piątek, 24 lutego 2017

Barbara Kurzejewska - Pamięć długotrwała



Chyba każdy zna to uczucie, kiedy w bardzo zimny i ponury dzień wchodzi do domu i robi sobie swoją ulubioną herbatę. Czerwone policzki zaczynają szczypać od ciepłego powietrza, skostniałe ręce znów robią się ciepłe i miękkie, a wraz z pierwszym łykiem herbaty całe ciało zalewa fala ciepła i rozkoszy. Do tego właśnie porównałabym zimowisko w Pęcławiu. Już mijając znak "Pęcław" czuję jak coś zaczyna świdrować mi w brzuchu, ale dopiero pierwszy oddech zaczerpnięty w ośrodku daje mi do zrozumienia, że to jest właśnie ta "herbata”. Podejrzewam, że Club35+ 7 czerwca albo nawet 27 lipca nie jest tak ciepły (wręcz wrzący) jak przez ten jeden tydzień w trakcie ferii.

Na zimowisku nie ma czasu na "Cześć nazywam się...", bo tutaj wszyscy się znamy, lepiej lub gorzej, ale w końcu nic nie łączy ludzi bardziej niż ta sama pasja i te same zainteresowania!! 5 grup, 3 instruktorów i nasza pani Ania, 38 osób, 19 warsztatów i TYLKO 6 cudownych dni, o których myślę ciągle i bez przerwy.
Wróciłam z zimowiska dwa dni temu i czuję się jakbym zostawiła tam jakiś element układanki, bardzo ważną część, bez której ciężko mi będzie normalnie funkcjonować. Każda część mojego ciała chce wrócić do tego miejsca gdzie nie obchodziło mnie nieszczelne okno czy nieprzespana noc, gdzie śmiałam się, bo coś MNIE bawiło i płakałam, bo było mi smutno. W końcu można założyć ciepły sweter, a na spanie mamy resztę życia, no i po co śmiać się i płakać samemu, kiedy można to robić razem!

Leżę teraz w łóżku i wybieram z mojej listy film, który chce obejrzeć, ale boję się, że po obejrzeniu nie będę miała komu powiedzieć, co o nim myślę. Boję się, że zamiast ludzi, którzy bardzo chcą się wypowiedzieć na temat fabuły, zobaczę zegar, który nie cofnie już swoich wskazówek do 12 lutego kiedy to wszystko się zaczęło.
Moja mama mówi, że rok każdego człowieka składa się z miłych punktów, starannie zaplanowanych wydarzeń, które dają nam małe szczęścia. Odhaczamy je w naszym kalendarzu.
Tak właśnie żyjemy do sylwestra, do ferii, do Wielkanocy, do wymarzonego koncertu, do wyjazdu na weekend, do wyjścia do teatru, do randki z tym wymarzonym…. Do Bożego Narodzenia…
A ja żyję już myślą o jednym z najjaśniejszych i najmilszych punktów w moim kalendarzu, o kolejnym obozie z Ogniskiem.

czwartek, 23 lutego 2017

Maja Urbanowicz - Z deszczu pod palmę



Ze swojego doświadczenia muszę szczerze przyznać, że wszystkie drogi prowadzą do Ogniska i nie ważne gdzie pójdziesz i tak zawsze tu wrócisz, a Ognisko w Ogniskowiczu zostanie na zawsze. Niczym Odys do swej Itaki ja wyruszyłam z Krainy Deszczu i Trawników do Pęcławskiego Królestwa Palm. Ilość kilometrów i ograniczenie bagażu przestają mieć znaczenie w momencie, gdy zawartość twojej walizki sięga takiego poziomu abstrakcji, że w duchu prosisz, żeby na lotnisku tylko jej nie otworzyli. Wtedy już nie ma wątpliwości, że wszystkie drogi prowadzą do Pęcławia.

