czwartek, 24 lipca 2014

Kuba Kisieliński - Mój pierwszy obóz


Tak naprawdę w ogóle nie planowałem wyjazdu na ten obóz. Gdy planowałem z rodzicami wakacje, jakoś pogodziłem się z faktem, że po prostu nie ma możliwości, abym spędził te dwa tygodnie w pałacu w Teresinie. Aż nagle, na którychś z ostatnich sobotnich zajęć, gdy poszedłem do sekretariatu Ogniska, Pani Ania zapytała, czy jadę na obóz. Odpowiedziałem, że niestety, ale raczej nie w tym roku nie, może w przyszłym. Znów zrobiło mi się trochę smutno, jakoś tak się rozgadałem, okazało się, że jest jedno wolne miejsce na I turnus. Zaraz, wolne miejsce, mogę pojechać?

No i pojechałem. Oczywiście, na ostatnią chwilę, ledwo zdążyłem się spakować, ale… jednak. To już coś. A kiedy zobaczyłem, w jak niesamowitym budynku będę mieszkać (dworek w Teresinie), aż podskoczyłem z radości. Plan zajęć przeszedł moje wszelkie oczekiwania. To nie miał być kolejny nudny obóz, na którym będę smażył się na plaży i słuchał wrzeszczących dzieci albo siedział w pokoju czekając na powrót do domu. W ciągu dnia nie miałem ani chwili wytchnienia, próby do pokazów i niespodzianek zmuszały mnie do wysilania i tak już zmęczonego przez cały rok szkolny mózgu.

Ale nie o tym tak naprawdę chcę napisać. Pragnę się podzielić swoimi wrażeniami dotyczącymi ludzi, których tam spotkałem, bo na dobrą sprawę to było tam najpiękniejsze. Na pierwszy turnus jechały tylko dwie znane przeze mnie osoby. Pozostałe 59 osób było mi kompletnie nieznane, ale jak się później okazało, nie było to żadną przeszkodą. Pomimo tego, że byłem chyba jednym z młodszych uczestników obozu, ze wszystkimi dogadywałem się bez problemu. Nikt nikomu nie przeszkadzał, każdy się liczył z opinią innych. Nawet, gdy ktoś miał inne zdanie, nie był atakowany, tylko rozpoczynała się konstruktywna, kulturalna dyskusja. Nie zapomnę momentu, gdy mieliśmy przygotować niespodziankę, a przez większość przeznaczonego na próby czasu poświęciliśmy na rozmowy o np. reinkarnacji. Teraz wydaje mi się to zabawne, ale wtedy czułem się… dobrze. Lepiej, niż na co dzień, lepiej niż w szkole, w której, pomimo tego, że mam dużo przyjaciół, nie jestem w stanie robić z nimi tylu ciekawych rzeczy. Tutaj, w Ognisku, nikt nie jest egoistą. Tutaj każdy liczy się z opinią drugiej osoby, zawsze myśli o jej uczuciach. To niesamowite, że w świecie, w którym wciąż spotykamy ludzi mających na uwadze tylko swoje dobra i interesy istnieje jeszcze parę osób chcących to zmienić.

Dziękuję Wam wszystkim!

 

