sobota, 26 marca 2016

Anna Kozłowska - na Dzień Teatru powrót do źródeł

Osuchów 2004, fot. Adam Biernacki
Kto nauczył mnie teatru? Nieskończona lista nazwisk. Gdzie? W tylu atrakcyjnych miejscach. Ale przede wszystkim u Machulskich. Tylu wspaniałych ludzi dołożyło barwne 5 groszy do mojej artystycznej edukacji. W przededniu Dnia Teatru wracam do źródła. Do budynku na Reja, gdzie wówczas działali Halina i Jan Machulscy. Tam gdzie w ramach bycia Ogniskowiczem odbywaliśmy dyżury jako bileterzy. Odziana w brązowy firmowy kubraczek stałam podekscytowana przy drzwiach do sali widowiskowej i sprawdzałam bilety wchodzącym widzom. Ale wcześniej witał tychże widzów Jan Machulski. Aktor, często reżyser przedstawienia, no i dyrektor tamtego teatru. Skoro sam pan Jan Machulski każdemu z wchodzących do teatru gości osobiście mówił dobry wieczór i każdemu ściskał rękę na powitanie, to dał mi tym samym do zrozumienia, że to widz jest najważniejszy w teatrze. Po spektaklu pan Jan wraz z zespołem, już prywatnie, wchodził ponownie na scenę, żeby z widzami porozmawiać, o tym, co przed chwilą na tejże scenie się zdarzyło. Te rozmowy, czasami burzliwe, pokazały mi, że bywają różne racje, różne motywacje, ludzie zachowują się w zadziwiający, pokrętny sposób i żadna sytuacja nie jest zero-jedynkowa. A życie nie jest czarno-białe. I żeby nikogo nie skreślać, bo zawsze warto zatrzymać się, próbować zrozumieć, pomóc. Ale przede wszystkim uświadomiły mi, że w teatrze mówi się o rzeczach ważnych. I że teatr jest doskonałym miejscem do wymiany poglądów. Potem były ogniskowe warsztaty, wyjazdy na letnie obozy. I tam również pojawiał się Jan Machulski. Przyglądał się, doradzał, wspierał. Oglądał nasze pokazy i omawiał. Krytykował i chwalił. Skoro ten znany aktor poświęcał swój czas dzieciakom, to może nasze artystyczne działania były jednak w jakiś sposób ważne… I tak poczułam, że nasz głos ze sceny ma wartość. Duszą Ogniska była Pani Halina, ale obecność Pana Jana miała niebagatelne znaczenie. Pan Jan również pojawiał się u boku Pani Haliny w czasie obrzędu KMT czyli Koła Miłośników Teatru. Oboje trzymali linę, zapraszali do kręgu i swoim przykładem udowadniali, że teatr jest wspólnotą. I że można przez sztukę wciąż kształtować siebie i swoje środowisko. W ten sposób uczyłam się teatru, przez codzienne oddychanie. I teatr stał się jak oddech. Oczywisty i niezbędny. Dziś uczę teatru. Ale jednocześnie wciąż uczę się teatru. Od Ogniskowiczów na zajęciach i warsztatach. Stawiając pytania i słuchając odpowiedzi. W czasie ważnych publicznych rozmów po warsztatach, ale i tych przelotnych gdzieś na schodach lub na korytarzu. I dlatego z uwagą słucham tego, co Ogniskowicze mówią na filmikach przygotowanych na tegoroczny Dzień Teatru:
Co jest najważniejsze w teatrze? https://www.youtube.com/watch?v=5leT41J1LAc
Dlaczego nie wszyscy chodzą do teatru? https://www.youtube.com/watch?v=jJX0EhbI0WY&feature=youtu.be
Gdyby na świecie nie było teatru? https://www.youtube.com/watch?v=rRdRFf0GSyk

wtorek, 22 marca 2016

Katarzyna Kołodziejczyk - VetAway, czyli weterynaryjna przygoda!


 
Ognisko, to pod wieloma względami miejsce magiczne. Przede wszystkim, jest to miejsce spotkania dla ludzi mających różnego rodzaju zainteresowania i pasje. Wspólnie tworzą oni mieszankę wybuchową, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie każdy Ogniskowicz ma w planach bycie aktorem, reżyserem czy operatorem. Owszem, sporo osób wiąże swoją przyszłość z teatrem lub filmem, ale nie wszyscy. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ jestem właśnie takim przypadkiem. Do Ogniska uczęszczałam w latach 2006-2010, początkowo w grupie „Ferdydurke” , następnie „Hamlet” . Dwa razy byłam na obozie w Jadwisinie, gdzie udało mi się dołączyć do zaszczytnego grona członków KMT.