Przez tydzień jesteśmy wszyscy razem zamknięci w miejscu, gdzie czas płynie w poprzek, a my wszyscy topimy się we własnej utopii i twórczym duchu. 38 dusz, które wzajemnie się inspirują i przez 6 dni i nocy tworzą rzeczy wielkie i większe. Nie ma małych pomysłów, jest tylko mało snu. Żeby coś mogło być wielkie, coś musi być mniejsze. W ten oto sposób równowaga w przyrodzie zostaje zachowana. Na każde śniadanie serwowana jest porcja energii, którą czerpiemy od siebie wzajemnie. Z tym pozytywnym nastawieniem zaczynamy nowy, zupełnie oderwany od rzeczywistości, dzień. Od rana do nocy nasze głowy wrą od pomysłów. Radości ze wspólnych prób, pokazów, warsztatów, haseł dnia, scenek, inwencji, niespodzianek i dni porządkowych jest więcej niż możesz zjeść. To właśnie można nazwać szczęściem. Stan, w którym wszystkie serca biją jednym rytmem, a ludzie, zarówno Ci, których znasz od lat, jak i Ci nowopoznani, są dla Ciebie jak rodzina (i nie ma tu krzty przesady). Najtrudniejszym momentem dla każdego zimowiskowicza jest chyba ostatnie śpiewanie hymnu i pożegnanie ze wszystkimi. Mimo całej nocy wpisywania się wzajemnie do książek, nawet najbardziej zmęczone oko uroni łzę wzruszenia.


To jest moment kiedy trzeba z powrotem spakować ładunek abstrakcji do walizki i opuścić ściany klubu 35+. Po wczasach w tych Pęcławskich lasach znów wsiadam do samolotu. Chociaż to właśnie ta machina wznosi się w powietrze, prawdziwe oderwanie od Ziemi ma miejsce w Pęcławiu. Odsypiając już w przestworzach, nawet sny wydają się bardziej kolorowe niż przed tygodniem. 

środa, 22 lutego 2017

Hania Korewicka - Bagaż pełen prawdy


Jestem częścią Ogniska już 5 lat, a zimowisko 2017 było dopiero moim czwartym wyjazdem z Ogniskiem. Ale nie rozpaczam, że przeżyłam ich tak niewiele, bo  z każdego wyniosłam bardzo dużo, chociaż ten był chyba, do tej pory, dla mnie najważniejszy.
Warsztaty, niespodzianki, rozmowy i myśli, które rządziły zimowiskiem były wyjątkowe.   
    Kończyłam próbę w nocy, ale mimo tego miałam jeszcze siłę rozmawiać. Prawie każdego wieczora potrzebowałam nawet krótkiej wymiany zdań i to było wspaniałe.  Ogniskowicze zawsze mają o czym  rozmawiać, a co jest najlepsze, czasem nie potrzebujemy nawet słów, żeby dobrze się zrozumieć. Bardzo to doceniam, bo w moim "normalnym życiu" w Warszawie nie zdarza się to często. Ludzie chorują na tzw. obojętność albo kąpią się w swojej boskości w gruncie rzeczy będąc samotnymi. Jako że jestem szczerą optymistką, podkreślę, że NIE wszyscy, zawsze możemy spotkać ludzi wyjątkowych, trzeba tylko patrzeć trochę głębiej albo o prostu  szerzej  :)    
     Wiem, ze wiele osób obnażyło się ze swoich najskrytszych przemyśleń. Sama musiałam przekroczyć wiele swoich granic. Wyzwolić z barier, które nie pozwalały mi pokazać tego, co mną kieruje. Oczywiście, miałam obawy. W końcu nikt nie chce zdradzać swojego prawdziwego "ja". Na szczęście w ogniskowej rodzinie akceptacja jest pojęciem kluczowym. Opiera się ona na bardzo dużym zaufaniu, ale wierzę, że tutaj mogę sobie na nie pozwolić.
     W warsztacie Basi Synak moim zadaniem było wyzwolenie się. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jakkolwiek patetycznie, ale nie nazwałabym tego tańcem lecz poczuciem wolności. Pierwszy raz zdarzyło mi się na scenie zapomnieć o publiczności i to chyba było dla mnie wtedy najważniejsze. To, że wśród 37 osób mogłam się poczuć swobodnie, naprawdę...
Z kolei w warsztacie Krzysia Lewandowskiego bardzo się otworzyłam. On jak i mój partner sceniczny pozwolili mi sobie zaufać. Ja to wykorzystałam i dzięki świetnemu prowadzeniu przez Krzysia, wcieliłam się w postać skrzywdzonej prawdą o miłości dziewczynę.
Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o warsztacie Mai Urbanowicz, która mimo tego, iż na co dzień mieszka w Londynie, nie zapomniała o swojej wielkiej wrażliwości ogniskowej. Tam jako zakochana w patriotyzmie staruszka z innymi aktorami pokazywaliśmy ułomności człowieka, które czasem są nam nawet nieznane.
    Hasłem przewodnim obozu było "Uleciało...". Z jednaj strony w pełni rozumiem, że nawet te najpiękniejsze chwile muszą kiedyś minąć, ale z drugiej strony wiem, że w sercu zawsze z nami trwają. Wspomnienia wystarczy tylko pielęgnować. Stąd chodzi mi po głowie pewna myśl.
     Wyjechałam z bagażem pełnym uczuć, doświadczeń i mądrości. Teraz wyznaczyłem sobie cel, że będę go powoli rozpakowywać dzieląc się z innymi ludźmi moimi skarbami.
Mam nadzieje, że nic nie stanie mi na drodze...


