poniedziałek, 24 lutego 2014

Natalia Kowalczyk - Syndrom pęcławski


Własny wpis na bloga jest jak dedykacja dla ważnej osoby w książce na koniec obozu - układasz ją w głowie przez cały wyjazd po czym stwierdzasz, że nie umiesz wyrazić TEGO słowami. Opisując TO bardzo trudno nie jest mi popaść w patos. Szczególnie po przełomowym dla mnie zimowisku oraz sześciu latach "lukratywnej kariery ogniskowej". Piszę to w cudzysłowie, bo uważam, że słowo "kariera" zdecydowanie nie pasuje do słowa "Ognisko". Nie dla wszystkich jest to niekończące się pasmo sukcesów, nagród czy świetnie zagranych ról w warsztatach. Z resztą chyba nie do końca o to chodzi. Analizując moją własną ogniskową podróż widzę ją w różnych barwach. Robiłam sobie przerwy, czasami nie przychodziłam, rzadko grywałam w warsztatach. Nie uznaję tego za ujmę. Zawsze wracałam. Na tym polega fenomen. Obozy ogniskowe organizowane są dwa razy do roku - zimą oraz latem. W okresie ferii jest to Pęcław i delikatnie kiczowaty club 35 + z wymalowanymi na ścianach plażami prosto z Majorki oraz kulą dyskotekową w stołówce. Latem zmieniamy standardy i tym samym lądujemy w starym teresińskim pałacyku ze wszystkimi elementami, które ów pałacyk powinien posiadać (skrzypiące schody, oficyna oraz obowiązkowo las i przeciętnej czystości jeziorko). Brzmi jak mieszanka rokoko i późnych lat 80. Jednak w tym przypadku oba miejsca łączy element pasujący nawet do epoki kamienia łupanego. Ognisko. Nigdy nie zrozumiem powodu, dla którego Teresin oraz Pęcław stają sie czasowym sercem wszechświata. Jedno jest pewne - halinistyczne centrum dowodzenia działa bardzo sprawnie niezależnie od stylu architektonicznego. Tutaj powinien nastąpić szereg wyjaśnień dotyczących aktywności związanych z obozem. Jednak trzeba wiedzieć, że są to terminy z natury niedefiniowalne (no bo przecież czymże jest inwencja?), których znaczenie poznamy jedynie poprzez doświadczenie. Nawiązanie do empiryzmu jest tutaj z resztą nieprzypadkowe - pierwszy warsztat jest i na zawsze będzie czarną magią póki go nie zrobisz, potem już tylko nocami dręczą cię pomysły na następny. Tydzień lub też dwa wyjazdu (w zależności od pory roku ) są jak migawka. Objawiają się pod postacią mikstury z krepiny, wszechobecnych aparatów, scenariuszy, głośników, reflektorów, przedłużaczy oraz tzw. czynnika x (nie nawiązuję tutaj do słynnej bajki), który składa sie z rzeczy tak zupełnie oczywistych jak: figurka papieża z kiwającą głową, poziomica laserowa czy kaftan bezpieczeństwa (bardzo przydatny na obozach). Zawsze zażycie dużej dawki owej mikstury kończy sie dla mnie tak samo źle - syndromem poobozowym, który leczy się bardzo długo (szczególnie jeśli spragniona duszyczka sięga po raz któryś już do książki z wpisami). Brzmi okropnie. I do TEGO doprowadza Cię obóz? No na Twoim miejscu to już bym nie jechała... A jednak wracam. Co roku. Bo muszę. Muszę jednego specjalnego letniego wieczora spojrzeć w niebo i zrozumieć, że bez tej miłości nie można żyć. Przepraszam. Popadłam w patos. Ale właśnie leczę syndrom pęcławski.

piątek, 31 stycznia 2014

Adam Biernacki - Wciąż na tropie polskiego Szekspira




W zakamarkach mojego obsesyjnie porządkowanego dysku twardego zalega pewien stwór sceniczny, który nigdy nie ujrzał światła dziennego (tzn. światła sceny), być może przez  tytuł „Nim wzejdzie słońce”. A wiązałem z nim wielkie plany! Konkretnie wycieczkę do Australii, jaką mamiła mnie moja babcia Jasia, znana skądinąd z przekręcania faktów i wbijania łóżka do pokoju za pomocą siekiery. Notabene babcia stała się bohaterką jednej z moich kolejnych sztuk, która już ujrzała światło dzienne, a mianowicie została wystawiona podczas letnich warsztatów teatralnych przez młodzież z Ogniska Teatralnego „U Machulskich”. Były to już moje czwarte warsztaty - i tu właśnie mój chyba nazbyt inkrustowany anegdotami  wywód wraca do początku.

