niedziela, 23 lipca 2017

Mateusz Rychlak - Miewacie czasami takie chwile?



Miewacie czasami takie chwile, że czujecie się bezapelacyjnie dobrze we własnej skórze? To takie przyjemne uczucie, kiedy nie znajdujesz błędów w swoim działaniu lub są one nieistotne i mało ważne. Otóż mnie zdarza się to wyjątkowo nieczęsto, a prawie nigdy wśród ludzi. Chociaż dość niedawno przeżyłem jedno takie doświadczenie. Było to w Serocku, w trakcie obozu Ogniska u Machulskich, piękne doświadczenia stamtąd wyniosłem, i wiem, że będę to dobrze wspominał, bo celem mojego życia jest mieć miłe wspomnienia na starość. Siedzę sobie przy śniadaniu, sześć herbat parzy się w filiżankach każdy dostał taką jaką lubi np. panna M. słodką bez cytryny natomiast pan T. dodaje dużo soku z cytryny, spoglądam za okno, słońce gra delikatnie wśród drzew a jego promienie gasną w gąszczu. Wiatr znad jeziora kołysze liśćmi, jest cicho, ciszę zakłócają jedynie codzienne sprawy kilku osób krzątających się po stołówce. Już niedługo zjawią się wszyscy na wspólne śniadanie. Czekam na to, bo przyjemnie jest sobie porozmawiać z miłymi ludźmi. Mijają spokojnie sekundy, niedosłyszalnie tyka zegarek na przegubie, potem wchodzą wszyscy, witają się, życzą sobie smacznego. W kilka chwil znika zaduma lipcowego poranka i zmienia się w ożywiony gwar porannych rozmów i lekko ziewających rozmówców. Dzień wyznaczony swoim rytmem idzie w zwyczajnym tempie ale nigdy nudno, zawsze znajduje się ciekawy nurt dyskusji lub pracy. Taki zwyczajny, wcale niewymuszony optymizm sięga zenitu przy kolacji, a często tuż przed nią. Potem całodzienny obserwator, niekiedy uczestnik zjawisk zachodzących w otoczeniu zamienia się w bacznego widza na widowni, który szuka odpowiedzi na pytanie: ,,Co oni chcą mi powiedzieć?". Czyżby można było tak wiele wypowiedzieć w tak nielicznych słowach? Poza tym czy to istotne ile chcesz powiedzieć? Zawsze mówimy tyle ile uznamy za stosowne. Wyszukując problemy ograniczenia słowa mówionego jesteśmy niewolnikami własnych umysłów, w których toną nasze niesformułowane werbalnie myśli. Gdy człowiek nie ma prawa wypowiedzi zgodnie ze swoim sumieniem szybko dusi się we własnych ramach, ograniczonych zakazem wyrażania myśli. Jednak gdy jesteś tam gdzie ja byłem, jedynym ograniczeniem jest zdrowy rozsądek i własna fantazja. Czy to nie wspaniały świat, gdzie można powiedzieć to co myślisz bez zadania Ci kłamu prosto w oczy? Oczywiście, że tak. Ale czy gdziekolwiek taki świat jest możliwy, gdy mamy dziś do czynienia z tyloma sprzecznymi poglądami nie tylko na sztukę czy politykę, ale nawet na to co należy ubierać w słoneczny dzień. W dzisiejszym świecie jesteśmy ograniczeni przez normy i standardy. Zatem ja, młody obywatel czterdziestomilionowego państwa z dostępem do morza informuję wszystkich, że elita nie zawiera się w ramach żadnej normy więc mam prawo tak jak każdy odbiegać od wszelkich norm, ciasnych poglądów i pariasów chcących klasyfikować sztukę. I znalazłem wtedy swój świat, gdy siedziałem o poranku z gorącą herbatą niosącą słodki zapach po cichej stołówce, zrozumiałem, że gdy jestem sobą daję innym dwie najcenniejsze rzeczy świata: uśmiech i miłość. Amo ergo sum.