                   

wtorek, 21 lutego 2017

Tomasz Klochowicz - I did it my way

“…And so I face the final curtain
My friend, I'll say it clear
I'll state my case, of which I'm certain
I've lived a life that's full…”
 “My way” – Frank Sinatra


            Kiedy mówię znajomym, co robiłem w ferie w maturalnej klasie to zazwyczaj pukają się w głowę. „Marnujesz czas”- mówią - „Powinieneś się uczyć albo odpoczywać, a nie się bawić w jakieś teatry…” Myślę, że gdybym zaczął opisywać konkretnie, co działo się w Pęcławiu stwierdziliby, że do reszty zwariowałem. Pojedynki na wyimaginowane moce, próby do bardzo późnych godzin nocnych (bałbym się wspomnieć o tym, że pomimo tego na śniadanie o 9 przychodziliśmy zaspani, ale zawsze z uśmiechem). Zdziwiłoby ich, że nagle podczas obiadu ktoś wstaje i zaczyna odgrywać sceny o unisonach, „współbrzemiach” i brzmieniach. Więc na oskarżenia o marnowanie czasu odpowiadam, że może w waszym rozumieniu go zmarnowałem , ale jak śpiewa Frank Sinatra „I did it my way”!
            Był to mój piąty wyjazd z Ogniskiem. Za każdym razem są na nim nieco inni ludzie, krążą inne żarty, ale zawsze wszyscy są ogniskowi. Ktoś kiedyś powiedział, że w życiu najważniejszym jest to, by znaleźć ludzi z takim samym świrem jakiego się ma. Ja znalazłem i wciąż znajduję. Jestem dumny, że mogę być częścią tak wspaniałej grupy ludzi, która trwa pomimo zmiany pokoleń i członków. Ogniskowy duch nawiedzający człowieka gdy ten staje się częścią tej magicznej społeczności nie zanikł i nigdy nie zaniknie. Nie chodzi tu o tworzenie teatru czy wielkiej sztuki. W Ognisku najważniejsza jest przyjaźń, która, mam nadzieję, pozostaje na całe życie i halinistyczny duch, który daje nam siłę, by pokochać pokonywanie przeszkód. Pomimo tego, że zimowisko tworzymy wszyscy razem, to każde z nas z osobna może powiedzieć „I did it my way”