Och! Bogowie! Za cóż kara!
Czym tak ciężko zawiniłem?

Zazdrość serce me rozpala,
jednej miłość poświęciłem!


Ten, jakże... (pauza na znalezienie właściwego określenia)... emocjonalny, fragment jest reprezentatywny dla całej sztuki „Nim wzejdzie słońce”, która powstała jeszcze, z żalem przyznaję, w poprzednim stuleciu, a nawet tysiącleciu. Ale nie dlatego o tym wspominam, żeby użalać się nad upływającym czasem. Raczej chciałbym w skrócie przeskoczyć do tego, co z nieszczęsnego stwora scenicznego wyniknęło w ciągu niemal piętnastu lat, które minęły od tamtej pory.

Zaczynając od rzeczy przykrych: nie wygrałem tamtej edycji konkursu „Szukamy Polskiego Szekspira” i nie pojechałem do Australii. Choć, jak się okazało, babcia Jasia po prostu przekręciła fakty, bo wcale nie była to główna nagroda.

Dalej zdarzyło się już tylko wiele przyjemności:
1) po pierwsze zacząłem pisać sztuki teatralne i scenariusze i zajmuję się ich pisaniem do dzisiaj,
2) po drugie wyjeżdżając na warsztaty Ogniska jako młody dramaturg zostałem w końcu wykładowcą tego przedmiotu w rzeczonym, przyrośniętym już chyba do mnie, Ognisku Teatralnym „U Machulskich”,
3) po trzecie, zainspirowany ludźmi, spotkaniami, teatrem, filmem, i całą tą magmą wspaniałości, które dane mi było dzięki Ognisku poznać, zostałem dyplomowanym reżyserem i teraz sam wystawiam sztuki autorstwa zdolniejszych od siebie,
4) po czwarte znalazłem przyjaciół na całe życie (piętnaście lat przyjaźni to chyba już jakiś wynik).

No dobra, może nie zostałem polskim Szekspirem, chociaż stylistycznie bardzo starałem się mu dorównać w „Nim wzejdzie słońce”. I owszem, jeszcze nie byłem w Australii. Ale wszystko przede mną, co nie?

Tu smyra mnie delikatny dreszczyk ekscytacji, bo do końca lutego trwa nabór sztuk do XV edycji konkursu. Może właśnie w niej w końcu znajdzie się poszukiwany? Ciekawe, czy jemu też się wszystko wywróci na tak fajną stronę jak mnie - tylko dlatego, że w latach 90-tych babcia Jasia zapisała połamanym ołówkiem adres, na który trzeba wysłać sztukę, żeby pojechać do Australii...?

P.S. Zdjęcie z 2000 r., a na nim ja, wzięty dramaturg Mateusz Pakuła (tak, tak, też z konkursu), i... i tu moja pamięć zawodzi. Ale przebrana jest ta pani za tukana. 