sobota, 22 lipca 2017

Marta Szlasa-Rokicka - Szlachectwo zobowiązuje






Serock 2017. Jadąc na ten obóz nie oczekiwałam wiele. Oczywiście wiedziałam, że przeżyję coś niesamowitego, dwa tygodnie w równoległej rzeczywistości, w której najchętniej bym została. Ale to otrzymywałam zawsze. Moja podświadomość nie była aż tak pyszna, by podpowiadać mi, że będę kimś istotnym na tym wyjeździe, w zasadzie każdy jest tam równie ważny (chodź zalatuje to eufemizmem, wiem). Nie będąc komendantem, nie pełniąc innych obozowych funkcji (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi) miałam skupić się na tym co robiłam ja i trójka moich najbliższych przyjaciół. Nagle jednak okazało się, że był to mój pierwszy obóz ogniskowy, na którym tak wiele mogłam z siebie dać. Okazało się, że doświadczenia z poprzednich lat dały mi niezatarty obraz tego, co trzeba robić oraz czego unikać, obraz osoby, którą bez naciągania mogę nazwać Ogniskowiczem. Okazało się, że 3 lata to nie jest różnica dla przyjaźni i że wiedza teatralna zawsze zasługuje na rozgłos. Że mogę stać się dla ludzi jeszcze młodszych ode mnie (a nie czuję się specjalnie staro) mini-autorytetem na te dwa tygodnie oczyszczającego wysiłku intelektualnego. Zrozumiałam, bez szastania wielkimi słowami, jak bardzo Ognisko mnie ukształtowało. Całkiem zaskakujące było to, że największe oczekiwania padały nie ze strony instruktorów, których uznanie mocno sobie cenię, ale ze strony młodszych kolegów, będących na obozie po raz pierwszy czy drugi. Nie wiem czy umiem opisać do końca jakiej siły to daje, wiem natomiast co chcę przekazywać dalej, na każdym obozie, każdego dnia. Przekonanie że „to” jest coś więcej niż zabawa w teatr, niż otwarte głowy i jakakolwiek wiedza na temat sztuki. One są niesamowicie ważne, zwłaszcza w czasach gdy wszystko spłycane jest do formy emotikonów (niespodzianka grupy 4 dwa lata temu?). Ale na to mogą sobie pozwolić byle jakie zajęcia w jakiejś tam świetlicy. Oprócz tego wszystkiego chciałam przekazać moim „dzieciakom” (tak się drażniliśmy w naszej grupie przez ostatnie 2 tygodnie) dwa słowa, które dudnią mi w głowie odkąd weszłam do KMT. Szlachectwo zobowiązuje. Wdzięczności nie widać gołym okiem, i to chyba nawet dobrze, bo wyszłabym na desperatkę. Nie zmienia to faktu, że jest to chyba najwspanialsze zobowiązanie, jakie mogłam otrzymać.    

