Międzynarodowy dzień teatru. Brzmi
dumnie. Nie dość ze w pełni kosmopolitycznie (my jako prężnie działający kraj
Unii też go obchodzimy, a co!) to jeszcze na dodatek artystycznie. Teatr.
Sztuka wielka. Ach, te emocje rzucające aktorami po scenach, te dramaty pełne
uniesień, te gesty, słowa, rekwizyty! Proszę państwa! HAMLET, MROŻEK, GUSTAW
HOLOUBEK! KLASYKA! Dobrze, opadam na chwilkę z szału uniesień. Wielkiej
artystce nie przystoi. Jak mogę obejść to święto? Jako twórca 3 wybitnych
warsztatów (o długości: 15,10 i 5 minut), praogniskowicz, a przede wszystkim
predystynowany halinista powinnam świętować jakby to były moje urodziny.
Głośno, artystycznie i oczywiście intelektualnie, no bo przecież inaczej nie
wypada. Po odrzuceniu opcji rozbicia obozu pod Instytutem Teatralnym i
stworzeniu ołtarzyka z dialogów postanowiłam pójść w ślady największych. Taki
na przykład Wyspiański, napisał Wesele, NO TO CHYBA WIE JAK ŚWIĘTOWAĆ. Po
długich przemyśleniach uświadamiam sobie (oczywiście tylko przez wzgląd na
czasy w których przyszło mu tworzyć ), że niestety, ale Stasiek razem z Przybyszewskim
dałby upust hasłu - "Chopin gdyby żył To by pił". Wybacz mój drogi.
Nie z racji abstynencji, tylko czystej ciekawości, będę szukać dalej. Może w
takim razie Kantor. Nie dość że wielki artysta plastyk, to jeszcze kosmopolita,
on na pewno spędziłby ten dzień dumnie. Przygotowuję, wiec sobie odpowiednią
dawkę krakowskiej ironii, biorę 3 manekiny pod pachę i ruszam do Cricoteki.
Będąc już jedną nogą w pendolino na trasie Warszawa-Kraków uświadamiam sobie,
że to samo mam na miejscu u Warlikowskiego. Ze smutkiem opuszczam nasze dumne uosobienie
szybkości i udaje się do ATM-u. Niestety, zieje pustkami. No tak. Party with
Andrzej Chyra. Mam dosyć. Dziękuję bardzo. Wracam do domu i patrzę na stosik
"ołtarzykowych" dialogów. Zawsze mnie to musi spotykać. Gdybym lubiła
matmę, to co innego. Oni przynajmniej pieczą sobie ciasta ma dzień pi. Mogłam być
Hawkingiem. Ale nie, mi na mózg rzucił się teatr. Cały czas utrzymując w
pamięci wizję czekoladowej pi mufinki wyjmuję zeszyt do matmy. Czytam treść
zadania, ale na chwilę zerkam za okno. Niebo ma cudowny kolor. Jak na tym
pejzażu Van Gogha z kościołem w Arles. Jest cisza, bezruch. Jak u Becketta, a może
u Hitchcocka, zaraz przed sceną pod prysznicem? Oglądam się za siebie, ale nie
widzę nożownika. Już rozumiem, o co chodzi z Dniem Teatru. Jest codziennie. W
każdym takim momencie: za oknem, pod Instytutem Teatralnym, czy w ATM-ie. Nie
muszę robić nic szczególnego, bo świętuję każdego dnia. Jak dobrze, że na to
wpadłam. Przecież nie cierpię matematyki
niedziela, 29 marca 2015
poniedziałek, 16 marca 2015
Łukasz Gwóźdź - Po spotkaniu z Panią Danutą Szaflarską
Jak napisać o kimś,
kto wszystko widział i kogo nie zdziwi nic, co ja mógłbym napisać? (bo ktoś inny
wcześniej na pewno już to zrobił) Jak napisać o kimś, kto dla mnie jest jak
archetyp? Odległy, choć siedzi pięć, siedem metrów ode mnie. Jak wreszcie wypowiedzieć
się na temat osoby, którą darzy się tak wielkim szacunkiem i sympatią,
że wypowiedzieć się tego nie da?
No na pewno nie
obiektywnie.
Skoro nie mogę pisać
o pani Danucie Szaflarskiej, zawsze mogę pisać o sobie.
