piątek, 17 kwietnia 2020

Małgorzata Czerwień - Latarnia morska




Mieszkam na bezludnej wyspie. Niewiele ma jednak wspólnego z pęcławskimi palmami, serocką plażą, ani akwarium w Wildze. Codziennie, prowadzona słońcem, okrążam ją wpatrując się w horyzont. Czuję się, jak na dnie klepsydry. Piasek odmierza kolejne dni, każdy podobny do poprzedniego, czasem tylko trochę gorszy. Czasem mnie przysypuje całkowicie i wydaje mi się, że już nigdy nie odetchnę, potem klepsydra się odwraca i zamyka mnie w szklanej, przezroczystej pustce. Wtedy wydaje mi się, że już wolę piasek, chociaż jest sypki, bez koloru, bezkształtny i suchy, ale zasypana marzę tylko o oknie ze szkła.  Często wyciągam szyję i mrużę oczy z nadzieją, że na horyzoncie coś dostrzegę, że coś przyciągnie mój wzrok.  Nie nadpływa żadna tratwa z rozbitkiem, chociaż wiem, że inni rozbitkowie są gdzieś tam na pewno. Żadnego ratunkowego helikoptera, ani promu, na którym życie toczy się normalnie. Nie wiem, co będzie. 

Jedyne, co mam to butelki i papier. Rozbitek powinien pisać. Najlepsze historie są zapamiętane dzięki temu, że rozbitek pisze. Nie ma lepszej okazji do pisania niż kiedy się jest rozbitkiem na bezludnej wyspie.  Niekoniecznie od razu to musi rozbitka  uratować. Powinien pisać dla potomnych. Powinien pisać.

Jestem trochę onieśmielona tą przełomową (albo tylko taką nam się wydaje, bo chcemy uczestniczyć w rzeczach wielkich) chwilą, ale posłusznie próbuję pisać.

Najczęściej listy w butelkach wrzucane w fale Internetu do rozbitków, którzy utknęli na własnych wyspach. Fale niezawodnie i bardzo szybko przekazują kolejne wiadomości. Wysyłam je codziennie, ale mam wrażenie, że rzucam na oślep. Zapominam twarzy, głosów, wspólnych wzruszeń z tymi, którzy jeszcze niedawno niepodważalnie bliscy, teraz stają się wyobrażonymi tylko rozbitkami na wyobrażonych wyspach. Zapominam się. Wokół tylko szumiące fale, których nie da się wyregulować jak radia. Nie słyszę głosów.  Nie widzę tych, z którymi rozmawiam, ale przyzwyczajenie wrzucania kolejnych butelek do wody jest wystarczające silne, żeby każde z nas podtrzymywało rozmowę. Czasami mam w głowie taki błysk, że rzucam się do wody i płynę, płynę i się spotykamy, ale rozsądek unieruchamia moje stopy piaskiem. Czasami mam dość fal. Gdyby zniknęły, zniknęłyby wyspy, moglibyśmy do siebie biec i się w końcu spotkać. Gdyby zniknęły, żadna butelka z wiadomością nie dobiłaby do właściwego brzegu.

Mam wrażenie, że to będzie najdziwniejszy - jak do tej pory - z moich wpisów na ogniskowym blogu. 

Wczoraj doświadczyłam najdziwniejszych zajęć Ogniskowych, na jakich miałam szansę się znaleźć. Dla mnie Ognisko zawsze wiązało się z podróżą. Pamiętam wszystkie sobotnie poranki w pociągach, kiedy mój wzrok był jednocześnie dalej zaspany i gotowy na chłonięcie wszystkiego co wokół. Pamiętam kilkugodzinne podróże samochodem z bagażnikiem pełnym najdziwniejszych rekwizytów, które w obozowym szaleństwie są niezbędne,  i z głową pełną pomysłów na wspólne twórcze działania. Tym razem wystarczyło kliknąć w link i już. Teleportacja. Zrozumiałam, że chociaż często marzyłam, żeby odległość między moim domem a Warszawą magicznie stopniała, to jednak bardzo te podróże lubiłam. Kliknęłam. I już. Wokół pełno znajomych, serdecznych twarzy.  Obok punkowego koncertu transmitowanego na Facebooku to było jedno z najbardziej bizarnych doświadczeń ostatniego miesiąca. Wszystko mnie zdumiewa, ale nie chcę przywyknąć. Najbardziej boję się przywyknąć do dystansu.