środa, 19 lipca 2017

Małgorzata Czerwień- Poza wymiarami



Stworzonko było tak małe, że się nie nazywało. Szeleściło jedynie w trawie. Pewnego wiosennego wieczoru spotkało Włóczykija. Tego, o którym tyle słyszało! Włóczykij, chcąc nie chcąc przeobraził niezauważalną egzystencję Stworzonka w prawdziwe życie. Wystarczyła jedna rozmowa, a Stworzonko zmieniło się w Ti-ti-uu ( z radosnym początkiem i trochę smutnym „uu” na końcu) i wraz z imieniem zyskało świadomość.
Tak rysuje się jeden z wątków sztuki, którą przygotowywałam z moją grupą na letnich warsztatach w Serocku. Wiem, że Muminki to nie bajka, bo chyba tak samo było ze mną.
Kiedy rok temu przyjechałam na obóz byłam właśnie takim Stworzonkiem. Ognisko mnie otwarło. Otwarło na świat, na nowe doświadczenia, na innych ludzi, ale przede wszystkim na samą siebie. To co podświadomie chowałam, powoli wydostaje się na zewnątrz, a ja się już tego nie boję. Chcę doświadczać, odkrywać, poznawać i tworzyć. Uciekam od tego co łatwe, wygodne i ogólnodostępne. Nie zgadzam się na taki świat. Chociaż droga ze świadomością jest często trudna, wiem już, że niezaspokojenie to najpiękniejsze co wydobyłam z siebie. Mam pewność, że właśnie tak chcę żyć - w sztuce, ze sztuką i dla świata.
Dzięki tej potrzebie działania początek lipca spędziłam w Serocku. Przed wyjazdem obawiałam się, czy starczy mi energii? Co jeśli oni nie potrzebują mnie tak bardzo jak ja ich? Wystarczyło, że zanim padły pierwsze słowa hymnu stworzyliśmy unisono, a ja byłam pewna, że chcę żyć z tą miłością. Tak, to jest właściwy czas, właściwe miejsce i właściwi ludzie.
„Nie masz pojęcia, tu się tak niewiele dzieje, a my tak dużo marzymy.”- tak Ti-ti-uu mówi do Włóczykija. To zdanie towarzyszyło mi ostatnio bardzo często. Dawno nie byłam na zajęciach i boleśnie odczuwałam brak ogniskowej energii i siły do działania.  Te dwa tygodnie to był właśnie mój czas, żeby korzystać i spełniać marzenia. Odważyłam się i zrobiłam pierwszy warsztat. Nie był on może wybitny, złożony, czy nad wyraz odkrywczy, ale bez wątpienia stałam się bogatsza i pewniejsza. Zbudowałam szczególną relację z osobą, z którą, choć znałam się wcześniej, nigdy dużo nie rozmawiałam. Dzieliłyśmy obawy, wzruszenia, frustrację i zachwyt, często tak silne, że nawet niewypowiedziane przenikały, kiedy siedziałyśmy obok siebie. Bardzo się cieszę, że miałyśmy szansę zanurzyć się w tych emocjach razem i dzielić się siłą i zrozumieniem. W ciągu dwóch tygodni musiałam odnaleźć się w innej roli, niż ta, którą przyjmuję na co dzień, przełamywałam bariery, pokonywałam niepewność i strach, uczyłam się.
Zwieńczeniem była fuksówka. Z jednej strony byłam przerażona, ale z drugiej nie mogłam się doczekać chwili, kiedy zapalę swoją świeczkę i dołączę do Koła Miłośników Teatru, które od prawie pięćdziesięciu lat łączy ludzi takich jak ja. Ludzi z pasją i miłością do życia. Wiem, że szlachectwo zobowiązuje. Tego dnia całe zmęczenie dwutygodniowym maratonem wyzwań i emocji ustąpiło. Była tylko nieopisana energia i radość. Od rana rosła gdzieś w środku, żeby wieczorem, w momencie odpowiedzi na najważniejsze pytanie rozlać się ciepłem po całym ciele. „Czy chcesz przez sztukę poznawać i kształtować siebie i swoje środowisko?” Tak.
Później wszystko zastygło we wspólnym uniesieniu. Stworzyliśmy własny mikrokosmos. Byliśmy poza czasem, przestrzenią. Poza wymiarami. I długo nie schodziliśmy na ziemię. Robiliśmy wszystko to, czego ludzie nie robią zbyt często w normalnych warunkach. Patrzyliśmy sobie w oczy i mówiliśmy piękne słowa, na które w świetle słońca często brakuje odwagi. Zdawało się, że księżyc nigdy nie zajdzie za horyzont.
Tyle inspirujących rozmów, spotkań i zdarzeń. Ciągła stymulacja myślenia, nieustannie wysyłane impulsy dobra i pobudzanie do działania. Wszystko to sprawiło, że do domu wracam w pewien sposób lepsza. Mam siłę, by nieść te piękne idee w świat!