Siedzę wpatrzony w drobną kobietę na
scenie. Może siedemdziesięcioletnią, może trochę starszą… Choć staram się nigdy
nie gloryfikować młodości (z mojej perspektywy byłoby to szczególnie
nieuczciwe), to młodość pani Danuty urzeka mnie szczególnie. A zwłaszcza ten śmiech.
Ośmioletniej osóbki. Sto lat ma? To tak można? Czuję się oszukany.
Przeżyła wojnę pierwszą,
drugą… Po takich wojnach to wszystko się musi zmienić w człowieku. Tak
przypuszczam. Czy pani Danusia mogłaby być osią czasu? Takim pewnikiem, że
dopóki jest, gra na scenie, to wszystko będzie w porządku. Zadajemy pytania i
jakaś starsza kobieta, za mną siedziała, w pół zdania wstała, przerwała panu w
garniturze i mówi: „Danusiu, dziękujemy ci, że jesteś.”
Dlaczego ludzie
tak kochają panią Danusię? Za role czy za osobowość? Strasznie głupie pytanie,
bo wiadomo, że i za to, i za to. Podczytuję sobie teraz książkę, wywiad z
Marlonem Brando. I on, który wielkim aktorem był, nie chce rozmawiać o niczym
innym tylko o Indianach. Bo stwierdza, że oni są na tyle ciekawym tematem, że
nie warto się skupiać na żadnym innym.
I trochę z tego jest też w pani
Danucie. Mówi o sobie, chwała Bogu że mówi, ale to raczej z miłości / litości
nad ludźmi, którzy ją o to proszą. Mówi skromnie i rzeczowo i widać, że
szablonowe pytania trochę ją irytują, bo ona przecież tylko zagrała w paru
filmach, trochę też w teatrze i co w tym takiego niezwykłego?
Teraz to mu musi
być głupio.
Pani Danuta ma sto lat, a ja mam szesnaście. I chyba nieco rozgryzłem tajemnicę jej sposobu bycia; ujmującego. Kiedy ma się szesnaście lat, to lepiej mówić, że siedemnaście, a za chwilę to właściwie osiemnaście. A kiedy ma się sto lat, to ma się sto lat i nikomu nic do tego.
sobota, 31 stycznia 2015
Helena Urbańska - Prawa na lewą
Przed zimowiskiem nabrałam pewnych wątpliwości. Wszystko przez warsztat mojej współlokatorki! Kim jesteś? Czego byś chciał? Moje wątpliwości zostały spotęgowane przez temat obozu – „Cudem jest życie”. Zmuszona do pewnych refleksji przez warsztat Ani (warto robić mądre warsztaty) wybrałam się w pewną podróż. Nie aż tak daleką, chociaż dość odległą, całkiem tanią, chociaż czasem musiałam zapłacić. Była to podróż w czasie.
Cofnęłam się do końca podstawówki, najpierw do wyjazdu szkolnego w szóstej klasie. Już wtedy chodziłam do Ogniska, ale spróbowałam zgłębić drugi aspekt swojego życia. Patrzyłam na dziewczynę siedzącą na zardzewiałym balkoniku hotelowym w towarzystwie dwóch innych. Miała blond włosy, które nie miały końca. Boże, jak trudno się je rozczesywało, co to był za koszmar, dobrze że je ścięłam. Podglądałam zza krzaków tę dziewczynę, która się krztusi (oczywiście markuje to, nie może wyjść na amatora) od papierosa, którego pierwszy raz miała w ustach, za namową dużo starszej koleżanki. Po palącej dziewczynie widać, że jest podekscytowana, jednak rozgląda się nerwowo i przekonuje koleżanki, żeby już wracały. Od razu po tej sytuacji pisze do mamy smsa (zajrzałam jej przez ramię): „nie wiem czy dobrze zrobiłam, zapaliłam papierosa, przepraszam”. Czuła się winna, pluła sobie w brodę, bo miała przeczucie, że zawiodła, jeszcze nie wiedziała kogo, bo mama nie miała jej tego za złe, nie, to na pewno nie chodziło o mamę. Nawet gdy jej o tym powiedziała, nadal nie czuła się najlepiej. Żałując, że nie mogę nic jej powiedzieć ani pocieszyć, poszłam dalej. Szłam za nią do nowej szkoły. Jaka piękna! Do dziś pamiętam jak podłogi w niej przyjemnie trzaskały. Szkoła z historią, dziewczyna była dumna, czuła się kimś lepszym. To mnie wkurzyło! Jak ona mogła tak myśleć, chciałam ją złapać za ramiona, potrząsnąć i poprosić, żeby się ocknęła, że przecież są rzeczy ważniejsze niż pseudo prestiż. Ale dziewczyna podświadomie to wiedziała, wiedziała że to nie jest do końca to, z czego ona chce być dumna. Czuła, że oszukuje kogoś, ale przecież nie mamę, nie, nie, to nie była mama, mamie wszystko mówiła. Podróże bywają męczące, ta mnie wykończyła, nie, nie mam już siły, wracam, tylko zahaczę o jeszcze jedno wydarzenie.