 W chwili obecnej mam 23 lata i jestem studentką 4-go roku na….. weterynarii. Pomimo aktorskiego zacięcia, moja miłość do zwierząt i chęć niesienia im pomocy okazały się silniejsze i tak oto już za dwa lata uzyskam tytuł lekarza weterynarii. Czy w związku z tym, cztery lata w Ognisku były stratą czasu? Wręcz przeciwnie! Może mi nie uwierzycie, ale nauczyłam się tam wielu rzeczy, które wykorzystuję na co dzień. Pierwsza i chyba najważniejsza rzecz, to umiejętność słuchania. Zwierzęta nie potrafią powiedzieć nam co je boli, te informacje musimy uzyskać od właściciela. Jest to jeden z najważniejszych elementów, prowadzących do postawienia diagnozy i w efekcie zastosowania odpowiedniego leczenia. Kolejna sprawa, to umiejętność pracy w grupie. Bez współpracy z opiekunem zwierzęcia oraz innymi lekarzami, droga do wyleczenia pacjenta jest dużo bardziej kręta, a nieraz nawet niemożliwa do przejścia. Kreatywność i wyobraźnia to kolejne narzędzia przydatne w tym zawodzie. Często trzeba działać szybko, bez dostępu do odpowiedniego sprzętu, korzystając z tego co jest pod ręką.  Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie rozwiązania, często ratujące życie, przychodzą wtedy do głowy. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale czas przejść do sedna. Ognisko nauczyło mnie, że warto marzyć i o te marzenia walczyć. Trzeba uparcie dążyć do celu i nie odkładać niczego na  potem. Kierując się tym, postanowiłam spełnić swoje marzenie z dzieciństwa. I tak oto, w najbliższe wakacje, wybieram się na miesięczny staż do rezerwatu Shamwari w RPA, gdzie pod okiem najlepszych specjalistów będę zdobywać doświadczenie z zakresu medycyny dzikich zwierząt. Moimi pacjentami będą miedzy innymi lwy, zebry, słonie, nosorożce i wielu innych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Skąd w ogóle w mojej głowie taki pomysł? Jako mała dziewczynka uwielbiałam wszystkie filmy i programy o zwierzętach. Obiecałam sobie, że kiedyś będę podróżować i leczyć zwierzęta z całego świata. Szczególną miłością zapałałam do Afryki. Napisałam maila do interesującego mnie rezerwatu i po wymianie kilku wiadomości zostałam przyjęta na staż! Stwierdziłam, że skoro już przejadę taki szmat drogi, to warto przy okazji zrobić coś dobrego, coś, co będę mogła kontynuować po powrocie. Zdecydowałam, że będąc na miejscu zwrócę uwagę na problem, jakim jest kłusownictwo. Na własne oczy zobaczę, jak wygląda walka z ludźmi, którzy dla zysku zabijają bezbronne zwierzęta. Po powrocie podzielę się zdobytą wiedzą i pokażę Wam, jak wszyscy możemy z tym walczyć. Bo to od nas zależy, czy nasze dzieci będą znały nosorożce i słonie tylko z obrazków i filmów.

Przygotowania do mojego wyjazdu ruszyły już pełną parą i niestety zaczęły się schody…. Moja wyprawa wiąże się z dużymi kosztami. Oczywiście odkładam od dawna, ale mimo wszystko bez wsparcia nie uda mi się wyjechać. Dlatego właśnie prowadzę zbiórkę na portalu crowdfundingowym. Każdemu wspierającemu nie pozostanę dłużna i mam do zaoferowania różne nagrody i upominki. Zwracam się do Was z ogromną prośbą o wsparcie, każda, nawet najmniejsza wpłata, przybliża mnie do spełnienia marzenia o leczeniu dzikich zwierząt. Pomóżcie mi w osiągnięciu celu i pokazaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych!

 Zachęcam Was do zajrzenia na mojego bloga i fanpage’a, gdzie znajdziecie więcej informacji odnośnie moich przygotowań, jak i ciekawostek odnośnie afrykańskich zwierząt. Załączam również link do mojej zbiórki i z góry dziękuję Wam bardzo za każde, nawet najmniejsze wsparcie!