piątek, 17 stycznia 2014

Helena Urbańska - Wolę niebieską


Pisanie tego było dla mnie trudne. Pierwsze zdanie w takim wpisie powinno być dosadne, głębokie, ujmować cały sens "artykułu", właśnie dlatego tak ciężko było mi zacząć. Nie umiem jednym zdaniem opisać, czym dla mnie jest Ognisko Teatralne "U Machulskich". Z jednej strony zajęciami dodatkowymi, które w ciekawy sposób zajmują nam czas, który przeznaczylibyśmy prawdopodobnie na siedzenie na fejsbuku, ewentualnie oglądanie telewizji, (rzadziej) czytanie książek. Z drugiej strony świadomością, że zawszę mogę liczyć na ludzi, których tam spotkałam, że musimy (chcemy, czujemy potrzebę!) wszyscy wstać, gdy Pani Halina wchodzi do auli na wszystkich uroczystościach, przywilejem, dzięki któremu widzimy świat inaczej.
Przy żadnym szkolnym egzaminie nie stresowałam się tak bardzo jak przy przesłuchaniach do Ogniska. Byłam pewna, że będą sprawdzać nasze zdolności, tymczasem dostałam wieszak i miałam wymienić trzy sposoby na wydostanie się z brzucha wieloryba. Zachwycił mnie absurd tego zadania, pomyślałam, że tak właśnie będą wyglądać tu zajęcia, będziemy siedzieć i zastanawiać się nad alternatywą metodą ucieczki z brzucha ogromnego stwora morskiego. Zaczęłam stresować się jeszcze bardziej, że się nie dostanę, że nie będę mogła wejść do tej fantastycznej społeczności, która oprócz uwrażliwiania innych na sztukę, pokazuje jak inaczej wykorzystać wieszak.
Ludzie z ogniska różnią się od całej reszty świata w zasadzie wszystkim. Zdawałam będąc w szóstej klasie, moja znajomość z kolegami ze szkoły, była sześć lata dłuższa niż z ludźmi nowopoznanymi "U Machulskich". Pomimo tego, z tygodnia na tydzień, Ci drudzy stawali mi się bliżsi. Bo bardzo krótkim czasie zaczęliśmy czuć się ze sobą tak swobodnie, jak rodzina i tak zostało do dziś. Nawet jeżeli bardzo się różnimy poglądami i charakterami łączy nas wspólna wrażliwość przez co zawsze znajdziemy temat do rozmowy. Nie chcę słodzić i idealizować wszystkich ogniskowiczów, tak jak w każdym miejscu tu też zdarzają się ludzie dobrzy i źli, dobre i złe sytuacje. Ale jacykolwiek by nie byli, reprezentują sobą coś ciekawego. Zawsze. Nie wstydzę się być sobą. Nie wstydzę się przyznać, że płakałam na "Mamma mii"! Wszystko zostanie zrozumiane i nie mówię już nawet o dramacie jaki przeżywałam, gdy Meryl Streep śpiewała biegnąc po greckich pagórkach, mówię o ważnych
decyzjach, które zawsze podejmuję w porozumieniu z przyjaciółmi, których poznałam na Bartyckiej 18. Jestem w Ognisku czwarty rok i przez ten czas zmieniło się wiele - głównie za sprawą właśnie tej instytucji. Nauczyłam się słuchać innych, nauczyłam się dostrzegać piękno w rzeczach, które wcześniej obojętnie mijałam, nauczyłam się, że przynależenie do jakiejś mniejszości, różnienie się od innych nie jest przekleństwem, ale w pewnym sensie darem. Jest za dużo rzeczy, które kocham w Ognisku, nie sposób je wszystkie wymienić! Kiedy jest mi smutno i nie wiem co ze sobą zrobić, zawsze mogę liczyć na czyjąś pomoc. Kiedy jestem bardzo głodna, a brak mi pieniędzy, zawsze na korytarzu znajdzie się ktoś, komu babcia zapakowała pierogi na drogę i chętnie się podzieli. Często sobie pomagamy, to fajne. Nie umiem znaleźć słów, żeby opisać ile dla mnie znaczyło wszystko to, co zdarzyło się przez te trzy lata.
W Ognisku nie przepadam chyba tylko za salą żółtą.