niedziela, 20 lipca 2014

Hanna Śmiałowska - Poobozowa zaduma


       Tegoroczny obóz w Teresinie był dla wszystkich ogniskowiczów pełen pracy. Pracy twórczej, co wcale nie znaczy lekkiej. Wszyscy chodziliśmy bardzo zmęczeni, ale każdego dnia gotowi do wymyślania i kreowania nowości. Dla tych, którzy po raz pierwszy doświadczyli magii teresińskiego pałacu, na pewno wszystko, co się działo było szokujące. Jednak jestem przekonana, że był to pozytywny szok. Ten zupełnie nowy świat, w którym żyli przez dwa tygodnie mógł wywrócić ich „normalny świat” do góry nogami. W moim przypadku tak właśnie było, mimo że na obóz pojechałam po raz czwarty. W tym roku miałam zaszczyt zostać komendantem obozu, co sprawiło, że uczucia wszystkich obozowiczów odbierałam za zdwojoną siłą, ponieważ czułam się za nich odpowiedzialna. Bycie komendantem wymaga ogromnej samoogranizacji, umiejętności wprowadzenia dyscypliny i chęci pomagania innym, a zwłaszcza najmłodszym, których trzeba wprowadzić w ten niesamowity świat i atmosferę, wytłumaczyć im o co tak naprawdę chodzi i na czym to wszystko polega oraz przede wszystkim pomóc im, gdy tego potrzebują. Muszę przyznać, że było naprawdę ciężko. Momentami nie dawałam sobie rady z ogarnięciem wszystkich ludzi, widziałam, że nikt mnie nie słucha, że nie potrafię pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Byłam zdenerwowana na ogniskowiczów, ale przede wszystkim na siebie. Zdarzały się momenty zwątpienia, rezygnacji i płaczu, ale zawsze w takiej chwili pojawiał się jeden z przyjaciół, przytulał, pocieszał i podnosił na duchu. To jest właśnie magia Ogniska, że tworzy ludzi, którzy w każdej chwili z całego serca, bezinteresownie chcą Ci pomóc. Dzięki tym doświadczeniom nauczyłam się, pracy z ludźmi, że nie można zbyt przejmować się problemami, należy trzymać emocje na wodzy, gdy coś nie wychodzi, a przede wszystkim, że trzeba mieć ogromną cierpliwość do ludzi. Tego wszystkiego życzę każdemu przyszłemu komendantowi.
       Na tym obozie mieliśmy bardzo wysoki poziom artystyczny i cieszę się, że mogłam zobaczyć tyle niesamowitych, dających do myślenia, zabawnych i świetnie dopracowanych niespodzianek oraz sztuk. Teraz, gdy wróciłam do domu po dwóch tygodniach nieustannego myślenia, tworzenia i dyskutowania, mój mózg nie wie co ma robić. Ja sama nie wiem, co mam ze sobą począć. Ten panujący na obozie gwar, który jeszcze kilka dni temu doprowadzał do szału, teraz bardzo by mi się przydał i z pewnością poprawił humor. Już brakuje mi wczesnego wstawania, wymyślania niespodzianek i widoku tych wszystkich zmęczonych, ale uśmiechniętych twarzy. Jestem bardzo zadowolona, że mogłam spędzić dwa tygodnie wśród wszystkim moich przyjaciół, z którymi znam się już nawet 5 lat oraz poznać mnóstwo utalentowanych i ciekawych osób, na które w innych okolicznościach nie zwróciłabym uwagi. Obóz to czas, w którym otwieramy się przed innymi, przed sobą, możemy wykorzystać każdy swój talent i zauważyć, że każdy z nas jest wyjątkowy.
       Każdy z nas ma też swoją poobozową zadumę. Bo jak tu nie dumać, gdy w tak krótkim okresie doznajemy tylu różnych emocji, dowiadujemy się mnóstwa nowych rzeczy, spotykamy ludzi, którzy wywracają nasze życie do góry nogami, a potem tak nagle trzeba się z nimi rozstać i wrócić do codzienności. To też dumamy, rozpamiętujemy, wspominamy każdą wesołą chwilę, zastanawiamy się nad tym co przeżyliśmy, żeby tylko jak najdłużej pozostać w tym cudownym świecie. Według mnie, to jest właśnie magia obozu: nie ważne, ile przykrości Cię na nim spotkało, jak źle się czasami czułeś, jak byłeś niezadowolony-i tak ostatniego dnia nie będziesz chciał skończyć śpiewać ostatniego hymnu, puścić skrzyżowanych rąk kolegów, przestać się przytulać, a najbardziej nie będziesz chciał wsiąść do samochodu, który zabierze Cię do domu, ponieważ po tych dwóch tygodniach, to Pałac w Teresinie jest Twoim domem.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kamila Straszyńska - Wrażenia ze zwykłego świata