                                                                           Jadwisin 2010
 

wtorek, 9 lutego 2016

Gabrysia Szmel - Zimowisko pełne przeżyć


Jadąc na zimowisko miałam wiele obaw. Bałam się, że nie zdążę nauczyć się tekstu na warsztat Oli Moskal, w którym miałam grać. Nie znałam osób przydzielonych mi do pokoju. Myślałam o tym, co będzie, jeśli okaże się, że nie jest tak fajnie, jakbym to sobie wyobrażała. Oczywiście okazało się to kompletnie niepotrzebne. Wystarczyło, że otworzyłam drzwi ośrodka, podbiegły do mnie Ada, którą znałam już z obozu z nieznaną mi jeszcze wtedy Marysią. Wzięły moje rzeczy, w ciągu 5 sekund wniosły do pokoju i przywitały się. To był pierwszy znak, że przyjechałam na zimowisko pełne Ogniskowiczów tryskających energią.
Przez kolejne dni nie miałam czasu na zupełnie nic, co można by uznać za zbędne, tak jak na przykład podrapanie się po głowie. Od rana do wieczora biegałam od zajęć przez próby do warsztatu po spotkania grupy, a byłam jedną z tych osób, które miały tam najmniej pracy.
Na zajęcia do grup instruktorskich trafiłam do Pani Zosi. Bardzo się z tego cieszyłam. Na co dzień nie ma z nią zajęć w Ognisku, czego bardzo żałuję. Było w nich pełno emocji, ruchu, energii, kreatywności i wszystkiego innego, co się tylko jeszcze da. Nie dało się na nich nudzić. Pani Zosia okazała się przy okazji zupełnie niesamowitą i niepowtarzalną osobą. Zawsze z uśmiechem na ustach.
Po 3 dniach skończyły się zajęcia instruktorskie, a czas, który wcześniej zajmowały, teraz zapełniły próby do warsztatów i same warsztaty. Codziennie oglądaliśmy kilka z nich. Każdy inny, wszystkie niesamowite. Największe wrażenie zrobił na mnie 3 warsztat Mikołaja Szumowskiego pod tytułem: Warsztat, o którym jutro i tak nikt nie będzie pamiętał. Był to monodram. Grał w nim Janek Kwapisiewicz - przyjaciel Mikołaja, świetny aktor i niesamowity Ogniskowicz. Ja odebrałam ten warsztat jako sztukę, o tym dlaczego warto żyć i co można nazywać miłością. W tym spektaklu Janek mówił wszystko w imieniu  Mikołaja - wyrażał to, co on myśli i czuje. Pod koniec warsztatu na scenie pojawiła się dziewczyna Mikołaja - Ola Uma, jako forma przedstawienia prawdziwej miłości. I wtedy łzy spłynęły mi po policzkach. Nie mogłam potem przestać płakać przez cały wieczór, bo w tym warsztacie  zobaczyłam jak piękne jest to, co on do niej czuje. Przedstawił to wszystko w jednej postaci na scenie. Było to dla mnie coś poruszającego i nie dawało mi spokoju jeszcze przez długi czas.
Kolejne dni mijały, kolejne warsztaty, aż w końcu nadszedł czas pokazu Oli. To miała być moja pierwsza rola w warsztacie - mój debiut. Przed wyjściem na scenę nie mogłam ustać. Przechodziło przeze mnie tornado emocji. Wyszłam przed widownię, a emocje cały czas narastały we mnie, było ich więcej i więcej i więcej. Opadły dopiero, kiedy wszyscy zaczęli bić brawo i rozpoczęło się omówienie. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Na pewno będę je jeszcze pamiętać długi czas, tak jak cały ten wyjazd. Zawsze będę wracać z tęsknotą myślami do czasów tego zimowiska, bo nie ma nic piękniejszego niż grupa ludzi kochających sztukę i Ognisko.