Wczoraj pierwszy raz od dawna nie odbiłam się od ekranu. Początkowy zachwyt ilością filmów, spektakli, oprowadzań po galeriach, koncertów, wywiadów - dostępnych teraz na wyciągnięcie myszki - już od kilku tygodni mnie przytłacza i smuci. Bezdotykowe ekrany przerażają. Jednak  tym razem zatopiłam się w tej serdeczności, w opowieściach o ważnych lekturach i przypomniałam sobie, że w pokonywaniu tej przeszkody też mogę znaleźć coś, co pokocham. Utknęłam w zaczętych projektach, które zostały wstrzymane; w niejasnych znajomościach, które zacierają się w wirtualnych falach; w rozkroku między planami “dorosłego życia”, które miało się zacząć po maturze, a domem… I nie pozostaje nic innego niż wziąć głęboki oddech i z tego rozkroku nauczyć się robić szpagat, a potem znaleźć kolejne wyzwania. Może odkryję nowy talent?

Widząc tyle ważnych dla mnie osób, ogniskowych przyjaciół, instruktorów, zrozumiałam, że nas - rozbitków - jest więcej. Że potrzebujemy swoich listów w butelkach, musimy pisać do siebie o tym, co faluje - wokół i w nas. I już mniej się boję, bo mam przeczucie, że po wszystkim, znajdziemy latarnię morską, która pomoże nam obrać właściwy kierunek i spotkamy się - tak naprawdę - na jednej z plaż.


wtorek, 31 marca 2020

Bianka RuBi Rucińska - W zaistniałej sytuacji...







W zaistniałej sytuacji odwołujemy... W zaistniałej sytuacji zamykamy... W zaistniałej sytuacji wyłączamy, anulujemy, przerywamy, usypiamy...
W zaistniałej sytuacji z takimi początkami zdań spotykamy się praktycznie na każdym kroku, których i tak robimy bardzo mało. Na szczęście jednak nie wszystko usypiamy. #nieusypiamywyobraźni. Ten hashtag od jakiegoś czasu widnieje na facebooku i instagramie Ogniska oraz w głowach kreatywnych Ogniskowiczów. Od samego początku samoizolacji Ognisko pracuje zdalnie i pozwala nam rozwijać swoją wyobraźnię indywidualnie, nie wychodząc z domu, a nasze ostatnie projekty były bardzo rozwijające.
Ognisko na ogół jest o tym, żeby być sobą i po swojemu. Ale czy to znaczy, że czasem nie można być kimś innym po swojemu? Otóż: w Ognisku mogę wszystko! Dwa z trzech naszych epidemicznych projektów na tym właśnie polegały. Zamieniamy się w kogoś innego, w jakąś znaną postać, i odtwarzamy ją po swojemu.
W pierwszym projekcie miałam okazję być Jackiem Malczewskim malującym obraz „Hamlet polski” (obraz w wykonaniu uwięzionej ze mną rodziny). Przy obrazie cała rodzina była zaangażowana w pracę. Każdy szukał dla siebie kostiumu i razem ustawialiśmy aranżację. Zeszło nam na tym może z godzinkę i bawiliśmy się świetnie.