Sporą część Ogniskowiczów słowa: "Już za rok matura", skłaniają do zakończenia przygody na Bartyckiej i do oddania się Gruntownej Edukacji. Uczą się, pocą, stresują i przy okazji umierają z nudów, bo wciąż i wciąż grają im w głowach Czerwone Gitary to upiorne odliczanie. Robią niewiele poza ślęczeniem nad książkami (lub oglądaniem wszystkich sezonów dostępnych seriali) i w ten sposób świat maturzysty staje się coraz bardziej przeciętny i bez polotu. Coraz mniej w nim pasji, a więcej nudy. A potem przybywa w końcu upragniona marchewka: czteromiesięczne wakacje. Hip hip hurra - chodźmy do pracy! No i właśnie ta praca skłoniła mnie do napisania wam kilku słów mojej refleksji.
Od paru tygodni pracuję w restauracji na Powiślu, gdzie moimi współpracownikami są w większości ludzie po 30-stce, którym czasem zdarza się opowiedzieć coś o swoim życiu. I gdy słyszę te życiorysy (diametralnie różne), to myślę sobie, że choć każdy z nich ma swoją historię mniej lub bardziej dramatyczną, to wszystkim brakuje jednego: pasji. I dalej moja myśl idzie do moich rówieśników ze szkoły, na których byłam skazana przez ostatni rok w jakoś niezdrowo dużym stężeniu i widzę ich za 20 lat w tych samych rolach, co moich dzisiejszych kolegów i koleżanki z pracy. A jak jeszcze dalej moja myśl pójdzie, to przypominam sobie, że trochę ponad rok temu, byłam człowiekiem tak zanurzonym w swoich pasjach i otoczonym przez grono ludzi równie pełnych energii i zaangażowania w to, co robią, że nawet mi nie przyszło do głowy, że może być inaczej.
I za to jestem wdzięczna Ognisku. Nie tylko za "halinistyczne wychowanie", o którym pisałam tu w październiku, ale także postawienie mi pewnej poprzeczki, niemożliwego do obniżenia standardu (który dalej sama podtrzymuję). Nie mówię tu oczywiście o standardach materialnych czy nawet intelektualnych, tylko o standardzie spełniania własnych oczekiwań wobec życia. "Trzeba polubić pokonywać trudności" jak zawsze mawia pani Halina. Trudności na drodze do spełniania swoich marzeń, do realizacji swojej wizji samego siebie. Taką trudnością była matura, która decyduje o wyborze studiów, ale taką trudnością może stać się nasze własne zarzucenie ambicji na rzecz łatwego zarabiania własnych pieniędzy czy lepszej pozycji w towarzystwie.
Jest rzeczą oczywistą, że tej lekcji nie dało mi Ognisko, tylko pewne doświadczenie, jakim w tym wypadku jest moja wakacyjna praca. (Ognisko także nie nauczyło mnie dość skutecznie, że może zamiast oglądać "Grę o tron" powinnam czytać "Krótką historię teatru polskiego".) Te wszystkie lata spędzone w twórczym środowisku niezwykłych ludzi pokazały mi, że pomysł trzeba jeszcze umieć zrealizować, co nieraz bywa bardzo trudne, ale jest m o ż l i w e. Ba! Jest sednem sprawy, jej jedynym sensem. A wolę nawet nie mówić, czym w tej sytuacji jest pomysł na życie...
Nie znałam osobiście Doroty Wolskiej, ale w moim przekonaniu była to osoba, która oprócz tego, że cechowała się niecodzienną empatią, potrafiła podejmować ważne decyzje i angażować się w ich realizację całą sobą. Nagroda jej imienia, którą uhonorowano mnie 2 lata temu, w dalszym ciągu zobowiązuje mnie (i będzie mnie jeszcze długo zobowiązywać) do walki ze zwykłym światem w imię tych wartości i mam nadzieję, że będąc panią po 80-tce też będę mogła powiedzieć: "Byłam wierna sobie".