wtorek, 18 lipca 2017

Gabriela Szmel - Serockie zaskoczenia


Jest siedemnasty lipca. Dwa dni temu wyjechałam z Serocka. To był już mój trzeci obóz z Ogniskiem. Myślałam, że wiele nowego mnie już nie spotka. Przecież na pierwszym obozie poznałam codzienny rozkład dnia, zrobiłam pierwszą sztukę i niespodzianki, pierwszy pokaz instruktorski oraz zobaczyłam po raz pierwszy fuksówkę na własne oczy, za to na drugim obozie wstąpiłam do KMT oraz wyreżyserowałam mój pierwszy warsztat. Uważałam więc, że tegoroczny obóz nie zaskoczy mnie niczym nowym. I jak to często w życiu bywa - myliłam się.
Pierwszy szok pojawił się przy czytaniu listy osób zapisanych na pierwszy turnus. Nie znałam prawie nikogo. Miałam nadzieję, że pojadą na obóz osoby, które znałam już z kilku wyjazdów, stało się jednak zupełnie inaczej. Okazało się, że jadą jedni z najmłodszych ogniskowiczów oraz osoby, które na ogniskowy obóz jadą po raz pierwszy w życiu. Trochę się tego bałam. Zawsze czujemy się mniej pewni w otoczeniu osób, które nam są obce. Martwiłam się więc tą sprawą aż do początku obozu. Myślałam o tym cały czas. Jak się potem okazało zupełnie niepotrzebnie, bo już po kilku godzinach od przyjazdu wszyscy okazali się wspaniali. Nie byli od starszych ogniskowiczów inni. Duchem ogniskowym, pozytywną energią  i kreatywnością byli prawie identyczni. Tak samo wrażliwi mili i zabawni. To mnie ożywiło. Wiedziałam, że po raz kolejny mam zaszczyt przyjechać do Serocka i spędzić te 2 nadchodzące tygodnie z cudownymi, pomysłowymi i niezwykłymi ludźmi. Wiem, że wyjazd z Ogniskiem to dla każdego z nas najlepsza rzecz jaką można zrobić w czasie wakacji.
Zaskoczeniem jest też zawsze odkrycie na nowo osób już trochę znanych. Tak stało się też w moim pokoju, do którego trafiłam z dwoma dobrymi koleżankami znanymi z cotygodniowych zajęć  w Ognisku. Wiedziałam mniej więcej jakie są i jak wygląda praca z nimi. Jednak obóz Ogniska to obóz Ogniska i wszyscy wiedzą, że wszystko, co wydaje nam się znajome. zamienia się na tym obozie w tajemnicę do odkrycia lub zbadania w inny sposób niż dotychczas. Koleżanki poznałam więc od zupełnie innej strony. Mówię tu nie tylko o poznawaniu suchych faktów i historii z ich życia (choć i te są imponujące i czasem trudno w nie uwierzyć), ale przede wszystkim wiem, że nigdzie indziej nie poznałabym ich w takich sytuacjach jak radzenie sobie ze zbitą butelką po olejku różanym, łapanie trzycentymetrowego szerszenia , wynoszenie z pokoju soku ze zgniecionych i zgniłych moreli, panika po otrzymaniu czterowersu do napisania albo robienie codziennych inwencji. To zdarza się tylko raz w życiu. Podsumowując ten wątek przyjechałam do koleżanek, a wyjechałam z przyjaciółkami.
Nauczyłam się też zupełnie nowych rzeczy, zarówno w grupie instruktorskiej, jak i tej losowanej, z którą pracowałam przez 2 tygodnie. Obie te grupy stymulowały mnie do działania i uczyły nowych form przekazu sztuki, rozwiązań teatralnych, metafor i sposobów wyrażania emocji na scenie. Wszystko to najlepiej zapamiętuje się właśnie w trakcie pracy, wśród ludzi, którym się ufa. Niesamowite jest też to, ile można czerpać od osób młodszych. Ich uwagi są zawsze szczere, celne i bardzo pomocne przy pracy i w zwyczajnej znajomości. Bardzo wszystkim za to dziękuję.
 Dużo nauczyłam się też w sprawach organizacyjnych. Nie da się bowiem ukryć, że wśród osób, dla których obóz Ogniska jest nowy, utrzymanie ładu i porządku staje się trudniejsze. Organizacja grup porządkowych musi być zatem perfekcyjna. Niestety trudno było nam nad tym wszystkim zapanować i jako grupa ponosiliśmy w tej dziedzinie liczne porażki. To jednak uczyło nas coraz to nowszych rozwiązań panowania nad dużą ilością osób oraz motywowało do dalszej pracy.
Zaskoczeniem była dla mnie też praca w KMT. Wyobrażałam ją sobie zupełnie inaczej. Raczej jako coś nudnego. Jednak przyniosła mi ona wiele satysfakcji i frajdy. Szczególnie ta nad przygotowywaniem wszystkiego do fuksówki (kto nie wie co to, musi koniecznie pojechać na obóz i sam przeżyć) i nad pokazem KMT. Były to chwile, których nigdy nie zapomnę.
Najpiękniejszy moment w tym obozie to był jednak sam dzień fuksówki, kiedy po roku na nowo uświadomiłam sobie, że należę do grupy niezwykłych ludzi, z którymi mogę dzielić się moimi porażkami i sukcesami. Należę do grupy ludzi, którzy są w stanie mnie zrozumieć. Należę do grupy ludzi, którzy czekają na mnie ze swoimi radami opartymi na doświadczeniu. Należę do grupy kreatywnych ludzi, którzy stymulują mnie do tego, żebym też była kreatywna. Należę do grupy ludzi wśród których jest mi niezwykle dobrze. Należę do grupy ludzi, którym ufam i wśród których czuję się bezpieczna. Szłam z nimi przez ciemny las w środku nocy i płakałam ze szczęścia, bo poczułam się jak mała Filifionka, którą grałam w sztuce zaledwie dzień wcześniej. Poczułam się wolna i bezpieczna zarazem. Przypomniałam sobie o tym, że muszę robić w życiu wszystko, aby przekazywać ludziom na całym świecie halinistycne idee, aby każdy z nich mógł żyć w takim błogim szczęściu jakie ogarnia każdego Ogniskowicza na fuksówce. Przypomniałam sobie, że ”należę do grona wybranych. Szlachectwo zobowiązuje”.