            I to jest właśnie najpiękniejsze, że ten tydzień, który miał zaprzepaścić moje szanse na zdanie matury spowodował jedynie to, że otworzyła mi się głowa. Jestem gotów chłonąć wiedzę i świat. Stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami dorosłego świata, gdyż wiem, że mam wokół siebie tak wspaniałych i pełnych ludzi, którym mogę ufać i na których mogę polegać. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale dokładnie to czuję. Ognisko uczy jak być dobrym człowiekiem i jak cieszyć się życiem. Pomimo tego, że czas na zimowisku jest wypełniony w stu procentach to wiem i mam pewność, że to tam „żyłem życiem które było pełne” i  nic tak nie dodaje energii jak świadomość wykorzystania czasu do granic możliwości. I cieszę się , że nie posłuchałem tych, którzy odradzali mi ten wyjazd. Tydzień to dokładnie 7 dni -168 godzin – 10080 minut - 604800 sekund. Wiem, ze każdą z tych sekund dobrze wykorzystałem, czego na pewno nie zrobiłbym zakuwając w Warszawie. Co więcej - „I did it my way”.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Karolina Zimoch - To tylko 335 kilometrów



„Hej, mam na imię Karolina, jestem z Opola”.  Później podajesz, który to twój obóz i od ilu lat jesteś związany z Ogniskiem. Właśnie. W jaki sposób osoba nie uczęszczająca na zajęcia do Ogniska, ba(!) nawet nie należąca do żadnej z grup, może być związana z Ogniskiem?  Bo przecież z definicji Ognisko Teatralne jest miejscem gdzie odbywają się zajęcia. A jednak, właśnie wróciłam z mojego pierwszego zimowiska i jestem po 4 obozach. Jak to się stało? Dlaczego?
Opole.  Maj 2013. Teatrownia, opolski oddział Ogniska, założony przez Adama Ciołka (obecnie dyrektor Szkoły Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich). To właśnie on podaje mi kartę na obóz i przyrzeka, że to miejsce dla mnie. Trzeba być bardzo pewnym swego, żeby przysięgać 15-latce, że coś będzie jej się podobać. Miał rację, a ja zostałam na dłużej.

Każdy z nas stoi w życiu przed pewnymi wyborami. W naszym wieku bardzo ważny jest wybór ludzi, z którymi przebywamy, mamy przecież szkołę, pełną przeróżnych grupek. Ale to tylko od nas zależy czy będziemy się otaczać ludźmi, którzy rozumieją nas w każdym calu czy ludźmi, którzy na każdym kroku będą ciągnęli w dół. Trzeba bardzo uważać przy ich doborze, bo łatwo się pomylić. I ja wybrałam. To nie było trudne.
Kiedy przyjeżdżasz na obóz, czy zimowisko, nie jesteś pewny co może się tam stać, ale wiesz jedno - czeka cię kilka/kilkanaście dni z niesamowitymi ludźmi. To właśnie ich nawet po kilku godzinach możesz nazwać bliskimi czy przyjaciółmi. Jesteście na siebie skazani 24h na dobę, ale to właśnie można nazwać magią. Otaczasz się ludźmi, którzy w życiu nie popatrzą na ciebie krzywo, którzy chcą dla ciebie dobrze, cieszą się z twojego szczęścia i płaczą kiedy ty płaczesz. Nie dadzą Ci się poddać i dopingują na każdym kroku. Ludzie ci nawet po krótkim czasie stają się tobie tak bliscy, że masz poczucie, że po powrocie nie będziesz w stanie normalnie bez nich funkcjonować. Przecież to z ich uśmiechu, słów, czy po prostu obecności czerpiesz siłę. Taki czas możesz nazwać pewnego rodzaju naładowaniem.
Ale wreszcie przychodzi czas, aby się z rozstać, wszyscy wracają do Warszawy, może i smutni, ale przecież za kilka dni spotkają się na zajęciach. Ja niestety na Lubelską mam równo 335 kilometrów, które uniemożliwiają mi spędzanie weekendów z tak wspaniałymi ludźmi. I tu nasuwa się znowu to frustrujące mnie pytanie: „Czy ja też należę do Ogniska?” Odpowiedź znalazłam na tym zimowisku. Może trochę czasu mi to zajęło, ale śpiewając hymn i trzymając moich przyjaciół za ręce, ze łzami w oczach, po prostu to poczułam. Nie trzeba mieszkać w Warszawie, nie trzeba stawiać się co tydzień na zajęciach. Kiedy załapiesz tego bakcyla i nie myślisz o niczym tylko o tym, aby przez sztukę kształtować siebie i swoje środowisko, to właśnie to. Jesteś Ogniskowiczem!
Jestem z tego dumna, jak nikt inny.  Mam dwie wspaniałe przyjaciółki, które potocznie nazywam moimi siostrami, mam kilku prawdziwych przyjaciół. Właśnie tam 335 kilometrów od mojego domu. To moje miejsce, chociaż tam nie bywam. Tam zostawiłam swoje serduszko i właśnie tam chcę aby biło. Bo przecież chodzi o to, aby dobierać ludzi odpowiednio. Jak już mówiłam trzeba uważać przy doborze. Ja wybrałam. A te 335 km to tylko liczba.



