmęczony dawaniem z siebie 100% (bo chyba tylko na tym zimowisku to zrobiłem naprawdę).

Nagle wszystkie warsztaty i niespodzianki zaczęły mnie intrygować, wszystkie miały to coś, ten jeden element który odpowiadał za ich niezwykłość, nawet kłótnie z moim przyjacielem Bronkiem były ciekawsze.

Pomyślałem „Musisz się tym z kimś podzielić”, tak też zrobiłem.

Dzieliłem się moją radością ze wszystkimi, których spotkałem, Boże, jakie to było miłe.

Tak minęły mi ostatnie dni. Na końcu, jak zawsze było sporo łez, wiele ważnych rozmów i czytanie wpisów, ale kiedy wsiadłem do samochodu i zmierzałem do domu, nagle zdałem sobie sprawę, że nie jestem smutny, to było dziwne. Poszukałem w sobie i doszedłem do wniosku, że chyba pierwszy raz w życiu czuję coś, czego nie mogę opisać, to było spełnienie. Byłem spełniony.