środa, 4 grudnia 2013

Katarzyna Szołajska - Kobieta z głową w ręku


Widziłam dziś na przystanku kobietę z głową w ręku. Głowa była co prawda plastykowa, a powiewające na niej ogniście rude włosy – sztuczne, jednak klamka zapadła, rumak wyobraźni pobudzony niecodziennym obrazem zaczął galopować jak oszalały. Myśli splątały się jak obrazy pierwszego snu, nie chciały ustać w swoich igraszkach. W niedalekiej przeszłości intensywnie szukały przyczyny tej niedorzecznej sytuacji, odpowiedzi na pytania: Skąd się wzięła ta kobieta? Co stało się z resztą manekina? Dlaczego nie schowała głowy do torebki? Samowolna i niepokorna fantazja kreśliła już liczne scenariusze, których finalną, iście hamletowską sceną była kobieta z głową w ręku na przystanku. I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że Ogniskowiczem zostaje się na całe życie. Trybiki raz obudzonej wyobraźni żyją własnym życiem. Hallinizm otwiera Ci oczy, hallinistyczne wychowanie odebrane w Ognisku sprawia, że inaczej postrzegasz rzeczywistość. Jesteś nie tylko bardziej otwarty i kontaktowy, zwracasz uwagę na dykcję ludzi, których los stawia na Twojej drodze, ale przywiązujesz również wagę do detali, niezauważalnych dla innych. Cenisz niebanalne spoty reklamowe, teledyski opowiadające jakąś historię, lubisz gry słowne, symboliczne obrazy, minimalizm i pewnie cieszą Cię ręcznie przygotowane prezenty. Może brzmi to górnolotnie, ale lubisz sztukę. Co prawda jesteś krytyczny i wymagający, ale samo obcowanie z kulturą wysoką sprawia Ci przyjemność, radość, gdyż Ognisko nauczyło Cię doceniać czyjąś pracę i we wszytskim, co oglądasz, odnajdywać pozytywne strony, czasem chociaż drobnostki. Sam też jesteś pracowity i zaradny. Bo czego innego spodziewać się po kimś, kto dorastając, zamiast spędzać wakacje na słonecznych plażach lub raczyć się telewizyjnymi głupstwami, na obozach godzinami prowadził burzliwe dyskusje, czy należy wejść z prawej czy z lewej strony sceny i jakie to będzie miało znaczenie? Zamiast uciąć sobie poobiednią drzemkę, biegał po pokojach, by skompletować strój admirała i przedłużacz, najlepiej z rozgałęziaczem, a w nocy żarliwie zakuwał tekst do warsztatu przyjaciela i intensywnie zastanawiał się, z czego zrobić brakującą zastawkę do swojego warsztatu. Założę się, że uniwersalna para czarnych spodni i niezawodny czarny t-shirt w Twojej szafie nadal zajmują honorowe miejsce. Mi na przykad obozowe przyzwyczajenia wciąż każą kupować wielobarwne sukienki. (Nie, dziś nie będę jeńcem grupy dyżurującej, mam na sobie każdy kolor! J ) Nie wiem, jaka byłabym, gdyby nie przytrafiłoby mi się Ognisko. Ale dzięki niemu na pewno wiem, co lubię.
Kiedy w 2009 r. pierwszy raz zobaczyłam clip „Chasing Pavements” do piosenki Adele, pomyślałam, że jest niesamowicie niespodziankowy. Krótka forma, pełna treści i ekpresji. Leżąca na chodniku para, która właśnie uległa wypadkowi samochodowemu, wykonuje taniec opowiadający historię ich związku. A przy tym efekt jaskrawie paradoksalny: taniec wykonywany jest na leżąco. Ten film urzekł mnie swoją oryginalnością. Zadziałał na mnie jak błyskawica, obudził nieokreślone i wielkie pragnienie, zaprasił do działania. Jeju, jak bardzo wtedy chciałam teleportować się na obóz ! A potem dzięki stronie otumachulskich.blogspot.com obejrzałam niespodzinkę pt. „Profil” i zrozumiałam, że mimo upływu lat i różnicy wieku wszyscy Ogniskowicze są tacy sami. Skoro po korytarzach Ogniska stąpało tysiące uczestników, niemożliwe, by każdy z nich miał własny, niepowtarzalny repertuar cech. Tym, co nas łączy, jest na pewno niespodziankowe postrzeganie świata. Ono ostaje się wobec wszelkich przynęt dorosłego umysłu i pewnie żyje dłużej niż on sam. Sprawdzę to! J O jego namacalnym wpływie na gust i poczucie humoru można przekonać się, oglądając niezwykły spektakl „TV LAB” w reżyserii wybitnego Ogniskowicza Wojtka Farugi. W projekcie występuje nietuzinkowa Grupa Dochodzeniowa, w składzie: Matylda Damięcka, Katarzyna Kołeczek, Agata Sasinowska, Jarek Sacharski i Bartek Magdziarz (Ogniskowicz na bogato J ). Już sama koncepcja widowiska, tzn. studio telewizyjne, automatycznie generujące swoją ramówkę, zagraniczne szlagiery z polskim tekstem, jak np. "Leżę na plaży w San Pedro” oraz jedynie czworo wykonawców wcielających się w liczne role, gwarantują udaną rozrywkę. Oniryczne fantazje mieszają się z „Dziennikiem telewizyjnym", prezentowanym z niemiecką mapą w tle, i telefonem marki tulipan przez bosego spikera w jaruzelskich okularach - oto szczypta soli dodana do monotonii otaczającej Cię rzeczywistosci, szturchaniec dla wyobraźni – istna niespodzianka!