sobota, 15 lipca 2017

Amelia Judziewicz-Kalinowska - Dorosłość na letnich warsztatach


Gdy przekracza się pewne magiczne bariery wieku, łatwo zapomnieć jak to jest być dzieckiem. Pochłonięci pracą i codziennością łatwo - my dopiero co, ale już dorośli - tracimy lekką radość życia, gnuśniejemy i marudzimy na wszystko. Mamy głowy pełne pomysłów, ale ciągle coś nam przeszkadza w ich realizacji. I nagle pojawia się perspektywa wyjazdu na letnie warsztaty teatralne. Dwa tygodnie pracy twórczej, inwencji, niespodzianek i warsztatów dają porządnego, energicznego kopniaka! Spełniamy swoje małe marzenia - realizujemy projekty, farbujemy włosy na różowo, chodzimy całe dnie w wiankach na głowach. I znów świat staje się piękniejszy! Przynajmniej we mnie znów budzi się dziecko, dla którego każde wyzwanie jest do podjęcia i zrealizowania. Sprawy trudne już nie budzą negatywnych emocji. A to wszystko dzięki 13 niezwykłym dniom, twórczym instruktorom i wszystkim uczestnikom tej niezwykłej przygody, za którą wszystkim - bardzo serdecznie dziękuję!