poniedziałek, 8 lutego 2016

Julia Demidziuk - 168 godzin, a tylko 30 snu


Jedziesz samochodem, trzymasz stos książek na kolanach, ale nie tylko ich ciężar cię przygniata  - ciężar wspomnień, doświadczeń, ale przede wszystkim powiek. Pragniesz wrócić, ale gdzie? Do clubu 35+ czy do własnego łóżka? Dobrze wiesz, że to pierwsze jest już niemożliwe, więc gdy tylko wrócisz do domu, położysz się spać. Trzymasz już głowę na poduszce, a tak upragniony sen nie odwiedza twoich skromnych progów. Dlaczego? Bo chyba tak już jesteśmy skonstruowani, że tuż przed zaśnięciem każdy z nas prowadzi rozmowę z własnymi myślami. 
Myślisz, wspominasz, analizujesz - otwierasz coraz głębsze szuflady, w których schowana jest niespodzianka grupy pierwszej, film Dreszcze, warsztat Kroki, taniec Piny Baush, definicja miłości wg Mikołaja Szumowskiego. Największą wartością schowaną w tych wszystkich szufladach nie są twoje przemyślenia, ale nasze. Każdy z nas miał okazję do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami po zobaczeniu teraz już tyko zawartości szuflady, a jeszcze przed kilkoma dniami żywych tworów. I z całego tego huraganu myśli, który wieje podczas każdego z omówień, ty wyciągasz coś dla samego siebie, swoje własne wnioski. Tak więc nie zasypiasz, bo kołacze ci w głowie jedno pytanie: Moje, czy nasze? W końcu oddajesz się w objęcia Morfeusza. 
Po 16 godzinach snu czujesz się wypoczęty, ale co robić, skoro jest 5 nad ranem. Włączasz komputer, wchodzisz na profil Studia Filmowego TOR na YouTube i oglądasz film Constans. Kończysz go, dochodzi  7, a ty nie żałujesz tego, że nie możesz z powrotem zasnąć, ale tego, że nie masz się z kim podzielić swoimi przemyśleniami, bo cały dom śpi, a ludzie z którymi spędziłeś ostatnie 168 godzin twojego życia są rozproszeni po całej Warszawie i okolicach. Tak więc co robisz? 
Ubierasz się i wychodzisz na spacer.

piątek, 25 grudnia 2015

Marta Szlasa-Rokicka - życzenia dla Pani Haliny


WIGILIA 2007
WIGILIA 2014
WIGILIA 2012
WIGILIA 2009
 
Ile wigilii przeżywa przeciętny młody człowiek w okresie świąt? Ja przeżywam trzy. Jedna, ta najbardziej oczywista, będzie 24 grudnia. Druga, której również można się spodziewać, w szkole, taka tradycja. Najmniej „zwyczajną” i „spodziewaną” była ta, która odbyła się w niedzielę. Wigilia w Ognisku. Piąty, kolejny rok w Ognisku, piąta, kolejna wigilia. I jak zawsze robimy pokaz, przynosimy prezenty, jedzenie. Ale teraz było jakoś inaczej, nie ze względu na coroczną wyjątkowość tego dnia, ale przez fakt że to my jesteśmy najstarsi. Jestem w grupie 2015. Co w tym nowego, już rok temu byłam wśród najstarszych. Jednak w niedzielę, kiedy siedzieliśmy w mniejszej sali i byłam w stanie zobaczyć każdego, poczułam się staro. Pokaz grupy pierwszorocznej - bitwa rapsów, drugi rok Pana Jowialskiego i Trzy po trzy. Familiada – pomysł, który powracał do naszej grupy, poszerzonej już o Świętoszka, przez trzy lata. I nagle, kiedy pani Ania poprosiła nas o wypowiedzenie kilku życzeń dla najważniejszej w Ognisku osoby, my stoimy jak słupy i jąkamy jakieś marne życzenia. Serio, Marta? To wszystko na co cię stać po tych 5 latach? Mam nadzieję że nie. Więc czego chcę życzyć pani Halinie, osobie od której wszystko się zaczęło, która wypełniła każdy weekend mojego dorastania? Życzę Pani, aby zawsze pamiętała Pani o radości, którą dała Pani tylu osobom. Aby każdy dzień dawał Pani coś nowego. Życzę Pani codziennej dumy z tego, co Pani osiągnęła. Życzę Pani (i sobie) Ogniska. Dziękuje Pani za Ognisko. Dziękuje za zaszczyt jaki mam przebywając z tymi wszystkimi ludźmi, i mogąc pisać życzenia właśnie dla Pani, mimo że niczym specjalnym się nie wyróżniam. Dziękuje za wyjątkowość tego miejsca. Za wytrwałość w jego tworzeniu. Słowem – dziękuje za wszystko. Wesołych świąt, Pani Halino.

sobota, 3 października 2015

Anna Kozłowska – Pożegnanie Bartyckiej


sekretariat Ogniska, 30 września, godz. 21:00

Zmiany. Zmiany. Zmiany. Na początku zaskakują, potem przerażają, wzbudzają utratę stabilności, lęk przed niewiadomym, chęć buntu, wewnętrzny okrzyk: „nie!”, często „nie bo nie”. Potem oswojone dają ożywienie, otwierają głowę, poszerzają horyzonty, prowokują do innych rozwiązań, pokazują nowe przestrzenie możliwości. Stają się siłą napędową do działania. I w końcu pozwalają poczuć się lepiej. Komfort przyzwyczajenia usypia naszą kreatywność. A każda zmiana staje się źródłem nowej energii. Bez zmiany nie ma rozwoju.