środa, 13 listopada 2013

Angelika Olszewska. Radość, duma i wzruszenie


„Co myślałaś w tym momencie?”- zapytała mnie oglądając powyższe zdjęcie Ania Kozłowska - dyrektorka Ogniska Teatralnego „U Machulskich”. „Co?”- zdębiałam, wydawało mi się, że nie zrozumiałam pytania. „Co myślałam?... W tym momencie? Podczas robienia zdjęcia… aaa!” Pośpiesznie znalazłam parę słów, choć wielu z emocji nazwać nie potrafiłam. Te słowa to: ”radość”, ”duma” i „wzruszenie”.
Byłam przeszczęśliwa, że tego dnia, kiedy wypełnia się najważniejsze wydarzenie w moim życiu - jakim niewątpliwie jest zawarcie sakramentalnego związku małżeńskiego - mogę moją radość dzielić z tymi, którzy od momentu naszego pierwszego spotkania w Ognisku Teatralnym (podczas prób do jednego z warsztatów!) - byli dla mnie niemal jak rodzina. Byłam dumna, kiedy spoglądałam na młodych Ogniskowiczów, którzy pełni przejęcia przyszli na „ślub instruktorów”- a sama wiem, że część z nich musiała zrezygnować z planów wakacyjnych, aby 27 lipca znaleźć się na 1,5godziny w Kościele na Placu Narutowicza. I byłam niezmiernie wzruszona, że wszyscy- co do jednego- rozumiemy wagę i podniosłość tej chwili - niezależnie czy ktoś jest w Kościele „stałym bywalcem” jak ja i Mój Mąż czy też bywa tylko „od święta” - ale w tym momencie byłam pewna, że wszyscy w tym wydarzeniu „współuczestniczymy”- i że nikt nie traktuje tego ani jako „spektakl”(choć gromkie brawa powtórzone co najmniej 3,4 razy podczas liturgii mogłyby na to wskazywać;) ani nie jest jedynie „biernym widzem”. Tego uczy Ognisko. Poczynając od krótkich, nieraz 10-minutowych pokazów, nazywanych na obozach „niespodziankami”, po których następują długie, nieraz godzinne dyskusje; poprzez wspólne oglądanie spektakli teatralnych, na których staramy się być jak najbardziej świadomymi i bacznymi widzami; skończywszy właśnie na takich wydarzeniach jak to. Bo dopiero umiejętność wspólnego przeżywania i potraktowania z szacunkiem „takiej chwili”- sprawia, że cała „edukacja teatralna” nie idzie na marne. Ktoś powiedziałby, że Ognisko wychowuje „ludzi kultury”, ale ja bym to nazwała tym jednym słowem, w którym przecież wyraża się tak wiele. Bo umiejętność bycia CZŁOWIEKIEM we współczesnych czasach to już wystarczająco dużo. I wiem, że tutaj od najmłodszych lat właśnie to jest w nas kształtowane. Że w tych młodych ludziach, tak jak i we mnie, wykształciła się wrażliwość i bystre spojrzenie na świat, które sprawiają, że nigdy już nie będę traktować żadnego aspektu życia beznamiętnie - że jeżeli już w coś się angażuję, to całą sobą i bez reszty. I jestem przekonana, że Ci młodzi ludzie, stojąc przez prawie 1,5 godziny na mszy podczas naszego ślubu, później 40 minut w kolejce, czekając do samego końca, aż będą mogli razem z nami odśpiewać hymn Ogniska! - wiedzieli PO CO stoją, wiedzieli jak to wydarzenie jest ważne dla nas i że żadna chwila tego „oczekiwania” i „uczestniczenia” nie była zmarnowana. I wierzę, że tylko tak prawdziwy Ogniskowicz potrafi żyć. Że tak żyć będę ja i Mój Mąż, a także… Mała Istota, która już niebawem przyjdzie na świat (a i Ona przecież trafi kiedyś do Ogniska!