niedziela, 18 czerwca 2017

Tomasz Klochowicz - Wywiad z samym sobą

„Jesteście orłami, nie zniżajcie lotów”
 – każdy wie kto




Wywiad z samym sobą
- czyli pytania, których nikt nigdy mi nie zada, a chciałbym na nie odpowiedzieć.
Twoje pierwsze wspomnienie z Ogniska?
Poza egzaminacyjnym stresem na samym początku, zapamiętałem szczególnie jedną chwilę. Niewielu już Ogniskowiczów pamięta czas, kiedy pani Halina nas odwiedzała podczas rozpoczęcia roku. Ja sam nigdy nie miałem okazji zamienić z nią słowa. Moim pierwszym wspomnieniem jest wybuch entuzjazmu. Spontaniczna owacja. Na scenę sali konferencyjnej przy Bartyckiej wychodzi uśmiechnięta starsza Pani. Cała sala stoi. Wszyscy wiwatują, krzyczą biją brawo, owacja trwa parę minut. Wtedy myślałem, że to tylko grzeczność. Że wszyscy chcą się „podlizać” założycielce Ogniska. Dziś wiem, że zawdzięczam tej osobie tyle, że sam zawsze stoję i wiwatuję, mimo, że tylko do kamery.
Co to jest Halinizm?
Każdy rozumie to trochę inaczej. Tu nie chodzi o to by definiować, ale by to czuć. Przyjaźń. Uczucie, które coraz bardziej w dzisiejszym świecie zanika, a jest tak fundamentalnym spoiwem społeczeństwa. Poczucie odpowiedzialności za grupę. Uczy „kochać pokonywanie przeszkód”, gdy wszystko się wali nie możesz się załamać, ale szukać rozwiązań, zawsze jakieś są.  Robienia czegoś, gdy jedynym wynagrodzeniem jest uśmiech drugiej osoby, czy słowo „dziękuję”. Tego uczy nas Pani Halina. Uczy nas współpracy uczy szacunku dla drugiej osoby. To, że ktoś gorzej sobie radzi na scenie czy w życiu, to nie znaczy, że trzeba go wyśmiać. Trzeba mu pomóc, zachęcić by próbował dalej. Nigdy nikogo nie skreślaj- mówi.
Co zmieniło w Tobie Ognisko?
Stałem się lepszym człowiekiem. Wrażliwszym. Mam dużo większą świadomość tego, co odbieram, co mi jest podawane jako sztuka. Oczywiście bardzo rozwinąłem się aktorsko i reżysersko, ale nie to jest najważniejsze. Ognisko nauczyło mnie jak żyć, od tego jest. To nie jest szkoła aktorska. Tu się uczy jak się przyjaźnić, tu się tworzy przyjaźnie, poznaje ludzi wrażliwych na sztukę, jak to ktoś powiedział „z taką samą chorobą psychiczną jak nasza.” Uczysz się jak zrobić wszystko by pomóc innym i że możesz na tych innych liczyć, bo oni Ci pomogą. Tak, człowiek halinistyczny lepszy jest od homo sapiens. Być dobrym człowiekiem, dawać szczęście sobie i innym to jest to czego uczy Ognisko.
Czym jest sztuka?
Ideą. Sztuka to Warlikowski, sztuka to Szekspir, sztuka to każdy ogniskowy warsztat. Sztuka to idea polegająca na współpracy. Współtworzeniu, by dać innym coś do zrozumienia, chwilę zastanowienia, czy dobrej zabawy. Nie chodzi o to by to było wielkie, ale by niosło za sobą wartość. Może się ona pojawić jedynie podczas tworzenia, a może wywołać łzy na publiczności. W Ognisku możesz się realizować w sztuce i nie tylko. Sztuka tworzy przyjaźnie. Daje siłę do działania. Nawet herbatę można zrobić tak, by była to sztuka. Wszystko zależy od punktu widzenia. Dla mnie, mam nadzieję, jest i będzie narzędziem do wypełniania słów przysięgi KMT. Ci co byli na fuksówce wiedzą.
Coś na koniec?
Kurtyna powoli się zamyka. Zagraliśmy ostatnie pokazy, zaraz zakończenie roku. Mojego ostatniego w Ognisku. Kiedy ogniskowo przeprowadzaliśmy wywiad z jedną ze znanych polskich aktorek- absolwentką Ogniska popłakała się. Dotarło do niej ile tu otrzymała. Ja płaczę już dziś, nie chcę odchodzić z Ogniska. Kurczowo trzymam się ostatnich chwil jakie mi tu pozostały. Nie wiem jak mam rozstać się z tym miejscem. Nie potrafię. Co chwilę muszę przerywać pisanie bo łzy zalewają mi oczy.
Pani Halino. Mimo, że nie znam Pani, jest Pani osobą, której zawdzięczam to, jakim jestem człowiekiem, stworzyła Pani miejsce, które przez sztukę kształtuje całe pokolenia młodych ludzi, którzy idą w świat z kreatywnymi i empatycznymi umysłami, sercami otwartymi na ludzi i oczami, które umieją inaczej spojrzeć na świat. Powiedzieć dziękuję, to nic nie powiedzieć.
Ze swojej strony obiecuję. „Nie będę jak zerwana nić. Nie będę powalonym drzewem.” Dostałem tu tak dużo, że jedyne jak mogę się wypłacić, to ponieść dalej ducha ogniskowego halinizmu. Zawsze chciałem zostać aktorem, dziś wiem, że nigdy nie będę nikim więcej niż Ogniskowiczem. Bo i kim więcej można być?  