sobota, 21 czerwca 2014

Marcin Zbyszyński - Dwa dni, ktorych nigdy nie zapomnę



Pamiętam, gdy pierwszy raz przyszedłem do Ogniska. Zaprowadził mnie tam kolega. Nie do końca wiedzieliśmy, co to za miejsce i co nas właściwie czeka. Weszliśmy na zajęcia, naszym zadaniem było przygotowanie krótkiej scenki. Nie mieliśmy pojęcia jak się za to zabrać. Trudno więc dziwić się, że efekt naszej pracy okazał się żenujący. Było nam głupio, inne osoby z grupy śmiały się z nas. Marzyliśmy o tym, żeby jak najszybciej wyparować albo po prostu uciec z sali. Jednak nie uciekliśmy, bo była tam osoba, która potrafiła znaleźć w tym co pokazaliśmy masę pozytywów, każdego z nas pochwalić i docenić. Osoba, która pomagając nam z nieopisaną serdecznością sprawiła, że porażka momentalnie przemieniła się w sukces, a nasze twarze zapłonęły uśmiechem godnym tej osoby. Tą osobą była Dorota Wolska.
Kilka lat później przyszedłem na zakończenie roku. Staliśmy z kilkoma osobami gdzieś z boku. Przyszedł moment wręczania nagrody im. Doroty, której już z nami nie było. Rozległy się szepty i spekulacje. Nagle, ku memu największemu zdziwieniu usłyszałem swoje imię i nazwisko. Był to moment, którego nigdy nie zapomnę. Nie dlatego, że ludzie zaczęli klaskać, nie ze względu na ilość serdecznych słów, których na swój temat tego dnia wysłuchałem. Nie zapomnę tego dnia, gdyż był on dla mnie zobowiązaniem.
Nagroda im. Doroty Wolskiej to dla mnie doświadczenie, którego nie sposób się spodziewać. To zobowiązanie, które zdecydowałem się podjąć. Bo jeśli wręczona została mi ta nagroda, to znaczy, że ktoś mnie w ten sposób do Doroty przyrównał. A takie porównanie zobowiązuje. Bowiem za kilka lat tę nagrodę zaczną otrzymywać osoby, które Doroty osobiście nie znały. Znać będą za to laureatów tej nagrody, w ręce których powierzona zostaje nie tyle sama pamięć o Dorocie, co zarażenie innych jej podejściem do drugiego człowieka i otaczającej nas rzeczywistości.


sobota, 31 maja 2014

Martyna Filipowicz - Benefis


Pani Halina Machulska ma lat 85, wygląda na 62, w sercu ma ciągle 28, a imprezuje jakby miała 21! Dopiero co skończyła się jedna impreza – osiemdziesiąte piąte urodziny pani Machulskiej, a wczoraj odbył się Benefis pani Haliny, który miał miejsce w trakcie Światowego Kongresu ASSITEJ i specjalnej edycji festiwalu KORCZAK… Niejeden student może pozazdrościć takiego życia towarzyskiego.
Pani Halina to wspaniała osoba, dzięki której wszyscy mogliśmy się spotkać i ta magia, którą dostaliśmy w Ognisku niesie nas przez życie i dzięki…
– Serio Martyna? Naprawdę?
No dobra, to inaczej: wczoraj wychodząc na Benefis pani Haliny zostałam zapytana, czym jest Ognisko i zorientowałam się, że odpowiedzieć wcale nie jest łatwo.