Drugą postacią, w którą się wcieliłam, był sam Król Rock’n’Rolla. Zabawa z Elvisem Presleyem była jeszcze ciekawsza od Malczewskiego. Uczenie się jego ruchów, tekstu piosenki i skopiowanie jego stylu (co wcale nie było proste, mimo, że jest on tak ikoniczny) zajęło mi cały dzień. Potem, razem z Tatą, zachwyconym możliwością choćby otarcia się o pracę sceniczną podczas kwarantanny, ustawiliśmy całe studio nagraniowe. Po nagraniu (i zmyciu z włosów 2l lakieru) zakończyliśmy dzień  filmem - dla odmiany filmem Elvisa :) Obejrzeliśmy „Follow that dream” czyli „Dogonić marzenie”. Swoją drogą fajny film, polecam.
Tak więc, w zaistniałej sytuacji nie panikujcie, #zostańwdomu i szukajcie ciekawych wyzwań. Macie przecież czas.




środa, 18 marca 2020

Lidka Wołk-Karaczewska (Kucza) - Zaczęło się od "Dużej Pchły"





Do „Dużej Pchły” przywiódł mnie w 1972 roku udział w konkursie recytatorskim, którego jurorka Halina Machulska zaproponowała mnie, wówczas 14-letniej uczennicy warszawskiej SP nr 10, swoje opiekuńcze skrzydła. I tak zaczęła się ta cudowna przygoda! Trafiłam do zespołu skupiającego tak fantastyczne osoby jak Bogdan Szczesiak, Wojtek Królikiewicz, Małgosia Modrakowska, Iwona Nawrocka, Monika Kaźmierczyk, Piotr Runowski, Janusz Zadurowicz, Ewa Gąsiorowska. W większości byliśmy dzieciakami z Ochoty. Statystowaliśmy w „dorosłym” przedstawieniu TO – „Uciekła mi przepióreczka”, dumni, że możemy pokazać się z naszymi aktorskimi idolami, dyżurowaliśmy w Teatrze podczas spektakli, ale przydawaliśmy się i na co dzień, w drobnych sprawach, które były do załatwienia i ogarnięcia. Było zupełnie naturalne pomagać tam w wolnym czasie. Pani Halina opracowała z nami pamiętną „Pchłę Szachrajkę”. W roli tytułowej produkowała się wówczas moja klasowa koleżanka, drobniutka Iwonka Nawrocka. Później pracowaliśmy nad fragmentami „Ślubów panieńskich”, które pokazywane były tu i ówdzie. Bardzo leżała mi postać Klary, nad którą mocno pracowałam. Na obozie w Nidzicy zrecenzował nas wielki Bohdan Korzeniewski, który obejrzane sceny skwitował uwagą rzuconą do pani Haliny, że w „Ślubach” należy obsadzać właśnie nastolatki, a nie zmęczone życiem matki dzieciom, targające siaty z zakupami… Ależ byliśmy wtedy dumni! Żałujcie, że nie dane Wam było zobaczyć Wojtka Królikiewicza w roli Gucia, zawzięcie toczącego słowne boje z Radostem (Bogdanem Szczesiakiem)! Zderzono nas także z rzeczywistością telewizyjną, albowiem z satyrycznym spektaklem „Co o was myślimy” zaproszono nas do słynnego „Ekranu z bratkiem” do pana Zimińskiego na Woronicza. To była jeszcze telewizja na żywo, więc graliśmy nasze scenki, które szły od razu na antenę. Zdarzyła nam się wpadka tekstowa, ale chyba nikt poza nami jej nie zauważył… A zawsze i wszędzie czuwała nad nami pani Halina, surowa i kochająca zarazem.
To był taki czas bez smartfonów, kilkudziesięciu kanałów telewizyjnych i wszystkich innych pokus, ale mieliśmy siebie. Byliśmy paczką przyjaciół, spędzającą ze sobą cały wolny czas, nawet wakacje. Siedzieliśmy na dyżurach w teatrze, chodziliśmy na basen Gwardii, zawieraliśmy między sobą braterstwo krwi…