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Miłka Skalska - Na urodziny Haliny!


„Klęska jest początkiem sukcesu, sukces jest początkiem klęski” - idę przez świat ze słowami Pani Profesor Haliny Machulskiej, odważnie i z ciekawością. Miałam szczęście być w Ognisku Teatralnym Haliny i Jana Machulskich. Uczestniczyłam w inspirujących zajęciach, grałam w warsztatach reżyserowanych przez kolegów i otarłam się o prawdziwą scenę.

Na mój pierwszy warsztat reżyserski wybrałam jednoaktówkę Samuela Becketta „Katastrofa”. Pracowaliśmy, mówiąc językiem dorosłych, po godzinach. Koledzy wspaniali. Tę naszą zabawę traktowaliśmy bardzo poważnie. Organizacja warsztatu to jest spore przedsięwzięcie twórcze i logistyczne. Zatrudnić aktorów, zaplanować próby, przygotować całą technikę, zrozumieć tekst i opowiedzieć kolegom czego się od nich oczekuje. Każdy chciał być oryginalny, odkrywczy, mieliśmy potrzebę mówienia o rzeczach ważnych… Trzeba było zaprosić Publiczność i oczywiście Instruktorów z Panią Profesor na czele…
Na co się porywam zrozumiałam gdy na tablicy ogłoszeniowej zawisł plakat zapowiadający moje przedstawienie… „KATASTROFA”…

Jak to dokładnie wyglądało? Emocje „przed” i radość z braw „po” wygrały ze wspomnieniami całego trudu organizacyjnego. Zrozumiałam, że warto być odważnym! Dziś wiem także, że dzięki głowie pełnej pomysłów dam radę w każdej sytuacji.

 Od dawna podziwiam odwagę Pani Profesor. Wychowywać młodych ludzi rozbudzając ich wyobraźnie, prowokując do samodzielnego myślenia, poszukiwania własnej osobowości i pielęgnowania w sobie tego, co wyróżnia z tłumu. Jak takie wolne głowy, pękające od pomysłów, zdyscyplinować? Do dziś się nad tym zastanawiam myśląc o Pani Profesor jak o pedagogu, który bierze odpowiedzialność za dziesiątki uczestników wakacyjnych obozów teatralnych. Co wyprawialiśmy? Wyobraźnia nastolatka nie zna granic!

Raz przyłapany na nocnej wędrówce kolega usłyszał cierpliwe pytanie: „A co ty tu robisz Arturze?”. „Idę od lodówki, bo zgłodniałem…” wymyślił prędko odpowiedź Artur. „A co by Twoja Mama na to powiedziała?” zapytała podchwytliwie Pani Profesor. „Jedz sobie synku, jedz.” 






Parę lat temu nagrywałam z Panią Haliną dla TVP odcinek programu „Jak podbić Warszawę”. Zjechaliśmy z naszą ekipą pół miasta, aby odwiedzić ważne dla Pani Profesor miejsca. W każdym z nich nagrywaliśmy rozmowę. Były wspomnienia, przemyślenia, dużo wzruszeń…  Gdy dotarliśmy pod wieczór na Bartycką… operatorzy kamer padali… A Pani Profesor, w formie olimpijskiej, miała siłę na to, aby nas suto nakarmić dwudaniowym obiadem. 








Kochana Pani Profesor! Z wdzięcznością myślę o Pani codziennie.
A dziś ściskam najmocniej i życzę 200 lat. Dzięki Pani świat jest piękny!!!

A to moja ogniskowa grupa!
góra, od lewej: Martyna Nitwińska, Anna Baraniecka, Graźka Bilińska, Jasio Dowjat, P.Prof Krystyna Chmielewska, Jelonka Rechnio, Jacek Lisiecki;
dół, od lewej: Anka Kozłowska mała, Angelika Wierniuk, Ania Gradkowska, Miłka Skalska