W szkołach uczymy się jak pisać, czytać, dzielić, uczymy się historii, biologii, dowiadujemy się jak działa ciało człowieka i co jest stolicą Chile, ale ta wiedza to zdecydowanie za mało żeby wyruszyć w życie.
Ognisko to szkoła kreatywności – tu uczyliśmy się jak myśleć odwrotnie: jak zrobić z siebie kominiarza mając do dyspozycji tylko buty na obcasie, jak zrobić taką niespodziankę jakiej nikt nigdy nie widział. Scena nie musiała być na scenie – mogła być w lesie, a nawet na drzewach. Monolog dużo ciekawiej brzmi wygłaszany z kajaka. Odgrywanie różnych scenek nie trwa od – do, na scenie jesteśmy cały czas i nigdy nie wiesz czy koleżanka zwierza ci się właśnie z miłosnych przeżyć, czy przygotowuje monolog z „Trzech sióstr”.

Dla każdego inny moment był przełomowy i ważny, bo każdy z nas potrzebował czegoś innego. Dla mnie bardzo trudna była odpowiedź na pozornie banalne pytanie zadawane przez Zosię Dowjat – „co niesamowitego zobaczyłaś w tym tygodniu? Co ci się wbiło w pamięć?”.
Ognisko pozwoliło nam spenetrować takie części naszej duszy, w których dotąd nie byliśmy, ba! nie mieliśmy pojęcia o ich istnieniu. To szkoła bycia sobą, miejsce gdzie możemy zajrzeć w głąb siebie i dokładnie zbadać to, co w nas siedzi. I jeśli okazało się, że to nie jest klasowy prymus, to wcale nie było źle.
Nie jesteśmy dzisiaj aktorami. Przynajmniej nie wszyscy z nas. Ale jestem pewna, że Ognisko spowodowało, że jesteśmy w magicznych i wyjątkowych miejscach w naszym życiu. Bo jak raz się tego posmakowało, to nie można już pozwolić sobie na szarość i bylejakość.
Patrzyłam wczoraj na panię Halinę i myślałam o tym, ile ta jedna, piękna kobieta zmieniła ludzi. Na ile losów wpłynęła!
Pani Halina to wspaniała osoba, dzięki której wszyscy mogliśmy się spotkać i ta magia, którą dostaliśmy w Ognisku niesie nas przez życie. Po prostu.
A gdyby Zosia Dowjat spytała mnie dzisiaj, co niesamowitego mi się ostatnio przydarzyło, to odpowiedziałabym – benefis Haliny Machulskiej. Ponieważ siedziałam między osobami, których nie znałam, ale jak pani Halina skrzyżowała ręce do hymnu, to usłyszałam cichy szept „prawa na lewą” i już wiedziałam, że jestem wśród swoich. Więc wzięliśmy się za ręce i… przyznajcie sami, że naprawdę dobrze zabrzmiało.

środa, 28 maja 2014

czterowersy na 85 urodziny Pani Haliny


Płynę swoim statkiem poprzez gwiezdny pył,
Zabijam nudę kisielem z tubki i myślę, gdzie bym był
Gdyby nie pani Halina, co za kosmiczna kobieta!
Jej uśmiech to paliwo, na które lata rakieta.
Lecz pocisk to nie byle jaki, prawdziwie energetyczny!
Młody umysł niosący, i czysto artystyczny.
A jest to tylko jeden spośród bardzo wielu
Które kosmodrom "Ognisko" wysłał w wiadomym celu:
Kształtowania przez sztukę siebie i otoczenia.
A za tym cudem stoi Halina, steruje nasze marzenia!
Młodzi kadeci, dojrzali astronauci i starzy oficerowie
Nie ma znaczenia, bo we wszystkich ten sam ogień płonie
I umysł każdego tak samo otwarty Na kosmos, na innych, na łzy i na żarty.
I chociaż przedziwna z nas gromada, to trwamy lata i zimy
I nasze dusze są uratowane, przez jedną kosmiczną Panią.
Kochamy pokonywanie przeszkód i nie sprzedamy się tanio.
A łączy nas jedna rzecz i bardzo ważna: jesteśmy dziećmi Haliny!
Janek Zagdański