Teresin 2013. Dziewczyna robiła swój ostatni warsztat, jaka ona była zestresowana. Ale grali w nim ludzie, którym ufała, jak nikomu innemu, wszystko będzie dobrze, zaufanie. Aktorzy byli na tyle odpowiedzialni, że można było im zaufać, to chyba zadziałało też w drugą stronę. Oddając siebie w moje ręce zaufali reżyserce. Zaufali! Widząc to, ciężej oddycham, więc szybko idę do następnego zdarzenia, które miało miejsce na tym obozie. Niespodzianka o najważniejszych wartościach. Teraz sobie przypomniałam, jak moja grupa kazała wypisać ludziom trzy najważniejsze dla siebie wartości, a potem, po całej serii zainscenizowanych zdarzeń wyrzucić dwie z nich na ziemię. Dziewczyna cieszy się, że ona nie musi wypisywać swoich (z perspektywy czasu nadal cieszę się, że nie musiałam tego robić), wyznaje dużo wartości, ale często wszystkie je dość często naginała, więc wypisanie chociaż jednej byłoby nieuczciwe.
Skończę tutaj podróż w czasie. Wszystko zapowiadało się na to, że życie tej dziewczyny będzie już tak wyglądać, będzie zadowolona z tego co robi, ale tylko w połowie, będzie dumna z tego co osiągnęła, ale tylko w połowie; przecież za kompletnym szczęściem nie może kryć się żadne oszustwo, żadne nagięcie, żaden pomruk niezadowolenia.
Postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce, będę robić to, co ja uważam za słuszne. Przypominam sobie momenty, które sprawiły, że byłam szczęśliwa. Znakomita większość ma związek z Ogniskiem. Przypominam sobie swój pierwszy warsztat – więcej osób na scenie niż na widowni, pierwszy obóz, pierwszą fuksówkę – niebo było wtedy niemalże fioletowe i pełne gwiazd, próby do warsztatów do późnych godzin nocnych, próba generalna o czwartej rano, przepisywanie godzinami scenariusza, rezerwowanie sal, późne podróże w 167, wczesne podróże w 167, wpisywanie się do książek. To był luźny strumień świadomości, mogłabym pisać w nieskończoność.
Widzę siebie jak stoję na ostatnim apelu na obozie, mam 13 lat, Nela Bloch mnie mocno trzyma za rękę, bo ja nie mogę przestać płakać, widzę Ogniskowiczów, którzy mają te 13 lat, reagują tak samo i czuję się odpowiedzialna za to, żeby rozpalać w nich tę ogniskową iskrę, to jest piękne poczucie. I teraz dopiero trafiam w sedno. Odpowiedzialność. Ognisko nauczyło mnie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Czy to warsztat, czy zwykła pomoc, porada. Staranne wpisywanie się do książek, praca w grupie, wspólne niesienie liny, prawa na lewą, to wszystko się składa. Jeżeli ja nie będę odpowiedzialna za grupę, grupa nie będzie odpowiedzialna za mnie, nie mogę nikogo zawieść, bo przede wszystkim zawiodłabym siebie, a to chyba najgorsze.
Dlatego, gdy usłyszałam na początku obozu, że jestem komendantem urosło mi serce. Byłam gotowa, żeby wziąć to na siebie i ta gotowość sprawiła, że poczułam miłe ukłucie, bo z podejmującej na przemian mądre i głupie decyzje dziewczyny wyrosłam na podejmującą na przemian mądre i głupie decyzje dziewczynę, której można zaufać.
Mnogość cudów mających miejsce na zimowisku, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszystko da się naprawić, jeżeli działamy wspólnie. To co było, w tym momencie już nie jest ważne.