Z zachwytem wpatrywaliśmy się w starsze koleżanki i kolegów, którzy tyle wiedzieli o teatrze, o świecie, o życiu… Do dziś pamiętam głos Andrzeja Pitrusa – „Konia”, niezwykle zdolną Zosię Badowską-Manowiecką, „Kurczaka”, Danusię Szczukę, Honoratę, Grażynkę Krokowską-Żaczek (naszą dzielną i czasem groźną „komendantkę”), panią Ewę Arcinowską, projektującą scenografię, a w chwilach wolnych malującą nasze olejne portrety. Z przejęciem ćwiczyliśmy świeżo skomponowany hymn KMT do wiersza Szymborskiej „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej”; dużo zresztą śpiewaliśmy. Pamiętam, że bardzo przejęci byliśmy wizytą Adama Hanuszkiewicza i Zofii Kucówny na obozie. Mam przed oczami obrazki z plenerowych prób młodziutkiej Ani Judy i Tadzia Kosikowskiego do „Romea i Julii”, którym my obozowicze mogliśmy się przyglądać. Pękaliśmy ze śmiechu oglądając występy kabaretu „Pod Pachą”, w którym produkowali się Julek Machulski, Rysiek Zatorski, Tomek Budyta. Na półkach stoją zdobyte na obozach książki ze wzruszającymi wpisami innych uczestników. Wspomnień z tych pierwszych lat jest tak wiele, że nie sposób ich ująć w krótkiej formie.

W późniejszych latach nasze drogi się tu i ówdzie przecinały. Julek Machulski studiował reżyserię dwa lata wyżej ode mnie w łódzkiej filmówce, z Rysiem Zatorskim byliśmy na tym samym roku reżyserii, z Wojtkiem Królikiewiczem równolegle – on na wydziale aktorskim. Tomek Budyta – mój ówczesny idol (o czym nie wiedział, bo byłam nieśmiała) – był na fantastycznym aktorskim roku rok wyżej od nas. A później spotykaliśmy się czasem w pracy zawodowej. Może Bogdan Szczesiak pamięta, jak Zofia Dybowska-Aleksandrowicz zaangażowała go do postsynchronów do serialu „Przyłbice i kaptury”, w którym pracowałam jako drugi reżyser, i spotkaliśmy się w studiu w Warszawie? Z Piotrem Runowskim mam kontakt do dziś, dzwonimy czasem do siebie. Po 48 latach!
Życie nie szczędziło mi zakrętów i pod koniec lat 80. z konieczności musiałam pożegnać się z moim ukochanym filmem. Dziś zajmuję się czymś zupełnie innym – jestem tłumaczką wyspecjalizowaną w niemieckim języku prawniczym. Ale w Teatrze Ochoty, w Kole Miłośników Teatru, w „Pchle” zawsze wpajano nam, że cokolwiek robisz, możesz to robić po prostu dobrze, w tym twoje całe bogactwo. I wiecie co? Chyba wszyscy się tego trzymamy!

I trwa ta sztafeta pokoleń – cudowna Zuzia Falkowska jest wszak córką Ewy Krawczyk i Konrada Falkowskiego, wychowanków Teatru Ochoty i KMT. Moja córka Nina, zachęcona opowieściami z przeszłości, sama jako 15-latka po egzaminie trafiła do Ogniska, prowadzonego już przez wychowankę pani Haliny Anię Kozłowską, i została w nim przez trzy lata. Byłam szczęśliwa, oglądając jej warsztaty reżyserskie i wprawki aktorskie na obozach! I to Ognisko też już na zawsze w niej zostanie…


Ściskam wszystkich członków rodziny Machulskich – wszyscy do niej należymy!
Lidka Wołk-Karaczewska (Kucza)



wtorek, 18 lutego 2020

Alicja Rasztawicka - Ot tak, z miłości!