poniedziałek, 4 listopada 2013

Maciek Kałach. "Ile posiadacie sztuk teatralnych we Francji?"


„U Machulskich" wychowało się też wielu świetnych dziennikarzy, menedżerów, prawników - głosi wstępniak do ogniskowego bloga. Do świetności brakuje mi tyle co do świętości nocnemu życiu na obozach teatralnych, ale prawie codziennie opisuję jakąś historię i jeszcze mi za to płacą - pracuję jako reporter w "Dzienniku Łódzkim", największej gazecie centralnej Polski, gdzie zajmuję się głównie sprawami szkół i uczelni.
To zresztą, w moim dziś, "Dzienniku" 14 lat temu przeczytałem wzmiankę o konkursie "Szukamy Polskiego Szekspira". Rymami, najczęściej częstochowskimi, na pożyczonej maszynie do pisania popełniłem komedię pt. "Wycieczka" (o miłostkach licealistów na zielonej szkole), po której słuch zaginął i słusznie. Jednak Ognisko popisało się poczuciem humoru, większym niż w całej "Wycieczce", i zaprosiło nastoletniego grafomana jako "młodego dramaturga" na obóz teatralny w Osuchowie.
Pierwsze zajęcia Maciej Wojtyszko rozpoczął cytatem z "Kandyda" Woltera. Tym ze słynnym pytaniem "Racz mi pan powiedzieć, ile posiadacie sztuk teatralnych we Francji?" Padają odpowiedzi, że 5-6 tysięcy, z czego 15 dobrych, co Marcin, kumpel Kandyda, uznaje za "dużo".
Po takim wstępie Profesora wiedziałem już, że do popełnienia dobrej sztuki nie wystarczy maszyna do pisania, a nawet edytor tekstu w komputerze. Zaś z czasem uświadomiłem sobie, że lepiej odnajduję się w krótszych formach niż dramat, ale wiedza uzyskana na zajęciach od Profesora sprawdza się, i przy tworzeniu dużych reportaży (w historii kluczowy jest bohater), i przy konstruowaniu najprostszych wypowiedzi. Czym jest w artykule lead, jeśli nie odpowiednikiem haka w scenariuszu? A zabawić się ze słowem można nawet w króciutkiej wzmiance na 500 znaków: np. zamiast po prostu pisać, że "Zarząd Dróg planuje zasadzić żywopłot, aby piesi nie przebiegali przez torowisko tramwajów", tekst można rozpocząć groźbą: "Zarząd Dróg użyje przeciw pieszym broni biologicznej" - a w drugim zdaniu doprecyzować, o co chodzi.
Oczywiście, na podobne zabawy nie zawsze jest czas i miejsce (zwłaszcza, gdy teksty z "papieru" trafiają również do internetu), ale dzięki wykładom z Osuchowa na pewno mam większy "fun" ze swojego zawodu. No i pamiętam, że prasowy debiut zaliczyłem właśnie w Osuchowie, bo liderka grupy wyznaczyła mnie do współredagowania "Gazety Obozowej", której wycinek trzymam do dziś.


sobota, 2 listopada 2013

Bartek Magdziarz. Meteor i Amulet.