Ważne tylko to co będzie, a mam przeczucie że będzie się działo.
środa, 28 stycznia 2015
Jan Kwapisiewicz - Dla tego żyję
Wyjechałem na kolejny obóz. Zapowiadał się, jak każdy
obóz w Ognisku, czyli kreatywnie i rodzinnie, jednak tym razem było zupełnie
inaczej.
Byłem trochę spóźniony, myślałem, że zostanę zbesztany
przez moją grupę, ale tak się nie stało. Wszedłem do sali i nie pamiętam scenek,
czy nazw grup, w głowie mam tylko tłum ludzi, których tak bardzo kocham. Gęba
sama zaczęła się śmiać, nadszedł czas magii. Kolejne dni wyglądały bardzo
podobnie, wszystko był takie ogniskowe, prace w grupach nie ogarnięte, pokazy
instruktorskie robione na ostatnią chwilę, czy zmiany w niespodziance na dwie
minuty przed krzykiem ,,Niespo!!!!,,
Jednak czwartego dnia wszystko się zmieniło. Jak co
dzień miał być film, poprzednie były bardzo dobre, ale dziś miało być coś
wyjątkowego.
Siadłem sobie wygodnie pod ścianą i zaczęło się. ,,Grek Zorba,, , bo taki ma tytuł to dzieło niezwykłe. Szargało moimi emocjami od euforii do nienawiści, a na końcu pozostawiło radosną pustkę. Rzadko mi się zdarza, żeby film coś takiego robił z człowiekiem, byłem zdruzgotany. Od tej pory postanowiłem cieszyć się z życia, cieszyć z zimowiska.
Siadłem sobie wygodnie pod ścianą i zaczęło się. ,,Grek Zorba,, , bo taki ma tytuł to dzieło niezwykłe. Szargało moimi emocjami od euforii do nienawiści, a na końcu pozostawiło radosną pustkę. Rzadko mi się zdarza, żeby film coś takiego robił z człowiekiem, byłem zdruzgotany. Od tej pory postanowiłem cieszyć się z życia, cieszyć z zimowiska.
Ostatnie dni, to było coś pięknego, nigdy nie byłem
tak zmęczony dawaniem z siebie 100% (bo chyba tylko na tym zimowisku to
zrobiłem naprawdę).
Nagle wszystkie warsztaty i niespodzianki zaczęły mnie
intrygować, wszystkie miały to coś, ten jeden element który odpowiadał za ich
niezwykłość, nawet kłótnie z moim przyjacielem Bronkiem były ciekawsze.
Pomyślałem „Musisz się tym z kimś podzielić”, tak też
zrobiłem.
Dzieliłem się moją radością ze wszystkimi, których
spotkałem, Boże, jakie to było miłe.
Tak minęły mi ostatnie dni. Na końcu, jak zawsze było
sporo łez, wiele ważnych rozmów i czytanie wpisów, ale kiedy wsiadłem do
samochodu i zmierzałem do domu, nagle zdałem sobie sprawę, że nie jestem
smutny, to było dziwne. Poszukałem w sobie i doszedłem do wniosku, że chyba
pierwszy raz w życiu czuję coś, czego nie mogę opisać, to było spełnienie.
Byłem spełniony.

czwartek, 9 października 2014
Jan Zagdański - Nałóg
Nikt, kto spędził setki godzin na próbach, zajęciach i rozgrzewkach dykcyjnych, nadszarpnął sobie struny głosowe wrzaskami na współtworzących warsztaty kolegów nie powinien mieć technicznych problemów z wydobyciem z siebie słów. Ja jednak doświadczam tego drugi raz w ciągu kilku dni. Najwidoczniej umiejętności nabyte w ciągu 6 lat aktywnego uczestniczenia w życiu Ogniska są tylko na kredyt, wygasają po odebraniu dyplomu, czyli formalnym tego życia zakończeniu. To byłoby najprostsze wyjaśnienie faktu, że nie potrafiłem wykrztusić z siebie choćby głoski poproszony o wygłoszenie formułki „przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko”. Nie byłem osamotniony. Żadne z jedenastu gardeł na deskach auli nie zdobyło się na ten skromny wysiłek. Podobne doznanie towarzyszy mi, gdy piszę te słowa. Ręce trzęsą się jak na narkotycznym głodzie, na gardle zaciśnięta niewidzialna pięść. Wyklepanie każdego słowa na klawiaturze trwa nieznośnie długo.