W Ognisku przyszedł czas na zmianę siedziby. Pożegnanie Bartyckiej. Miejsca gościnnych naukowców z PAN, którzy znosili naszą artystyczną nadaktywność, wrzawę przez zajęciami i pokazami, gromkie okrzyki powitań, huraganowe śmiechy i oklaski, aktorskie wrzaski, piski, skoki i łomoty oraz ogólny twórczy chaos. Czyli zajęcia teatralne nastolatków.

Tak. Będziemy tęsknić. Za blatem portierni z Panem Mirkiem i niekończącymi się rozmowami, żartami i setką powiedzonek „cześć jak czapka”, „zegarek kupisz, czasu nie”. Za furtką, która nie zawsze chciała się otworzyć. Za widokiem świateł właśnie odjeżdżającego z przystanku „108”. Za przystankiem, który cierpliwie chłonął pozajęciowe wrażenia. Za dźwiękiem spadającej w maszynie puszki coli. Za maszyną, która potrafiła zamiast kawy obdarzyć rosołem. Za urokliwym patio z kojącą zielenią i nie działającą fontanną. I za cudownie rozkwitającą w maju magnolią. Za aulą w szale wigilijnych pokazów. I aulą pełną ekscytacji powitań na rozpoczęciach roku, smutku pożegnań na zakończeniach, wzruszeń przy odbieraniu dyplomów i uniesień podczas przyznawania nagrody im. Doroty Wolskiej. Za schodami w kurniku, które były kolejnymi stopniami wtajemniczeń w teatralny świat. Za próbami w „karczmie”. Za ciasnym korytarzykiem, w którym w setkach ciuchów zawsze udawało się w końcu znaleźć własną kurtkę. Lub zadziwiający przedmiot, który natychmiast stawał się niezbędnym rekwizytem. Za kanciapą, w której czekał gotowy do wessania powigilijnych resztek odkurzacz. Za brakiem tlenu w sali żółtej zastępowanego przez obrazy z telewizora. I leciwymi poduszkami, które emitowały przytulność. Za kolorem ścian w zielonej, który uspokajał i drażnił jednocześnie. I kaloryferami, które wbijały się w plecy. Za balkonem w sali niebieskiej, który bywał kulisami i garderobą. I filarem, który ciągle przeszkadzając, kazał pokochać pokonywanie przeszkód. Za drzwiami sali czarnej, które zniosły tysiące gwałtownych szarpnięć i zatrzaskiwań. Za oknami, które się nie otwierały, nie wietrzyły, ale były świadkiem setek warsztatów i pokazów. Za sekretariatem Ogniska, który wyglądał jak magiczny zagracony strych z bajki, gdzie można było znaleźć wszystko, a gdy trzeba było stawał się pokoikiem zwierzeń. Za ulubionymi zakątkami, zaułkami, zakamarkami.

Tak. Będziemy tęsknić. Ale tak samo jak za Osuchowem, Małą Wsią, Jadwisinem… Jak za wszystkimi „naszymi miejscami”, gdzie choć przez chwilę płonęło nasze Ognisko. Ale Ognisko to nie miejsce.

Ognisko to nie ściany. Ani kod pocztowy.

Zmieniamy adres na Lubelską 30/32, ale wszystko co ważne zabieramy ze sobą, bo jest w nas! 

 
sekretariat Ogniska, 30 września, godz. 21:01 - zmiana staje się źródłem nowej energii

sobota, 29 sierpnia 2015

Wojciech Kochański - Stolica w kawiarni


 
                        Nie wiem jak, ale czuję, że zacząć muszę, więc zacznę od podziękowania.

Teraz pewnie wyobrażasz sobie mnie jako księdza po dożynkach albo jakiegoś galowego konferansjera, który zaczyna listę odbiorców podziękowań. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Tak ogólnie. Wszystkim. Wszystkiemu. Za wszystko.

                        Dziękuję za Festiwal Języka Polskiego w Szczebrzeszynie!

 
Skoro udało ci się tu przebrnąć to włącz wyobraźnię i słuchaj...