Przez ostatni tydzień tak bardzo emocjonalnie związałam się z Pęcławiem, że nie mogę przestać o nim myśleć. Mam w głowie tylko warsztaty, inwencje, niespodzianki, a przede wszystkim każdego Ogniskowicza, który przez te parę dni przebywał razem ze mną w tym magicznym miejscu... Zastanawiam się co się we mnie zmieniło, co się właściwie stało - i już chyba wiem.
Ja się po prostu zakochałam.
Jadąc na obóz, spodziewałam się wiele, ale nie sądziłam, że te 7 dni aż tak zmieni moje postrzeganie rzeczywistości. Poznałam mnóstwo wspaniałych Ogniskowiczów, nawiązałam piękne, szczere relacje. Mam za sobą mnóstwo inspirujących rozmów - o życiu, o sztuce, o najprostszych i najtrudniejszych sprawach. Pamiętam jak bardzo stresowałam się moim warsztatem. Bałam się, że nie spełni moich oczekiwań, że zawiodę i siebie i innych... Teraz wiem, że to wszystko było zupełnie niepotrzebne. Bardzo ważny była ta zmiana, która nastąpiła we mnie przez tę parę dni. To, że wtedy, kiedy było mi bardzo trudno, okazywało się, że nie ma przeszkody nie do pokonania, że za każdym razem podchodził ktoś, kto może mi pomóc. Kto poda mi rękę i po prostu się uśmiechnie. Bo to naprawdę dużo daje. Mam wrażenie, że stałam się częścią jakiejś magicznej wspólnoty. Jestem gdzieś, gdzie każdy jest inny, ma inne pasje, chodzi do innych szkół. A jednak przez ten jeden tydzień wszyscy spotkaliśmy się i... tworzyliśmy. Myśleliśmy. Rozmawialiśmy. Śniliśmy, śmialiśmy się.
A teraz. Muszę odnaleźć się z powrotem w normalnym życiu, pozostawić pęcławskie chwile za sobą. Ale to wcale nie jest łatwe. Ten czas pochłonął mnie, zachwycił. I nie mogę przestać o nim myśleć. Chciałabym przenieść się w czasie i choćby na chwilę wrócić pod pęcławskie palmy. Przeżyć jeszcze raz choć jeden z tych magicznych dni. Gdyby tylko było to możliwe. Ale wiem, że ta ogniskowa miłość, której doświadczyłam, zostanie ze mną do końca życia. I nie przestanę teraz wcale myśleć o Pęcławiu, nie... Po prostu tą wrażliwość, która otrzymałam od Ogniskowiczów w prezencie, będę wykorzystywać każdego dnia.
Ot tak, z miłości!