wtorek, 24 stycznia 2017

Małgorzata Czerwień - Już wszystko jest w porządku


Na początku niczego się nie spodziewałam. Polonista podsunął mi informację o konkursie Szukamy Polskiego Szekspira. Stwierdziłam, że skoro lubię pisać to może warto spróbować. To była moja pierwsza sztuka, więc nie liczyłam na sukces. Miałam spore braki w wiedzy i żadnego doświadczenia w tej sprawie. Podjęłam wyzwanie. Nie myślałam o punktach zwrotnych, czy cechach ukrytych postaci. Wszystko przychodziło podczas pisania.
Nagle wiadomość: Udało się. Jedziesz na obóz z Ogniskiem Teatralnym u Machulskich! Najpierw chyba był szok, radość, a potem trochę się wystraszyłam. Przecież nikogo tam nie znam. Czy dam sobie radę? A jak mnie nie polubią?
Pobyt w Serocku okazał się być poniekąd przełomowy. Wracając do domu wiedziałam już, że będę pisać. Byłam pewna, że nie będę już umiała robić mniej. Zaczęłam więcej od siebie wymagać. Odliczałam dni do październikowego spotkania.
Festiwal Korczak postawił przede mną nowe wyzwania. Był to mój debiut aktorski. Emocje towarzyszące wystawianiu własnej sztuki na deskach Teatru Powszechnego były nie do opisania. Kiedy opadła kurtyna pomyślałam, że to wcale nie musi być koniec.

Dwa tygodnie temu. Sobota.
Podziwiam wschód słońca zza szyby autobusu. Kiedy wchodzę na peron jest już jasno. „Pociąg Expres Intercity Premium do stacji Gdynia Główna, przez stację Warszawa Zachodnia, Warszawa Centralna (…) przyjedzie z opóźnieniem o 30 minut. Za utrudnienia przepraszamy.” Wełniane skarpety w pingwiny i dwie pary rękawiczek już nie pomagają. A mogłam zostać w domu.
Im bliżej Warszawy tym większy odczuwam niepokój. Nie było mnie w Ognisku ponad miesiąc… Czy warto? W ciągu ostatnich tygodni moja chęć do działania była regularnie tłumiona. Wszystko próbowało dać świadectwo bezsensu działania.
Przyjeżdżam 80 minut po czasie. W biegu zostawiam walizkę w mieszkaniu i piję herbatę.
W końcu jestem na Lubelskiej. Wpisuję kod.
Już wszystko jest w porządku. Wiem, że to właściwe miejsce i właściwi ludzie. Od wejścia uderza mnie powietrze gorące od twórczej pracy i jednocześnie przepełnione miłością do siebie nawzajem i do sztuki.
Nie mogłam zostać w domu.