W zasadzie każdy ogniskowicz ma w sobie sporo z narkomana. Niewinne „a co mi tam, spróbuję”, potem kilka pierwszych, soczystych działek w postaci zajęć, warsztatów czy obozów – w końcu szalony cwał w pogoni za kolejnymi dawkami sztuki i kreatywności. Przez lata towarzyszą nam silne emocje, ekstremalne warunki, euforia i depresja, a złoty strzał jakim jest fuksówka przewraca życie do góry nogami. Jesteśmy w stanie poświęcić szkołę, cały wolny czas, a przez 2 lub 3 obozowe tygodnie w roku nawet sen i normalne jedzenie na rzecz działek serwowanych przez instruktorów i kolegów, towarzyszy nałogu.
Co więcej, takie uzależnienie wyklucza także inne używki – jak sugeruje ostrzeżenie na karcie obozowej, zażycie skutkuje długotrwałym i silnie trującym kacem. Każdy ogniskoholik powie ci, że TA substancja musi być absolutnie jedyna. W obliczu bardzo niewielu fizycznych zagrożeń z nią związanych – wizyty w szpitalu co prawda się zdarzają, ale zwykle kończą się głównie zabawnymi anegdotkami poobozowymi – ten aspekt uznać można za całkiem pożyteczny.
A efekty takiego długotrwałego haju są wprost bajeczne! Zażywając regularnie stajesz się prawdziwym kreatorem, znika strach przed wygłupieniem się, a w jego miejsce pojawia się absolutna swoboda wyrażania myśli. Mózg pracuje wydajniej niż po jakimkolwiek syntetyku, z ludźmi dogadujesz się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, a każda, nawet najbardziej psychodeliczna wizja potrafi stać się rzeczywistością. No i banan od ucha do ucha z twarzy praktycznie nie schodzi.
Krew, pot i łzy oczywiście też się zdarzają – ale są efektami ubocznymi dążenia do katharsis, diamentowej dawki jaką jest własny warsztat albo główna rola w czyimś. Czego się jednak nie robi, mając gwarantowaną nirvanę! A potem drugą i trzecią!
Jednak jak każdy nałóg, także i ten nie ma prawa trwać wiecznie. W końcu życie na pełnych obrotach trzeba porzucić na rzecz tak obrzydliwie nieuchronnych i przyziemnych rzeczy jak matura czy wejście w dorosłość. Syndrom odrzucenia występuje dotkliwy. Jak spędzać wolny czas i w co ładować energię? W bzdurny wymysł nazywany życiem codziennym? Szkołę? Karierę? Po latach bujania w obłokach i osiągania niesamowitych efektów działania halinistycznego narkotyku trzeba zejść na ziemię. Warto zaopatrzyć się wtedy w ukoronowanie kariery nałogowca, dyplom, pomnik zainwestowanej i zwróconej z nawiązką pracy twórczej. Pomaga, choć nie ostatecznie, otrzeć łzy i zakasać rękawy do zmagania się z kolejnymi, mniej już kolorowymi trudami.
Ale uzależnienie jest tak poważne, że piętno pozostaje na zawsze. I Bogu dzięki! Wyuczeni polowania na każdy przejaw piękna, sztuki czy kreatywności potrafimy pożywić nim naszą duszę i własnymi rękami wyhodować w środowisku coś wartościowego. A po dłuższym zastanowieniu dojdziemy do wniosku, że pokonywanie przeszkód przecież kochamy, a problemy nie istnieją, są tylko rozwiązania. Może to myślenie niepoprawne politycznie. Na pewno niespotykane. Ale dające tyle szczęścia tak myślącemu i jego otoczeniu, że naprawdę warto spróbować. To tyle. Cześć. Mam na imię Janek. Ostatni raz w Ognisku byłem cztery dni temu. I zawsze będę wracał.
Janek Zagdański grupa Fantazy
niedziela, 5 października 2014
Anna Kozłowska - Słowa klucze
Ponieważ dziś kolejne rozpoczęcie roku w Ognisku, zapraszam do zapoznania się ze znaczeniami słów-kluczy, które pomogą szerzej otworzyć wyobrażenie Ogniska. Pierwszy krąg wtajemniczenia.