poniedziałek, 17 lutego 2020

Benedykt Chromiński - Zrzućmy maski, zejdźmy ze sceny




„Nie musimy się zgadzać ze sobą. Nie musimy się rozumieć. Niezrozumienie może się nawet wiązać z szacunkiem. Mam tylko takie drobne i mało znaczące wrażenie, że rozumiem was bardziej niż wy mnie. Nasze drogi nigdy nie będą takie same."
Ten dość smutny wstęp prowadzi mnie do odpowiedzi na pytanie: ile każdy ma w sobie oblicz, których nie rozumie i których nigdy w sobie nie dostrzeże. Dlaczego czasem człowiek decyduje się zmienić tor wydarzeń w swoim życiu stając się niczym innym jak wielką formą nieszczerości.
Rok temu musiałem sobie odpowiedzieć na wiele pytań w sprawie Ogniska. Ten rok pokazał mi jak wiele dało mi Ognisko Teatralne i jak bardzo ukształtowało we mnie ludzkich odruchów. Moja ogniskowa siła dała mi możliwość przetrwania w życiowych tragediach. Rok 2019 był wielkim huraganem kończącym się skromną nadzieją, że kolejne zimowisko da mi kolejną odpowiedź. Na nic innego nie czekałem.
Jestem teraz napełniony różnymi refleksjami i te przemyślenia spisane na blogu są całkowicie szczere, bowiem mottem szczerości jest ,,wyjście ze sceny w odpowiednim momencie".
Scenę opuściłem na warsztacie Konrada, którego scenariusz interpretować można na wiele różnych sposobów. Można powiedzieć, że ten moment był moim osobistym zakończeniem obozu w Pęcławiu. Scena 3 ,,Listu perfumowanego" przewijała mi się przez cały czas, pracując, ucząc się czy rozmawiając z ludźmi. Coraz więcej mogę powiedzieć o człowieku, kiedy z nim porozmawiam tylko chwilę. Coraz mniej jest we mnie nieszczerości, coraz więcej jest we mnie poczucia ogniskowego spełnienia.
Rok temu postawiłem pierwszy krok ku zmianie położenia w moim życiu. Dzisiaj muszę się zastanowić czy nie zrobić kroku w tył. Cofnięcie nie oznacza poddania się czy ucieczki. Moim zdaniem jest równoznaczne z ominięciem przeszkody na torze. Można przecież jeszcze skierować się w bok. Chciałbym mieć wyznaczony cel, nadal liczę, że wyznaczy mi ją życiowa droga, która coraz bardziej kształtuje mnie jako człowieka.
Wiele ludzi widzi we mnie smutek, ludzką tragedię i melancholię. Mogę powiedzieć o tym otwarcie, że zawsze byłem w podobnym stanie, tylko teraz umiem to okazać i z tego wyjść. Liczę, że warsztat Konrada pokaże mnie jako człowieka schodzącego ze sceny, łamiącego kanon, kierującego się na nowy tor. Nowej obserwacji innych na mój uśmiech, moje spojrzenie. Na moje życie.