Do kraju tego, gdzie pestki wiśni
Na pięknej dłoni zwiastują spotkanie
I miłość śni...
Tęskno mi, Panie...
Czasem nie mamy siły, zatracamy wiary
Tracimy nadzieje na najmniejsze czary
Życie rysuje obraz jakby czarnobiały
Czujesz się jak okręt rozbity o skały
Wtedy przyjdzie ta pani - piękna to jest dama
Poda dłoń czule jak w "Stworzeniu Adama"
Uśmiechnie się, pomoże, coś miłego powie
Poprawi słomiany kapelusz na swej śnieżnej głowie
I pójdzie dalej szukać zagubionych ludzi
Zarazi ich dobrocią i życie obudzi
Jej imię nie Brat Wielki czy Freddie Mercury
Nie Benedykt XVI czy Jan Paweł II
To jest taka pani co szczere ma serce
Czyś mały czy duży pokocha cie wielce
Dla której zawsze - tak to tak, nie to nie
Otworzy świat twój szary na każde marzenie
Ona uczy miłości i prawdy przestrzegać
I o trzeciej w nocy możesz nań polegać
Nazywa sie Halina prosta to zagadka
Nauczyłaś mnie wiele - tyś dla nas jak matka
Michał Materna


Są takie dni w życiu każdego człowieka,
za którymi się tęskni i te, na które się czeka.
Może właśnie ten dzień taki będzie dla p. Haliny,
na co po cichu w głębi serca wszyscy tutaj liczymy.
Są takie dni w życiu każdego artysty,
kiedy ogromny aplauz wydaje się oczywisty.
Wtedy chce się powiedzieć coś inteligentnego, wzruszającego,
coś co sprawi, że każdy doceni dorobek twórczy artysty tego.
I choć to przepełnione szacunkiem, sympatią i podziwem to nadal brzmi, jak coś banalnego,
cóż, my i tak to powiemy: Pani Halino, WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
Maja Leszek


Dzięki tej twarzy, na której spokój był, jest i będzie
I dobroć, i rozumny uśmiech
Ognisko nasze nie żałuje sił,
Walczy i tworzy, i nie uśnie.
Pierścienie świetlnych lat nad nami,
Ziemia ojczysta pod stopami,
A Halina
W sercach, w myśli, na scenie
Ona w splocie ludzkich rąk
Z niej najmniejszy dzieciak czerpie
Z nią największy marzeń krąg.
Wstańcie ludzie, wstańcie wszyscy
My nowinę ślemy wam
Na miłości firmamencie Bliska Pani błyszczy nam.
Kuba Wysocki


Samotny astronauta dryfuje w próżni
Niczym jesieni pierwszy liść
Tyle, że czas się tu nie różni
Nie ma pór roku, wielkie nic
Jest tylko on i jego wspomnienia
Na przykład te z młodzieńczych lat
Gdy końcem jego świata był teatr
Ubrany w najpiękniejszą z szat
Ta suknia była pani Haliny,
Która o gwiazdach przypominała
Ale nie o tych z podniebnej gęstwiny
A tych, co zawsze w sercu miała
Nieogarnięty ów jest gwiazdozbiór
I tylko cześć go na afiszach
Mowa o ludziach, co po prostu
Z Ogniska wzięli swój styl bycia
Czy to poeta czy matematyk
Czy właśnie nasz kosmiczny piechur
Nie zapomnieli żadnej z praktyk
Ani dobroci pełnego uśmiechu
Więc patrząc w przestrzeń nie jest sam
Bo ktoś mu wpoił, co to piękno
I odkrył, że w próżni słychać ten dźwięk:
Przy pani Halinie słońca bledną.
Kamil Kwieciński