Halinizm – sposób postrzegania świata oparty na doświadczeniu. Na doświadczeniu bycia/życia w Ognisku. Słowo pochodzi od imienia założycielki, pani Haliny Machulskiej i opisuje wszelkie społecznikowskie zapędy, altruistyczne działania, maniakalne pragnienia ulepszania świata, nałogową potrzebę kreatywności w życiu codziennym, rozbuchaną wyobraźnię. Oraz to, że można wszystko. Myślenie halinistyczne ułatwia i uatrakcyjnia życie.
Hymn Ogniska – powstał na 1 obozie Ogniska w latach 70 do tekstu Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości ziemi ojczystej”. U niektórych, zwłaszcza jeśli wykonywany po długiej przerwie, powoduje drżenie strun głosowych, silne łzawienie, kłopotliwy ścisk w gardle oraz wiele innych oznak poruszenia. Tekstu nie zapomina się do końca życia.
Sekretariat Ogniska – tam możesz znaleźć niemal wszystko i tam może cię spotkać również niemal wszystko. Miejsce rozpaczliwych próśb o przełożenie terminu warsztatu i jeszcze o bardziej rozpaczliwych próśb o dopisanie do listy wyjeżdżających na obóz/zimowisko. Również miejsce zwierzeń, dzielenia trosk, konsultacji artystycznych. Oraz życiowych.
Warsztat – samodzielna propozycja teatralna. Wystarczy wybrać tekst, zrobić adaptację, obsadzić aktorów, stworzyć scenografię, wybrać kostiumy, wyreżyserować aktorów na umówionych wcześniej próbach w zarezerwowanych wcześniej salach, wykonać plakat, zaprosić instruktorów, wypisać kartę warsztatu, pokonać premierowy stres, wysłuchać omówienia i już. Wspaniałe doświadczenie! 3 zaliczone warsztaty są podstawą otrzymania dyplomu ukończenia Ogniska.
Jadła kisiel palcem – song powstały na obozie w Małej Wsi w 2004 roku podczas fuksówki. Wykonywany w tak szczególnych okolicznościach jak urodziny Pani Haliny. Refren do bardzo znanej melodii brzmi: „była tu i teraz, jadła kisiel palcem” i doskonale opisuje całą prawdę o Pani Halinie.
Obóz/zimowisko – czas magiczny. Czas skrajnych emocji i zaskakujących zdarzeń. Paniki przed inwencją w pokojach, zalewu szczęścia po obrzędzie i dramatu rozstania w momencie wyjazdu. Życie wśród maniaków tworzenia. Jak ktoś był, to chce znów. A jak nie był, niech jedzie. Gwarantowane wspomnienia do końca życia.
Niespodzianka – jak sama nazwa wskazuje, nie wiadomo, czego się spodziewać. Niedefiniowalna obozowa specjalność. Codziennie jedna z grup przygotowuje coś, co wszyscy nazywamy niespodzianką. I nigdy nie można przewidzieć, czy zakończy się ona piramidalną klęską czy spektakularnym sukcesem. Bez względu na efekt, każdej z nich towarzyszy wybuch adrenaliny.
Fuksówka – do przeżycia na obozie. Łączy się z pstrykaniem, nakryciami głowy, pieśniami i scenami ze słów trudnych, improwizacjami oraz z poszukiwaniami odpowiedzi na „kulturalne” pytania. Na pierwszym obozie przeżywana z dystansu z rosnącym zaciekawieniem, na drugim w oszałamiających emocjach, na trzecim w lekkim stresie, czy zdążymy z pokazem KMT.
KMT – Koło Miłośników Teatru, które zrzesza setki Ogniskowiczów. Można do niego dołączyć dobrowolnie na specjalne zaproszenie w trakcie obrzędu. Ale „szlachectwo zobowiązuje.”
Obrzęd – opis nie ma sensu. Doświadczenie do przeżycia już na pierwszym obozie ostatniego wieczora. A potem przez rok rozmyśla się o własnym.
Pokochajcie pokonywanie przeszkód – fraza wypowiadana przez Panią Halinę Machulską w każdej możliwej sytuacji. Im człowiek starszy, czyli bardziej doświadczony, tym bardziej rozumie i docenia wagę tych słów.
Jesteście orłami, nie zniżajcie lotów – jak wyżej. Warto słuchać złotych myśli Pani Haliny, bo wracają do nas ogniskowym echem. I to echo ma rację. Sukces jest początkiem klęski, a klęska początkiem sukcesu.