Angelika Olszewska - Dwie premiery jedna pasja



Po-weekendowo po-premierowo…
Piątek wieczór. Stoję na scenie, trzymając razem z Maciejem Kałachem różowe prześcieradło z napisem „Zatrzymaj się albo odejdę”. To kluczowa scena monodramu „O co biega kobietom”, który napisałam wspólnie z Maćkiem, z którym to przez parę miesięcy wysyłaliśmy sobie regularnie teksty, pomysły, konsultowaliśmy, analizowaliśmy kolejne monologi, postaci… Bawiliśmy się. Tak jak w Ognisku. Szesnaście lat temu. Ile??! Sama nie mogę uwierzyć. Ale tak, z Maćkiem poznaliśmy się szesnaście lat temu na letnich warsztatach teatralnych w Osuchowie, gdzie ja byłam świeżo upieczoną Ogniskowiczką mającą lat 14, a Maciek początkującym studentem, 7 lat starszym, ale już nieźle obeznanym „wyjadaczem obozowym” – czyli po prostu świetnym dramaturgiem, laureatem kolejnych edycji „Szukamy polskiego Szekspira”.
I to wszystko staje mi przed oczami, kiedy Maciek staje razem ze mną na scenie. Śmiejemy się potem, że to był jego sceniczny debiut… W końcu do tej pory zawsze „występował” w napisach tylko jako dramaturg, a przez ostatnie lata, najczęściej jako dziennikarz „Gazety łódzkiej”, w której jest bardzo ceniony za swój talent i… niebanalne poczucie humoru. Poczucie humoru, które połączyło nas podczas wspólnej pracy przy niespodziankach, inwencjach, czy – uwaga! – dodatkowym spektaklu, który zrobiliśmy całkowicie z własnej inicjatywy na obozie w Osuchowie w roku 2004. Była wtedy z nami w grupie niezapomniana Dorota Wolska, która nakręcała nas swoją energią do działania – pamiętam,  że niektórzy śmiali się wtedy z tej naszej „nadambitnej” grupy: nie dość, że dni porządkowe, że niespodzianki, to… Ta grupa wymyśliła sobie jeszcze dodatkowy spektakl a la commedia dell’arte. A ja do tej pory mam w ustach smak mąki, w której się cali umorusaliśmy – był to oczywiście element charakteryzacji... I mam przed oczami niebieską tablicę ze zdjęciami z tego właśnie obozu, która przez długi czas wisiała na korytarzu, jeszcze w naszej starej siedzibie – na Bartyckiej.
Co było najpiękniejsze podczas tych obozów? Ta zupełnie niczym nie skażona, czysta pasja tworzenia teatru i to, że właśnie za tę chęć byliśmy „nagradzani”. I nam to sprawiało niebywałą przyjemność. To spacerowanie osuchowskimi alejkami, szwędanie się po ogrodzie i zastanawianie, gdzie by można było zrobić niespodziankę, o której nikt jeszcze nie pomyślał… I jedno wspomnienie z tego czasu też jest we mnie w tym momencie bardzo wyraźne – kiedy spacerowaliśmy razem z Maćkiem (poszukując inspiracji 😉 i zobaczyliśmy kawał pustego basenu. Maciek wpadł na pomysł, żeby zrobić spektakl o chomikach, które są tam uwięzione jak w klatce. Ten pomysł na pewno był jeszcze o wiele ciekawszy i mądrzejszy, ale tyle z tego zapamiętałam…
A co zapamiętałam najbardziej z tego obozu? Że jeśli się bardzo chce, to pomimo przeciwności, można razem stworzyć coś pięknego. I ta nauka zawsze wraca, jeśli już raz jej zawierzymy. W naszym zawodzie nieustannie napotykamy trudności. Ale co pozwala nam je zwalczyć? Wiara w to, co robimy oraz przyjaciele, którzy nas wspierają. A na mojej drodze artystycznej nieustannie spotykam przyjaznych ludzi… Ludzi, których poznałam właśnie w Ognisku Teatralnym „U Machulskich”. I muszę dodać, że to halinistyczne „Pokochaj pokonywanie trudności” nieustannie do mnie wraca. Szczególnie, odkąd zaczęliśmy razem z mężem Mateuszem Olszewskim, którego przecież również poznałam w Ognisku😉 tworzyć własne projekty. Ale jeśli przy takim wspólnym projekcie, pojawiają się kolejne, dobre dusze, chcące pomóc i razem coś stworzyć, to wszystko zaczyna nabierać odpowiedniego kształtu i kolorytu.
Wymyślić, że napisze się razem sztukę jest dosyć łatwo. („Nie sztuką jest mieć pomysły, sztuką jest umiejętność ich realizacji”- a to zdanie odbijające się rykoszetem, przez lata wisiało na tablicy korkowej Bartyckiej.) Faktycznie napisać tę sztukę – no, to już jest trochę trudniejsze. Ale wyprodukować sztukę, którą się razem napisało, zrobić premierę w teatrze i zebrać na każdy spektakl ponad komplet widowni (a w tym akurat znów pomogła nam nasza była „uczennica” z Ogniska – niezastąpiona Agata Przygodzka, projektująca niezwykłego uroku grafiki do ulotek i plakatów), to…. To już jest coś, co nazywam spełnieniem marzeń, bo „marzenia są czymś, co jest w zasięgu naszych możliwości, ale trochę przekracza” (o.A.Szustak). I to właśnie się wydarzyło. Po raz pierwszy wydarzyło się to w we wrześniu w Teatrze Nowym w Łodzi, gdzie premierowaliśmy w „Scenie pod sufitem”, a następnie w Warszawie, w „Promie Kultury”, w którym to 7 lutego odbyła się nasza premiera warszawska.
Co było dla mnie w tym wypadku największym wyzwaniem? Technika – czyli dźwięk i muzyka, bo to „konik” mojego męża, który dzięki studiom reżyserskim ma to wszystko „w małym palcu”, a dla mnie to prawie „czarna magia”… Ale tak się złożyło, że dokładnie w tym samym dniu, Mateusz miał próbę generalną przed swoją premierą „Oskara i Pani Róży” w Teatrze L. Solskiego w Tarnowie, gdzie… Znów pracował „z ekipą ogniskową”. Za muzykę odpowiadała niezastąpiona Zuzia Falkowska, a główną rolę grał nasz ogniskowy „zdolniacha” – Filip Kowalczyk. A dyrektorem teatru jest Marcin Hycnar, który kiedyś również był na obozie w Osuchowie jako młody dramaturg. Więc w zasadzie mieliśmy dwie premiery w jeden weekend, i to w różnych miastach… A jak jeszcze dziecko zachoruje (to mi było trudno sobie wyobrazić za czasów, kiedy jeździłam na obozy😉, a Ty przecież nie odwołasz spektaklu i musisz stanąć na wysokości zadania: dogadać się z akustykiem i oświetleniowcem, nawet jeśli nigdy w życiu nie posługiwałaś się „ich językiem”…) I co było najzabawniejsze z całej tej sytuacji – to właśnie „problemy techniczne” okazały się w tym wypadku największym atutem. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, że akustyk i elektryk spóźnili się na spektakl… I z tego spóźnienia powstała zupełnie nowa, improwizowana scena „rozgrzewki” przed biegiem (osią spajającą fabułę jest 10-kilometrowy bieg, na którym spotykamy kolejne postaci). W życiu nie widziałam tylu ludzi w garniturach i garsonkach, ochoczo biorących udział w zbiorowej rozgrzewce. A potem sobie uświadomiłam, że tego właśnie uczyła nas Halina Machulska. Działania „tu i teraz”, korzystania z okoliczności, które nas czasem zaskakują.
I tylko takie wyzwania, to pokonywanie własnych ograniczeń to jest coś, co sprawia, że się rozwijamy. I tego też nie można nigdy odpuścić. Nie można siąść na laurach, powiedzieć „ to już umiem”. W momencie, kiedy aktor uzna, że już nie musi szukać, kończy się jego aktorstwo. I to chyba też powtarzał jeden z instruktorów. Jakub Kamieński?... Chyba tak. On był zawsze „tu i teraz”, nawet w swoich barwnych opowieściach z życia aktora, których z lubością słuchaliśmy na zajęciach.
A „O co biega kobietom” gram już w ten piątek w Starych Babicach i… Nawet powiedziałam Mateuszowi, że teraz już dam radę sama. Ale on przyjedzie. Bo jeśli tylko może, stara się mnie wspierać. I to jest też coś, co wynosi się z Ogniska…