Płynie kometa o długim ogonie
A blaskiem ognisk tysiąca płonie.
Sunie kometa, tnie próżni ciszę
I choć astronom wzory rozpisze,
Choć mu popłyną strumienie potu,
darmo chce wejrzeć w przyszłość jej lotu.
On może myśleć, może zakładać.
Cóż gdy kometa nie da się zbadać?
Znacie człowieka na tej planecie,
lecz tylko myślicie, że coś o nim wiecie.
I wywlekacie biednego na nice
Na próżno: on ma tajemnice,
Jak ta kometa o nieznanym celu.
Dziś przeto pośród życzeń wielu,
Życzę spełnienia sekretnych marzeń:
Rozmów, podróży, momentów, wrażeń.
Mateusz Wysocki



sobota, 24 maja 2014

fragment wstępu do książki Haliny Machulskiej "Byłam wierna sobie"




Tadeusz Góralski, Góral:
Grudniowa zimna noc, drogi zasypane, samochód uwięziony w śniegu i dwóch rozmawiających mężczyzn. Ale to nie Stachura, nie Bieszczady, a samochód to nie ciężarówka przewożąca drzewo. To Warszawa, na Orlej i Witek Dziki, którego próbuję wyciągnąć z zaspy. Nie widzieliśmy się z osiem lat, dzielą nas co najmniej dwa pokolenia, ale wyciąganie samochodu poszło nam bardzo gładko, a kolejne dziesięć minut rozmowy jeszcze sprawniej – jak byśmy się wczoraj widzieli. Dla wychowanków Haliny (jak mówimy o naszej Pani Profesor Halinie Machulskiej), to normalne. Możemy się latami nie widzieć, możemy nie być z tych samych pokoleń, mogliśmy tylko przez chwilę spotkać się w Ognisku Teatralnym stworzonym przez Panią Halinę – lub w ogóle się w nim nie spotkać, ale na hasło że „było się w Ognisku” rozmawiamy jak byśmy byli znajomymi od zawsze i wczoraj widzieli się ostatni raz. Z czego to wynika? Z metody wychowawczej Pani Haliny, którą można określić bardzo prosto – być wiernym sobie ... a przy tym bez względu na to co się w życiu robi – robić to konstruktywnie. Bardzo proste i tak skuteczne, że udało się Pani Halinie w tej metodzie wychować około dwóch tysięcy młodych ludzi.
(...)
Gdy w 2003 roku przygotowaliśmy pierwszy zjazd ogniskowiczów, zakładaliśmy, że pojawi się może około sto osób, dotarło prawie tysiąc. A gdy zrobiliśmy to samo w 2012 roku w Teatrze Powszechnym, przybyło jeszcze więcej wychowanków Haliny – przyjechali dla niej. Dosłownie z całego świata. Ktoś wpadł na kilka godzin na spotkanie z Monachium, ktoś inny z Brukseli, ktoś z Nowego Jorku... itd. A krąg, który wtedy stworzyliśmy i odśpiewany hymn, był dla wszystkich przeżyciem niezwykłym.
(...)
Można się trochę zaniepokoić, gdy Jasiek Mikruta przestał być małym chłopcem i zaczął pracować jako korespondent wojenny, robiąc relację z najbardziej zagrożonych miejsc świata. Informacji o tragedii Nowego Jorku z 11 września dowiadywaliśmy się z przekazów telewizyjnych Małgosi Zawadki. A Euro 2012 to już relacja Julka Głuskiego. Nawet kanonizacji nie można przeżyć spokojnie, bo ma „węgierski” wymiar...


A ciąg dalszy w książce już wkrótce!

PS. od Ogniska:
2003 pierwszy ważny zjazd Ogniskowiczów, 2012 pełne niesamowitych emocji spotkanie w Teatrze Powszechnym i już w najbliższy czwartek 29 maja 2014 kolejna szansa na cudowne zanurzenie się w świecie Ogniska - benefis Pani Haliny Machulskiej. Nikogo nie może zabraknąć! W takiej chwili to naszą obecnością możemy zademonstrować Pani Halinie jak bardzo jest dla nas ważna. Tym bardziej, że cała książka świeżutko z drukarni już podczas benefisu:)