Nie ma problemów, są tylko rozwiązania – a to już moja specjalność, czyli „Pani Ani”. Pozdrawiam.
piątek, 3 października 2014
Marta Marciniak - Romantyczny głos do pierwszaka
Podobno pierwsze zdanie jest najtrudniejsze, więc dobrze, że już się kończy. A dobrze dlatego, że już bardzo długo oswajam się z myślą, aby napisać coś na ogniskowego bloga. Jednak wolałabym, aby to „coś” swoją obecnością nie popsuło magicznego wrażenia, jakie pozostaje po tekstach moich koleżanek i kolegów.
Ognisko ma tyle aspektów i tyle odcieni, że ciężko wybrać jeden, który można by opisać. Zastanawiałam się, jakim jednym słowem można opisać Ognisko. Magia, praca, artyzm, zabawa, inspiracja, przygoda, radość...
Jednak jak wiadomo, natchnienie przychodzi samo. Właśnie skończyłam przeglądać książkę z obozu w Jadwisinie. Urocze wpisy, zabawne anegdotki, moc wspomnień. I olśniło mnie! Olśniło mnie, że klamrą spinającą te wszystkie słowa jest miłość.
Każdy, kto był w Ognisku i został trwale zarażony wirusem machulszczaka, wie co mam na myśli. Przekazana została nam miłość do siebie – niewiele mająca wspólnego z egoizmem. Raczej z akceptowaniem i pewnością siebie, odwagą do wyrażania własnego zdania, nie godzeniem się na konformizm i dystansem do siebie. (Zwłaszcza gdy na pokazie świątecznym gra się samotną górną dwójkę w wigilijnych ustach wujka Staszka).
Miłość do grupy – bo przecież grupa jest najważniejsza, absolutnie i totalnie. Bo tworzy ją każdy z nas, a to od nas zależy, jaka będzie atmosfera na zajęciach. Bo gdy się w niej lubimy, szanujemy i chcemy działać, możemy wszystko. Serio, wszystko wszystko. (Dla mnie ideałem grupy jest Balladyna-Operetka, pracowanie z tymi ludźmi to był prawdziwy zaszczyt. No i wiemy, że możemy nawet zrobić warsztat podczas jednej próby).
Miłość do instruktorów – to ta najbardziej urokliwa i w obie strony działająca. Oni dają nam z siebie wszystko to, co najlepsze, my tylko musimy chcieć brać. A to, czego oni nas nauczą i to, co nam powiedzą zostanie w nas na zawsze. (Nadal analizuję wiersz metodą Sebastiana, a słowa Bartka, o których być może już nie pamięta, to jedne z najpiękniejszych, jakie mogłam usłyszeć).
Miłość do tego miejsca – z każdą salą wiąże się moc pozytywnych wspomnień (tu odbył się mój pierwszy warsztat, tam Kajtek opowiedział swój żart o Danucie, jeszcze dalej poznałam swoją wielką pierwszą miłość).
Miłość do pani Haliny – co tu dużo mówić, była tu i teraz, jadła kisiel palcem. Każdy, kto poznaje tę wspaniałą osobę od razu staje się ortodoksyjnym wyznawcą halinizmu.
Z perspektywy paru lat widzę, że Ognisko uczy miłości, ale mądrej i w mądry sposób. I mimo że nie każda przyjaźń przetrwa próbę czasu, nie każdy związek okaże się tym na całe życie i nie każdy warsztat będzie wyróżniony, to jedno jest pewne: to, co przeżyliśmy dzięki Ognisku było prawdziwe i szczere. Nie uczymy się odgrywać miłości na scenie, ale ją okazywać w realnym życiu. Dlatego każda chwila przeżyta na Bartyckiej 18, z ludźmi, których się tam poznaje, zostawia w nas mocny ślad. I dobrze, bo nie znam ani jednego machulszczaka, który byłby złym człowiekiem.
Ostatnie zdanie winno zawierać podsumowanie i głęboką refleksję twórcy, jednak ja skieruję się do pierwszaków, którzy lada dzień zaczynają swoje zajęcia: kochani, na początku zawsze jest trema, ale warto się otworzyć, aby móc przyjąć od Ogniska najwięcej, ile się da i ile się zmieści w waszych cudownych, artystycznych sercach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