Na koniec chciałabym chyba powiedzieć dwa słowa: ”Halino, dziękuję.” I dziękuję w imieniu tych wszystkich, których spotykam na swojej drodze artystycznej i którzy są tak wspaniałymi ludźmi. Gdyby nie Halina, pewnie by nas tylu aż nie było „z tej mafii” – jak mawiają niektórzy 😉. A jeśli już w niej jesteśmy, to mamy jedno, ważne zadanie. Nieść dalej te wartości, które wynieśliśmy „naście”, niektórzy „dziesiąt” lat temu, wchodząc do kręgu „KMT”, bo to „szlachectwo” naprawdę zobowiązuje. 



niedziela, 16 lutego 2020

Helena Tokarz - Na wyspie



Na wyspie

Niezapisane chwile
Niezapisane myśli
Niezapisane motyle
W głowie je jeno wyślij
W miejsce w naszej krainie
w której czują się wszystkie
Jakbyśmy byli czyści
I czystą mieli kartę
Jak łąka i kwiaty otwarte
Jest miejsce na piękno dobroci
Na łzy wrażliwości człowieka
Tu nikt nie ozłoci nikogo
Kto tylko na złoto czeka
Tu połamane serca
Poobijane kolana
Od rana aż do wieczora
Młoda fantazja uśmierca
I chociaż czasem chcę uciec
Do starych dobrych koszmarów
To nie chce być tutaj krócej
Bo tu jest mi zawsze mało
Niezapisane chwile
Niezapisane myśli
Niezapisane motyle
Ten sen tak się pięknie przyśnił
I skończył się pięknie także
I on się już mnie nie zlęknie
I będzie zakłócać jaźnię do końca
do ostatniego zachodu słońca