Sobota/Niedziela.
Znów idę na Lubelską. Tym razem pewna.
Kolejne bloki zajęć stawiają przede mną nowe wyzwania. Improwizacje. Przełamuję się i wchodzę na scenę. Praca z kamerą. Nie tylko ja znajduję w Ognisku wszystko czego potrzebuję. Między jednym wyjazdem, a drugim, często gubię zaangażowanie, kreatywność, czy energię, a Ognisko ciągnie mnie naprzód i uzupełnia zapasy paliwa. Reżyseria. Udaje się wyjść poza ramy. Scenariusze. Działamy szybko, mózgi pracują na pełnych obrotach, a w powietrzu czuć twórczą siłę! W końcu osiągamy kondensację najlepszych pomysłów. Tu nie trzeba się bać bycia wyśmianym. Jeśli pojawi się krytyka- to tylko budująca. Poprzeczka jest postawiona wysoko, ale wszyscy się nawzajem motywują i wspierają.
To niewiarygodne, że wystarczy 6 i pół godziny! Wychodzę z masą pomysłów, inspiracji, pełna chęci do kształtowania siebie i swojego środowiska! Nie chcę już siedzieć w domu. Wiem, że muszę tu przyjeżdżać, muszę tworzyć i przekazywać tę energię innym.
Na szczęście niedługo wrócę do tych ludzi, którzy są przepełnieni wrażliwością i halinizmem, patrzą szerzej, czują więcej i chcą zmieniać na lepsze. Nie zgadzają się na bierność, a do tego są niezwykle otwarci. Zaczynam odliczanie. 5… 4…


niedziela, 15 stycznia 2017

Tadeusz Kabicz - Magia świąt



Nie przepadam za świętami. Za zakupowym szaleństwem, za brzęczącymi kolędami i za chwilowymi zrywami filantropii. Nie lubię stresu związanego z kupowaniem prezentów i myśli, że wszechobecna magia świąt skupia się tylko na moim portfelu. Nie lubię, kiedy cały świat krzyczy, że trzeba przeżywać coś głębokiego. Z rodziną. I z uśmiechem na ustach.

Dlatego cieszę się, że wigilia w Ognisku jest czymś więcej niż wymuszonym radosnym świętowaniem. Że wszystkie pokazy pod świąteczną przykrywką kryją w sobie błyskotliwe i trafne komentarze do współczesnego świata. W tym roku nie było inaczej. Kilkanaście grup przygotowało krótkie, ale jakże wdzięczne przedstawienia. I każde z nich dawało do myślenia.
Na przykład musical o wigilijnych potrawach w uroczy sposób pokazał świąteczny przerost formy nad treścią - zazwyczaj świąteczne przygotowania i próba sprostania narzuconym nam oczekiwaniom są tak duże, że nie starcza nam już sił na nic innego.
Historia Jezusa, który przychodzi w święta i na naszych oczach zaczyna czynić cuda, obnażała naszą chciwość i materializm.
Pokaz o kolędnikach-nieudacznikach poruszał temat wypaczonej religijności, która opiera się na powtarzaniu utartych formułek.
A sąd ostateczny nad świętym Mikołajem, który oskarżony zostaje o deprawacje społeczeństwa, przypomina, że każdy medal ma dwie strony. I że warto krytycznie patrzeć na świat.
Zazwyczaj te świąteczne pokazy zupełnie przypadkowo poruszają tak poważne tematy. Pozornie niewinna anegdotka gdzieś między wersami potrafi przemycić bardzo mądrą i aktualną myśl. Trzeba przyznać, że jest w tym coś niezwykłego - co roku w małej sali młodzi ludzie bezlitośnie komentują otaczającą nas rzeczywistość. I właśnie w tych komentarzach zawiera sie dla mnie magia świąt.