 
...Skwar, ukrop i duchota. Wchodzisz na teren szkoły w jakiejś mieścinie. Duży jasny namiot pierwszy rzuca się w oczy. Okazuje się być wielki. Kręcą się jacyś jeszcze nie znani ci ludzie. Wchodzisz pod namiot i tu dopiero się zaczyna. Białe ogrodowe krzesełko przy białym stoliku. Siadasz. Leci najpewniej coś Beatlesów ewentualnie delikatny Leonard Cohen. Po prawo barek. Sączy się kawa z ekspresu, kruszą kostki lodu, przelewa chłodna lemoniada. Obok barku mieści się mini księgarnia – ciągły ruch przy półkach. Drewniane panele z delikatnymi skrzypnięciami uginają się pod nogami klienteli i organizatorów.

            Za namiotem obrazek jak z widokówki. Na drzewach obracają się przywiązane do gałęzi literki ze styropianu. Kawałek dalej leżaczki (idealne do czytania). Idziesz dalej i teraz to już pewnie nie uwierzysz. Tu, przemyślnie usytuowany, nad  (jakkolwiek to teraz nie wytrąci ze skupienia) Wieprzem, kolejny namiot. Kryje pod sobą wygodne kanapy i pufy. Przechodząc czujesz, że musisz legnąć tu choć na moment. Rzeka płynie, drzewa szumią – po prostu czujesz, że odpływasz...

 
            No i tak to wyglądało. A to tylko pojedyncze wspomnienia. Dodaj do tego jeszcze ludzi, książki i przede wszystkim wymiar 3D.

To niesamowite miejsce wywarło na mnie takie wrażenie, że czułem się tam maleńkim okruszkiem, ale za to okruszkiem czego? Oczywiście czegoś nienamacalnego i ulotnego, lecz mocno wierzę, że istotnego i wzbogacającego. Sama przestrzeń popychała do zainteresowania, poznawania, przemyślenia i działania.

 
            Tak popchnięty jednego dnia festiwalu udałem się na spotkanie ze wspaniałym pisarzem Eustachym Rylskim. Pan Rylski okazał się być bardzo interesującą osobą. Słychać było, że to człowiek, który wszystko ma poukładane i przygotowane. Co wydało mi się zabawne, w wypowiedzi często powracał do czasów młodości, kiedy to był niesamowitym kobieciarzem. Ciągle skromnie powtarzał, że uznaje siebie tylko za bardzo dobrego autora, a do pisarza mu jeszcze daleko. W pewnym momencie ktoś z publiczności zapytał Pana Rylskiego, czego wymaga od współczesnych pisarzy. Odpowiedź znów wydała się mu być oczywista. Pisarze według niego powinni się zająć filozoficznymi pytaniami o życie, śmierć i Boga. Pod koniec wypowiedzi znów napomniał, że jest tylko autorem, więc przyszło mi na myśl: Zaraz, zaraz. (z pełnym szacunkiem do Pana Rylskiego) Czy pan aby przez przypadek nie zrzuca z siebie odpowiedzialności, która ciąży nad pisarzami?

I wtedy zapytałem natchniony: Czego Pan w takim razie wymaga od siebie? Jaką misję stawia sobie?

Oj. Tu skończyła się lista przygotowanych odpowiedzi i Pan Rylski zaczął się trochę gubić. Zaraz jednak ruszył mu z pomocą jakiś pan w garniturze... Chwila! Przecież to kolejny świetny polski pisarz Wiesław Myśliwski. I wywołałem burzę. Myśliwski próbował przekonać Rylskiego, że ten w pełni zasługuje na miano pisarza. Rylski bronił się jak mógł, nazywając siebie jedynie "bardzo dobrym autorem". Cóż to była za rozmowa! Do kompromisu nie doszło, obaj panowie zatonęli w argumentach i zabrakło czasu na podliczenie wyników. Wyszedłem z tego spotkania lekko dumny i lekko zawstydzony, no bo jakby nie patrzeć wprawiłem w zakłopotanie o wiele starszego - "Bardzo Dobrego Autora" czy Pisarza - nie wiadomo.

 
            Teraz napełniony magią festiwalu czytam jak szalony (chociaż nie wiem jak czytają szaleni). Myślę sobie jak dużo mam jeszcze do przeczytania. Ktoś mi pewnie powie, że jeszcze mam czas, młody jestem. Może i młody, ale jaki głodny! Głodny wrażeń...

Ach! Gdyby dzień trwał dwa razy dłużej? Ileż bym przeczytał? Ileż obejrzał? I festiwal jeszcze by trwał?

 
            Więcej już nie powiem, bo sam odpłynąłem :)