Napisać kilka słów o Panu Janku? To się da zrobić! Jednak nie bez istotnego zastrzeżenia. Otóż nie będę pisał o wielbionym aktorze, dziekanie „Filmówki”, dyrektorze Teatru Ochoty, apologecie Osterwy itd., ale o „Panu Janku”. Tak Go nazywaliśmy. I chyba sam tak o sobie myślał. O wszystkich funkcjach, rolach, misjach naszego „Ojca Założyciela” napisano tysiące stron –może pora wyznać kim był dla NAS? Ta liczba mnoga nieco mnie onieśmiela… Do Ogniska trafiłem „dopiero” w połowie lat 90. … Ale może uda mi się nie rozminąć z prawdą w stopniu karalnym.
Pan Janek był… meteorem. W Ognisku i podczas letnich obozów pojawiał się i znikał. Zajęcia prowadził dość rzadko, za to podczas chwil podniosłych i oficjalnych mógł pochwalić się frekwencją prymusa. Chyba wiedział, że jest dla nas ważny. I był. Czekaliśmy na Jego „wejścia”, na cięte riposty i na trafne, lapidarne podsumowania (wybrzmiewały zwykle po serii młodopolskich monologów). Obecność Pana Jana nadawała naszym poczynaniom inną rangę – był naszym ambasadorem w „pierwszej lidze”, dzięki Niemu nie czuliśmy się tylko jak rozgorączkowana sekta twórczych nastolatków. Czynił nasze aspiracje i marzenia… Wiarygodnymi? Prawomocnymi??? Chyba tak! „Możecie mieć nas za popaprańców, ale Chłopak z Hollyłodzi jest z nami!”. Tak to widzieliśmy.
Pan Janek udzielił nam kilku istotnych lekcji: o tym, że w życiu warto być RAZEM, że UŚMIECH rozwiązuje większość problemów, że warto zachowywać kpiarski DYSTANS-zwłaszcza do siebie samego. Często wspomina się, jak „Machul” witał swoich widzów w drzwiach Teatru Ochoty. Pewnego razu na mój widok zakrzyknął „Przyszedł, przyyyszeeedł!!!” (było to przed kolejnym spektaklem „Bankructwa małego Dżeka”). A przecież tamtego wieczoru nie mógł mnie znać bo byłem tuż po egzaminach do Ogniska, jeszcze przed wynikami… To była chwila jakich mało, zapamiętana na zawsze. Wniosek? Takich momentów, dzięki Panu Jankowi ludzie musieli przeżywać wiele. Potem wielokrotnie patrzyłem na podobne epizody: na grupowe pozowanie do zdjęć na obozach, na podpisywanie książek, na korytarzowe żarty, w których różnica wieku nigdy nie była przeszkodą.
We wspomnieniach o Panu Janie brakuje mi zawsze „drugiej strony” - refleksyjnego „Machula”, który opowiada o śmierci matki, gorzko żartuje z braku funduszy na trzecią część „Vabanku„ przeżywa zdradę przyjaciela, rozlicza się ze sobą, lub czyta nam, nigdy nie zrealizowany, autorski scenariusz. Lekkoduch? Król życia? Owszem, ale nie tylko – mieliśmy szczęście poznać również inny wymiar tej POSTACI. Gdzieś daleko od Ogniska, toczyło się inne życie Pana Jana, które niekoniecznie było „dla nas”. Nigdy nas nim nie obarczał, ale ono gdzieś płynęło.
Trudno i dziwnie jest pisać o Janie Machulskim… Rozmowa, anegdota, zwierzenie… To one bardziej do Niego pasują. Nie chcę sprowadzać niniejszego wpisu do megalomańskiego bryku, typu „Moje życie z Kwinto”. Każdy, kto miał okazję zetknąć się z Panem Janem, przechowuje jakieś wspomnienie. Jestem przekonany, że warto się nimi wymieniać. Ogniskowymi korytarzami biegają teraz ludzie, którzy nie mieli tyle szczęścia co my (Pani Ania, Olga, Zuzia, Paulina, Angelika, Nella, Adam, Jakub, Kamil, Mateusz, Sebastian…). Jeśli tylko chcecie dowiedzieć się czegoś o TYM JEGOMOŚCU z „HUNCWOCIM” uśmiechem, który zerka na Was ze ścian kurnika, pytajcie. PYTAJCIE!!! BM

PS: Określenie „huncwoci” odkryłem dla naszej mowy osobiście.